Śmierć

Studium

W pocie oblicza twego będziesz pożywał chleba, aż się nawrócisz do ziemi, gdyżeś z niej wzięty; boś jest proch i w proch się obrócisz.

Genesis: III, 19.

25 lutego

Licho wie, co mi tam znów w piersi wlazło: kręci, wierci, kłuje i strzyka, że zipnąć porządnie nie można. I z czego się to złe przyplątało? Jedno głupie przeziębienie nie powinno chyba takich brewerii z człowiekiem wyprawiać. A tu naprawdę wszyscy diabli piknik sobie w moich płucach wyprawiają. Pluję, charczę na wszystkie strony, mało płuc z tym kaszlem z piersi nie wyrzucę, a żadnego z tych figlarzów retro1 do piekła odesłać nie mogę. Dalibóg, cierpliwości braknie. Bo żeby to jeszcze była jakaś poważniejsza choroba, tak np. jaka dżuma, cholera, a choćby i suchoty, no, toby człowiekowi i nie żal fatygi było pomocować się trochę z taką grubą sztuką — a choćby w końcu i klapnąć trzeba było — to i wielka rzecz!... fiu!... Ale ja przecież czuję doskonale, że to tylko jakaś przemijająca faiblesse2 i nic więcej. Influenza3 czy co, u licha?!

Bo że Stach przesadza, to więcej niż pewno. Do dziś nie mogę mu tego darować, że mnie wtedy do łóżka zapakował. Gdybym się był uparł4 i na swoim postawił, byłaby się ta cała choroba moja rozeszła5 jakoś. Alboż to raz tak było? Wieczorem wracam z lekcji zmoczony do nitki, nogi pływają, coś mnie w piersiach gniecie i kłuje — a ja na drugi dzień zdrów jak ryba, znowu od świtu do nocy po błocie maszeruję. A że tam kaszlu trochę było, to i wielka rzecz! — Ale nigdy tego suchego, najbardziej męczącego. Ot — odchrząkiwałem tylko może więcej od innych, ale to już widać natura moja taka.

I trzebaż nieszczęścia, żem mu tę krew wtedy pokazał. Boże! Jaką on miał minę! Malować, słowo honoru, malować tylko! Oczy wytrzeszczone, ręce dygocą; aż mi się go żal zrobiło, doprawdy, bo my się ogromnie z sobą kochamy. Więcej się jego przerażenia zląkłem niż tej swojej krwi. Naturalnie zmiękłem od razu jak masło. Dałem mu już wyprawiać ze mną, co mu się tylko spodobało; a że przy tym i te szelmowskie piersi piekielnie jak nigdy mnie bolały, skapcaniałem do reszty. No i naturalnie stało się straszne głupstwo. Zaczęliśmy się rozczulać wzajemnie (niech licho porwie wszelkie czułości!), ja się nie wiadomo z czego i po co rozmazałem jak stara histeryczka — potem w nocy gorączka, majaczenie, krwotok, historie — rano doktor, bańki, lód — jednym słowem, taka chryja, jakiej świat nie widział. No i jak też szczęśliwie z kochanym doktorkiem zapakowali mnie do łóżka, tak czwarty tydzień prawie się z niego nie podnoszę. Rozbabrali tylko chorobę, nic więcej, a to wszystko funta kłaków nie było warte. Stach zaraz pompatycznie nazwał moją chorobę zapaleniem płuc i kazał mi w to wierzyć jak w ewangelię, co nie przeszkadzało, żem się śmiał z tego od początku do końca. Niegodziwiec, chciał mi nawet papierosy skonfiskować: wyprawiłem mu o to taką awanturę, że się na mnie pół dnia dąsał.

A wreszcie — co mi do tego: wiem, że to wszystko farsa; a że się oni tam pokłopocą troszeczkę o moje zdrowie, nic im to, co prawda, nie zaszkodzi. Niepotrzebnie mnie tylko na babę wykierowali. Ale i to głupstwo jeszcze. Ciekawa jednak bardzo rzecz, co to się z lekcjami moimi stanie? Marne one, prawda, ale w braku innych i te dobre; choć na jakie takie życie wystarczały i uniwersytet opłacałem; no, a teraz co będzie? Oni tylko jedno potrafią powtarzać: „zdrowie! zdrowie!” — a co jeść będzie owo zdrowie, jak się na siłach bardziej wzmocni? Ha? Co dzień Stachowi kładę w głowę jedno i to samo, a on tylko: „kpij tam sobie z tego”. Dobrze, kpij sobie z tego, kiedy masz ochotę, ale mnie, dalibóg, wszelka chęć do kpin odchodzi, jak o tym pomyślę. Bo to wszystkie moje elewy6 — piramidalne osły: piecem przełażą, każda trójka wymodlona, wyproszona, i bez pomocy korepetytora ani rusz. Niepodobieństwo, żeby moi pryncypałowie7 na moje szacowne zdrowie oczekiwali; i tak pełno miałem zawsze wymówek: „p. Rudnicki, Kazio znów ma dwójkę z ekstemporaliów8” — „p. Józefie, Stefanek znów dziś w kozie siedział” — „Jasio ma pałkę z algebry!” — „Michasiowi oko podbili!” itp.

Przezacni chlebodawcy! A tożbym ja gagatkom waszym same piątki, nawet rzymskie, z plusami, podawał, słowo daję, gdybym tylko mógł. Dlaczego nie? — To wszystko zapoznane9 geniusze te wasze Kazie, Jasie i Michasie. Ja bym im od razu promocje do ósmej klasy podawał, bo i cóż by mi to szkodziło? Tylko, niestety, ja profesorem nie jestem, a oni... tacy wymagający! Nic nie zważają, że Kazio ma wrodzony wstręt do łaciny, że Stefanek lubi od czasu do czasu, zresztą rzadko, wesołe psikusy płatać, że Jasiowi nie nauka już w głowie itd. — a poza tym to wszystko niezmiernie genialne i doskonałe robaczki.

Co, u diabła! Znów widać mam gorączkę. Głowa rozpalona, oczy pieką. No... co oni mi narobili! Co oni mi narobili!

26 lutego

Jak babkę kocham, to dosyć przyjemna rzecz tak sobie niby pochorować odrobinkę. Ostatecznie człowiek nic nie robi, je (co prawda, nie zbytnio ja się i objadam znowu), pije, mógłby spać, gdyby mógł, niby się o nic nie troszczy, a za to wypoczywa, wypoczywa za wszystkie czasy, jak pamięcią sięgnę, nigdy takich długich i swobodnych nie miałem wakacji. A przecie już żyłem trochę. Jedenaście lat zeszło w gimnazjum, bo to rozmaicie się tam z tym przechodzeniem z klasy do klasy przytrafiało: i poprawki były, i zimowało się coś ze trzy razy w jednej klasie; a zawsze była praca, pośpiech, termin. Brrr... jak mi to wszystko obrzydło! A przede wszystkim łaciny i greckiego nie cierpiałem, całą antypatią mej duszy nie cierpiałem i z rozkoszą zapominałem wszystkich gramatycznych wyjątków tych językowych szpargałów. Teraz znów trzeci rok na prawie mija. Na trzecim kursie10 najwięcej pracy, egzaminów coś z mendel11 chyba, a wszystko jeden od drugiego nieznośniejsze. I znów praca i praca.

Wreszcie nie o pracę chodzi, bo i sam bym chwili na próżno nie zmarnował — ale ta terminowość, ten mus, ta nędza, co mi pracę potraja — to nuży i wściekle męczy.

A! Wypoczywam za wszystkie czasy! Pal już licho korepetycje: nie myślę teraz o tej zmorze. Przecież dostanę skądkolwiek choćby najmarniejsze; wreszcie to tylko cztery miesiące do końca roku, to się byle czym obędę. Aby tylko egzaminy zdać, a na lato mam już kondycję12 zapewnioną.

No, nie zginę; nie nowość dla mnie, jak czterdziestki na tanią kuchnię zabraknie, kawa i dwa serdelki na obiad; żeby choć na to starczyło — a przecież i gorzej bywało.

Tylko czy te niegodziwe kamasze przetrzymają jako przyzwoicie te parę miesięcy: tak się bezwstydnie rozklapały po błocie, że mi raz z nogi jeden o mały włos nie zleciał, kiedym się na psa zamierzył.

Da Bóg może ładną, suchą wiosnę, to przekołacę w nich jeszcze jako tako, bo o nowych nie ma co marzyć nawet. Skądże bym ja teraz pięć rubli gotówką wydobył?

A więc pozbywszy się już z głowy takich ciężarów, jak troska o lekcje i buty, nie mam na niej żadnych innych zaległości. Hm... — słowo daję, mógłbym się nazwać szczęśliwym teraz...

Tylko znów ta szelmowska choroba, a raczej ten przeklęty ból w piersiach. Naprawdę, że jak na farsę to już go za wiele. Świdrowanie ciągle takie, że wytrzymać trudno. Cała lewa strona piersi obolała do tego stopnia, że głębiej odetchnąć nie sposób. Naturalnie jest to tylko skutkiem choroby serca, gdyż i krwotok podobno tylko z powodu jakiejś nieprawidłowości serca nastąpił. Tak Starzecki mówi. Bo i z czegóż by innego? Nie z płuc chyba, boć ja przecie suchot nie mam. No, no... ładna by była historia, żeby to były suchoty, he... he... he!...

Kiedy się to jednak wszystko skończy? Ciekawym bardzo. Z sił opadłem już zupełnie, że i przez pokój przejść trudno, a przecież najdalej za trzy tygodnie muszę być zdrów jak ryba: trzeba będzie generalną bibę na swoje imieniny wyprawić. Można przecież choćby raz w rok, około swoich imienin, zabawić się troszeczkę. Aby tylko ten nieznośny ból z piersi ustąpił — aby on ustąpił i sił odrobinę przybyło, to i wszystko dobrze pójdzie.

27 lutego

Kiepsko jakoś ze mną. Wczoraj, rad nie rad, musiałem całe popołudnie w łóżku spędzić, pomimo żem się już zarzekł leżenia, jak grzechu śmiertelnego. Naturalnie, że jeżeli siły tracę, to tylko przez leżenie; tożby najzdrowszego chłopa ścięło z nóg takie przykucie do łóżka. Muskuły się tylko rozleniwiają i, jak przyjdzie do pracy, odmawiają posłuszeństwa. Bezwarunkowo trzeba będzie choćby przemocą podnosić się z łóżka. Rozpieściłbym się do reszty i może by przyszło z miesiąc jeszcze pokutować. Od dziś zacząłem racjonalną kurację: sam się ubrałem (pomimo komiczno-rozpaczliwych protestów Stacha), przywlekłem się do stolika i ot piszę sobie spokojnie; a choć mi głowa tańcuje na wszystkie strony i czuję, jak mi krew nieraz aż oczy zasłania, tak do głowy uderza, przesiedzę jednak do samego wieczora, żeby się umyślnie Stachowi sprezentować, jak po lekcjach wróci. Naśmieję się porządnie z jego tragicznych poglądów na moją chorobę.


Tylko co była u mnie Zosia i musiałem przerwać pisanie. A dobrze zrobiła, że przyszła, bo ją ogromnie lubię za jej niewyczerpany nigdy humor. Gdyby nie była moją siostrą, wyśmienita by z nas była para małżeńska; przynajmniej nigdy by nam smutno nie było. I skąd się u niej ten humor bierze? Nie ze zbytku szczęścia chyba, bo pracuje biedaczka od rana do nocy, lata po lekcjach, musi znosić czyjeś grymasy i fantazje, a mimo to wiecznie wesoła i zadowolona.

Ot i teraz wpadła do mnie taka rozradowana, jakby ją Bóg wie co radosnego spotkało. Słucham, słucham, co takiego, aż tu raptem tyle tylko, że jedna z jej uczennic zakrajała się w okrutny sposób w palec i nie będzie mogła co najmniej przez tydzień grać na fortepianie; a że lekcje nie na bilety, tylko miesięcznie, więc i wytrącać nie będą, a ona będzie mogła co dzień wpaść do mnie na godzinkę. Poczciwa, kochana dziewczyna, przyniosła mi w prezencie od dawna upragniony słownik niemiecki i... parę serdelków na śniadanie: biedaczka, zapomniała, że jestem na diecie. Ona często takie bąki strzela.

Przez cały czas nie dała mi przyjść do słowa, opowiadając, jak zwykle bezładnie, najrozmaitsze historie, a wszystkie ogromnie naiwne.

Podziwiam zawsze, skąd, przy takiej wietrzności i braku poważniejszego poglądu na życie, ta dziewczyna bierze natchnienie do muzyki? Bo przy fortepianie przeistacza się w zupełności: gra całą duszą, całą swoją istotą i dochodzi do zupełnego zapamiętania się. Dawniej nigdy nie wierzyłem ani w jej talent, ani w powodzenie, jakie miała w konserwatorium. Dopiero 3. Symfonia Haydna i Sonata Księżycowa Beethovena pogodziły mnie z jej talentem i na koniec uwierzyłem, że go posiada. Wiele, bardzo wiele chwil upojenia jej zawdzięczam. Szkoda tylko, że się ten talent na pięćdziesięciogroszowych lekcjach tak marnuje. Być może, iż większą tym korzyść przynosi społeczeństwu, niż gdyby miała po Europie na koncertach rozbijać fortepiany — zawsze to jednak przykro widzieć tę iskrę bożą tak zaprzedaną za kęs chleba.

