Kołysanka jodłowa, III

Poeci

Zosi i Antkowi

To wiatr wieczny z Ciebie wiejący

Przypadł ku nam i o nas zaczepił,

Wywiał język słowem naglącym

I język ze słowem nam zlepił.

Drogi Tobie ten szum, szelest piersi

Boś Ty sam w bryłę gliny dmuchał —

To nieprawda, byś Ty poetów

Nie kochał, ich słów nie słuchał.

Skądże słowo tak biegnie do dźwięku

Gdy go inne po imieniu zowie,

Jakiż płomień świeci nad ziemią,

Ze tak widno w sercu i słowie.

Czemu wciąż się ocieram o wieczność

Jak o domu mojego ścianę —

Toś Ty chyba zamieszkał we mnie:

Śpiewa słowo jak ptak przed Panem.

Ty sam dwoisz ten dar i mnożysz,

Sam wywiewasz z nas mgłę i ogień,

Świat widzimy na dłoni bożej,

Cud w nas samych dzieje się co dzień.

Dmuchaj w piersi a z Twojej ręki

Niech nam płynie na płuca oliwa.

Od słowa ciemnego chroń nas,

Od słowa ciemnego wybaw!

[Uczę się ciebie, człowieku...]

Uczę się ciebie, człowieku.

Powoli się uczę, powoli.

Od tego uczenia trudnego

Raduje się serce i boli.

O świcie nadzieją zakwita,

Pod wieczór niczemu nie wierzy,

Czy wątpi, czy ufa — jednako —

Do ciebie człowieku należy.

Uczę się ciebie i uczę

I wciąż cię jeszcze nie umiem —

Ale twe ranne wesele,

Twą troskę wieczorną rozumiem.

Lisy

Nie pomaga, nie pomaga brom.

Znów podchodzą — już są blisko — tuż za ścianą...

Znów odbiegną, i zawrócą, i przystaną.

Znowu chyłkiem podchodzą pod dom.

Kożuch wdziej, pod jodłowy wyjdź strop!

Brom nie działa — nie myśl, nie myśl o noclegu.

Schyl się nisko, szukaj pilnie, a na śniegu

Lisi ślad odnajdziesz, lisi trop.

Za tym tropem, świątek1 smętny, idź!

Krętym śladem wszędy2 zdążaj za lisami.

Ucz się, ucz się — dolinkami, pagórkami —

Jak ci chadzać, ślady mylić, żyć.

Pójdź! Czy słyszysz? — szczeka w niebo lis,

Lis natchniony, spójrz, z miesiąca3 lis wykuty!

On ci wskaże dróżki swoje, przejścia, skróty,

Lisi rozum da ci, lisi zmysł.

Ucz się, świątku, wiedzy lisiej, ucz!

Ucz się ziemi, mroku, szmeru, ucz się wiatru!

Podchodź boczkiem, chyłkuj lisio i wypatruj,

A przemyślnie kołuj, mądrze klucz!

Lisim tropem, z mordą lisią spiesz,

Lisim chodem zdążaj, świątku frasobliwy4!

Lis ci zdradzi sekret słodki i straszliwy:

Świat-królestwo twoje, wzdłuż i wszerz!

Pójdź, nie zwlekaj, nie pomoże brom!

Za szybami — patrz — swoboda, nocka lisia...

Nie odkładaj — śmiało za mną — jeszcze dzisiaj,

Pod sąsiada podejdziemy dom...

Tędy... tędy... w ślepiach gra ci błysk...

Prędzej... prędzej... pagórkami... dolinkami...

Spadaj... chwytaj... rwij zębami... pazurami...


Nie krzycz, nie krzycz! Jam natchniony lis!

Próba

Dla oka — blaski,

Dla ucha — gwary,

Dla nozdrza — dymy,

Ciało i pokarm

Ustami bierzesz

Jak wdzięczne rymy.

Nienasycony,

Przesytu pełen,

A bez bogactwa,

Łakomstwo wielkie

Wwiodłeś do serca

Jako niewiastę.

Za nic mam twoje

Zgłębianie życia,

Poznanie świata,

Jeśliś w tym życiu

I na tym świecie

Nie znalazł brata.

Bo cóż są skarby

Gdy bez podziału

I bez człowieka.

Próżno je zbierasz

W zgiełku ogromnym

Naszego wieku.

