Zdania na wypadek

Zdania na wypadek

I. Góry, gorączka

Wysiadłem, usiadłem

Uszedł ze mnie duch na jakąś godzinę

i czułem w ręce bilet

przez Leszno, Poznań, Konin;

dopiero potem myśl, żeby coś wyjąć

i przestać migotać, wpisywać w szybę,

wszystko oddychało we mnie,

byłem we wszystkim.

Bolała od tego głowa i kolana,

jakbym wędrował na klęczkach

po wiosennej grudzie, tłukł okna,

a przedtem pasł głowę

rozbłyskiem widoków (to bliskie

konania), snów, napomknień.

Czyj sen jest większy

w tym pokoleniu, i słyszę: czy

napisałeś już o mojej

książce i: kiedy wreszcie

napiszesz —

a chuja napiszę.

Wysiadłem z pociągu,

bo mi się spodobały czyjeś usta w szybie,

ruszały się.

Nie mogłem znaleźć zeszytu.

Rocznik sześćdziesiąty grzebie w papierach

Otworzyły się szuflady pękły wysłużone plecaki

ze starego worka na śpiwór (bo spało się gdzie

bądź) wypadł kłąb włosów dawno pochowanej

i stos karteluszek zapisanych

serdecznym pismem z przełomu

lat siedemdziesiątych osiemdziesiątych

bez akapitów bez znaków przestankowych

(bo nie chciało się przestać) by dać sobą

świadectwo nędzy pielgrzymstwa poniżenia

Rocznik sześćdziesiąty grzebie w papierach

uczęszcza do poradni wychowawczo-zawodowej

dla młodych literatów

i już nie zaczyna zdania od więc.

Nie pytaj więcej kim czym

„Pan był kiedyś poetą”

nie mogłeś tego ująć prościej synku

siedzący w pierwszej ławce od okna

to prawda

byłem kimś takim

nie zdając sobie z tego sprawy

paplałem trzy po trzy jak dziecko

które nauczyło się mówić

„pan był kiedyś poetą”

to było dawno

niewiele pamiętam pojedyncze słowa

oderwane sytuacje

liryczne telegramy zawiadamiające

o konieczności przyjazdu w celu

odebrania nagrody

pieniężnej za zestaw słów

„pan chyba był kiedyś poetą”

widzę zamglone szyby pociągu

który zatrzymał się w szczerym polu

boję się podejść do okna

żeby nie być podejrzanym

o chęć napisania tzw. wiersza

„bo ja coś o panu słyszałem”

synku z pierwszej ławki od okna

dobrze mi tu z wami

i ciepło idzie od kaflowego pieca

na którym plansza z pytaniami

przypadków

nie pytaj więcej kim czym byłem

Stara Niemka

Stara Niemka włóczy się po miasteczku

z pustą torbą na zakupy

karta pokoju może się odwrócić

stara Niemka — ptak do lotu

lepiej by nie stanął

ręce powykręcane głowa podana do przodu

i już już odrywa się od ziemi

która okazała się odzyskaną

odlot do ciepłych krajów

za Łabą

niestety

reumatyzm skrzydeł

grób Heinricha

na miejscowym cmentarzu

Dopisek po latach

Stara Niemka umarła.

Nie męczyła się zbyt długo.

Nie wiem czy mam płakać,

czy dalej ciągnąć tę notatkę

Chodzą słuchy, że była praprawnuczką Hölderlina

że pisała wiersze, że to co my

chłopaki z ulicy Piastów,

braliśmy za klątwy

rzucane na nasze usmarkane oblicza

— było w rzeczywistości strzępami

klasycznej poezji niemieckiej. Przeważał Goethe

Najpierw odjęto jej nogę;

na prośbę anonimowego fundatora z Hamburga

zachowano te jej cudowne skrzydła

— poczęte w wyobraźni polskiego chłopaka,

który w tej chwili mimo wielu starań

nie może wykrztusić z siebie jednej łzy.

Jest już bowiem mężczyzną, coś mu się porobiło

ze łzami. Chyba chowa je gdzieś;

czyżby do wewnętrznej kieszonki z zapiskami

czekającymi tam cierpliwie

na podniesienie

Odkopcie go

chciałbym strząsnąć robactwo

z jego garnituru w prążki,

podać mu rękę i powiedzieć: „wstań

tato” — jak niegdyś, gdy wracał zalany

w trupa

i padał niedaleko naszych okien

chciałbym go sobie przypomnieć

z rozsypanych kości, z garsteczki prochu

ulepić figurkę na zboczu

góry, która go pochłania.

Drohobycz

Na wzgórzach dzikie trześnie kwitną

Drohobycz w dole. Nie,

Nowa Ruda fosforyzuje w szkle dymów

Sucha morwa, którą po wielokroć

przesadzał nieznany ogrodnik —

mówię

— Wielkiej Sowy cień

rozgałęziony jest jak moje serce

nowe serce

Gdy przyjadą Niemcy (w sezonie

wycieczek) - - -

powiem im to samo.

Warszawa

Chodziłem po Warszawie, był mroźny poranek,

już mówiono o wiośnie w wyższych sferach

ptasich. Długo stałem na moście,

lód drżał, był jak lawa, tramwaj

brzęczał uprzężą, warczał pudel

na mnie: przybysza z prowincji —

z miasteczka Drohobycz w gminie Nowa Ruda.

Chodziłem po Warszawie, ściskając rękopis,

pierworodny zbiór wierszy

zawinięty w gazetę.

Poeta. maszyna.

Pisanie przepisywanie wysyłanie na adres

redakcji skamlanie u drzwi wydawnictw

ukrywanie się za godłem Harnaś albo Outsider

otrzymywanie kwoty przekazu 5000 zł za całokształt

dziękowanie za zaproszenia na sesje wieczory

poranki podpisywanie listy obecności

w tym pokoleniu obowiązkowe wołanie

na puszczy albo „pieprzona komuna” co na jedno wychodzi

a potem chowanie głowy pod stół bo

na sali może być tajniak błaganie o stypendium

ewentualnie jednorazową dotację na rzecz

rozkwitu prężnego talentu wyganianie dzieci

z pokoju bo tata skrobie POEZJĘ

taka mała skrobanka na marginesie

ostatnich siedmiu lat wspólnego pożycia

z maszyną do pisania kupioną na spółkę

z Maćkiem Chlebickim w Białymstoku

na parę dni przed telewizyjnym wystąpieniem

zwierzchnika si zbrojnych

skoro świt.

