I. Góry, gorączka

Wysiadłem, usiadłem

Uszedł ze mnie duch na jakąś godzinę

i czułem w ręce bilet

przez Leszno, Poznań, Konin;

dopiero potem myśl, żeby coś wyjąć

i przestać migotać, wpisywać w szybę,

wszystko oddychało we mnie,

byłem we wszystkim.

Bolała od tego głowa i kolana,

jakbym wędrował na klęczkach

po wiosennej grudzie, tłukł okna,

a przedtem pasł głowę

rozbłyskiem widoków (to bliskie

konania), snów, napomknień.

Czyj sen jest większy

w tym pokoleniu, i słyszę: czy

napisałeś już o mojej

książce i: kiedy wreszcie

napiszesz —

a chuja napiszę.

Wysiadłem z pociągu,

bo mi się spodobały czyjeś usta w szybie,

ruszały się.

Nie mogłem znaleźć zeszytu.

Rocznik sześćdziesiąty grzebie w papierach

Otworzyły się szuflady pękły wysłużone plecaki

ze starego worka na śpiwór (bo spało się gdzie

bądź) wypadł kłąb włosów dawno pochowanej

i stos karteluszek zapisanych

serdecznym pismem z przełomu

lat siedemdziesiątych osiemdziesiątych

bez akapitów bez znaków przestankowych

(bo nie chciało się przestać) by dać sobą

świadectwo nędzy pielgrzymstwa poniżenia

Rocznik sześćdziesiąty grzebie w papierach

uczęszcza do poradni wychowawczo-zawodowej

dla młodych literatów

i już nie zaczyna zdania od więc.

Nie pytaj więcej kim czym

„Pan był kiedyś poetą”

nie mogłeś tego ująć prościej synku

siedzący w pierwszej ławce od okna

to prawda

byłem kimś takim

nie zdając sobie z tego sprawy

paplałem trzy po trzy jak dziecko

które nauczyło się mówić

„pan był kiedyś poetą”

to było dawno

niewiele pamiętam pojedyncze słowa

oderwane sytuacje

liryczne telegramy zawiadamiające

o konieczności przyjazdu w celu

odebrania nagrody

pieniężnej za zestaw słów

„pan chyba był kiedyś poetą”

widzę zamglone szyby pociągu

który zatrzymał się w szczerym polu

boję się podejść do okna

żeby nie być podejrzanym

o chęć napisania tzw. wiersza

„bo ja coś o panu słyszałem”

synku z pierwszej ławki od okna

dobrze mi tu z wami

i ciepło idzie od kaflowego pieca

na którym plansza z pytaniami

przypadków

nie pytaj więcej kim czym byłem

Stara Niemka

Stara Niemka włóczy się po miasteczku

z pustą torbą na zakupy

karta pokoju może się odwrócić

stara Niemka — ptak do lotu

lepiej by nie stanął

ręce powykręcane głowa podana do przodu

i już już odrywa się od ziemi

która okazała się odzyskaną

odlot do ciepłych krajów

za Łabą

niestety

reumatyzm skrzydeł

grób Heinricha

na miejscowym cmentarzu

Dopisek po latach

Stara Niemka umarła.

Nie męczyła się zbyt długo.

Nie wiem czy mam płakać,

czy dalej ciągnąć tę notatkę

Chodzą słuchy, że była praprawnuczką Hölderlina

że pisała wiersze, że to co my

chłopaki z ulicy Piastów,

braliśmy za klątwy

rzucane na nasze usmarkane oblicza

— było w rzeczywistości strzępami

klasycznej poezji niemieckiej. Przeważał Goethe

Najpierw odjęto jej nogę;

na prośbę anonimowego fundatora z Hamburga

zachowano te jej cudowne skrzydła

— poczęte w wyobraźni polskiego chłopaka,

który w tej chwili mimo wielu starań

nie może wykrztusić z siebie jednej łzy.

Jest już bowiem mężczyzną, coś mu się porobiło

ze łzami. Chyba chowa je gdzieś;

czyżby do wewnętrznej kieszonki z zapiskami

czekającymi tam cierpliwie

na podniesienie

Odkopcie go

chciałbym strząsnąć robactwo

z jego garnituru w prążki,

podać mu rękę i powiedzieć: „wstań

tato” — jak niegdyś, gdy wracał zalany

w trupa

i padał niedaleko naszych okien

chciałbym go sobie przypomnieć

z rozsypanych kości, z garsteczki prochu

ulepić figurkę na zboczu

góry, która go pochłania.