Zresztą Zosia niewiele sobie z tego zdaje sprawy. Nie dostrzegłem w niej dotąd ani cienia zarozumiałości, a przez to niezadowolenia z życia. Ona przyjmuje wszystkie przymusy losu tak spokojnie, tak chętnie, jakby je uważała za spełnienie własnych marzeń. Dziecko z niej jeszcze takie, że nie zadaje sobie trudu nad dociekaniami w kwestiach życia. Przypuszczam, iż gdyby kto w nią wmówił, że powinna się wyrzec i muzyki nawet, zdołałaby się zastosować do takiego przymusu, choć z wielkim żalem, ale bez cienia goryczy i pretensji. I nie dlatego, żeby ta muzyka nie była dla niej niemal niezbędnym warunkiem umysłowej egzystencji — bo jest ona dotąd jedyną rozkoszą jej życia — ale po prostu dlatego, że w jej głowie nie postała nigdy myśl jakiegoś oporu względem tego, do czego zniewala życiowa walka.

Do jednego tylko los nie potrafiłby jej nagiąć — do samodzielności. Ta jej zupełna bierność i uległość dla wszystkiego i wszystkich nie pozwala mi zrobić nawet najdalszych przypuszczeń, coby to dziecko poczęło samo, pozostawione zupełnie bez opieki, bez poddawania myślowego, co ma robić i jak sobie radzić.

Często zadaję sobie pytanie, o ile to dziecinne jej usposobienie jest stanem przejściowym młodego wieku, a o ile wrodzonym i stale się już przejawiającym temperamentem życiowym. Jej lat 18 bardziej za tym drugim przypuszczeniem przemawia. Co ją czeka?

Z takim usposobieniem może przejść przez życie jak przez raj rozkoszy — ale może też paść ofiarą pierwszego wypadku, który wstrząśnie jej umysł swoją bezwzględnością, tym brutalniej, im mniej będzie do niego przygotowana. Oby tylko miała zawsze obok siebie jakieś serce kochające, o które by się wesprzeć mogła! Z niego zaczerpnie sił do zniesienia wszystkiego.

Zresztą ja nie opuszczę jej nigdy. Dotychczas ja jestem dla niej tym bożkiem, przed którym ona unicestwia się w zupełności. Kocha mnie tak ślepo, tak bezkrytycznie, iż jej do głowy nie przyszła dotąd myśl, że mogę się mylić w czymkolwiek. Ja wiem o tym i dlatego mimo woli tyranizuję ją nieraz. Znosi wszystkie moje kaprysy i dziwactwa z taką cierpliwością, prawie namaszczeniem, jak gdybym miał z góry udzielony patent nieomylności. Jestem dla niej ostatnią instancją we wszystkim, jej sumieniem i wyrocznią stanowczą. Mnie to śmieszy czasami, szczególniej kiedy się mnie radzi, jakiego koloru ma sobie suknię sprawić — bo i tych kwestii nie mogłaby bez mojej porady rozstrzygnąć.

Dotychczas uczuwałem trochę jakby wyrzutów sumienia za to mimowolne zgodzenie się służenia mojej Zosi za punkt oparcia w życiu, choć Bóg widzi, żem się nie starał zupełnie łudzić jej co do siebie. Teraz pozbywam się tych skrupułów, ponieważ dzielę moją rolę opiekuna ze Stachem, a on jest taką antytezą mojej istoty, że gdzie u mnie wada, tam u niego zaleta — gdzie u mnie nadmiar czego lub brak, u niego, przeciwnie, brak lub nadmiar. Gdyby z duszy mojej i Stacha można było zrobić jaką mieszaninę, a z tej dopiero sfabrykować nową duszę, sądzę, iż byłaby ona najwszechstronniejsza w świecie.

Zastanawiam się nieraz nad tym, co mnie ze Stachem, a raczej jego ze mną, wiązać może; bo rzeczywiście, od lat siedmiu, jak się znamy, a od trzech, jak wspólnie mieszkamy, trzymamy się razem, jak wierzch i podszewka jednego ubrania. Ja często tę kwestię poruszam w rozmowach ze Stachem, ale on nie lubi roztrząsać podobnych subtelności i nazywa to głupstwem. Może ma i słuszność, ale mnie, nie wiem czemu, kwestia ta interesuje niezmiernie. Może dlatego, że i ja kocham go bardzo — a ja lubię sobie zdawać sprawę ze wszystkich moich czynów i uczuć. Ale tu, dalibóg, analiza moja nic poradzić nie umie.

Bo nie było chyba nigdy dwóch natur tak zupełnie różnych, jak on i ja. On — powaga chodząca, wypchana dogmatami, człowiek olbrzymiej woli, dla siebie nieubłagany — przy tym natura z gruntu poczciwa, prosta, przede wszystkim prosta, i szczera aż do naiwności. Nerwy, rozczarowania, pesymizm, subtylizowanie uczuć i wrażeń nie istnieją dla niego. Uznaje je chyba tylko we mnie i mnie jednemu, jako wyjątkowi, pozwala być takim, jakim jestem i chcę być. Całą resztę świata mierzy swoim łokciem i gwałtem chciałby ją mieć według swego modelu. Wypływa to u niego z tej niewzruszonej siły przekonań, jaką się szczyci. Tak niezachwianie wierzy w te prawdy, które zdaje mu się, że posiadł, iż kwestię istnienia odmiennych przekonań spycha zawsze na grunt patologii umysłowej, jeśli naturalnie zechce uwierzyć w szczerość sądów stron przeciwnych. Inaczej — obwinia wszystkich o uprzedzenia kastowe, o nieszczery upór bronienia interesów osobistych i swojej kliki itd. Ach, te kasty, te kasty! Ileżem ja się nasłuchał już o nich!

Taka uparta niewyrozumiałość, zdawałoby się, powinna by go uczynić oschłym i obojętnym względem ludzi innych przekonań — a tymczasem nie. Potrafi zasiekać, pognębić, zbić na miazgę słowami swego przeciwnika; ale niech tenże sam przeciwnik powie, że go brzuch zabolał, potrafi także pobiec dla niego na dziesiątą ulicę po rumianek. Słowami nienawidzi niemal całego świata, rzuca przekleństwa, groźby, złorzeczenia — a w gruncie kocha go pewnie lepiej od wielu filantropów i dobroczyńców ludzkości. Sądzę nawet, że właśnie dlatego tak nienawidzi głośno, bo kocha po cichu, i boli go, że ta umiłowana z głębi duszy ludzkość tak się nie umie poznać na jego jedynie zbawiennej recepcie szczęścia i kroczy drogą, którą on za mylną uważa.

Takim jest mój Stasisko.

A ja? Ja właściwie nie jestem jeszcze niczym w porównaniu z jego wyrobionymi już i niezmiennymi przekonaniami — a więc właśnie dlatego jestem jeszcze wszystkim po trochu, i wszystkie wady i cechy całego świata znajdują we mnie swój odblask. Chociaż nie głęboko, ale choćby w zarodkach lub szczątkach, tkwią we mnie te wszystkie piętna świata, jakie mój Stach tak niezmordowanie zbija.

Jestem niby tymczasowo bez żadnych przekonań, tak społecznych, jak filozoficznych; nie przeszkadza mi to jednak w dysputach ze Stachem przybierać rozmaite role i zbijać jego dowodzenia, to ze stanowiska arystokraty, to bourgeois, to postępowca, to konserwatysty, to znów panteisty lub ateusza. W gruncie rzeczy nie dowierzam sam sobie i za prawdziwość swoich twierdzeń nie dałbym i trzech groszy, ale mnie coś kusi zawsze do prowadzenia z nim zażartych dysput, kończących się naturalnie na niczym — bo lubię bardzo słuchać Stacha, kiedy mówi w zapale, a tę lub inną rolę przyjmuję ot tak sobie, dla podtrzymania dyskursu, stosownie do tego, z jakiej on beczki zacznie. On wie, naturalnie, co sądzić o stałości mych przekonań, bo mu sam zawsze przy końcu dysputy powtarzam, żem mu przeczył tylko dla zasady przeczenia, byle i na słońcu znaleźć plamę, i że nie wierzę zarówno temu, co on mówi, jak i temu, co sam wygłaszam. To nam jednak nie przeszkadza zupełnie na drugi dzień wszcząć podobnego sporu i obydwaj w zapale (chociaż ja unoszę się rzadziej) prawie że wierzymy we własne słowa. Chętnie prowadzę z nim te dysputy — raz dlatego, że nie mogę znieść tej ciasnoty jego poglądów i bezwzględnej wiary w siebie, i ciągle pracuję nad rozszerzeniem jego punktu widzenia rzeczy — a po drugie, że lubię niesłychanie wszelkie subtelności i analizę odcieni myśli, a już pod tym względem dochodzę nieraz do artyzmu, i każda dysputa zaostrza mi tylko język i myśl. Ostatecznie skutek w zupełności nie odpowiada zamiarom. Punkt widzenia rzeczy u Stacha nie tylko się nie rozszerza, ale, przeciwnie, kurczy coraz bardziej, a ja znów, wbrew jego pragnieniom, nie tylko się nie wciskam do jego klatki przekonań, ale coraz więcej rozprzestrzeniam swoje stanowisko obserwacyjne. Stąpamy po wprost odwrotnych drogach. On się zacieśnia i potęguje wiarę w swoje idées fixes, ja się rozszerzam i uczę obalać wszystko, choćby ot tak sobie, aby dokazać sztuki.

W przekonaniach więc naszych nie ma żadnej zgody. Ale kto wie, czy i w usposobieniach naszych nie ma większej różnicy. Ja jestem straszny fantastyk. Wiem o tym; ale cóż mi z tego, że wiem, kiedy to nie zdoła powstrzymać w niczym moich wybryków. Czy to choroba już taka, czy zbytnia wrażliwość nerwów, licho tam wie — dość, że jestem nieraz wprost nieznośny. Przychodzą na mnie takie chwile rozdrażnienia jakiegoś, że umyślnie, świadomie, staram się wkoło siebie robić piekło. A że mieszkamy razem, on więc jest jedyną istotą, na którą mogę wyładować cały zapas złośliwości i sarkazmu. Cóż dziwnego, że mnie nieraz na czym świat stoi przeklina? Nazywa mnie babą, histeryczką, idiotą, hipochondrykiem, roznerwowanym czortem i licho tam jeszcze wie jak — ale to, niestety, nic a nic nie pomaga. Dawniej próbował w takich chwilach kłócić się ze mną i wymyślać; teraz jednak, jeśli mu nie zanadto dokuczę, nie odzywa się nic, tylko flegmatycznie słucha, albo się zabiera do czytania. Ja sam wiem o tym najlepiej, jakie ze mnie ziółko, i dlatego też nieraz staram się wszelkimi sposobami wynagrodzić mu te zatrute chwile. Jestem wtedy, doprawdy, ogromnie dobry. Stach tylko czeka takiej chwili. Kładziemy się wówczas obydwaj na łóżku — bo to dla nas najdogodniejsze locum z całego mieszkania — i długo, długo w noc rozmawiamy, marząc o przyszłości, rozważając sprawy ludzkości całej i społeczeństwa. On marzy jakoś realniej, prawdopodobniej — ja się zatapiam w jakieś rojenia mistyczno-idealne, niemożliwe do urzeczywistnienia. Ale dobrze nam tak razem i poczciwe, choć ułudne, mamy myśli. Tak nam noc nieraz do brzasku schodzi — i tak zasypiamy w ubraniu, ja zwykle z głową o jego piersi opartą.

Kiedym się pytał raz Stacha, dlaczego, pomimo mojego nieznośnego usposobienia, nie stara się zerwać ze mną stosunków, on mi odpowiedział że właśnie dla tych bezsennych nocy, strawionych na marzeniach. One mu wynagradzają wszystko. A i ja je kocham, te nasze noce romantyczne.

Od czasu do czasu gniewamy się na siebie po kilka dni nieraz. Naturalnie wina zawsze leży po mojej stronie: przyznaję się do tego bez żadnych zastrzeżeń. Utarczka najczęściej zaczyna się wieczorem. Wracam zły z lekcji, zmordowany, rozdrażniony, przygnębiony do reszty niepogodą. Byle błahostka wywołuje prawdziwy atak. Ot, choćby klucza zapomniałem i muszę czekać kilka minut w sieni, póki Stach nie nadejdzie. Wina, naturalnie, tylko moja — ale właśnie, że moja, właśnie, że do nikogo nic mogę mieć o to pretensji, wywołuje już to we mnie wzburzenie. Szukam zaczepki i heca gotowa. Stach ogromnie zagniewany; ja się uspokajam w końcu, ale najczęściej za późno, kiedym mu już porządnie dojechał. Kładziemy się spać, nie mówiąc sobie dobranoc. Rano Stach już żałuje swojej porywczości i szuka zaczepki do pojednania; to znowu ja mam do niego pretensję, że się mógł na mnie gniewać. Znów schodzi wieczór w milczeniu. Ale już na trzeci dzień strasznie nam jakoś głupio się robi. Ja nie zacznę nigdy pierwszy, Stach wie o tym i dlatego z góry już obmyśla sposoby pojednania. Ja już go znam tak dobrze, tak potrafiłem wystudiować tę niebogatą zresztą w objawach naturę, że z miny jego, z gestów, domyślam się, czego chce lub co ma powiedzieć.

Chodzi zwykle w takich razach z kwadrans po pokoju, paląc papierosa, z ukosa spoglądając na mnie, jakby się prosząc, żebym się domyślił jego zamiarów i ułatwił zadanie.

Ale ja udaję, że nic nie widzę. Wtedy on podchodzi, bierze mnie rękoma za głowę, wykręca do swej twarzy i mówi:

— No, słuchaj Józik, nie bądź głupim... co tam... jesteś rozgrymaszony dzieciak; ja źle robię, że się unoszę... co tam... daj pyska.