Co do cholery (lata osiemdziesiąte)

Kątem na Bródnie u dwóch dziewczyn

z socjologii W dzień szedłem na cmentarz

grzebać wśród nazwisk szukać ojca mojego

ojca zmarł w 1914 na suchoty W nocy na Wschodni

węszyć nasłuchiwać czy jeszcze bije serce narodu

Biło zomo i ostry zapach krocza

prostytutek trzeciej kategorii

mieszał się z moją egzaltacją Toboły wylewały się

z przechowalni aż na perony Staruszki dławiły się

kaszą gryczaną sos pomidorowy ściekał im

po brodach wszędzie sos pomidorowy tampony

podpaski pieluszki nocniki podwiązane do

plecaków I ta nagła czułość co zalewa ci

gardło miłość do tego całego bajzlu

Smród buchający z łachmanów żebraczki

peweksowski zapaszek gogusiów powracających

w panice z wakacji bo jakieś tam strajki

Spali na swych wyperfumowanych żeglarskich workach

synkowie a w ciemnym kącie na piętrze

pieprzyły się zdrowo dwa długowłose cienie

obwieszone koralikami udające się na pielgrzymkę

do grobu Stachury Edwarda Napisy w klozecie

zachęcały do wolnej miłości ale co do cholery

co do cholery ze mną kim jestem

spłodzony lecz niepocieszony (współistotny ojcu?)

na warszawskim bruku w mroku kim jestem

i po co Wracałem nad ranem pamiętając

że miałem coś ważnego do powiedzenia

ludzkości światu narodowi naszemu

który jest jak lawa wylewa się

na ulicę Gęsta ślina w ustach

na widok rozrzuconych nóg pod cienką kołdrą

kropelka śluzu pojawia się znika czeka

pochwa by pochwycić dłoń palec cokolwiek

Któregoś dnia odszedłem padał śnieg

tramwaje odprowadziły mnie za miasto

szedłem szosą w stronę rodzinnego południa

szeleściły w plecaku pamiątki młodości

trochę zdjęć pożółkłe ulotki mapa Masywu Śnieżnika

i Gór Bialskich Biblia Bursa

dwa w kratkę bruliony.

Sens (Ostrołęka)

Piotrowi Matywieckiemu

Obudziłem się na granicy województw.

Zakopywano zwłoki sarny

i dano mi to oglądać przez ramię. We śnie

pisałem wiersze, nie oglądając się

na D.Ś., M.G., na nikogo.

Teraz, przebudzony, budziłem niesmak

mieszając rzeczy, podnosząc sweter,

rozrzucone gazety.

Mówcie, co chcecie.

Zastanówcie się, co mówicie.

Dowolne nazwiska: kryją się w płytkich okopach sensu.

We śnie było lekko.

Zaraz potem jest lepko, butelka

po wódce na sąsiednim fotelu.

Brudni ludzie wysiedli w Pułtusku,

ulewa chciała ich umyć, ale nie dała rady.

Jeden z dyskutantów miał rację.

Musiałem to przespać.

I kartkę przewróciła ciepła ręka

zza szyby, zza chmur podobnych do trumien.

Bóg chyba jest. Jak promień.

Tylko coś we mnie wyschło, w przerwie.

Tamtędy leje się woda, mówi kierowca.

Góry, gorączka

Widok gór

ochłodził mnie, widziałem

rodzinę: żona, babka

i ten krzywy Pradziad porośnięty

ciupagami modrzewi; dzieci moje

rozsypane od zmierzchu

do zmierzchu, całe w kołpakach

prześwitów, tych drobnych

olśnień danych dążącemu

donikąd —

byłem już coraz

bliżej, patrzyłem na obraz

rozedrgany pędem

jak stawał się doskonale,

nie wiadomo jak

uspokojony i pogodzony

z najwyższym słońcem

w chmurach, z obłym stokiem

w lustrze burego jeziora,

z jakimkolwiek

sobą

Okolice Barda (Wartha)

Krzyśkowi Śliwce i PKP

Rilke spadłby z tej góry

jak zwykły śmiertelnik —

pokładł się rocznik 27:

świerki, sosny, modrzewie,

podmuch był krótki (gęsty)

Ostatni miesiąc do emerytury,

w dystynkcje leśnika wplątuje się śmierć,

brzozy gorzkie w widoku,

las cierpki w dotyku —

tak wiele obiecywał za młodu

Dymią góry, kopcą się doliny,

był pożar w deszczu,

sadzonki w szałasie już nas nie dotyczą,

zawiodła Matka Boska, zawiódł krzyż dębowy —

ogłosił upadłość ramion w lesie.

Według legendy

Według legendy umierałem z zachwytem

z włosem rozwianym, kiedy pośród palby

mauzer zastygł, dłoń pełzła po murze,

gdzie dziś bluszcz pięciopalczasty

i pamiątkowy — „jakby poeta coś wyrzec

chciał w tym ostatnim słowie”

twierdzi posłowie, hagiografia szczegółów

w wieku 23 lat

zdobył na wrogu

kilkadziesiąt wierszy i języka

schwytał w ciemności, który

jednakowoż milczał

jak grób

Z pamiętnika powołanych na wiosnę

Obnażać się w pokoju pełnym młodych

mężczyzn (z tego samego rocznika

i młodszych) powołanych na wiosnę

1988; pośladki, uda, zwisające genitalia —

szybkim ruchem wciągana piżama,

by nie wydać się śmiesznym; dziennik,

następnie film fabularny za zgodą

dyżurnego oficera; sytuacja w kraju napięta,

ale chyba nas nie użyją w razie czego;

już widzę siebie wjeżdżającego na skocie

do rodzinnego miasteczka;

a po drugiej stronie ekranu

nasze żony robią na drutach, dzieci

krztuszą się ampicyliną, wreszcie zasypiają.

Myć się w łaźni pełnej młodych

mężczyzn (z tego samego rocznika

i młodszych), wkładać rękę w krocze

i mydlić w obecności ich wszystkich —

w strumieniu gorącej wody z zardzewiałego

sitka spod sufitu stać się jednym z nich

nie do odróżnienia

Zbudzić się w pokoju pełnym

zamętu /alaaaarm!/i wciąż jeszcze

myśleć mój kraj

Nawet tu, w wojsku

Nawet tu w wojsku

chodzą za mną wiersze jak psy

liżą ręce proszą o więcej

mięsa kości krwi

skaczą do gardła piją ślinę

a potem uspokajają się

lepka biała nić wiąże je ze mną

niewidzialna

i co mam pisać

wszystko już było List przyjął skargę

i zaniósł żonie wyznanie

najszczersze

o pokoleniu? o straconych latach?

że uczą strzelać w smutną twarz

z tektury? że mówiąc

wszo gnido do gnoju

uczą pokory pojednania

z piachem który jest wieczny

który czeka na nas

...I to już było

przerabiali chłopcy

z poprzednich pokoleń

i następni będą wciąż po tych samych

tłuc się bezdrożach.

