Bawiąc się tęczową piłką Dawida

Bladoróżowe, miały gęsią skórkę. Zdaje się, kosztowały

16,50. Przebite kurczyły się z sykiem i twardniały.

Leżała potem taka w agreście lub rabarbarze,

kula wgnieciona kopniakiem. Pękały jak bańki mydlane,

ile meczów zostało na zawsze niedokończonych.

Jesienią Matka piekła „burocorz”. Z buraków cukrowych

ściąganych z furmanek kijem zakończonymi gwoździem,

obok była cukrownia. Niezręczny harpunnik

ryzykował chlaśnięcie batem, ale warto było.

Był też Saturn, pojazd księżycowy od księdza Prawicy,

na baterie. Próg czy garść kasztanów, zawsze parł do przodu,

dając sygnał świetlny... Korzystając z chwili

siadam, plastikowy brzdąc, w jego kabince z pleksy

i ruszam na wojnę z czasem, miażdżąc gąsienicami

wszystko napotkane, rozkazuję się cofnąć,

rozkazuję się cofnąć, napompować wszystkie

tamte gumówki, uformować kolejki z fur, których już nie ma,

teraz jestem prawdziwy, błyska nade mną światełko.