Drohobycz

Na wzgórzach dzikie trześnie kwitną

Drohobycz w dole. Nie,

Nowa Ruda fosforyzuje w szkle dymów

Sucha morwa, którą po wielokroć

przesadzał nieznany ogrodnik —

mówię

— Wielkiej Sowy cień

rozgałęziony jest jak moje serce

nowe serce

Gdy przyjadą Niemcy (w sezonie

wycieczek) - - -

powiem im to samo.

Warszawa

Chodziłem po Warszawie, był mroźny poranek,

już mówiono o wiośnie w wyższych sferach

ptasich. Długo stałem na moście,

lód drżał, był jak lawa, tramwaj

brzęczał uprzężą, warczał pudel

na mnie: przybysza z prowincji —

z miasteczka Drohobycz w gminie Nowa Ruda.

Chodziłem po Warszawie, ściskając rękopis,

pierworodny zbiór wierszy

zawinięty w gazetę.

Poeta. maszyna.

Pisanie przepisywanie wysyłanie na adres

redakcji skamlanie u drzwi wydawnictw

ukrywanie się za godłem Harnaś albo Outsider

otrzymywanie kwoty przekazu 5000 zł za całokształt

dziękowanie za zaproszenia na sesje wieczory

poranki podpisywanie listy obecności

w tym pokoleniu obowiązkowe wołanie

na puszczy albo „pieprzona komuna” co na jedno wychodzi

a potem chowanie głowy pod stół bo

na sali może być tajniak błaganie o stypendium

ewentualnie jednorazową dotację na rzecz

rozkwitu prężnego talentu wyganianie dzieci

z pokoju bo tata skrobie POEZJĘ

taka mała skrobanka na marginesie

ostatnich siedmiu lat wspólnego pożycia

z maszyną do pisania kupioną na spółkę

z Maćkiem Chlebickim w Białymstoku

na parę dni przed telewizyjnym wystąpieniem

zwierzchnika si zbrojnych

skoro świt.

Co do cholery (lata osiemdziesiąte)

Kątem na Bródnie u dwóch dziewczyn

z socjologii W dzień szedłem na cmentarz

grzebać wśród nazwisk szukać ojca mojego

ojca zmarł w 1914 na suchoty W nocy na Wschodni

węszyć nasłuchiwać czy jeszcze bije serce narodu

Biło zomo i ostry zapach krocza

prostytutek trzeciej kategorii

mieszał się z moją egzaltacją Toboły wylewały się

z przechowalni aż na perony Staruszki dławiły się

kaszą gryczaną sos pomidorowy ściekał im

po brodach wszędzie sos pomidorowy tampony

podpaski pieluszki nocniki podwiązane do

plecaków I ta nagła czułość co zalewa ci

gardło miłość do tego całego bajzlu

Smród buchający z łachmanów żebraczki

peweksowski zapaszek gogusiów powracających

w panice z wakacji bo jakieś tam strajki

Spali na swych wyperfumowanych żeglarskich workach

synkowie a w ciemnym kącie na piętrze

pieprzyły się zdrowo dwa długowłose cienie

obwieszone koralikami udające się na pielgrzymkę

do grobu Stachury Edwarda Napisy w klozecie

zachęcały do wolnej miłości ale co do cholery

co do cholery ze mną kim jestem

spłodzony lecz niepocieszony (współistotny ojcu?)

na warszawskim bruku w mroku kim jestem

i po co Wracałem nad ranem pamiętając

że miałem coś ważnego do powiedzenia

ludzkości światu narodowi naszemu

który jest jak lawa wylewa się

na ulicę Gęsta ślina w ustach

na widok rozrzuconych nóg pod cienką kołdrą

kropelka śluzu pojawia się znika czeka

pochwa by pochwycić dłoń palec cokolwiek

Któregoś dnia odszedłem padał śnieg

tramwaje odprowadziły mnie za miasto

szedłem szosą w stronę rodzinnego południa

szeleściły w plecaku pamiątki młodości

trochę zdjęć pożółkłe ulotki mapa Masywu Śnieżnika

i Gór Bialskich Biblia Bursa

dwa w kratkę bruliony.

Sens (Ostrołęka)

Piotrowi Matywieckiemu

Obudziłem się na granicy województw.

Zakopywano zwłoki sarny

i dano mi to oglądać przez ramię. We śnie

pisałem wiersze, nie oglądając się

na D.Ś., M.G., na nikogo.

Teraz, przebudzony, budziłem niesmak

mieszając rzeczy, podnosząc sweter,

rozrzucone gazety.

Mówcie, co chcecie.

Zastanówcie się, co mówicie.

Dowolne nazwiska: kryją się w płytkich okopach sensu.

We śnie było lekko.