Inwazja

Liżą mnie niewidzialne języki,

te drobne ukłucia świadczą o zarazie.

Rozsiada się statecznie flotylla dmuchawców

i w skórze zakłada kolonie karne.

Plotkuje mną powietrze.

wypluwają wyspy i robią sobie rzeczną przystań,

daję się łatwo rozsmarowywać na kromce

z kosza, pod grochówkę z menażki

w trzecim dniu poligonu.

Czwartego dnia będą jedli Podsiadłę,

to ich naprawdę wzmocni.

Szczątki dawnych poetów, na widok których

panienki sikały, plączą się z dźwiękami

przebojów puszczanych z głośników na wzgórzu.

Disco polo wchodzi łatwo, nic nie

boląc, jak świeca. Poeta nie.

Poeta się pierdoli, rwie, stwarza

problemy językowe: podmienia

znaczenia, podmywa dawno wykrystalizowane

pojęcia, przestawia minerały akcentów

w glebie i na półkach zbieraczy,

którzy właśnie tracą cierpliwość

i mówią głośno, przez szybę i folię,

przez celofan do kwiatów: chuj,

aż biedne chylą swe potulne główki.

Lepiej by wam było polecieć w kosmos.

Zacząć nowe życie na Marsie,

a nie na przedramieniu. Za chwilę

sięgnę po szmatę w wiadrze i środki

czystości. Zegnę was w łokciu i wypluję.

Będziemy wspominać zgłoskowcem, w tercynie.

Kartka z Broumowa albo ćwiczenia w ironii

Broumowskie Cyganiątka na czołgu w kwiatki

na którym ktoś sprajem POLSKA

napisał — jeszcze kilka godzin

w tym czeskim miasteczku

kilka godzin do zamknięcia granicy

Darek spotkany na szlaku

pojechał do Pragi nie patrząc

na krzywe spojrzenia urzędników

od ruchu ludności a ja się waham

i idę w końcu w stronę

ciemniejącej na horyzoncie Gwiazdy

znajduję rozdartą piorunem kapliczkę

gdzie modlę się z cicha

lecz drugą połówką tzw. duszy

już układam limeryk à la Joyce

i myślę o stosunku z napotkaną Czeszką

której wata wystaje skądś tam

i to mnie odstręcza Zresztą

ja się nie podobam kobietom

w chmury zaglądam jak nikt jeszcze

przede mną a schodzę ze ścian

z Broumowskich Ścian

żółtym szlakiem do Hony

skąd za 9 koron jadę do Nachodu

i tyle, byle

byle do przodu

Ręka natrafia na radio

Ręka natrafia na radio i łapie Cohena

jest północ w styczniu środek Europy

przez środek serca biegnie nowa linia

kolei losu Trzaska mróz obcasami

Otwieram się na zachód

zamykam się na wschód Nic co z południa

nie jest mi obce Kolejny odcinek ironicznej

powieści przerwany w połowie

chrząknięciem spikera I po co ta ironia

mówię do człowieczka który pełznie w lustrze

Jest to podmiot liryczny uciekł

z podręczników i wygląda na zadowolonego

Tam groziło mu rozstrzelanie przez analizę

Tutaj jest sobą a właściwie mną

pozwalam mu na wszystko

w granicach prawa i rozsądku

Prawem poety jest być szalonym

prawem podmiotu jest być posłusznym

toteż mój podmiot jest nieco stuknięty

Wybaczcie nie stać go na razie na więcej

i nie powiesi się jeszcze tej nocy

Przetrwa do rana i wyjdzie na mróz

tam go dobiją szyderczym spojrzeniem

Na razie wygląda na zadowolonego

nie przeczuwa biedak swej publicznej

śmierci Szuflada do której go

za chwilę wtrącę podoba mu się

już znalazł ołówek i kartkę z notesu.

„Ręka natrafia na tomik Cendrarsa

i łapie się na tym że jest już pod Wozem

przycięta równo powyżej nadgarstka

koślawo zwisa z nieba bo lepiej nie może”.

Będę przebywał jeszcze wtedy w Polsce

Przeczuwam wiersz który napiszę

w czterdziestym trzecim roku życia

już jego korzenie niesłyszalne we mnie

rozrastają się w mózgu tkanką

poematu Będę przebywał jeszcze wtedy

w Polsce z orłem w koronie prezydentem

dwuizbowym sejmem Będę w małym miasteczku

które kiedyś czeskie niemieckie

teraz polskie poetyckie

obrabiane słowem jak dyjament lśni

I Polska będzie rozbita na pięć

sześć wolnych republik

ja wśród śląskich poetów będę niczym

Anioł i żona mnie opuści

z kimś normalnym kto potrafi wyżywić rodzinę

i ma w sobie czułość nie zmarnowaną

przez dziesiątki wierszy a ja będę wtedy

jeszcze mniejszy bo chory na chorobę

nie oznakowaną kryptonimem chorobę

która zbawi świat cywilizację zetrze

i zacznie sposobić nowego człowieka

Będę przebywał jeszcze wtedy w Polsce

wiersze głosząc na wiecach w przejściach

podziemnych na wysypiskach śmieci

w schroniskach dla zwierząt

lecz klatki będą zapełnione ludźmi

Będę przebywał jeszcze wtedy w Polsce.

Lot

Eli i Maćkowi Chlebickim

Absolwent filozofii. Zostałem

świetlicowym w szkole

podstawowej (Ziemia

Kłodzka). Oto losy

człowiecze. Kadra jest młoda, dzieci

krzyczą. Nie wiem, czy mój

wystudiowany stoicyzm podoła.

Dzisiaj rozmawiałem z nimi

(IV b) o ziemi, matce

naszej — ile kto ma hektarów.

Nie taili. Potem wspomniałem

o trudzie rolnika, ale nie wiedzieli,

o co mi chodzi. Dojeżdżająca młodzież

zbyt często (pod pretekstem

wyjścia do ubikacji) kieruje swe

kroki do pobliskiej lodziarni. Pan

dyrektor ze swego wysokiego okna

marszczy brew i grozi palcem. Salmonella,

sceptycyzm i brak kontaktu z prasą

literacką. Patrzę na park,

gdzie stadko młodych łabędzi

wzbija się do lotu.

Mnie też o nic innego

kiedyś nie chodziło.

Wysiadłem, usiadłem

Uszedł ze mnie duch na jakąś godzinę

i czułem w ręce bilet

przez Leszno, Poznań, Konin;

dopiero potem myśl, żeby coś wyjąć

i przestać migotać, wpisywać w szybę,

wszystko oddychało we mnie,

byłem we wszystkim.

Bolała od tego głowa i kolana,

jakbym wędrował na klęczkach

po wiosennej grudzie, tłukł okna,

a przedtem pasł głowę

rozbłyskiem widoków (to bliskie

konania), snów, napomknień.