Bowiem nie z brania,

Ale z dawania

Bogactwo rośnie —

I obiecaną

Obejrzysz ziemię

W szczodrobliwości.

Przypadnij ku niej

I pod jej wichry

Pozwól iść głowie,

A wtedy łaska

Jak drzewo tknięte

Zaszumi w tobie.

Uboga ręka

Jak gałąź uschła

Owoc obrodzi,

A owoc zdjęty

I podzielony

Rękę nagrodzi.

Nie wstydź się gburze,

Prawda jest jedna,

Jedno przymierze,

Więc choć się z piórem

Mocujesz moim, —

Mówię i wierzę.

Samotność twoją i twoje zachody...

„Jeden jest Pan smutku i nagrody”

Jan Kochanowski

Samotność twoją i twoje zachody

Sądzi Pan jeden smutku i nagrody

Nim serce naciesz!

U niego droga twa — z tej się nie wraca

U niego dzień nasz powszedni i praca

Orężem, pacierz.

Nie umiesz władać nim i ja nie władam

Ale za tobą idąc też powiadam —

Bądź wola Twoja!

A tako nam się świat dziś wyprostował

Jakby nas anioł dotknął i zawołał —

W uśmiechu zbroja.

Modlitwa

Święci objęci wieńcem z wawrzynu,

Żywopłot ciemnych, pachnących tuj —

Cisza wieczorna, gdy gwiazdy płyną

W niebie i duszy, którą miłują.

Orzeźwiające poranku tchnienie,

Pieszczota słońca, pieszczota deszczu,

Wszystko ramieniem w ogromnym dreszczu

Ogarnie ciebie, wzruszy, przemieni.

Być może nawet, owej godziny

Nie poznasz, nazbyt już sobie bliski,

Lecz ja w twych oczu łagodnym błysku

Zgadnę modlitwę, szczęścia przyczynę.

Kościół wojujący

Wiem, w to niebo co się wspiera

O gotyckiej szczyt kolumny,

Tu na ziemi mnie prowadzi

Twój wzrok czysty i rozumny.

Niebo, które dotąd puste

Pychą w nas i ponad nami,

Dziś Bóg podjął ręką męską

I wypełnił aniołami...

Jeszcze słowa niespokojne

Dzielą ziemi brud od piękna,

Nam jak miecze się nie skruszą

I w pacierzu nie uklękną.

Jeszcze serce wykąpane

W dreszczach słodkich firmamentu5,

Jest jak miasto pod gwiazdami

Pełne gwaru i zamętu.

Lecz już wznosi się wyniosłe

Obnażone i milczące,

I pokorne i żarliwe

Niby kościół wojujący.

A my, którzy tutaj przyszli

Niebo mając w swej pamięci —

Pod sklepieniem tym stoimy

Zapłakani, uśmiechnięci.

Veni sancte spiritus

Nie — iżbym niemoc krył, czuł w sercu lęk,

Gdy chcę, byś na mnie, gołąb — spadł.

Lecz byś wypełnił sobą kształt,

Gdy tu udziałem moim dźwięk.

Jeżeli wzywam spłyń! — to nie, bym zgłuchł

I niemy czekał na słów dar,

Ale bym twoich dopadł miar,

Których nam skąpisz tutaj — Duch!

Ptak Święty, zatocz krąg i lot swój zniż,

Ufającemu tu — ślij znak!

Bo niech mi tylko łask twych brak,

Już pusty stoję — ludzki krzyż.

W trzepocie piór, ach, stań i radę nieś,

Żeś fruwający głos — więc mów!

Trzeba, niech grozy doznam słów,

Gdy tu udziałem moim pieśń!

Któryś jest sam wysoki ton i kształt

I z Ojcem, z Synem dzielisz rząd —

Nie daj, bym precz szedł darmo stąd,

Bo chcę, byś na mnie, gołąb — spadł!

Przypisy:

1. świątek — wykonana przez ludowego artystę figura świętego. [przypis edytorski]

2. wszędy (daw.) — wszędzie. [przypis edytorski]

3. miesiąc (daw.) — księżyc. [przypis edytorski]

4. frasobliwy (daw.) — zmartwiony, skłonny do zmartwień. [przypis edytorski]

5. firmament — niebo. [przypis edytorski]