Dajemy sobie pyska i gniew skończony. Ja się bardzo rozczulam, przyznaję do winy — i znów nam wieczór i noc na marzeniach schodzi. A on to ogromnie lubi. Nieraz w nocy, kiedy nas bezsenność tłucze, on przychodzi do mego łóżka, na pogawędkę niby, ale w istocie żeby pomarzyć trochę. Nie zawsze jestem w usposobieniu do tego i zaczynam wtedy drwić z jego romantycznych zachcianek. A on się tego boi, boi się i wstydzi zarazem. Jest zawsze trzeźwy bardzo i chce za takiego uchodzić; jedne tylko te bezsenne noce są plamą na jego rozsądnym życiu, jak je sam nazywa. Gdym go się raz pytał, jak on może pogodzić tę trzeźwość życia z romantycznymi zachciankami, odpowiedział tylko:

— Ja wiem, ja wiem, że to strasznie głupio; cóż chcesz... to już widać w naturze mojej leży: trudno mi się jeszcze pozbyć wszystkich nabytków przeszłości. Ale ja czuję, że to głupio, i będę się starał odzwyczaić.

Tego odzwyczajenia się nie bardzo dostrzegam jakoś. Przeciwnie chyba... On ma wszelkie warunki do zostania reformatorem jakim, jego porywająca nieraz wymowa, zapał i wiara w to, co mówi, zjednywają mu wielu stronników. Przez kolegów jest nadzwyczajnie cenionym i uchodzi wśród nich za tęgą głowę. Jeden ja nie ulegam mu zupełnie i, o dziwo, dostrzegłem już dawno, że on się mnie jakby boi. W naszym stosunku nie on, lecz ja jestem panem. Jego najwznioślejsze wyrazy obijają się nieraz o mój upór; wygaduje na mnie głupstwa, złości się, ale zawsze moje jest na wierzchu. Nie mówię tu naturalnie o sferze przekonań — gdyż tak daleko wpływ mój nie sięga, i nawet w głębi duszy przyznaję, że nie chciałbym go pozbawić tych dogmatów, w jakie tak ślepo uwierzył — ale w sferze czynów, codziennych spraw i objawów życia, ja zawsze nim powoduję.

Mówiłem już, że on mnie wyłącza z całego świata i pozwala być takim, jakim jestem. Widzę to doskonale, że on mnie uważa jakby za dziecko, choć cudackie i fantastyczne, ale w gruncie niezłe, i patrzy na mnie jak na istotę jakąś zupełnie wyjątkową, do której w żaden sposób nie można by i nie należy stosować ogólnych praw życia. Powiem wprost, jestem dla niego takim samym bożkiem, jak i dla Zosi. Poczuwa się do obowiązku opiekowania się mną i pielęgnowania, jakbym był jego synem i ojcem zarazem. Ja wiem o tym dobrze i nadużywam też często jego przywiązania. A i o tym wiem także, że mu niezmiernie chodzi o mój szacunek dla niego i że pierwszą jego myślą po każdym postępku jest: co ja na to powiem. Zresztą wywdzięczam mu się tym samym, bo także się zawsze liczę z jego zdaniem; tylko, co prawda, dużo też liczę na jego wyrozumiałość, czasem aż nadto, zawsze pewien dobrego przyjęcia.

Takeśmy się już zżyli z sobą, że mimo woli, układając projekty życiowe, opieramy je na jednym, niezmiennym warunku — że zawsze mamy być razem. Teraz, dalibóg, nie wiem, czy ja pierwszy, czy on rzucił projekt wyjazdu za granicę po skończeniu uniwersytetu. Zresztą wszystko jedno. To wiem, że mamy wyjechać, a dokąd właściwie i po co, to już sprawa albo jego przekonań, albo mego widzimisię. Tak czy owak, jedziemy, bośmy sobie poprzysięgli celować bardzo wysoko. On już ma cel, idzie do niego wytrwale; ja może też we włóczędze życiowej wynajdę sobie cel jaki, i tak będziemy się piąć obydwaj.

Czy dojdziemy i dokąd dojdziemy — któż wie? On nie wątpi, ja mam tylko jakieś instynktowne poczucie, że iść trzeba — i pójdę — a los nam koniec pokaże.

Ach, życie, życie! — co ono z nas porobi? Tak by się teraz chciało podnieść rąbek tej zasłony, co nam przyszłe lata zasłania, żeby choć tyle ujrzeć, aby się przekonać, czy ta praca teraźniejsza jakiś owoc wyda. Doświadczenie uczy, że żadna chwila życia nie jest zupełnym ziszczeniem pokładanych w niej nadziei. Staramy się niby korzystać z doświadczenia, kurczymy się i ograniczamy w rojeniach, zdaje się, żeśmy już zniżyli do minimum skalę pragnień i ideałów, a jednak... życie nie ziszcza i tej drobnej cząsteczki.

29 lutego

Kuracja siłą woli zakończyła się fatalną klapą. Pozawczoraj13 zemdlałem na krześle i widocznie upadłem, bom się znalazł po ocknieniu na podłodze. Dziw wielki, żem głowy nie rozbił. Na szczęście, nikt nie widział, bom, jak zwykle, był sam: inaczej byłby mi Stach nową awanturę wyprawił.

Widocznie zaszkodziło mi długie pisanie. Rzeczywiście przesadziłem troszkę: pisałem ze trzy godziny, w zapale nie czując zmęczenia. Potem wziąłem jakąś książkę, chcąc koniecznie wytrwać do końca na krześle. Ale już w czasie czytania czułem, że mi się w głowie coś dziwnego wyrabia. Litery skakały mi przed oczami, wykręcały się jak węże — i, pomimo wysiłków, nic dojrzeć nie mogłem. Potem przed oczami rozparła się jakaś czarność, w głowie szum straszny, jakby kto trzepał dywany; sufit pokrył się cały świecącymi plamami, które, rozpryskując się na wszystkie strony, zasypały cały pokój jakby paciorkami stalowymi — i już nie czułem nic więcej.

Ledwiem się potem przyczołgał do łóżka, zły strasznie na siebie za swą bezsilność. Wczoraj musiałem cały dzień leżeć w łóżku, a Stach i Zosia nie odstępowali mnie ani na chwilę, korzystając z niedzieli. Trochę mi to było nie na rękę, bom nie miał humoru, a poczuwałem się do obowiązku podtrzymywania rozmowy. Co prawda, niewiele się potrzebowałem wysilać, bo oni zawsze mają wiele do mówienia z sobą.

Albo ja się nie znam na niczym, albo ta para kocha się wzajemnie, niewiele sobie z tego zdając sprawy. Co do Stacha, jestem tego pewny — co do Zosi — więcej niż przypuszczam.

Ano, znają się od lat pięciu, to chyba było dość czasu nawet na zakochanie. Pamiętam, byliśmy obydwaj jeszcze w siódmej klasie, kiedym go po raz pierwszy do domu ciotki wprowadził. Zosia była wtedy strasznym jeszcze smykiem. Nikomu ani się śniło uważać ją za coś więcej, jak za dziecko. Dopiero Stach, nie wiem, czy przez brak obycia się z tego rodzaju istotkami, czy też z wrodzonej mu powagi, zaczął ją traktować jak dorosłą pannę. Naturalnie nie mogło być jeszcze mowy o jakichś głębszych uczuciach. Lubili się tylko bardzo — Stach ją, jako moją siostrę — ona jego, jako mego przyjaciela. W ten sposób przeze mnie nawiązała się ta niteczka wzajemnej sympatii. Lata szły, stosunki nasze zacieśniały się coraz bardziej, a więc i z tej sympatii musiało się coś wykluć, zwłaszcza, że domatorskie więcej usposobienie Stacha, jego niechęć do wszelkich nowych znajomości, nie dawały mu sposobności zawiązywania innych stosunków. Mogę niemal powiedzieć, że ją zna pierwszą i ostatnią. A Zosia? To biedactwo jeszcze bardziej odcięte od świata. Zmuszona teraz mieszkać sama, przy obcych ludziach, tym więcej nudzić się musi i tęsknić za czymś. On jeden ze mną bywa u niej, widują się po kilka razy na tydzień, a już w niedzielę każdą bezwarunkowo, kiedy do niej chodzimy posłuchać muzyki — to i nic zadziwiającego, że go pokochać musiała. Ona sama jeszcze o tym nie wie i ręczę, że się nad tym nie zastanawiała ani razu, ale bezwiednie lgnie do niego i nawet się z tym nie kryje, że za nim tęskni.

Nie jest to żadna miłość gwałtowna, namiętna, z wybuchami. Płynie ona u nich tak spokojnie, tak miarowo, że się jej nawet nie domyślają oboje. Ja nie tak kochałem... Ale...

Stach jej wyjaśnia swoje teorie społeczne, starając się ją nawrócić na swoją wiarę. Ona go słucha z namaszczeniem wielkim, naturalnie niewiele rozumiejąc, co mogę wywnioskować z jej strasznie naiwnych odpowiedzi. Śmiejemy się z tego często, a Stachowi to się niezmiernie podoba. Sądzę, że gdyby jej kiedy przez noc garb wyrósł na plecach, także by go nim zachwycić zdołała.

Zosia się wstydzi trochę swego nieuctwa, i kiedy zostajemy sam na sam, prosi mnie zawsze o wyjaśnienie rozmaitych ciemnych dla niej wyrażeń Stacha. Pozawczoraj pytała mnie, co znaczy indeterminizm. Ona go uważa za tak strasznie mądrego, że już mędrszym od niego tylko ja być mogę, nikt więcej w świecie.

Czasem zrzędzę na Stacha, że jej głupstwami nabija niepotrzebnie głowę, ale ona go broni, utrzymując, że ją wszystko bardzo a bardzo zajmuje. Biedactwo na swój sposób pragnie mu się przypodobać; tylko on nie bardzo się potrafi poznać na tym. Muzykę niby lubi, choć teoretycznie odrzuca, jako niepotrzebny zbytek dla nerwów. Zosia jednak jest dla niego, tak jak i ja, wyjątkiem z ogólnej reguły. Ona grać może bez narażenia się jego teoriom. Sam jej nawet nuty znosi, a ja się uśmiecham po cichu.

Dzieci, dzieci!

Strasznie mi niewygodnie pisać dzisiaj — raz, że ciemno, bo łóżko moje stoi dosyć daleko od okna, a po drugie, że taka półsiedząca, półleżąca pozycja, w jakiej się znajduję, niezupełnie jest odpowiednia do pisania. Ale cóż robić przez dzień cały? Doprawdy, zaczynam się już nudzić porządnie. Stach mi zazdrości tych chwil wywczasu; ale ciekaw jestem, coby robił, na moim będąc miejscu.

Całe jeszcze szczęście, że ten starowina, Hofmann, zgodził się przychodzić do mnie na lekcje. Przynajmniej z nim godzina schodzi jako tako. Dziś mnie pochwalił za dobre postępy i starał się wmówić we mnie nadzieję, że za rok będę mówił po niemiecku jak rodowity berlińczyk. Niestety, ogromnie o tym wątpię. Co za nieznośny język! Wymawiają nam, Polakom, że się chętniej uczymy francuskiego, a choćby angielskiego, niż niemieckiego. Ależ, słowo daję, ten nasz wstręt do niemczyzny ma swoje podstawy. Pomijając wszelkie kwestie sympatii lub antypatii narodowej, w samym języku znajdziemy usprawiedliwiające powody. Jakaż zawiła budowa zdań! Ten zwyczaj stawiania orzeczeń na samym końcu zdań zniewala do trzymania umysłu w natężeniu aż do ostatniego wyrazu frazesu, co jeszcze przy niezwykłej długości okresów jest szalenie nużące. Trzeba od dziecka gimnastykować umysł, żeby go uczynić wytrzymałym do takiej ciągłości myśli. Sądzę, że sam już język ze swymi piętrowymi budowlami zaprawia mózgi niemieckie do tych nieskończenie długich, szalenie konsekwentnych spekulacji, jakimi się popisują w filozofii — jeżeli naturalnie nie dzieje się przeciwnie, tj. że język jest odbiciem ich spekulacyjnych umysłów. Tak czy owak, wszystko jedno; jądro kwestii pozostaje tym samym. Czy mowa wysubtelniła umysł ludzki, jak chcą jedni, czy umysł rozwinął mowę, jak wnioskują drudzy — zawsze łączność między nimi być musi.

Ach, Boże! co to za galimatias w tej filozofii! I jak tu sobie w tym chaosie może dać radę zwykły śmiertelnik! Chyba, jak utrzymuje Stach, wcale się tymi rzeczami nie zajmować. Gdybyż tylko można było!

Stach mi naznosił mnóstwo książek do czytania, żebym się nie nudził. Ale, niestety, nie mogę czytać długo. Dawniej potrafiłem całe noce spędzać na czytaniu, pomimo znużenia i senności; teraz nawet rzeczy lżejsze, jak Lombroso lub Mosso, nużą mnie szybko. Trzeba się chyba będzie zabrać do beletrystyki. Od tygodnia kładę Stachowi w głowę, żeby mi się skąd o jaką powieść postarał. A ja w dodatku tak przepadam za literaturą! Gdyby nie jakiś rozkaz moralny, który mi mówi ciągle: „ucz się i pracuj nad sobą”, wszystkie wolne chwile spędzałbym na czytaniu. Może kiedyś, po latach, będę zdolny dogodzić tej swojej „fantazji”.