Czyj sen jest większy

w tym pokoleniu, i słyszę: czy

napisałeś już o mojej

książce i: kiedy wreszcie

napiszesz —

a chuja napiszę.

Wysiadłem z pociągu,

bo mi się spodobały czyjeś usta w szybie,

ruszały się.

Nie mogłem znaleźć zeszytu.

Apel poległych

J. K

Pisz teraz, bo masz dobre dni;

i następni zmarli popierają cię,

pchają wyżej, mówiąc —

jesteś tego wart, ładnie opisujesz

nasze okna,

nasze ręce na parapecie,

ślad po nas na szybie.

Odchodzimy, kiedy chcemy odejść,

nikt nas nie wybierał,

nie wierz w przeznaczenie;

już następnego dnia

ktoś szybko zedrze tapetę w słowiki,

zamuruje okno.

zrobi łazienkę w stołowym.

Przed zmrokiem w samym sercu zmierzchu

otwiera się mała przepaść,

wywija się jak robak z dzioba

języczek śmierci,

trel lekki swawolny.

Poeci doskonale wierni

Adamowi Ziemianinowi

Poeci

doskonale wierni

przyrośnięci do drewnianej zabawki

kołatki

wystruganej w dzieciństwie

przez cieślę z sąsiedztwa

Józefa jak mu tam

przyssani

do matczynej piersi dziewczyny

poznanej raz na zawsze

wczesną wiosną 1981 roku

(chodzić na palcach

nie ruszać czułej struny

nie dotykać wygasłego wulkanu

nie deptać

wzgórza porośniętego czułą tymotką)

oni coś jeszcze napiszą

w 1997 usłyszycie o nich

zmartwychwstanie poematu

będzie ogłoszone

śmierć będzie wystawiona

na próbę męskiego rymu

miłość niestety nie

znajdzie swojego wyrazu

poeci

doskonale wierni

otworzą oczy

prosto w przepaść

w promieniach skroplonej zorzy

kartki papieru

wiatr będzie włóczył

Sierpień

W południe kogut rozgdakał się jak kura,

pan z kijem podjął przerwaną rozmowę,

wisiały w powietrzu zwielokrotnione języki

— za plecami berberys, pogańskie lusterko,

bezkarnie po żytach błądziły obłoki

w konkursie kto wyżej — wygrała wieżyczka

na pobliskiej górze,

dalej Sarny, Ścinawka, Góra Wszystkich Świętych,

żyć, umierać, pisać,

czytać na przystanku „przepraszam za wszystko”.

Byłem synem wiatru, jestem córką deszczu,

po czterdziestce powietrze uchodzi,

zagęszcza się gdzie indziej.

Błysk wycina Goethego

w obłoku za wzgórzem.

II. Liryka lokalna

W górę rzeki

Kamieniem się staje dotykane próchno

Świeci we mgle wypalany trawnik

wydawało mi się że znam mowę ptaków

ale w tym lesie jakoś wszyscy zmilkli

odjęło im mowę dodało mi skrzydeł

wyszło z płomienia płomień wił się w dłoniach

bił skrzydłami o ściany wiersza

zamierał na ustach jak kwiat kasztanowca

poobłoczna piana na gałązkach słów

„już po mnie” mówiło się bo tak było modnie

przede mną góra do zdobycia

mgła do rozproszenia miłość do zabicia

wypełzały z tej czaszki jaszczurki przeznaczeń

po równo obdarowani odchodziliśmy

do swych kruchych zajęć

pamiętam chciałeś być księdzem

teraz się męczysz na odległej plebanii

chciałem być tym który ucieka

co to ma znaczyć pytałeś

właśnie chciałem znaczyć tyle co hieroglif

metafora gnoma być i nie być

znikać wymigiwać pysznić się istnieniem

a co Bóg na to pytałeś

Bóg wiele wybaczy i przepuści przez palce

takim jak ja

są to boskie eksperymenta eskapady ekstrema

musimy być na przekór płynąć w górę rzeki

należało pragnąć goręcej należało goręcej pragnąć

należało

Ludzie po drugiej stronie

Ludzie po drugiej stronie ulicy,

gdy mi przywożą węgiel

i podnosi się mgła,

z zapartym tchem śledzący

manewry multikara.

Wreszcie wpasowuje się

zmarzniętą dupką w secesyjną bramę,

by wysrać tonę lub dwie

na środku korytarza.

Taki jeden liczący na miał

czai się z workiem.

Niemowa kręcący głową,

przekonany, że gość urwie lusterko

na gzymsie, ale jednak nie.

Starsza pani w filcowych botkach

z opieki społecznej

metalicznym głosem dworcowej szczekaczki

coś mu tam oznajmia,

a mnie pyta, kiedy się to wszystko skończy.

Wszystko to się dawno skończyło,

teraz żyjemy w kawałkach wszystkiego,

w bryłach. Nie chce mi wierzyć.

Albo albo

Albo gonić skurwysyna, za

przeproszeniom, co uciekł

obronie, zrobić go na szaro

i dobrze wrzucić

chłopakom. Drzeć się jak opętany

po tym golu, a potem chodzić

po górach zachrypnięty

i po kolędzie (za kolesia,

który się oberwał) też.

Albo jeździć rowerem po dziurawych

mostach, pisać wiersze,

palić papiery po zmarłym

dziadku i zobaczyć to

niesamowite zdjęcie Chruszczowa,

a to wujek Edek. Nosić dzieciaka

i odwzajemniać jego przytulanie,

poklepywać żonę po następnym

brzuchu. Kochać się z tym brzuchem.

Wszystko.

Jesteśmy

Jeszcze lokówka ciepła, rozrzucona bielizna,

niewyłączone radio mówi,

że Okocim sześćdziesiąt. Stan wód

i uczuć, jak to w lutym.

Nadgryziona bułka, pomarszczony

dywan, okno mieni się nagłym

słońcem. Byłaś tu przed chwilą,

teraz jesteś w pracy.

Co uchyliłaś, zostanie uchylone.

We mnie mieni się przestrzeń,

wirują: śluz, ślina, sine

krople z sutków. To się chyba nazywa uśmiech losu.

Pojawił się wreszcie na twarzy, prysnął w okulary.

I zapach, smak tego, co się dzieje.

Jak młode zboże rozgryzane wolno.

Szum wokół nas; z gołębi, obłoków,

z płatków sadzy i skóry. Jesteśmy

jak niecierpliwe pukanie dzieci,

odwołane lekcje nieznośnej gramatyki.

Jak księżyc

Znów krew w misce. Kiedy minął miesiąc?

Rozpięta bielizna kołysze się, koi mnie

widok muru z wyjętą znów cegłą.