Zaraz potem jest lepko, butelka

po wódce na sąsiednim fotelu.

Brudni ludzie wysiedli w Pułtusku,

ulewa chciała ich umyć, ale nie dała rady.

Jeden z dyskutantów miał rację.

Musiałem to przespać.

I kartkę przewróciła ciepła ręka

zza szyby, zza chmur podobnych do trumien.

Bóg chyba jest. Jak promień.

Tylko coś we mnie wyschło, w przerwie.

Tamtędy leje się woda, mówi kierowca.

Góry, gorączka

Widok gór

ochłodził mnie, widziałem

rodzinę: żona, babka

i ten krzywy Pradziad porośnięty

ciupagami modrzewi; dzieci moje

rozsypane od zmierzchu

do zmierzchu, całe w kołpakach

prześwitów, tych drobnych

olśnień danych dążącemu

donikąd —

byłem już coraz

bliżej, patrzyłem na obraz

rozedrgany pędem

jak stawał się doskonale,

nie wiadomo jak

uspokojony i pogodzony

z najwyższym słońcem

w chmurach, z obłym stokiem

w lustrze burego jeziora,

z jakimkolwiek

sobą

Okolice Barda (Wartha)

Krzyśkowi Śliwce i PKP

Rilke spadłby z tej góry

jak zwykły śmiertelnik —

pokładł się rocznik 27:

świerki, sosny, modrzewie,

podmuch był krótki (gęsty)

Ostatni miesiąc do emerytury,

w dystynkcje leśnika wplątuje się śmierć,

brzozy gorzkie w widoku,

las cierpki w dotyku —

tak wiele obiecywał za młodu

Dymią góry, kopcą się doliny,

był pożar w deszczu,

sadzonki w szałasie już nas nie dotyczą,

zawiodła Matka Boska, zawiódł krzyż dębowy —

ogłosił upadłość ramion w lesie.

Według legendy

Według legendy umierałem z zachwytem

z włosem rozwianym, kiedy pośród palby

mauzer zastygł, dłoń pełzła po murze,

gdzie dziś bluszcz pięciopalczasty

i pamiątkowy — „jakby poeta coś wyrzec

chciał w tym ostatnim słowie”

twierdzi posłowie, hagiografia szczegółów

w wieku 23 lat

zdobył na wrogu

kilkadziesiąt wierszy i języka

schwytał w ciemności, który

jednakowoż milczał

jak grób

Z pamiętnika powołanych na wiosnę

Obnażać się w pokoju pełnym młodych

mężczyzn (z tego samego rocznika

i młodszych) powołanych na wiosnę

1988; pośladki, uda, zwisające genitalia —

szybkim ruchem wciągana piżama,

by nie wydać się śmiesznym; dziennik,

następnie film fabularny za zgodą

dyżurnego oficera; sytuacja w kraju napięta,

ale chyba nas nie użyją w razie czego;

już widzę siebie wjeżdżającego na skocie

do rodzinnego miasteczka;

a po drugiej stronie ekranu

nasze żony robią na drutach, dzieci

krztuszą się ampicyliną, wreszcie zasypiają.

Myć się w łaźni pełnej młodych

mężczyzn (z tego samego rocznika

i młodszych), wkładać rękę w krocze

i mydlić w obecności ich wszystkich —

w strumieniu gorącej wody z zardzewiałego

sitka spod sufitu stać się jednym z nich

nie do odróżnienia

Zbudzić się w pokoju pełnym

zamętu /alaaaarm!/i wciąż jeszcze

myśleć mój kraj

Nawet tu, w wojsku

Nawet tu w wojsku

chodzą za mną wiersze jak psy

liżą ręce proszą o więcej

mięsa kości krwi

skaczą do gardła piją ślinę

a potem uspokajają się

lepka biała nić wiąże je ze mną

niewidzialna

i co mam pisać

wszystko już było List przyjął skargę

i zaniósł żonie wyznanie

najszczersze

o pokoleniu? o straconych latach?

że uczą strzelać w smutną twarz

z tektury? że mówiąc

wszo gnido do gnoju

uczą pokory pojednania

z piachem który jest wieczny

który czeka na nas

...I to już było

przerabiali chłopcy

z poprzednich pokoleń

i następni będą wciąż po tych samych

tłuc się bezdrożach.

Inwazja

Liżą mnie niewidzialne języki,

te drobne ukłucia świadczą o zarazie.

Rozsiada się statecznie flotylla dmuchawców

i w skórze zakłada kolonie karne.

Plotkuje mną powietrze.

wypluwają wyspy i robią sobie rzeczną przystań,

daję się łatwo rozsmarowywać na kromce

z kosza, pod grochówkę z menażki

w trzecim dniu poligonu.

