Młyny Boże

Dzwonią na „Anioł Pański”. Daremnie księżulo

szarpie się ze sznurem, nikt nie odrywa rąk

od warsztatu. By nadać sens nucie spiżu,

odmawiam pod nosem triadę wbitą do głowy w dzieciństwie.

Antyczne zdrowaśki. magiczne „słowo — ciałem”.

Tykanie budzika daje rytmiczną podstawę.

Spacery z Dawidem mają swój ryt i własne ikony,

kolejno „Kamyki”, „Pies duży”, „Pan na krzyżu”, „Ding-dongi”.

Ding-dongi są trzy, lecz żaden, pukam się nagle w czoło,

nie ma sznura. Pewnie je uruchamia pstryczek-elektryczek

lub prosty komputer z timerem. Unowocześniona wersja

modlitewnego młynka. Dobrze, ale co z magią?

Przecież puszczają miliardy wewnętrznych spawów materii,

gdy Oświecony wypowiada słowo, które powoli

nabiera kształtów, wypełnia się, ucieleśnia.

Czy stworzą święty skaner niesiony mocą tysięcy

gigabajtów, który zrobi to za nas, wystarczy klęknąć i kliknąć

„Enter”? Boże, stój z Mieczem u tego wejścia.