Biaława kość świtu, długo ją ssały

bezdomne kundle, tłucze się w zaułku —

co stąd, a co nie stąd,

jaki świat opiewać? Zerkać

na zegarek, patrzeć na termometr,

kpić z tutejszych chmur, ruin,

brzóz i kasztanów. Rzadko

skrzydło wzlatuje: wzgardliwe

wzruszenie ramion, rozgrzewa powietrze

regularne słońce; panika w oczach... jak-się-życ;

i znów krew, szybki oddech

paruje nad miastem, mgła z niedomówień,

ze wspólnych ust.

I aż do bólu. Ciemność

Poczekalnia pełna głosów

głosownia nastawnia języka

wyobraźnia sprawdza bilety słów a konduktor

jest wierszem Benna pt. „Składnia”

czytanym przedwczoraj Otarty o mur do krwi

stoję za chlebem drugorzędny poeta

rozstrzelany drukiem pszenny czy żytni Nie wiem

Polsko jesteś dziwna te głosy każą mi Ciebie

kochać ze wszystkich stron Wzgórza

w jaśminach zapach poranka Przeskakuję

z wiersza na wiersz tak się nie robi ja wiem

Ze swojego wiersza na wiersz kolegi i pytam

czy jestem zepsuty jak mówią do rdzenia

do szpiku zwątpienia do ostatniego słowa

które trąci w kręgosłup i runę

(o poczekalnio pełna głosów!) w szum wodospadu

w szelest węża na ścieżce A to tylko mój

syn nienarodzony wyplątuje się ze ścieżek

pościeli sunie przez poduszkę jak żuk

trącając bosą stopą strunę napiętego

czuwania i aż do bólu ciemność jego krzyk świeca

szukająca płomienia

Napełnili przydeptali

(z cyklu „Noworudzkie noce”)

Zatrzymana kropla

nim konieczność

zaklnie ją w mętne świecidło

bursztynu albo w wiersz

nim znajdzie się w muzeum

oprawiona w srebro

opatrzona komentarzem

wchodzę w tę kroplę

z całym dobytkiem inwentarzem

dzieci idą za mną żona

stoły krzesła tapczany

półki z książkami

niosę na ręku najmłodszego dzieciaka

jego krzykiem nabrzmiewa błona

zatrzymanej kropli

aż pęknie

a my wylejemy się na bruk

jak ropa i osocze

znowu bez mieszkania

i poczucia czasu

a on krzyczy

bo musi bo w poprzednim

pokoleniu zaliczył komorę

gazową i wkładali mu

do odbytu rozżarzone stopy

metali szlachetnych

szlachetni panowie

Schlapke Braun Wolff

kto mówi o zbrodni

chodziło o rozwój nauki

a potem siedmioletnią

wiecznie otwartą buzię

napełnili igliwiem i piaskiem

przydeptali

Podobna trasa

Było jak wtedy, gdy jechałem na pogrzeb wujka

Adama do Makowa i wieniec telepał się w bagażniku.

Październik rześki, wyrazisty.

Podobna trasa. Favoritka mruczała czule,

wpadając z wiatrem w głębokie doliny;

jechałem sam i czułem się potrzebnym

ogniwem w łańcuchu wieńców, ciał

i trumien suwanych do przodu.

(Chciałbym widzieć te trumny

z samego początku.

Właściwie nieraz je widzę.

Czemu, głupi, biegasz

w nocy po mieszkaniu —

pytają potem.

Tak jakoś się zrywam).

Liryka lokalna

Ścięty w polu stary sad,

czarne pieńki w ustach krajobrazu;

rumian zakwitł (jeszcze raz),

błędny ognik ciepłych listopadów.

W Wambierzycach cztery dzwony

złożone do grobu; głuche stoją

w szczerym... Uderzam kamieniem,

syn poprawia z drugiej;

zapomnianym imieniem,

chyłkiem, miedzą, wzgórzem

przeciska się jęk.

„Idźmy. Kogoś boli”.

Wstyd. Miasteczko górnicze czeka swego końca

W dniu, w którym otrzymałem zaproszenie

do wzięcia udziału w dyskusji o przemocy, razy

sypały się gęsto w wielu szkołach świata.

Ojciec Łukasza C., zajrzawszy do

podsuwanego przeze mnie dziennika,

dopisał się do długiego szeregu

wkurwionych ojców. Chłopak smarkał krwią.

Ja cię chyba zabiję. Dość mam tego wstydu.

Dwa lata temu matka Łukasza C. musiała

wzywać pogotowie. Czuję ból w całym

ciele, podskórne dzieciństwo.

Rozbieraj się. Ale za co. Rozbieraj się,

ty już wiesz za co.

Nie wiem do dziś. A kiedy na wuefie

Rafał D. kryje się po kątach

i nie chce wyjść z szatni, wiem, że dziś znowu

przyniósł wytatuowaną na skórze mapę

niedoszłego powiatu. Jego ojciec krzyczał

na zebraniu, jesteśmy prowincją,

będziemy jeszcze większą. W prowincjach

bólu mieszka strach. Ja cię chyba zabiję,

dość mam tego wstydu. A kopalnię i tak

zamknęli. „Przemoc jest tam, gdzie nie ma Sensu”.

Paweł A. nie chce się przyznać. Wreszcie

wybucha płaczem. Tak, robi to codziennie.

Matka musi klękać, a potem pełznie

po podłodze. Ojciec każe mu patrzeć,

jest ciągle pijany. Paweł moczy się w nocy,

ma kłopoty z nauką. Szkolny pedagog triumfuje,

teoria konweniuje mu z przypadkiem. Śnieg,

śnieg na te rany. W kwietniu? Cichy,

zalękniony śnieg. Pójdziemy go deptać,

chłopaki. A jutro w kosza z siódemką.

Dopierdolimy im. Jak nie tak, to inaczej.

Jacek F. wie, że ma faulować.

Marcin B. mówi coś o egzaltacji.

On jest nowy. Będzie uczył wosu.

Przez Słupiec płynie rzeka Dzik

Przez Słupiec płynie rzeka Dzik

przez moje serce jeszcze dziksza

bardziej brudna Osad lśni

w wierszach W ustach dym

z hałdy nad miastem

Daj mi znak może kaszlnij

zrozumiem że cię tu tytko

ta jabłoń trzyma Dziadek

ją sadził w kącie podwórza

szczaw (co porasta stromą stronę

wzgórza) znika w pyskach koni

pasących się z namysłem

i tną gzy Chodzi po opłotkach

cień chmury rozdartej jak ty

albo schizofrenik Następny człowiek umarł

pogoda się nie zmieni Weź gałąź

sosnową i połóż na ranę.