Czwartego dnia będą jedli Podsiadłę,

to ich naprawdę wzmocni.

Szczątki dawnych poetów, na widok których

panienki sikały, plączą się z dźwiękami

przebojów puszczanych z głośników na wzgórzu.

Disco polo wchodzi łatwo, nic nie

boląc, jak świeca. Poeta nie.

Poeta się pierdoli, rwie, stwarza

problemy językowe: podmienia

znaczenia, podmywa dawno wykrystalizowane

pojęcia, przestawia minerały akcentów

w glebie i na półkach zbieraczy,

którzy właśnie tracą cierpliwość

i mówią głośno, przez szybę i folię,

przez celofan do kwiatów: chuj,

aż biedne chylą swe potulne główki.

Lepiej by wam było polecieć w kosmos.

Zacząć nowe życie na Marsie,

a nie na przedramieniu. Za chwilę

sięgnę po szmatę w wiadrze i środki

czystości. Zegnę was w łokciu i wypluję.

Będziemy wspominać zgłoskowcem, w tercynie.

Kartka z Broumowa albo ćwiczenia w ironii

Broumowskie Cyganiątka na czołgu w kwiatki

na którym ktoś sprajem POLSKA

napisał — jeszcze kilka godzin

w tym czeskim miasteczku

kilka godzin do zamknięcia granicy

Darek spotkany na szlaku

pojechał do Pragi nie patrząc

na krzywe spojrzenia urzędników

od ruchu ludności a ja się waham

i idę w końcu w stronę

ciemniejącej na horyzoncie Gwiazdy

znajduję rozdartą piorunem kapliczkę

gdzie modlę się z cicha

lecz drugą połówką tzw. duszy

już układam limeryk à la Joyce

i myślę o stosunku z napotkaną Czeszką

której wata wystaje skądś tam

i to mnie odstręcza Zresztą

ja się nie podobam kobietom

w chmury zaglądam jak nikt jeszcze

przede mną a schodzę ze ścian

z Broumowskich Ścian

żółtym szlakiem do Hony

skąd za 9 koron jadę do Nachodu

i tyle, byle

byle do przodu

Ręka natrafia na radio

Ręka natrafia na radio i łapie Cohena

jest północ w styczniu środek Europy

przez środek serca biegnie nowa linia

kolei losu Trzaska mróz obcasami

Otwieram się na zachód

zamykam się na wschód Nic co z południa

nie jest mi obce Kolejny odcinek ironicznej

powieści przerwany w połowie

chrząknięciem spikera I po co ta ironia

mówię do człowieczka który pełznie w lustrze

Jest to podmiot liryczny uciekł

z podręczników i wygląda na zadowolonego

Tam groziło mu rozstrzelanie przez analizę

Tutaj jest sobą a właściwie mną

pozwalam mu na wszystko

w granicach prawa i rozsądku

Prawem poety jest być szalonym

prawem podmiotu jest być posłusznym

toteż mój podmiot jest nieco stuknięty

Wybaczcie nie stać go na razie na więcej

i nie powiesi się jeszcze tej nocy

Przetrwa do rana i wyjdzie na mróz

tam go dobiją szyderczym spojrzeniem

Na razie wygląda na zadowolonego

nie przeczuwa biedak swej publicznej

śmierci Szuflada do której go

za chwilę wtrącę podoba mu się

już znalazł ołówek i kartkę z notesu.

„Ręka natrafia na tomik Cendrarsa

i łapie się na tym że jest już pod Wozem

przycięta równo powyżej nadgarstka

koślawo zwisa z nieba bo lepiej nie może”.

Będę przebywał jeszcze wtedy w Polsce

Przeczuwam wiersz który napiszę

w czterdziestym trzecim roku życia

już jego korzenie niesłyszalne we mnie

rozrastają się w mózgu tkanką

poematu Będę przebywał jeszcze wtedy

w Polsce z orłem w koronie prezydentem

dwuizbowym sejmem Będę w małym miasteczku

które kiedyś czeskie niemieckie

teraz polskie poetyckie

obrabiane słowem jak dyjament lśni

I Polska będzie rozbita na pięć

sześć wolnych republik

ja wśród śląskich poetów będę niczym

Anioł i żona mnie opuści

z kimś normalnym kto potrafi wyżywić rodzinę

i ma w sobie czułość nie zmarnowaną

przez dziesiątki wierszy a ja będę wtedy

jeszcze mniejszy bo chory na chorobę

nie oznakowaną kryptonimem chorobę

która zbawi świat cywilizację zetrze

i zacznie sposobić nowego człowieka

Będę przebywał jeszcze wtedy w Polsce

wiersze głosząc na wiecach w przejściach

podziemnych na wysypiskach śmieci

w schroniskach dla zwierząt

lecz klatki będą zapełnione ludźmi

Będę przebywał jeszcze wtedy w Polsce.

