Strzela, strzela, a jest motylem

— Pozwól, to jest mój środek i jednak coś tam mam

— powiedziała, nim wyszła. Dawno nie widziano

tak dostojnej i grubej nagiej kobiety na tak wąskim gzymsie.

A o co poszło? Może właśnie o ten garnek,

w którym znika podział na królestwa. Może o salę,

w której najpierw ćwiczyły dzieci, ale po zmroku weszły tam kobiety

i wiatr zaczął ruszać firanką w drugą stronę, do siebie.

Stała tam i patrzyła, czy oni patrzą na nią, ale nie patrzyli.

I może tylko rząd płaszczów ją trochę zrozumiał,

może glina, gdy wyschła, zwróciła na nią swoje

poczciwe, martwe oko.