Kościół w Drogosławiu

widziany przed odlotem

Rozalii Linke, Marii Sztorch,

skłóconych sąsiadek,

które pogodził cios

niewidzialnej włóczni —

anioł się uwijał za dwóch,

las pod oknem niemiał i głuchł;

widziały czerwony, stromy dach,

z bliznami okien uniesionych jak brwi,

odlatywała od korpusu jak głowa

sygnaturka drżąca, nerwowa;

coś było z powietrzem nie tak,

dawany i powstrzymywany znak,

nie czuły w sobie plusku krwi,

nigdy nie były na takiej mszy.

Co chcesz powiedzieć,

wykrztuś teraz —

z księgi doliny robi się książeczka

szybko wkładana do kieszeni płaszcza;

i ten inicjał, pokrętna litera

z czerwonych cegieł. Kościół w Drogosławiu

widziany z wysoka.

Październik

Cóż, bez tej lipy niebo

byłoby bezradne jak syrena na skraju

złomowiska, na rozbieranym wiadukcie

śpiew lokomotywy.

Księżyc w serii znaczków na niebie —

ząbkowane Haiti,

rozwarty seks malwy; i głos:

„nie jesteś poetą krajobrazu, wypierdalaj”.

I coś się ze strumieniem oddala, oddala

sens i przybywa z daleka:

stanąłem u ujścia, rzeka

skojarzeń ma cofnięte źródła.

Wypłynąć jeszcze tej nocy

z tornistrem pełnym książek,

na zbutwiałej tratwie wić mały ból

języka, który chciałby lizać

szron na różach, pokrywach śmietnika.

Ciepły grudzień

Ani i Jurkowi

„jastrząb kwilił, co rozwścieczało psy.

krzesło w rzece. kry”.

Tu szedłem, a tam dosłownie

leżałem pod brukiem, pod pianą liści

bitą na asfalcie: oddech ziemi

strofował mnie, naprowadzał —

zaczynały się schody, korytarze.

Tak się leży, tak układa,

wyrównuje oddechy ze wszech stron —

w sobie. Tak się widzi kroki

od spodu, przeczuwa podeszwy; podejrzany

wiatr. W zajezdni dużo flag.

Trochę szedłem, ale coraz bardziej

obraz zachodził w głąb. Zachodziłem,

zaszedłem, stoję nad otwartą

myślą: w notatniku zaciskał się

rząd, gwar brył. I sny.

Kręto, przestrzennie, lustrzanie.

***

Jak igła do zszywania owiec

lśni w szronie wieża kościoła w Głuszycy

i są jagnięta na wzgórzach

zziębnięte, zdziwione.

Więc to ty jesteś, świecie.

o którym tyle szeptano we krwi.

I trzeba skubać to szare, szkliste.

Białe strumykami w dół, będzie pluskać.

Czarne, okopcone sunie

po wiadukcie. Koń przejechał.

Skąd wiem, że koń? Każdy widzi

dwukółkę, bat, parujący asfalt.

Zimny styczeń

Kasi i Jarkowi

I otrząsną perlistym śmiechem

szadź z opłotków; ja nie wiem,

kto te dzieci robił,

i w jakiej pokorze. Są

na wzgórkach: między parowy

wpada krzyk nerwowy,

roztrzęsiona sanna. Z drogi, z drogi.

Zbocza lśnią jak śledzie.

Chcą połamać nogi

przechodnia, co zatrzymał chwilę:

hałdę, rzekę; w pomarszczony obłok

ciężko kasztan wchodzi, rozsypując obrok.

Wozy wypełnione węgłem

suną w głąb doliny.

Pęka serce mrozu

nad kamieniołomem: zgrzyt stalowej liny.

Kwaśny luty

Oldze i Romkowi

Gdy nie dają szans rozbudzone dzieci;

albo to jest najważniejsza szansa.

Zapal, wcześnie zapal;

palę arkuszami zeszłorocznych ocen.

Jeszcze wcześniej uderzenia, trzask —

pojemniki na śmieci opróżniane w śnieg.

Kto żyw w nieznanej ciemności

przeszukuje teren Martwej

i przyległych; natkną się na psa czy nie...

Popiół, wszędzie popiół,

rudoszary ślad po wcześniejszych,

teraz dumnych ze swego pióropusza.

Nad dachami wpada w poślizg wiatr

jak cuchnący oddech chorego olbrzyma;

otrzepuję się z sierści, ciemność trwa —

a właściwie trawi resztki. Potem blask.

***

Bóbr wzbiera. Mijam go po drodze.

I on mnie mija.

Ileż podmytych kurników,

upadłych płotów z wikliny!

I nie masz nikogo, który by opisał

brudne dzieci wpychające fotel

w żuka i konia bez głowy.

Rodzina się przenosi bliżej biedaszybów.

Zima nie ma końca.

Piosenka z końca lutego

Czytanka świata otworzyła się tu

na obrazkach z zimy

i pan nauczyciel zza chmur, zza brzóz

wyjaśnia wszystkim, co my tu robimy.

Widzicie, dzieci, poranek lutowy

w pewnej części Sudetów Środkowych,

na krańcach horyzontu gorzki róż

przechodzi w śliwkowy, i staje się już

coś nietutejszego: wrastają w szadź

łzy Matki Boskiej lub kogoś takiego;

pejs starozakonnego, kieł ziemniaka

gdzieś w kącie kuchni nieba —

tyle o księżycu. Z prawej krzyże cmentarza

i główkę krokus wynieść się odważa

na światło, mróz, lodowe pęknięcia.

Dzięki, światło, za światłość —

to głoska różnicy,

ale nam pozwala wychynąć z piwnicy.

***

Wspiął się i patrzy w bystrza Woliborki

pies wyrzucony wcześniej z samochodu —

czy widzi twarze, co przestały kochać,

może przyszłość świata, podkulony ogon —

samotny na wietrze, zjeżony,

przekrwiony jak oko,

którym widzi nurt —

bo jego rzeczy zostały pod wodą,

miał tam dokumenty,

smyczkę i kaganiec;

rzeka robi zdjęcia i podaje dalej —

wścieka się na pianę,

gryzie łańcuch brzegu.

*

To jest wiosna,

gdyby ktoś nie wiedział;

coraz więcej psów

wpatrzonych w ciemną wodę.