Lot

Eli i Maćkowi Chlebickim

Absolwent filozofii. Zostałem

świetlicowym w szkole

podstawowej (Ziemia

Kłodzka). Oto losy

człowiecze. Kadra jest młoda, dzieci

krzyczą. Nie wiem, czy mój

wystudiowany stoicyzm podoła.

Dzisiaj rozmawiałem z nimi

(IV b) o ziemi, matce

naszej — ile kto ma hektarów.

Nie taili. Potem wspomniałem

o trudzie rolnika, ale nie wiedzieli,

o co mi chodzi. Dojeżdżająca młodzież

zbyt często (pod pretekstem

wyjścia do ubikacji) kieruje swe

kroki do pobliskiej lodziarni. Pan

dyrektor ze swego wysokiego okna

marszczy brew i grozi palcem. Salmonella,

sceptycyzm i brak kontaktu z prasą

literacką. Patrzę na park,

gdzie stadko młodych łabędzi

wzbija się do lotu.

Mnie też o nic innego

kiedyś nie chodziło.

Wysiadłem, usiadłem

Uszedł ze mnie duch na jakąś godzinę

i czułem w ręce bilet

przez Leszno, Poznań, Konin;

dopiero potem myśl, żeby coś wyjąć

i przestać migotać, wpisywać w szybę,

wszystko oddychało we mnie,

byłem we wszystkim.

Bolała od tego głowa i kolana,

jakbym wędrował na klęczkach

po wiosennej grudzie, tłukł okna,

a przedtem pasł głowę

rozbłyskiem widoków (to bliskie

konania), snów, napomknień.

Czyj sen jest większy

w tym pokoleniu, i słyszę: czy

napisałeś już o mojej

książce i: kiedy wreszcie

napiszesz —

a chuja napiszę.

Wysiadłem z pociągu,

bo mi się spodobały czyjeś usta w szybie,

ruszały się.

Nie mogłem znaleźć zeszytu.

Apel poległych

J. K

Pisz teraz, bo masz dobre dni;

i następni zmarli popierają cię,

pchają wyżej, mówiąc —

jesteś tego wart, ładnie opisujesz

nasze okna,

nasze ręce na parapecie,

ślad po nas na szybie.

Odchodzimy, kiedy chcemy odejść,

nikt nas nie wybierał,

nie wierz w przeznaczenie;

już następnego dnia

ktoś szybko zedrze tapetę w słowiki,

zamuruje okno.

zrobi łazienkę w stołowym.

Przed zmrokiem w samym sercu zmierzchu

otwiera się mała przepaść,

wywija się jak robak z dzioba

języczek śmierci,

trel lekki swawolny.

Poeci doskonale wierni

Adamowi Ziemianinowi

Poeci

doskonale wierni

przyrośnięci do drewnianej zabawki

kołatki

wystruganej w dzieciństwie

przez cieślę z sąsiedztwa

Józefa jak mu tam

przyssani

do matczynej piersi dziewczyny

poznanej raz na zawsze

wczesną wiosną 1981 roku

(chodzić na palcach

nie ruszać czułej struny

nie dotykać wygasłego wulkanu

nie deptać

wzgórza porośniętego czułą tymotką)

oni coś jeszcze napiszą

w 1997 usłyszycie o nich

zmartwychwstanie poematu

będzie ogłoszone

śmierć będzie wystawiona

na próbę męskiego rymu

miłość niestety nie

znajdzie swojego wyrazu

poeci

doskonale wierni

otworzą oczy

prosto w przepaść

w promieniach skroplonej zorzy

kartki papieru

wiatr będzie włóczył

Sierpień

W południe kogut rozgdakał się jak kura,

pan z kijem podjął przerwaną rozmowę,

wisiały w powietrzu zwielokrotnione języki

— za plecami berberys, pogańskie lusterko,

bezkarnie po żytach błądziły obłoki

w konkursie kto wyżej — wygrała wieżyczka

na pobliskiej górze,

dalej Sarny, Ścinawka, Góra Wszystkich Świętych,

żyć, umierać, pisać,

czytać na przystanku „przepraszam za wszystko”.

Byłem synem wiatru, jestem córką deszczu,

po czterdziestce powietrze uchodzi,

zagęszcza się gdzie indziej.

Błysk wycina Goethego

w obłoku za wzgórzem.