*** [Od rana skrzypienie dulek...]

Od rana skrzypienie dulek, warkot motorówek.

I płyną: spaleni słońcem, z psami, termosami, sami.

Mąciciele wody, siewcy śmiecia, hodowcy hałasu.

Wspominam więc innych, sudeckiego Niemca,

pogodnego starca godnie znoszącego

zmierzch pilarskiego żywota lub tę parę,

która z jakiegoś powodu wydała mi się lepsza,

choć ujrzałem ich z szosy może na pół sekundy:

dziewczyna przegięta w tył z głową zatrzymaną

by zdjąć ustami wiśnię z drzewa, gdy nogi idą dalej,

więc on przytrzymuje ją z tyłu. Zewnętrzny pozór,

brud gasi już nawet światło tych pojedynczych gestów,

lecz miło ulegać nowym perspektywom

na serpentynach: zobaczyć od spodu czyjeś życie wczepione

w spad góry, z detalami odłożonych narzędzi i suszących się ubrań,

zajrzeć do wózka kołyszącej go zniszczonej kobiecie wypluwającej robaczywy kęs jabłka

poniżej. Blisko, zupełnie inaczej, niż w oczach chłopca

mającego świat u stóp, gdy stoi na moście

szykując się do skoku dwadzieścia metrów w dół,

jeszcze się trzyma barierki, pręży, odchyla głowę

i pluje z rozmachem w wodę, okazując pogardę

wszystkiemu, żądając podziwu i zdobywając go,

choć kiedy leciał wydawał mi się głupi i stracony.