Oda

Mariuszowi Grzebalskiemu

Psy wskakiwały na mur, liżąc

twoje ślady; liście podrygiwały w tańcu;

rzeczka w Sudetach jak Potomak w marcu;

stygnące stygmatyczne znaki

na pełznących zboczach —

smutne ogniska, przy których ludzie

z opuszczonymi głowami

na krawędzi obłoków. Wiatr wiał,

ale słychać było niechęć

i zrzędzenie losu;

stało, co się miało ruszać,

co się kiedyś ruszało

w dzieciństwie, śniło

Psy wskakiwały na mur, liżąc

twoje ślady

Jak u nas w południe

Zygmuntowi Krukowskiemu

Pukają do drzwi

krzyczą przez kruche literki

otwórz się odłóż

to co chciałeś wypowiedzieć na marne

nie wracaj do tych samych słów

odnawiaj się chłopcze

ta ścieżka zachęca

wysoka trawa czyha

hałda cmentarz zasypuje cicho

świadkowie Jehowy

nadchodzą z Miedzianki

sztuczne kwiaty w majolice

a Jezus jak Nike

bez oka

bez jednego skrzydła

bo prawda z braku się bierze

prawda bezskrzydła

ślepa

pukają do drzwi

szarpią za sznur

który nie dorósł do pętli

pokazują flachę pęto kiełbasy

chcą ode mnie więcej

List czytelnika z Wałbrzyskiego

„Na tyle listów chciałem odpowiedzieć

grzecznie. Trzydzieści siedem lat byłem

miły. Szkoda, że to się skończyło.

Trudno to nazwać transgresją.

Kupa gnoju, którą chciałem toczyć

w jakiejś formie, np. kuli,

okazała się za wielka.

Po prostu”.

Bez światła

Są odpływy światła, psują się baterie,

siada akumulator w starym szewrolecie,

gasną jarzeniówki, zawijas neonu

wyłamuje szereg —

i znów chwila zamknięcia dopływu,

łapiemy powietrze, przeskakuje iskra

ze stryja na tego niżej na zdjęciu

w parafii. Nie martw się, siostro,

poznacie go po bielmie

łamiącym się na widok, na blask.

Przymrużcie już oczy, o tak.

Wiertarki w ogrodzie, silniki w piwnicy

ściągają od nas z góry najwięcej energii.

Parujemy niewytarci, chyba utrwaleni.

Prosta historia

Do tylu kościołów wchodziłem

daremnie, gipsowe figurki śmiały się ze mnie...

Pozostawione dzieci płakały.

resztki Boga trzeba było wyskrobywać

z ich zabłoconych kurtek,

ojciec buszował w knajpach, nawiedzał dziwki,

świat oddalał się jak chybotliwy wagonik

bez konduktora, bez maszynisty;

potem takie same dzieci spotykałem

w szkołach, uczyłem je poprawnej pisowni

własnych nazwisk, wpatrywały się we mnie

jak w maszynistę, wybierałem z nich

najlepsze do składu na mecz

z sąsiednią biedą i kiedy obrzucały się błotem

na boisku pod hałdą, miałem łzy w oczach.

Wiem, miało być o Bogu.

III. Zdania na wypadek

Nie inaczej

1

Złuszczy się krajobraz razem z nami,

niewiele ubędzie ciemnemu powietrzu,

ale chyba jakieś arche pozostanie.

2

Czas buduje rzeczy swe niedostrzegalnie;

te ruiny są budowlą w toku,

skrzącą się od znaczeń, westchnień

zmarłych wczoraj mieszkańców Hellady.

3

Palce Losu zdrapią nas jak naklejkę,

nie uszkadzając właściwego rdzenia,

bo pozostanie chyba jakieś arche,

4

Tak jak z liścia na wietrze

pozostaje szkielet sieć żył —

widoma konstrukcja, co się przyoblecze

w zieleń... cicho, znów niedostrzegalnie;

5

Czy ślepi krążymy w zaułkach planety?

Bracie, nie inaczej.

***

dla Alka Radomskiego

W pudełkach, w których mieszkam,

jest dużo zielska.

Skrzypią podłogi w pudełkach,

w których mieszkam.

Pudełko podwórka; i ktoś tam nosi

ciasne półbuty po mnie;

pudełko tarasu, jestem ubogi,

uboższy o dach nad głową.

Pudełko ulicy otwierane czule,

zamykane z drżeniem —

dziecięca twarz słońca zagląda

do królika w sianie, podsuwa mu liść.

W pudełku, w którym śpię,

są rośliny; najczęściej paprocie,

skrzypy odciśnięte w węglu,

jest pleśń od północnej strony

i mrowisko, co ogryza na kość.

A tamto pudełko to starość,

z pergaminu zsuwa się sznur

...rozwiń, rozwiń se

ostrożnie przymierzając

zmarszczki, brodę, żałość.

W pudełku żyda na dnie

to ci pozostało.

Woda z pól

Darkowi Sośnickiemu

Podpełza zwątpienie, o pół tonu światła

mniej pod latarnią wiersza; oszczędność energii,

kuśtykanie frazy, o jedenastej cichnie szum

maszyn, milkną drzewa, pękają dreny —

woda z pól, z miedz. Surowy napój,

który trzeba

przebyć; gruda gliny w usta

Requiem

Tu wszystkie gałęzie należą do zmarłych,

machają nimi wytrwale na wietrze;

czy wciąż w albumach tkwią ich młode oczy,

nie wiem; pozostawili mundury,

suknie ślubne, komunijne ubranka;

nadzy wślizgują się między gałęzie;

czy tam jest jakiś popas

lub piknik u Boga, nie wiem;

nie mogę zawierzyć mitologiom,

niezupełnie wierzę tylko w rozkład;

wrócić na ziemię wiosną, bić deszczem,

być jasnym pędem, gorzkim mleczem w żwirze.

Wielki post

Wśliznął się w trumnę pejzażu ten szelest,

malarstwo flamandzkie czy co do cholery.

Kot płacze na schodach wtulony

w poduszkę marcowej śnieżycy, opery

na trzy, i już cztery: inflacja pór,

miesięcy, całego poczucia. Człowiek

budzi się w człowieku (pst, kurwa, kocie)

z ręką w kanale, na pilocie

ciągłego czuwania: lepkie ślady, Vermeery,

szumy, telepatia, higiena usteczek

nienawykłych do posług, do szukania związku.

Powrót do źródeł, najęty jak kłamie —

poparzony, pojebany, w futro

wsunięty jak w trumnę.

Wielkanoc

„A nie ma jednej kawki w powietrzu,

która by nie spała przez jedną noc życia

w spokojnym gnieździe.

Lecz o mnie Bóg zapomniał”.

J. Słowacki

To było w marcu we wtorek;

zamarzło pod nogami grząskie oparcie

dla paru przebiśniegów.

Z pudła schodów wychodziły dźwięki,

rury jak żywe wiły się pod tynkiem.

Pokrywała się grubą warstwą śniegu

trawa zieleńsza od wszystkiego.

W górach tłoczyło się nowe powietrze,

by nazajutrz zasypać światłem podwórze.