A nikt nawet nie wie, że literatura o mały włos nie została zbogacona nową znakomitością... w mojej osobie. Ach, Boże! i dobrze, że nikt nie wie: wszystko potrafię znieść, prócz śmieszności. Bo i ja przechodziłem tę ospę autorstwa.

Byłem w ósmej klasie, kiedy napisałem coś pośredniego między poematem, nowelą, szkicem, obrazkiem... jednym słowem coś, czego sam nie potrafiłbym określić. Treści już nie pamiętam dobrze teraz. Pisałem to nocami, w tak ścisłej tajemnicy, jakbym przygotowywał co najmniej zbrodniczy zamiar wysadzenia Europy w powietrze. Po skończeniu, z biciem serca posłałem mój utwór do jakiejś redakcji. Niestety! zostałem ugodzony śmiertelnie: w „odpowiedziach od redakcji” wyczytałem najwyraźniej wydrukowane: „nie rozumiemy, o co szan. panu idzie”. Był to cios pierwszy. Niezrażony jednak jeszcze, przeciwnie, jak Byron, podniecony taką najwidoczniejszą niesprawiedliwością, zabrałem się do pióra i napisałem znowu jakąś wspaniałą niedorzeczność.

Boże!... co oni mi odpowiedzieli!... co oni mi odpowiedzieli!...

Do dziś dnia nie mogę o tym pomyśleć bez dreszczów, i wcale nie rozkosznych.

Lekarstwo jednak poskutkowało. Twórczość moja dostała jakby pałką w łeb i zanikła nagle. Już się chyba nigdy nie puszczę na taki eksperyment.

Ale dobrze, że to już tak strasznie dawno. Wreszcie nikt, literalnie nikt, o tym nie wie.

Zosia moja kochana dziś podwójne lekcje odrabia. Chce sobie na jutrzejszy wieczór wytargować kilka godzin i razem z nami je spędzić, żeby wesoło karnawał zakończyć. Zakończyć? Czyż on się dla niej zaczyna kiedy?

Jak to dobrze dla niej, że ona nie czuje całej nędzy swej egzystencji! Ona i z tego rada, że sobie kilka godzin „wytarguje” dzisiejszą zdwojoną pracą.

A gdzież użycie? spokój? wytchnienie?

1 marca

Jednak ta rekonwalescencja postępuje strasznie powoli — a jeżeli mam się przyznać szczerze, nie postępuje wcale. Wobec Zosi i Stacha brawuję trochę, żeby ich nie martwić bezpotrzebnie, ale sam czuję, że nie tylko mi teraz nie lepiej, ale od jakiego tygodnia jakby siły tracę. Czy to było zapalenie płuc, czy nie było, mniejsza z tym, skoro minęło; ale dlaczegóż to się wszystko tak wlecze? Z jakimś dziwnym niepokojem badam się co rano, czy mi choć odrobiny sił nie przybywa — a tu nic i nic. Pierwsze gwałtowne cierpienia ustąpiły już prawie, ale ten dojmujący ból w piersiach i kaszel męczący dotąd mi nie dają spokoju. Co to ma być? Czyżbym się zaziębiał ciągle? Wczoraj, wstydząc się trochę, prosiłem Stacha, żeby drzwi obił krajką. Może to stamtąd wieje? Ja nie czuję tego, ale może. — Bierz licho ceremonie i przechwałki! Lepiej się zabezpieczyć nawet tam, gdzie niebezpieczeństwa nie ma; bo mi się to już wszystko diabelnie przykrzyć zaczyna.

Dziś, przed godziną, czując się niby lepiej trochę, prosiłem starego Hofmanna, żeby mi podał rękę i poprowadził po pokoju. Przeszedłem dwa razy, i to z ogromnym wysiłkiem, i musiałem na swój sztuczny fotel wracać. Nie usiadłem, tylko padłem po prostu. Nogi zupełnie odmawiały mi posłuszeństwa: jedna w prawo, druga w lewo, a ja w tył albo na przód. Poczciwy starowina musiał się porządnie namęczyć. Krzyczał wprawdzie: „noch ein wenig14, noch ein wenig!” — ale moje nieszczęsne nogi krzyczały także: „genug15!”

Boże mój drogi, kiedy ja tych sił choć odrobinę nabiorę? Głupstwo już kaszel i piersi — zawsze mnie bolały — aby tylko jako tako chodzić można. Te pieniądze wściekają się po prostu. Kilka dni temu Stach odniósł mi pensję od Putowskich i Kotowiczów, a już nic nie ma. I jeszcze jak się moi chlebodawcy po gentelmeńsku znaleźli! Nie wytrącili ostatniego tygodnia, któregom nie zdążył dodreptać. Chciałem sobie sam wytrącić i przewyżkę odesłać, ale mi Stach odradził, mówiąc, że przecież, jak wstanę, mogę je odrobić z procentem nawet — a teraz pieniądze ogromnie potrzebne. Może i racja. Wreszcie mniejsza z tym — w każdym razie nie uciekną.

Szczęście, że madame Sawicka i Hofmann zapłaceni za luty. Skąd wezmę na marzec, sam nie wiem. Trzeba będzie znów mój i Stacha zegarek na naukę hebrajszczyzny do lombardu puścić. Ach, jakże mi się to wszystko przejadło! Od lat tylu ciągłe lawirowanie między pierwszym i pierwszym każdego miesiąca, ciągłe łamańce z debet i credit, ustawiczna walka z dziurami, szparami, chłodem i głodem, kłopotanie się o to, skąd wziąć, żeby zapchać jaką lukę — oto główna treść mego życia.

Il faut, que jeunesse se passe16. U mnie też mija, mija, ucieka prawie, a nie wiadomo, za czym i po co.

Ta pani Sawicka to sobie wcale dobra kobiecina. Gdyby miała o jakie 25 lat mniej, postarałbym się korzystać z nawiązujących się stosunków sympatii. Tylko, jeżeli zawsze była tak straszliwie cnotliwa i podejrzliwa jak teraz, niewiele bym u niej wskórał. Wprost paradna była w chwili umowy naszej przed rokiem, kiedyśmy od niej ten pokój wynajmowali. Jak ona się bała, żeby czasem jakich nicponiów za sublokatorów nie dostać! Ile tam było zastrzeżeń, pytań, warunków — tego by na skórze wołowej nie spisał. Pękaliśmy ze śmiechu ze Stachem, co ją jeszcze ostrożniejszą czyniło — tak się gorszyła naszym niepoważnym zachowaniem się w chwili tak ważnej umowy. Widziałem, że miała szczery zamiar cofnąć swą decyzję; ale że nam się i pokój dość podobał, i świetny punkt dla naszych lekcji, jakim jest Chmielna ulica, zachęcał nas również — takeśmy więc babinę zakrzyczeli, zagadali, obiecując wypełnić wszystkie zobowiązania, nawet co do „tych panienek”, że w końcu uległa, głównie olśniona moją elokwencją. Zabarykadowała tylko siennikiem i szafą drzwi łączące jej salon z naszym pokojem: to nam ostatecznie dogodność jedynie zrobiło, bo się nie potrzebujemy w niczym krępować.

Pokój mamy ani duży, ani mały, taki sobie umiarkowanej wielkości, o jednym oknie na wschód, z widokiem na dachy i podwórza; tylko wysoko diabelnie — trzecie piętro, po dosyć torturalnych schodach — co mnie szczególniej nie zbytnio się podoba. Ale cóż robić? Znam już na pamięć wszystkie sęki i szpary w każdym schodzie.

Od początku choroby stołuję się u pani Sawickiej. Poczciwa babina sama podobno robi mi befsztyki i przysyła takie porcje wszystkiego, jakby mnie chciała jedzeniem wyleczyć z wszelkich chorób, które przebywałem i przebywać będę. Niestety, zasmucam ją na śmierć swoim brakiem apetytu: Łucka odnosi nieraz nazad wszystko nietknięte.

Dzięki p. Sawickiej, od jutra będę miał fotel. Kiedym dziś rano zadzwonił na Łuckę, żeby sprzątnęła samowar, ku wielkiemu zdziwieniu ujrzałem we drzwiach p. Sawicką, która z powodu chwilowej nieobecności Łucki przyszła sama dowiedzieć się, czego potrzebuję. Przeprosiłem ją bardzo i poprosiłem dalej. Weszła, jak zwykle, dosyć podejrzliwie, bojąc się zapewne jakiej zasadzki; alem ją wprędce udobruchał przesadzoną nieco uprzejmością. Zabawiła z pół godziny, gawędząc zawzięcie. Widząc moją niewygodną pozycję na łóżku, sama się wyrwała z projektem przysłania mi fotelu. Ma tam podobno jakiś stary grat, który stoi bez użytku. Wymawiałem się trochę, ale w gruncie rad byłem bardzo. Na krześle siedzieć jeszcze nie mogę, a w łóżku już wstyd jakoś. Może tym fotelem wystraszę te resztki choroby.

No, ale zdaje się, że to już obiad się zbliża. Jakoś na pisaniu czas mi szybciej umyka, a skołatana głowa wypoczywa.

Ale po co ja to wszystko piszę?...


Przed godziną otrzymałem list od Amelki. Przede wszystkim ucieszyło mnie to, że ona nic nie wie o mojej chorobie. Zosia dotrzymała słowa. Na co się ma martwić na próżno? Mnie tym nie pomoże, a sama mogłaby się jeszcze rozchorować z niepokoju, bo nas bardzo kocha. Chciałaby pewnie przyjeżdżać, doglądać mnie w chorobie, a ja tu przecież mam zamiar wyzdrowieć wkrótce.

Nawet i potem nic jej pisać nie będę. Niech się nie martwi, choćby minionym smutkiem.

Przykro mi się zrobiło nad wyraz, kiedym wyczytał w jej liście te słowa: „Kiedy mróz większy na dworze, ja drżę cała na wspomnienie o tobie i Zosi. Ona nie ma szuby, twój szynel także wiatrem podszyty — a tymczasem musicie cały dzień biegać po lekcjach. Jużbym wolała, żeby mnie było zimno i niewygodnie, abym tylko mogła być o was spokojna. Mój Józieczku, mój złoty, błagam Cię na wszystko, oszczędzaj się, wystrzegaj zaziębienia. Tyś taki wątły, lada co Ci zaszkodzi. Od śmierci rodziców ja się już tak wszystkiego boję, że nawet może przesadzam, ale ty się pilnuj, najdroższy, boś Ty nasza jedyna nadzieja, podpora”.

O, moja Amelko! Gdybyś ty wiedziała, jak krucha moralnie jest ta „podpora”, może byś już nigdy słów tych nie powtórzyła.

O sobie, jak zwykle, nic prawie nie pisze. Czuć jednak jakąś gorycz, jakieś ciche przygnębienie z tego listu. Nie skarży się ani słowem — przeciwnie, wysila się, ile możności, udawać spokój, a nawet humor; ale poprzez każde słowo przebija jakby rozczarowanie do życia, przymusowe wyrzeczenie się wszelkich nadziei lepszej przyszłości. Zosię zwieść łatwo, bo ona wszystko literalnie zawsze bierze — ale ja czytam pomiędzy wierszami. Nieszczęśliwa ona.

Pisze jeszcze między innymi, że już do lata załatwi się ze wszystkimi długami po matce i że będzie mogła i nam przyjść z pomocą, byle tylko nie kłopotać się tak ciągle o nasze zdrowie. Jaka ona naiwna! Czyż przypuszcza choćby na chwilę, że ja się na to zgodzę? Pracowała lat tyle, nie myśląc zupełnie o sobie, a teraz, kiedy nareszcie dobija się końca, miałaby nowe ciężary na siebie nakładać? Przecież i mnie będzie coraz lepiej — w ostateczności wyrzeknę się i projektu wyjazdu za granicę, a nikomu ciężarem nie będę. Zagranica będzie zagranicą, projekty zostaną projektami, a do pracy się wezmę. Iluż to już marzeń i rojeń trzeba się było wyrzekać! Nawet przyzwyczaić się było można.

Wieczór już prawie. Tylko co patrzeć Stacha i Zosi.

Będziemy się bawili w karnawał...

Ha, trudno! każdy, jak może.

2 marca

Wieczór wczorajszy spędziliśmy dosyć znośnie. Zośka dokazywała jak łobuz, Stach zawiesił na kilka godzin swoje ponure poglądy na teraźniejszość i różowe na przyszłość, a ja dostrajałem się do nich, jak mogłem. Dopomagała mi w tym gorączka, która wieczorami dochodzi do 39 stopni.

Nigdy nie doświadczyłem na sobie takiej zmienności humoru — jak teraz. Byłem, co prawda, zawsze dosyć fantastyczny, nawet dziwaczny w swej zbytniej drażliwości — ale wtedy okres humoru lub niehumoru trwał przynajmniej dni kilka, choćby dzień cały. Wstawałem, jak mówi Stach, lewym lub prawym bokiem — i już do wieczora byłem krzywy albo prosty. Teraz zupełnie co innego. Dziesięć razy na dzień zmienia się mój nastrój. Po wesołości następuje apatia, po apatii podniecenie, potem smutek, przygnębienie, znów wesołość itd. da capo17. I to bez żadnych usprawiedliwiających powodów — ot tak sobie — z niczego. Myśl, skacząc z przedmiotu na przedmiot, poddaje się biernie chwilowym wrażeniom i pociąga za sobą duszę, zabarwiając ją odpowiednio. I co dziwniejsze, że świadomość moja nic nie traci na swej sile: kontroluje, jak dawniej, wrażenia, nastrój myśli i daje zupełnie wierne odbicie wnętrza duszy. Ale tu się kończy jej rola. Stoi jak niemy świadek, wypatruje wszystko, nawet gani lub chwali — ale jakby sama dla siebie, nie wysyłając rozkazów. Mam od niej carte-blanche18 zupełną: mogę być nie takim, jakim być powinienem lub chciałbym — ale jakim mnie zrobi wpływ zewnętrzny.

Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, czuję się bierny na wszystko; a że nie chcę być dowolną igraszką zmiennego humoru, zasiadłem więc do pisania i mam zamiar pisać długo, tym bardziej, żem kilka godzin spędził na refleksjach, z których wyciąg chciałbym sobie zachować. Dziś rano wpadła do mnie na chwilkę Zosia, powracając z kościoła. Wstała umyślnie wcześniej, żeby być na nabożeństwie popielcowym. Za jakie grzechy, za jakie nadużycia rozkoszy świata posypał jej ksiądz głowę popiołem — sam nie wiem. Ale to biedactwo czuło się w obowiązku uczestniczenia w tym pokutniczym obrzędzie. Lecz mniejsza z tym: to kwestia jej wiary, a dobrze, że ją ma. Zosia, jak nie ma samowiedzy swego życiowego położenia, tak też i nie ma jej względem swej wiary. To ją właśnie chroni od wszelkiej przesady na punkcie religijnym, bo tylko samowiedza swej wiary i pobożności popycha umysł na drogę fanatyzmu i bigoterii. Wiara jej płynie wprost z duszy, tak jak myśli z jej głowy i Zosi ani przez myśl nie przejdzie możliwość niewierzenia. Jeżeli słyszała co o ludziach niewierzących, nie może ich sobie na pewno wyobrazić jako istoty zwykłe, co dzień spotykane. Są oni dla niej jakby ludźmi innych planet, z innymi nosami, z inną głową, z innymi mózgami. Sądzę, iż, gdybym jej pokazał jednego z takich niewierzących, przypatrywałaby mu się ciekawie, a potem byłaby zdziwiona, że tak jak drudzy wygląda. Dlatego też ani przypuścić jest zdolna, że Stach i ja należymy właśnie do tej kategorii niewierzących, ja jej, naturalnie, nigdy nie mówiłem o tym — raz, że nie chciałbym jej zasmucać — a po drugie, że kwestia ta była mi dotychczas dość obojętna. Jakie by wrażenie wywarła na niej taka wiadomość, nie mogę przesądzać. Albo by sama straciła wiarę, poddając się biernie wpływowi, albo by po raz pierwszy doznała druzgocącego ciosu.

A że nic o tym nie wie, przekonałem się dziś rano. Wstąpiła do mnie dlatego jedynie, żeby mi przynieść trochę popiołu, zabranego w książkę do nabożeństwa. Nastrajając się poważnie, użalała się nade mną, że nawet do kościoła z powodu choroby pójść nie mogę. Ja jej nie wyprowadzałem z błędu, podziękowałem za pamięć i za ten pacierz, który za mnie zmówiła. Popiół pozostał.

Teraz ten popiół leży przede mną, a ja, patrząc nań, pytam sam siebie: gdzie się podziała wiara moja?

Żebyż choć taki, jak ten popiół, ślad z niej pozostał!

Nie wiem, czy jej żałuję — nie wiem, czy by mi było z nią lepiej — ale to wiem, że tak, jak ja ją straciłem, nie powinno się jej tracić.

Bo nie rzuciłem wiary, lecz straciłem ją — a to wielka bardzo różnica.

Rzuca się rzecz niepotrzebną, starą, zużytą, rzuca się wtedy, kiedy nam o nią nie idzie, bośmy się w nową zaopatrzyć potrafili — a traci się lub gubi zawsze coś jeszcze potrzebnego, po czym zostaje jakaś pustka.

We mnie także pustka teraz.

Kiedy ona powstała, po czym, w jakich okolicznościach, nie mógłbym tego określić. Są ludzie, których ta przełomowa chwila zaskakuje znienacka, po przeczytaniu jakiegoś dzieła lub po bezsennej nocy strawionej na rozmyślaniach. We mnie nic podobnego nie zaszło. Dawnych wierzeń pozbywałem się po trochu, niepostrzeżenie — rzekłbym — bezświadomie. Każde naukowe prawo natury, każdy systemat filozoficzny, chociem go nie przyjmował w posiadanie, ujmowały ze mnie jakąś dawną cząsteczkę i tak po odrobinie wyciekło gdzieś wszystko — bez walki, bez żalu, bez dokładnego pojęcia o tym, że coś tracę i co tracę.

Jeszcze raz powtarzam — wiary tej ja może nie żałuję teraz, ale to czuję, że nie tak ją tracić należy.

Tu powinna być walka, opór, zaciętość, tu powinna być świadomość tego, co się zwala, dlaczego i czym się zastępuje obalone bożyszcza.

Ja nic nie obalałem, nic nie odrzucałem, lecz tylko pogubiłem wszystko — no i nic nie mam.

Nie ja jeden tak tracę wiarę. My ją niemal wszyscy gubimy w ten sposób, nieopatrznie rozrzucając gdzieś po całym świecie po okruszynie, po strzępku, żeby potem mieć przyjemność powiedzenia sobie: „jesteśmy zwierzęta”.

Ulegamy jednemu i temu samemu procesowi psychicznemu, kiedy naiwnie pojmowany krytycyzm olśniewa nam mózgi. Tak i ze mną było.

Początkowe wychowanie odebrałem zupełnie religijne, toteż do 16 roku życia utrzymałem wszystkie nabytki epoki dzieciństwa. Wiara była dla mnie wszystkim: przez jej pryzmat widziałem świat i życie, ona była jedynym światłem rozpraszającym mroki zagadek, jedyną spójnią łączącą w całkowity systemat wszystkie pojęcia o wszechświecie. Światopogląd ten, choć mylny, wystarczał mi zupełnie i doprawdy byłem wówczas szczęśliwy, choć nie czułem tego.

Minęły jednak te lata. Zaczynałem obojętnieć na siłę tego światła, które, bądź co bądź i jak bądź, oświetlało mi przecież wszystko. Obcowanie z kolegami, chęć dostrojenia się do ich kamertonu moralnego podkopywały coraz bardziej ten gmach, zbudowany z wierzeń. Dziecko przetwarzało się w mężczyznę, a przecież mężczyźnie nie do twarzy modlitwa! Zaczynałem się wstydzić swych zacofanych pojęć. Było to rozluźnienie się wiązań budowli.

Potem należało jakimikolwiek czynami zaświadczyć o liberalizmie poglądów, choćby wbrew własnemu sumieniu. O, bom ja jeszcze wierzył wówczas! Może nie z taką siłą, nie z taką gorliwością, jak dawniej, alem wierzył jeszcze. Odrzuciłem tylko wszystkie zewnętrzne formy i objawy — z początku przez chęć dostosowania się do ogółu młodzieży, a potem z zasady. Nic łatwiejszego, jak wynaleźć zasadę, kiedy chodzi o wytłumaczenie przed samym sobą swych czynów. Jest pewna epoka w życiu, kiedy nie czyny z zasad wypływają, lecz zasady z czynów. A wtedy potrzebowałem jeszcze takich zasłonek, poza którymi można by się było schronić przed własnym sumieniem. Ani słyszałem wówczas o istnieniu sofistów, a już tworzyłem sofizmaty.

Formy! Cóż to są formy? To maszyneria, czyniąca z nas manekiny, to nałóg bezsensowy, to próżnia, poza którą nic nie ma.

Wszakże to nie trudno wpaść na taki pomysł i po raz tysiączny odkryć Amerykę. A jak to olśniewa! Kartezjusz po swoim: „myślę, więc jestem” nie był tak dumny, jak ja po wymyśleniu tej wielkiej prawdy.

Trudno mi się jeszcze było zdobyć na wyższy stopień rozumowania, żeby uznać w formach takie niezbędne ciało dla myśli, jakim jest organizm dla duszy.

Wreszcie — to tak przyjemnie coś burzyć! To taka rozkosz myśleć o wywróceniu świata do góry nogami.

Wszakże i ludzkość w zaraniu swego istnienia zdruzgotała szczęście jakieś, będące jej udziałem. Wszystkie filozofie Wschodu, wszystkie religie o tym tylko mówią. I czy to będzie upostaciowane w grzechu Adama i Ewy, czy ubarwione wszystkimi kolorami symbolicznej poezji Wschodu, jako mit lub systemat filozoficzny, zawsze się tam jakiegoś błędu, jakiejś ruiny dawnego szczęścia doszukamy. Ktoś zbłądził, my za to cierpimy — czyż nie tak każda religia istnienie zła i nędzy na świecie usprawiedliwia?

Lecz odbiegłem od rzeczy.

Burzyć coś, kiedy zbudować nic jeszcze nie jesteśmy zdolni — to jedyna namiętność młodości — a kto wie, czy i nie życia całego. Aby tylko wplątać i naszą niteczkę do ogólnej tkaniny.

Więc burzyłem: z początku niewprawnie, drobnostki, potem całe kawały duszy, potem nicowałem życie, aż w końcu i świat wszystek poruszyć chciałbym z posad. To szybko idzie. Ani się opatrzysz, jak gruzy polecą.

Zdejmować czapkę przed kościołem? Po co? Na co? Wszakże Bóg jest wszędzie.

Nic nad to naturalniejszego. No — i nie zdejmowałem czapki.

Pacierz mówić? Modlić się? Wszakże Bóg wie najtajniejsze myśli nasze. Myślą, czynami modlić się trzeba, nie słowy i biciem się w piersi.

Prawda! — Nie modliłem się już więcej.

Pościć? Chodzić do kościoła? Do spowiedzi? Ależ głupstwo! Nikt prawdziwie inteligentny, a w dodatku mężczyzna, tego nie robi.

I to poszło.

Liść za liściem, gałązka za gałązką, konar za konarem, opadało wszystko z tego drzewa, wyrosłego na gruncie dzieciństwa, hodowanego kołysankami matki i bajkami nianiek.

Opadło wszystko, jakby wichrem zwiał.

Pozostały jeszcze dogmaty. I na nie przyszła kolej, chociaż później znacznie. Ażeby dogmat zburzyć, trzeba już nie lada dzioba i zaostrzonych pazurów.

Ale na cóż doświadczenie, na cóż wprawa w burzeniu?

I na to czas nadszedł.

Przedtem jednak miałem jedną chwilę nagłego powrotu do wiary i do całej dawnej naiwności.

Teraz i śmiech mnie pusty porywa, i wstyd mi trochę tej kartki życia.

Był to nagły fajerwerk przygasających szczątków, ostatnie nawiedziny bezpowrotnie minionych chwil błogiej, dziecięcej naiwności.

Kończyłem 6 klasę. Bieda, chłód, praca zanadto mi dokuczały, ażebym mógł z lekkim sercem przedłużać sobie te dnie męczarni. A tu jeszcze w najlepszym razie całe dwa lata pozostawały. Drżałem na samą myśl, że mogę się zatrzymać na drugi rok w tej samej klasie. Rok cały zmarnować! jeszcze rok cały dodać do tych lat strasznych! Tak mi już dokuczyła ta walka z nędzą...

Łacina nie dawała mi spokoju. Kułem wszystkie wyjątki, układałem w mózgu wszystkie wypadki użycia quin i ut — a jednak nie szło. Wreszcie — cóż znaczy nauka w godzinach kradzionych nocy, po dniu pracy na korepetycjach, często przy pustym żołądku?

Na marne szła praca.

Zbliżał się dzień egzaminu. Kilka nocy spędziłem nad Cyceronem i gramatyką. Ze znużenia zasypiałem nad książką, choć co chwila trzeźwiłem się wodą sodową, przykładając usta do samego kranu, żeby najmniejszej cząstki orzeźwiającego gazu nie stracić. A syfon wody 20 groszy kosztował...

Nie szło jednakże. Taką już widać miałem tępą głowę do łaciny.

Aż nadeszła wreszcie ostatnia noc. Sen mi oczy zasłaniał, głowa ze znużenia opadała ciągle na książkę — siedziałem jednak noc całą.

To pamiętna noc dla mnie, boleśnie pamiętna.

Dla oszczędności nafty, przyćmiona lampa słabo tylko oświecała pokój. Traciłem nieraz świadomość czasu i miejsca, a myśl, odrywając się od Cycerona, który leżał przede mną, ciągle gdzieś ulatywała w przestrzenie. Majaczyłem i zasypiałem. Myślałem chwilami o innych ludziach, choćby o uczniach moich, i ciągle się z nimi zestawiałem.

— Ot, oni szczęśliwi. O każdym z nich ktoś pamięta, troszczy się, opiekuje, a ja tylko między nimi jestem sam jeden jak palec, rzucony w świat na walki i gorycze. Nikt się mną nie interesuje, nikt ręki pomocnej nie poda, muszę sam jeden, o własnych siłach, dobijać się chleba kawałka i jeszcze innym dopomóc. I to sam, sam jeden, bez ręki bratniej, bez niczyjego serca, bez...

Tak sobie myślałem.

Brzask już był na niebie, wschodni skrawek horyzontu zaróżowił się i ział światłością. Cały świat zabarwił się błękitem i tonął w ogólnym oceanie dziwnej błogości nieba.

Zgasiłem światło.

Cały pokój zaczął nasiąkać tą atmosferą niebieską, jaka wszechświat zatapiała. Czułem niebo dokoła. Błękit wszechoceanu zaczął mi się wdzierać w mózg, w duszę, i napełnił światłością i upojeniem. Roztapiałem się w tej niebiańskości, anielała mi dusza — i byłem w niebie...

W niebie? Wszakże tam Bóg panem! Czułem Go, widziałem niemal.

On był wielki, potężny, jedną ręką kierował ruchem wszechświata, drugą sypał dobrodziejstwa i łaski.

Takim Go widziałem, takim mieć Go chciałem, takim mnie Go widzieć nauczono...

Na kolana!

Zgiąłem kolana.

Zacząłem się modlić...

— Tyś jest wielki, Boże, dobry, wszechmocny, miłosierny! Wysłuchaj modlitwy dziecka Twego, które z ufnością i pokorą śle Ci słowa skargi i prośby...

I płynęła modlitwa...

Przypomniały mi się lata, ubiegłe już dawno, kiedym błagał w modlitwie o zdrowie i życie matki, kiedym z naiwną ufnością wymagał od Niego, by zmienił tor biegu świata i ocalił mi to najdroższe życie.

Niewiele pragnąłem teraz. Niech mi choć jednym promykiem rozjaśni życie pełne walk i trudów. Niechaj wejrzy Swym okiem i obaczy, że mi jest źle na świecie.

Samotny, opuszczony, borykam się wśród ludzi i niedobrze mi, i chłodno, i ciężko... nieraz nad siły ciężko...

Egzamin! Zanadto mi on ciężył na duszy, żeby mi teraz nie przyszedł na myśl. Tak — błagałem Boga, żeby mi dla Swej wszechmocności dopomógł, zezwolił, rozkazał...

Prosiłem jak dziecko małe, które się modli do Bozi o ulubiony przysmaczek lub zdrowie lalki. Wróciła mi cała prostota i wiara dziecinności.

Szlochałem i zawodziłem.

Wreszcie uląkłem się ogromu mych żądań, już nie o szczęście błagałem, nie o usunięcie cierni życia przede mną, nie o chleb powszedni, tylko o to fatalne jutro, o które życie moje miało się tak zahaczyć.

Słońce już weszło zupełnie i dzień był wielki, a jam się modlił jeszcze, rozmawiał z Bogiem.

Wreszcie znużony, w płaczu, zasnąłem, z głową zwieszoną na parapet okna, na kolanach...

Nie zdałem.

Ogarnęła mnie wściekłość. Zdawało mi się, żem miał prawo mieć o to żal do Boga.

Toteż krnąbrność i pycha wsączyły mi się w serce.

Drwiłem, szydziłem, bluźniłem.

Wreszcie wstyd mi było przed samym sobą. Tak się upokorzyć, tak zdziecinnieć, tak się zaprzeć całego dobytku rozumu, którym się w owe czasy niezmiernie szczyciłem — i za to nic nie otrzymać!

Czułem urazę i miałem jakąś rozkosz w myśli, że mogę coś zarzucić temu najdobrotliwszemu Bogu, przed którym kolana zginają.

Dzieckiem byłem jeszcze.

Nowe wrażenia jednak szybko zatarły to bolesne przejście i gniew mój bezsilny.

Zobojętniałem dziwnie. Dogmat za dogmatem leciał w gruzy, a ja dopomagałem jeszcze do tej niszczącej pracy. Przeczytałem kilka książek, w których nic nie było o Bogu, zapaliłem się do fizyki, zasłyszałem coś o Wolterze i Darwinie, jednym słowem mądrzałem strasznie. Nigdy nie uważałem się za tak wszechstronnie mądrego, jak wówczas. Z dumą spoglądałem na swych kolegów, stawiając się w duszy nieskończenie od nich wyżej. Nie ma ludzi bardziej zaufanych w siebie i dumnych ze swego rozumu i wiedzy, jak właśnie dziewiętnastoletni młodzieńcy.

Szukałem ideału, biegłem z życiem w szalonym pędzie, aż w tej pogoni pogubiłem wszystko.

Z całej dawnej wiary pozostało mi jeszcze mgliste pojęcie o Bogu jako najwyższej, kierującej i twórczej istocie — i o nieśmiertelności duszy. Te przetrwały najdłużej, bom ich strzegł i trudno mi się było tak rozstać z nimi bez nowych urojeń, które by dawniejsze zastąpiły. Zawsze to przykro spaść z tak wysoka.

Aż pewnego dnia zapytałem siebie: dlaczego przechowuję jeszcze w głębi duszy te szczątki dawnej wiary?

Nie umiałem na to odpowiedzieć.

Nie umiałem, bom nie mógł żadnym rozumowaniem poprzeć tych archaizmów, jakie mi gdzieś po zakątkach mózgu tkwiły.

Od tej chwili straciłem duszę i Boga.

Czy cierpiałem wówczas nad tym? Nie. Nie zdawałem nawet sobie sprawy, że to jeden z najważniejszych przewrotów w życiu. Lekko, swobodnie, nawet wesoło załatwiłem się z tymi szmatami pieluch, jak nazywałem wtedy te survivale umysłu, i ani chwili jednej nie zastanawiałem się nad tym, czym zastąpię powstałą próżnię.

Więcej nawet powiem: doznawałem jakiegoś zadowolenia z poczucia swobody i niezależności, jakbym się wyzwolił spod ostrej i przemożnej a uciążliwej kontroli. Nie ma Boga? Tym lepiej. Jeżeli nie jest niczym, jam wszystkim, ja panem, ja sędzią siebie, jak już Słowacki powiedział.

W pewnym okresie wieku takie poczucie własnej niezależności wydaje się niemal szczęściem. Ulegałem i ja tej zwykłej kolei życia. Ot, umarł sobie starowina dziadek, niezły, ale zrzędny, czasem nudny, czasem przestarzały w swych pojęciach, nieraz surowy i niewyrozumiały na prawa młodości, którą przeżył dawno, a zawsze krępujący i pełen wymagań.

Umarł? — ano, nażył się już sporo, czas miejsca innym ustąpić.

Tak to sobie jakoś wyrozumowałem.

I było mi z tym dobrze. Ukończyłem właśnie gimnazjum i wstąpiłem na uniwersytet. Nowe wrażenia, odmienny tryb życia, pochłaniały mnie w zupełności. Swoboda, jakiej używałem po wyjściu z klauzury gimnazjalnej, olśniła mnie na czas jakiś. Życie prowadziłem nad wyraz nieporządne. Tłumione dotychczas żądze wystąpiły z całą siłą. Popłatniejsze trochę lekcje pozwalały mi na zakosztowanie niejednego zakazanego owocu. Wreszcie — różne tam były historie.

Używałem więc trochę.

Zmieniłem się do niepoznania. Z dawnego pilnego i naiwnego chłopca przeobraziłem się w studenta hulakę, z szyderczym uśmiechem na ustach, pustką w głowie, a nicością w duszy.

Tak mi zeszedł pierwszy rok życia uniwersyteckiego. Cudem jakimś udało mi się tylko przejść na drugi kurs: zupełnie nie uważałbym się za pokrzywdzonego, gdyby mnie na drugi rok zostawili, tak dalece zaniedbałem się w pracy.

Wtedy dopiero po raz pierwszy od roku przejrzałem. Zrozumiałem całą czczość i bezcelowość takiego życia, jakie prowadziłem dotąd; i jak rzucałem się w nie bez zbytniego zapału, tak też i bez żalu je porzuciłem.

Przy tym i zdrowie coraz bardziej zaczęło mi nie dopisywać.

Otrząsnąłem się szybko. Wróciło zamiłowanie do pracy, wrócił rozsądek — ale nie wróciły się już ani zdrowie, ani wiara. Wraz z rumieńcami na twarzy zniknęła dawna prostota; zrobiłem się bardziej złożony, jakby powyginany na wszystkie strony, a przez to kruchszy i słabszy. I już nigdy nie mogłem się naprostować. Sielsko-anielskie dzieciństwo ustąpiło młodości górnej a chmurnej. I dziś...

Eh, co tam!...

Tak to ja straciłem wiarę.

3 marca

Widocznie słaby jeszcze jestem bardzo i choroba robi mnie większym idealistą, aniżeli jestem w istocie lub być chcę. Tak, w życiu codziennym za mało mam czasu na podobne rozmyślania jak wczoraj. Teraz ta bezczynność odkrywa mi wiele stron duszy nieistniejących dotychczas albo może raczej przytłumionych. Z pewną ciekawością śledzę się obecnie, jakim ja jestem w głębi, jaką drogą poszedłby mój umysł, gdyby był pozostawiony zupełnie sobie samemu, nierozrywany na wszystkie strony codziennymi, małymi sprawkami. W ogóle uważam, że jestem skłonny do jakiegoś marzycielstwa, a nawet, wprost powiedziawszy — mazgajstwa. Tego ostatniego strasznie się boję. Jeżeli już nie mogę się zdobyć na optymizm życiowy, choćby na wzór Stacha, wolałbym drwić ze wszystkiego niż płakać, bo ostatecznie wszelkie kwilenia i utyskiwania na życie funta kłaków nie warte i nic a nic nie łagodzą jego ciężaru. Żale i narzekania to najniedołężniejsza filozofia życiowa. Łzami się muru nie rozpuści, a oczy wypłynąć mogą. Już lepiej kląć i złorzeczyć, a najlepiej nic nie robić, tylko żyć i żyć, jak Zosia moja. Niesłuszniem19 się nad nią litował — prędzej by zazdrościć można. Taka filozofia najdoskonalsza, bo jej wcale nie ma. Myśmy sobie pobudzili jakieś licha w głębi nas drzemiące, jakieś świadomości, kontrole, zdawania sprawy — wszystkie istoty niesłychanie wymagające, wiecznie niezadowolone, zgryźliwe, przesadne — i musimy im służyć.

Ja już nie potrafię się cofnąć do tego stanu prostoty. Licho zbudzone we mnie nie da się uśpić, ani wyżenąć20. Będzie tkwiło zawsze, ażeby, jak cień, towarzyszyć każdej myśli, każdemu zachceniu i pytać ciągle: „a po co? a dlaczego? a w jakim celu?”. Całe usiłowania skierować tylko mogę na to, żeby płacz w śmiech, a narzekania w drwiny obrócić. Może tak znośniej mi będzie na świecie.

Dziś pytałem się Starzeckiego, kiedy będę mógł wyjść po raz pierwszy. On mi robi nadzieję, choć sam nie ukrywa, że go dziwi ta długa rekonwalescencja. Zachodzą podobno jakieś dziwne komplikacje. To najgorsze, że gorączka nie ustępuje. Przez nią nie mogę do sił powrócić — a tych mi tylko trzeba, żeby się nazwać zdrowym zupełnie.

Głupia rzecz ta choroba: chciałoby się choć dryndą po mieście przejechać, a tu kwasić się trzeba w tych czterech ścianach. A dziś akurat taka pogoda, jaką ja pasjami lubię: mróz kilkunastostopniowy, śnieg skrzypi pod nogami, a niebo takie czyste, jakby nigdy chmur nie widziało. Coby to była za przyjemność tak się przelecieć piechotando — choćby do Łazienek na przykład!

Stęskniłem się już strasznie za moją kochaną Warszawą, za ulicami, trotuarami i całym zgiełkiem ulicznym. Jak tylko wstanę, zaraz pierwszego dnia ze Stachem urządzimy wędrówkę po mieście. Już taki sobie bal zrobimy.

Do Warszawy jestem dziecinnie przywiązany. Może to nawet śmieszne takie przywiązanie, umiłowanie jednego kącika świata, ale ono, doprawdy, dopełnia mi trochę życie. A czymże bym ja sobie umilił swoje wieczorne wędrówki po ulicach z jednego krańca miasta na drugi, gdyby nie ta sympatia do trotuarów, gmachów, latarni gazowych?

Lapończyk tęskni do swoich bezbrzeżnych oceanów śniegu, Arab do pustyni — a ja do moich płomieni gazowych, skupionych do siebie na placach, jak gwiazdy konstelacji na niebie — do moich bruków i domów, do alei z murów i pasków nieba nad ulicami.

Trzeba umieć wszystko odczuć. Nawet kamień przydrożny, nawet znaki nad sklepami mają wówczas swoją duszę.

4 marca

Dziś rano, bez żadnego powodu, w chwili rozmowy ze Stachem, rzuciła mi się gwałtownie krew gardłem. Już to po raz trzeci od miesiąca. Co to wszystko ma znaczyć? Zaczyna mnie to niecierpliwić — no i niepokoić w końcu.

Teraz mi lepiej trochę i siedzę jako tako, ale przed południem nie mogłem już dokończyć niemieckiego z Hofmannem. Myślałem, że się przemogę, i prosiłem go, by zaczekał z kwadrans — ale i to na nic się nie zdało. On jest nudny trochę, przy tym namiętnie zażywa tabakę, a ja dziś, nie wiem dlaczego, właśnie nie mogłem znieść jej odoru. Skończyło się na tym, żem go prosił, by wyszedł jak najprędzej.

W ogóle jestem dziś w niehumorze: drażni mnie i nieobecność Stacha, i Hofmann, i Starzecki i ta cała choroba — wreszcie nie wiem, co jeszcze. Nie potrafiłem się nawet pohamować wobec Starzeckiego. Choćby dlatego, że darmo chodzi do mnie codziennie, powinienem czuć wdzięczność dla niego i okazywać uprzejmość. Ale dziś, doprawdy, nie byłem zdolny. Ten nowy krwotok przeraził mnie więcej, niźli chcę okazać. Słusznie czy niesłusznie, część winy zwaliłem na Starzeckiego za tę powolną kurację i w kilku słowach dałem mu to do zrozumienia. Teraz żałuję tego bardzo, bo to dobry człowiek; a że nie orzeł, toć i nie jego wina, że go takim mama-natura stworzyła.

Jutro muszę mu podwójną grzeczność okazać. Mam nadzieję, że Stach, który wyszedł razem ze Starzeckim, załagodzi jakoś moje niestosowne znalezienie się. On mi oczami dawał znaki, żeby się powstrzymać w goryczy, i z pewnością dlatego tylko wyszedł z nim razem. On zna moje szusy, to i wytłumaczyć potrafi.

Nie wiem, czy wytrwam, tak siedząc, do wieczora. Chciałbym w ten usposób uspokoić trochę obawy Stacha. On się dziś tej krwi także przeląkł strasznie.

Leżeć nie chcę dłużej — raz, że mi się to już szalenie uprzykrzyło, a po drugie, że zaczynam doznawać jakiegoś instynktownego wstrętu do łóżka. Wszystko, co tylko przypomina chorobę, sprawia mi niewypowiedzianą odrazę; każę Łuckiej co dzień zaścielać łóżko choć na kilka godzin, żeby się pozbyć widoku rozłożonej pościeli. Te poduszki, ta kołdra, siennik — to symbole niemocy i cierpienia. Raz już chcę wziąć z nimi rozbrat.

Jeszcze mnie tylko te flaszki z receptami irytują. Poproszę Stacha, żeby to gdzie do diabła wyrzucił. Po co ma stać na oczach? Dosyć, że mnie kaszel dusi i piersi bolą, nie potrzeba więcej symbolów.

Boję się, czym do Amelki dość zręcznie napisał. Odczytuję list po raz drugi, a ciągle mi się zdaje, że ona domyśli się wszystkiego. Wreszcie, choćbym i napisał, żem chory trochę, to jakże jej napiszę — na co? Albo ja wiem sam, co mi jest? Kaszel, osłabienie — to jeszcze nie żadna choroba; wstyd się nawet przyznać do leżenia w łóżku. Ot, uczepiło się jakieś licho i po kościach tłucze, a ty cierp, nieboraku, póki się nie odczepi.

Czy to nie głupia taka sytuacja?

5 marca

Stasisko mój ma jakieś wielkie zmartwienie. W głowę zachodzę, co to takiego być może. Gdyby mu kto umarł lub zachorował, byłby mi powiedział przecież; a tymczasem na usilne moje nalegania i prośby nie chce nic powiedzieć; nawet się wypiera i gorączkowo chce mnie zapewniać, że mu się nic nie stało — ale mnie nie potrafi oszukać. Znam go za dobrze, żeby nie potrafić zmiarkować, w jakim jest nastroju.

Wczoraj wieczorem powrócił blady, zmieniony strasznie; a kiedy się witał ze mną, widziałem, jak drżał. Uderzyło mnie i to również, że usilnie się starał panować nad sobą i nie dać nic poznać. Kolacji jednak nie jadł zupełnie, a potem, zamiast się wziąć, jak zwykle, do książek, usiadł na moim łóżku i, ni z tego, ni z owego, zaczął mnie całować i ściskać, jak nigdy dawniej, ze łzami w oczach. Byłem zdumiony i przerażony tym jego dziwnym wybuchem. Wiedząc, że zwierzenie się może mu sprawić ulgę, wręcz zapytałem, co mu się stało. On się zmieszał jeszcze bardziej i widziałem, że mu przykrość sprawiło to wydanie się ze swoim bólem, ja nalegałem dalej, on brnął coraz głębiej. Jąkał się, mieszał, a czując swoje pomieszanie, złościł się sam na siebie; wreszcie, zarzuciwszy ledwie szynel, nic nie mówiąc, wybiegł z pokoju. Widziałem, że mu najwięcej przykrości sprawiały moje pytania, a jednak nie okazywał mi zupełnie rozdrażnienia, jak bywało w takich razach dawniej; przeciwnie, raz po raz podchodził do łóżka, przyciskał mą głowę do swych piersi, całował w czoło, jednym słowem, rozczulał się jak nigdy.

Choć byłem w strasznym niepokoju o niego i chciałem, bądź co bądż, wydobyć mu z serca tę tajemnicę, postanowiłem jednak nie dopytywać się już o nic i udawać, że nic nie widzę.

Kiedy wrócił po półgodzinie, miał oczy zaczerwienione, jakby po płaczu. On płakał! U niego to rzecz niesłychana!

Zdjął mnie ogromny żal. Posadziłem go przy sobie na łóżku i, siląc się na spokój, zacząłem rozmowę o naszym projektowanym wyjeździe na uniwersytet za granicę. Jemu się twarz wykrzywiała, torturowało go każde moje słowo — jednakże z wysiłkiem starał się podtrzymać temat i, nie wiem dlaczego, gorączkowo chciał mnie zapewnić, że na pewno pojedziemy.

A kiedym mimo woli machnął dłonią, mówiąc: „eh, kto to tam wie, co będzie”, jemu się znowu łzy zakręciły w oczach i nagle pocałował mnie w rękę.

Osłupiałem. To już było coś anormalnego, chorobliwego. W pierwszej chwili pomyślałem, że zwariował, i ze strachem rzuciłem mu pytanie, czy się nie czuje chory. Powiedział, że ma dreszcze i od rana czuł się już niedobrze. Zaczął mnie zapewniać skwapliwie, że wszystkie te jego dziwactwa są tylko wynikiem niezdrowia i że nazajutrz będzie już w porządku. A tak się cieszył tą chorobą, tak ją w siebie wmawiał, jakby to były skarby największe.

Może on rzeczywiście chory? W nocy nie spał, bom słyszał, jak się przewracał z boku na bok; dziś wstał jak z krzyża zdjęty i nic nie mówi. Tylko dla mnie zrobił się czuły, troskliwy — aż do przesady.

Co to jest? Co mu się stało? Nic nie wiem. Dziś ponowię swoje pytania, bo mnie już drażni w końcu ten brak zaufania z jego strony. Jedno przypuszczam: może go minęło odznaczenie za rozprawę, którą napisał. Ale on by się nie mazał chyba dla takiego powodu. Wreszcie za dumny na to.

Biję się z myślami i nic wymyślić nie mogę.

6 marca

Niewytłumaczony jakiś strach wciska mi się w duszę. Nie wiem dlaczego, ale czuję się w przededniu jakiegoś nieszczęścia. Co się ma stać, nie pojmuję, ale coś się stanie.

Może to noc i samotność tak mnie ponuro nastraja — nie wiem, może — ale boję się czegoś strasznie.

Cały dzień dzisiejszy zeszedł nad wyraz smutnie, prawie grobowo. Nawet zwykłą wesołość Zosi przytłumił Stach swą tragiczną miną. Boże mój, co mu jest? Nigdy go takim nie widziałem.

Jakieś nieokreślone podejrzenia czepiają mi się uporczywie.

Już boję się pytać nawet...

7 marca

Do jakiego stopnia umysł nasz zależny jest od rozmaitych warunków zewnętrznych, najlepszym dowodem służyć mi może wczorajsza notatka w tym dzienniczku. Pisałem ją wieczorem, w gorączce, kiedy chorobliwie rozegzaltowana wyobraźnia najdziwaczniejsze obrazy przedstawia. Umysł osłania jakby jakaś czarna płachta, która wszystko na czarno zabarwia — i choć się człowiek stara otrząsnąć z takiego ataku melancholii, na nic wszelkie wysiłki. Czuje się nawet całą anormalność takiego stanu, a jednak wyjść z tego zaczarowanego koła nie można, bo nawet sama owa samowiedza przybiera anormalny, spaczony charakter.

Bo czyż dlatego, iż wiem, że mi smutno — smutek mój straci cośkolwiek na swej sile? Ani trochę. Wpada się jedynie w błędne koło bez wyjścia i ostatecznie cała logika umysłu zdobywa się na jedną tylko sentencję: smutno mi, bo mi smutno.

No, ale dziś nie mam wcale zamiaru pisać traktatu o smutku. Przeciwnie, od rana samego jestem w złotym humorze. Blask słońca tak rozwesela całą fizjognomię świata, że tego wesela aż nadto dla mojej duszy. Zdaje się, jakby to światło słoneczne wdzierało się aż do najdalszych kryjówek mózgu i po prostu nie ma już tam najmniejszego zakątka, który by przez pryzmat tego blasku na świat nie spoglądał.

Jeden tylko Stach stanowi wyjątek w tym ogólnym weselu. Minę ma ciągle tak pogrzebową, jakby pół świata pochował, a drugą zamierzał.

Coś go naleciało widać.

Doktora przyjąłem dziś przesadnie uprzejmie. Chciałem go tym przeprosić za piątkowe niestosowne wybryki. Wyściskaliśmy sobie ręce tak czule, że aż w stawach trzeszczało, i widziałem, że wychodził dość ze mnie zadowolony. To z gruntu poczciwa kreatura, aż za poczciwa na doktora. Rozczula się, zamiast radzić, a to, dalibóg, mniej potrzebne.

8 marca

Jestem niespokojny trochę o Zosię: pomimo obietnicy, nie była wczoraj wcale. Prosiłem wieczorem Stacha, żeby poszedł do niej dowiedzieć się, co zaszło — ale on się przyznał, że właśnie stamtąd wraca. Straciła biedna jakieś dwie lekcje, choć mniej popłatne, to ją zmartwiło bardzo; a że nie chciała sprawiać mi przykrości swoimi kłopotami, więc wolała sama się biedzić ze smutkiem, nie czując się na siłach zataić to przede mną. Wdzięczna była Stachowi za odwiedziny i prosiła, żeby mnie przygotował do tej niepomyślnej wiadomości.

Tak mi Stach opowiadał. Jednakże czuję, że oni coś tają przede mną. Wszystko nie zgadza się jakoś strasznie z charakterem Zosi. Nie przeczę, że utrata dwóch lekcji mogła ją zasmucić trochę, ale skądże znów ta dziwna obawa o mnie? Żeby mnie nie zmartwić? To po cóż mi o tym powiedzieli? Wreszcie skąd się wzięła ta niebywała u Zosi refleksja? Ona zawsze zwierzała mi się z najdrobniejszej swej przykrości lub pomyślności, czując instynktowną potrzebę dzielenia się ze mną wszystkim, najczęściej, aby zaczerpnąć otuchy. Z naiwnym egoizmem nie zważała, jak ja przyjmę tę lub inną jej przykrostkę, zresztą zawsze niesłychanie dziecinną — a tu naraz takie machinacje z jej strony! I jaka ona naiwna jeszcze! Jeżeli to prawda z tymi lekcjami, to czyż sądzi, że mnie ta wiadomość aż przerazić potrafi? Ona będzie miała mniej, toć mogę ja mieć więcej, a sztukę dzielenia posiedliśmy już dawno.

Naturalnie najgorsza rzecz w tym, że ja, niedołęga, nic teraz poradzić nie mogę. Ach, ta choroba, ta choroba! Już mi kością w gardle stanęła. Od tygodnia wszystkie wydatki na Stacha i Zosi głowie. Jeżeli to dłużej potrwa, trzeba się będzie do szpitala wynosić. Oni słuchać o tym nie chcą — no, ale ja przecież nie mogę ich wyzyskiwać.

9 marca

Dokoła mnie dzieje się coś dziwnego, niepojętego. Zosia przyszła wczoraj do mnie tak blada, tak okropnie zmieniona, jakby przebyła najcięższą chorobę. Potem wpadła kilka razy w spazmatyczny płacz i dopiero po długich wysiłkach udało się Stachowi uspokoić ją trochę. Miała przesiedzieć do wieczora, a tymczasem wyszła przed szóstą.

Ja leżałem jak głupi, nie rozumiejąc nic, bojąc się pytać. A jeszcze, jakby na złość, ku wieczorowi robiło mi się coraz gorzej i chwilami zapadałem w jakieś odrętwienie, co ich tym bardziej podniecało.

Tak być dłużej nie może. Jutro zapytam ich wręcz, co ukrywają przede mną, bo przeczuwam jakieś straszne nieszczęście. A już wolę wiedzieć wszystko, bo tak zwariować można.

I po co Amelka przyjeżdża do Warszawy? Zosia najwyraźniej powiedziała, że z listu jej można wnosić, iż ma taki zamiar.

Co to znowu znaczy? Czyżby miejsce straciła? No, ale jakże to wszystko będzie? Ja chory, ona bez miejsca, Zosia lekcje traci (bo to prawda, skoro teraz będzie mogła po kilka godzin przesiadywać u mnie) — cóż my robić będziemy? Ona widać nie wie o naszym położeniu — tak, naturalnie, nie wie, skorośmy nic o tej chorobie nie pisali — i dlatego decyduje się na krok taki.

Już mi się i myśleć o tym nie chce. Jestem chory, nie mogę teraz kierować życiem. A tak się tego jutra boję...

11 marca

A więc ze mną ma być do tego stopnia źle, że oni uważają śmierć moją za bardzo możliwą?

Co to było wczoraj? — ja nie wiem: to jakiś sen straszny, majaczenie — ja nie wiem.

I dlaczego oni to za konanie uważali? Bo słyszałem, słyszałem najwyraźniej, jak któreś z nich krzyknęło: „on kona!” — więc się czegoś podobnego spodziewali?... I dlaczego? dlaczego? Jeżeli tak jest rzeczywiście, czemu ja o tym nic nie wiem?

Nie mogę sobie dać rady z własnymi myślami. To wczoraj wykoleiło mnie zupełnie.

Nie ma takiej głębi, która by nie była niczym wobec bezdni. A ja właśnie nad nią stoję...

Bo to był okropny dzień. Do końca życia pozostanie mi w pamięci.

Obudziłem się, jak zwykle, w dość dobrym humorze i czas do śniadania zeszedł na gadaninie. Przy herbacie żartowałem sobie najspokojniej ze Stacha i z jego umiejętności nalewania herbaty. Dopiero papieros mnie zgubił. Lekkie zachłyśnięcie się dymem wywołało taki straszny atak kaszlu, jakiegom w życiu ani doświadczał, ani słyszał. Trudno nawet znaleźć odpowiedni wyraz na określenie, co to było: po prostu jakaś piekielna muzyka całych piersi, wszystkich wnętrzności, wycie, pisk, rzężenie, chrapanie, cała gama najstraszniejszych jęków — wszystko — tylko nie głos ludzki.

Były chwile, żem się z uwagą wsłuchiwał w te dziwaczne odgłosy, chcąc dojść, skąd one pochodzą — sam bowiem nie mogłem rozpoznać, że to moje płuca te jęki wydają. Szamotałem się całym ciałem do tego stopnia, że Stach w pierwszej chwili uważał to za konwulsje. Chwilami instynktownie chwytałem się rękoma za piersi, po prostu w obawie, żeby mi nie pękły.

Pół godziny zeszło na takiej męczarni. Osłabłem tak, że mnie Stach musiał sam ułożyć na poduszkach i lekarstwo w usta wlewać. Leżałem jak obumarły i lekkie rzężenie świadczyło chyba tylko, żem duszy z tym kaszlem nie wykaszlał. Biedny Stach, bardziej był może ode mnie przerażony, Widziałem, że chwilami tracił zupełnie głowę. Gorącą herbatą parzył mi usta, w oczy mi wody kolońskiej nalał, powywracał krzesła, jednym słowem w trójnasób pogarszał sytuację.

Uspokajałem się coraz bardziej i wszystko wracało do zwykłego porządku.

Czas mijał, czułem się daleko lepiej, w piersiach tylko pozostał ostry, szarpiący ból. Ogarnęła mnie jakaś ciężka apatia; nie myślałem literalnie o niczym, pochłonięty jedynie kontemplacją nad deseniami kołdry. Obydwaj zachowywaliśmy głębokie milczenie. Od czasu do czasu czułem nad swoją głową pochylającego się nade mną Stacha, który chciał się dowiedzieć, czy nie śpię. Natychmiast przymykałem oczy, bojąc się, żeby o co nie zapytał: nie chciałem się wcale otrząsać z apatii. Prawie drzemałem.

Tak nadeszło południe.

Zaczynam drzemać na dobre, z wpół otwartymi oczami. Naraz łoskot otwierających się drzwi otrzeźwia mnie zupełnie. To Zosia.

Wpada, jak zwykle, z hałasem, zarumieniona od mrozu, bez ceremonii tupie nogami i już od samego progu zaczyna coś szybko mówić. Ja widzę, że udaje brawurę i sili się na wesołość.

Energiczne „pst” osadza ją na miejscu. Stach głową, rękoma i nogami daje jej pierwsze objaśnienia o tym, co zaszło.

Następuje momentalna metamorfoza. Zosia staje na miejscu jak wryta, przestraszonymi oczami wodząc to po mnie, to po Stachu. Daję na koniec znak życia i powtarzam z uśmiechem: „nic, nic”.

Znów zmiana sytuacji. Zaczynamy się ruszać wszyscy i mówić wszyscy razem, każde co innego. W jednej chwili zaczyna być gwarno, niemal zgiełk, nie możemy się zrozumieć wzajemnie. Zosia pyta, Stach przesadza się w opowiadaniu, chciałby jednym tchem wszystko z dziesięciorzędnymi szczegółami odmalować, co mu się naturalnie nie udaje — ja oponuję i uspokajam. Istna wieża Babel. Zosia sama nie wie, co robić: czy się do mnie uśmiechać, czy Stacha słuchać. Robi i jedno drugie: co sekunda inne wrażenie maluje się na jej twarzy. Widzę, że się w żaden sposób zorientować nie może.

Naraz krztuszę się. Nic, przeszło. Odchrząknąłem tylko. Mówię dalej. Zosia, ni z tego, ni z owego, zaczyna mnie całować. Oni udają wesołość, śmiejemy się wszyscy, ja najgłośniej...

Zakrztuszam się po raz drugi. Nic, i to przechodzi.

Jesteśmy czegoś ogromnie uradowani. Mnie się tylko ciągle zdaje, że oni grają komedię. Ale nic — gramy dobrze. Zosia jest w swoim żywiole — lata po pokoju, trzepoce rękoma, usta jej się nie zamykają. Przypomina sobie, że się jeszcze ze Stachem nie witała. Nowy powód do ogólnej wielkiej wesołości; witają się trzy razy czulej i serdeczniej niż zwykle; nie wiem dlaczego — ogromnie mi się to wszystko zaczyna podobać, choć ciągle jeszcze ich podejrzewam. O mało nie gwiżdżę z jakiejś wielkiej uciechy. Jestem jak pijany, wymachuję rękoma, zanoszę się od śmiechu — chcę im coś powiedzieć... oni nie słyszą...

Naraz krztuszę się znowu. Chrząkam... Nic, dobrze... Nie... czuję okropne łaskotanie w gardle, w piersi jakąś przeraźliwą pustkę.

Zaczynam szybko, raz po raz, łykać ślinę. Nie pomaga. Czuję całą furię, jaka mi się zbiera w piersiach. Ale muszę się przemóc; chcę im coś ogromnie wesołego powiedzieć — twarz już w połowie przybrała wyraz odpowiedni konceptowi, cała pozycja ciała przygotowana do wyrazistszej ilustracji słów; koncept już... już... ma zlecieć z ust... — dławię się... — nie — muszę się pokonać; zatykam usta, oddycham przez nos... Nie — i to nie pomaga.

Krew mi zalewa głowę... gorąco... wciskam się w poduszki: oni myślą, że się pokładam ze śmiechu, a ja się duszę... Srebrny głosik Zosi rozlega się po całym pokoju. Zdaje mi się, że wszystkich ogarnia szał... słyszę...

Naraz staje się coś nadzwyczajnego. Okropny jakiś pisk czy wycie wydziera mi się z piersi i tracę niemal przytomność.

Cały wściekły huragan, do ostatka duszony w piersiach, wybucha nagle.

Zaczyna się pasowanie. Po prostu wyję. Głowa zdaje się rozlatywać w kawały, w mózgu czuję ogień. W płucach gra mi powietrze jak wiatr na stepie — pustka, pustka okropna, łaknąca tchu, ziejąca pragnieniem, nienasycona... Wiję się jak w konwulsjach; nie czuję siebie, czuję tylko tę przepaść, jaką mam w piersiach, w brzuchu; ona tylko żyje, ona harce wyprawia.

Nareszcie mgła mi oczy zasłania, nie widzę nic, wpadam w jakąś otchłań, gdzie wszystko jest czerwone, purpurowe, granatowe, w końcu czarne — i nic... nie pamiętam...

Jakiś ciężar opada mi na piersi, coś mnie oplata wokoło, jestem zatrzymany nad otchłanią. Zaczynam się szybko podnosić gdzieś do góry — coraz widniej, jaśniej.

A... żyję, jestem! Już widzę, nawet i słyszę.

To biedna, zanosząca się od płaczu Zosia ściska mnie tak konwulsyjnie. Cały pęk jasnych jej włosów widzę tuż na piersiach moich. Na razie nic nie wiem, co się stało. Nic mnie nie dziwi; żyję tylko ciałem, fizycznie, poruszam się odruchami, coś bełkocę... Wszystko jest ogromnie naturalne. Zosia płacze? Tak widać potrzeba. Stach klęczy i nogi mi rozciera? I to widać potrzebne. Wszystko jest najlepiej, tylko mnie czegoś brakować zaczyna. W twarzy uczuwam szalone ciepło, głowa mi rośnie, rośnie... ot, pęknie za chwilę... tchu... tchu... duszę się.

Zaczynam się szamotać, żeby się uwolnić od przywalającego me piersi ciężaru... i bezwładny opadam na poduszki...

Straszny krzyk „on kona! on kona!” wdziera mi się w mózg. Zaczynam w to wierzyć, nie rozumiejąc dobrze; jednocześnie gwałtownymi ruchami zdzieram z siebie wszystko, rozrywam koszulę, paznokciami wpijam się w ciało... tchu... tchu... tężeję cały... duszę się...

Na koniec! Aaa... odetchnąłem! Łzy mi spływają z policzków; sam nie wiem, skąd się wzięły. Zaczynam ogromnie wierzyć w to, że konam. Coś mówię, strasznie bez związku, wargi trzęsą mi się niesłychanie.

O, doskonale już rozumiem wszystko. Tak — konam. Nic. — To Zosia. — Czego ona płacze? No, przecież umieram; tak, to bardzo naturalne, że ona płacze. Ale to nic. — Co? — Strasznie widno. — Po co tu hak w sufit wbity, kiedy nie ma lampy wiszącej? E... głupstwo. — Hm... czego to ja chciałem? Czegoś chciałem. — A! Zosia! — Więc ja niby umieram. Prawda, prawda, że to ja umieram. — Trzeba się pożegnać. Dobrze... ale dobrze... potem... trochę później, przecież konam. — Hak?... tak... dobrze...

Jakieś kawałki rozmaitych myśli tłoczyły mi się do głowy. Przed oczami przewijały mi się obrazy z niesłychaną szybkością. W połowie myśli zapominałem jej początku. Wszystko mi się rwało i plątało, wszystko wydawało w oświetleniu błyskawicy. Ani chwili jednej nie wątpiłem, że konam, tylko niedobrze to rozumiałem. Byłem w ciągłym oczekiwaniu, że jeszcze chwila, jeszcze coś... coś... i zrozumiem wszystko dokładnie. Jakaś zasłona, co mi wzrok osłaniała, miała opaść lada sekunda, lada chwila... i ot wszystko będzie dobrze, wszystko się wyjaśni, nastanie jakaś harmonia, coś niezwykłego... nieznanego... koniec...

Jak długo to trwało, nie pamiętam. Łzy same spływały mi po twarzy. Powoli zaczął mnie opanowywać jakiś straszny, bezbrzeżny żal. Wargi drżą mi coraz bardziej; chcę coś powiedzieć, zdławione gardło nie przepuszcza głosu. Oddycham coraz szybciej i wpadam w łkanie.

O, już teraz wiem, że płaczę i dlaczego płaczę. Wreszcie nie sam płaczę: Zosia łka nerwowo, Stachowi łzy drżą w głosie i słowa wymówić nie może. Czuję się otoczony miłością — żałują mnie, współczują...

Ogarnia mnie coraz większa rzewność; łkanie przechodzi w cichy, serdeczny płacz i zaczynam zawodzić jak małe dziecko, któremu się krzywda dzieje. Rozczulam się nad sobą samym; jakaś cicha, spokojna żałość napełnia mi serce.

— Smutno... strasznie... strasznie mi smutno. Ja taki biedny... wynędzniały... nie mam już matki... nikogo... sam jak palec... i oto umieram jak nędzarz, opuszczony, nieszczęśliwy... mamo, mamo!

Popłakuję sobie z cicha. Już nie ja, ale cała dusza mi płacze. Nie myślę o śmierci, o Zosi, o Stachu — o niczym. Siebie mi tylko żal. Kurczę się i zwijam w maleńki kłębuszek na łóżku, bo mi się zdaje, że im mniejszym będę, tym bardziej mam prawo się żałować.

— Jestem taki mały, taki malutki, taki biedny i nędzny, jak dzieciątko małe, głodne, bez matki, obite... Kto nie zapłacze?

Powoli, powoli przycicham trochę. Ze łzami spływają moje smutki i rozrzewnienie. Łagodnie, delikatnie zaczynam uspokajać samego siebie. Dobieram w myśli wyrazy jak najczulsze, najbardziej przekonywające, traktuję się jak dziecko, sam sobie nadaję najpieszczotliwsze imiona i delikatne czynię sobie wyrzuty za tę słabość, jakiej uległem. Najmniejszym słówkiem boję się zadrasnąć miłość własną, żeby nie urazić samego siebie.

— No, cicho, kochanku, no, cicho. Przecież nic ci się złego nie stało. Pfe... wstyd tak płakać jak dziecko małe. Tyś już mężczyzna... Tobie smutno? Ja wiem, że ci smutno; ale po cóż znów tak płakać? Nieładnie, naprawdę nieładnie tak się mazać. Widzisz, będą się z ciebie śmieli. A co? a co? czy nie mówię? Będzie nieładnie; pomyślą, żeś baba; a przecież ty nie chcesz być babą? prawda? co? nie chcesz? A widzisz... No, to już cicho... cicho...

Rozmawiam tak ciągle z sobą. Rozgrzeszam się za ten wybryk dziecinności, ale każę sobie dać słowo, że się to już więcej nie powtórzy.

— Naturalnie, że się nie powtórzy. To przecież było tylko chwilowe rozdrażnienie, nic więcej; a teraz już wszystko minęło. Prawda, że minęło? Naturalnie! No, a teraz trzeba naprawić jakoś, co się nabroiło. Widzisz, Zosia płacze, Stach jak cień blady; toś ty wszystkiego narobił. A... wstyd!... Dzisiaj płaczą, ale co to jutro będzie? Na śmiech się tylko wystawiłeś, bo przecież nie umarłeś, chociaż niby konałeś... Widzisz, jakiś ty jeszcze głupiutki! A toś się dał wywieść w pole!...