Trzaskały bramy, przelewała się rzeka,

nic nie mogłem zmienić zapisany w księgach.

„Chrystus chuj” wołali wysłannicy piekła.

Zakwitnie kij w twej ręce

Zakwitnie kij w twej ręce tak będzie

oddychaj pełną piersią oddychaj

więcej wspomnień zabierzesz ze sobą

świeże pachnące kretowiska

wyrzucą z siebie krokusa łodyżkę

śnieżyczki wychyną zza kamieni

szlifowanych niegdyś przez potok

już w płuca nabierz trochę ziemi

i niech cię nie zaskoczą

sroki goniące się po niebie

obłoki skrzypiące na wietrze

(jak blaszane wota w kapliczce

bielonej ptasim łajnem)

zakwitnie wszystko bez ciebie

najwyższy wypuści cię z ręki

i powie leć a nie obnoś się

ze złamanym skrzydłem.

***

że ptaki,

że przelatują z nagich gałęzi jaśminu

na szczyt domu, w którym pędzimy

(przewracając się z jednego przebitego boku

na drugi) żywot,

że bywają spłoszone,

że niekiedy śpiewają (komu? czemu?) —

nie jest powiedziane, że śpiewają

nam, czekającym na nadejście

(kogo? czego?) dopełniacza losu,

może śpiewają tym, którzy nie doczekali,

może Panu Bogu w okno, w jego białe firany

podwiązane różowym kordonkiem świtu;

że kogut,

że pieje zaciekle w komórce sąsiada,

pies szczeka, pękają pąki mimo naszej woli

i że to wszystko mówi coś i znaczy,

bo jest zaznaczone

w księdze naszych domysłów,

w Naturze.

Tren

Antoniemu Mackiewiczowi

Przebiera palcami ciemność

i pociera o pierścionek pełni

zastawiony w lombardzie uschłych olch;

miasteczka pełnią wartę tylko dla mnie,

połyka je horyzont, chłodzi wiatr.

Kobieta drzemie, a spod jej nóg

ucieka ziemia. Agresywny pot,

ale nawet mi nie staje;

robi się starzec ze mnie, powoli

smakuję ten chleb, niosę trumnę,

ocieram się o sąsiedni grób.

a potem przebieram palcami,

sypiąc na twoją twarz

kamyczki, muszelki, grudki. Ciemność

dnia.

Ostatni wiersz dla matki

światło rdzy

kryjesz ty

Rdza traw, ta rozpacz,

pod bukami przepaść;

przepaść rozpatrz

z góry, przyklaśnij do echa.

Tam przerzuca miasto

zmarłych, stąd światło

na wzgórzach; rozrasta się

cmentarz, rozpycha

jak nowotwór; grząskie pola

równa spychacz,

potwór w snach dziecka;

mamo, pamiętasz

mnie z tamtych przerażeń;

iść na swój grób trzeba odważnie

Zdania na wypadek śmierci

E. i J. Sołtyszczakom

Być ojcem i spokojnie rozmawiać z synem.

Doprowadzić córki do miejsca, skąd same ogarną

pozostałość życia.

Być synem i spokojnie rozmawiać z ojcem przez ścianę

z trawy, gliny, przez korzenie, kłącza.

Nie spodziewać się czegoś nadzwyczajnego,

bo wszystko jest nadzwyczajne.

Groby, grzbiety fal, grzywy koni,

kościany grzebień u twojej skroni.

Sukienka matki, i twoja. Szmer

spodni w szafie, jęk szuflad.

Błądzący oddech trafi na poetę lub szewca

jak Boehme; pozostawi oddźwięk.

Już trzeba wierzyć w coś niezniszczalnego.

Głuchy czerwiec

Iwonie i Antkowi

„...żeby rzucać carmina w przestrzeń

sakralnych jaskiń...”

Cz. Miłosz

Kaplice jak ptactwo,

co obsiada miedze

i wydaje głuchy krzyk

słyszany przez nielicznych;

przez nielicznych tak bardzo.

Urodziłem się w okolicy pozbawionej

katedr — luster wyższej wiary,

pośród wzgórz kręcących się w kółko

nasiąkałem pustką, niedzielą

bez znaczeń. I teraz nie słyszę,

co w powietrzu drży

i dlaczego; za moją głuchotę pomódl się

czytelny, jasny i wytrwały.

Zapowiedź

To są przecież groby, mamrocze

dziecko; nie mów tak o górach;

niesiemy drabinę ku wyniosłej

gruszy, jabłko w woskowinę

chroni się przed mrozem;

to jest przecież cmentarz, spójrz,

tato, w obłoki, szkielet

goni szkielet i jeździec

bez głowy; góry (przez graby)

zdrobniałe, zgrabiałe;

parowozy zatraciły się

w polach po osie, po rdzę.

Za tobą głos ze stacji

krzyżowej, ksiądz ma

mikrofon; to jest przecież miasto

dochodzące z dołu.

Ciepły grudzień

Ani i Jurkowi

„jastrząb kwilił, co rozwścieczało psy.

krzesło w rzece. kry”.

Tu szedłem, a tam dosłownie

leżałem pod brukiem, pod pianą liści

bitą na asfalcie: oddech ziemi

strofował mnie, naprowadzał —

zaczynały się schody, korytarze.

Tak się leży, tak układa,

wyrównuje oddechy ze wszech stron —

w sobie. Tak się widzi kroki

od spodu, przeczuwa podeszwy; podejrzany

wiatr. W zajezdni dużo flag.

Trochę szedłem, ale coraz bardziej

obraz zachodził w głąb. Zachodziłem,

zaszedłem, stoję nad otwartą

myślą: w notatniku zaciskał się

rząd, gwar brył. I sny.

Kręto, przestrzennie, lustrzanie.

Potrawy pośmiertne;

ten olśniewający stół,

którego będziecie się trzymać

jak burty okrętu zapadającego się

w tłustej zupie oceanu,

a ja wam będę machał jak szalony

z bezludnej wyspy, która zaludni się szybko

i któryś powie „Co się wściekasz”,

i będzie się zacinał, jąkał;

dopiero potem powiedzą mi,

że to Bóg. Ale nie dojdzie do mnie nic,

żadna wielkość, prawda czy poczucie,

pustka rozdęta w piersiach, lśniąca

na krawędziach, to wszystko

(koniec do przełknięcia jak ołów,

rtęć do wypicia)

IV. Pod twoją obronę

***

Rożen, z którego uciekłeś,

niebieski ptaku,

rożen słońca przebijający mgłę,

i dumny napis „źródło Kaczawy”,

wszystko to jest,

bo dożyłem kolejnej odsłony, no cud

(miało być „cóż”, brnę w egzaltację),

ta sama trawa, ten sam zgrzyt kości

muflonów na ścieżce,

która zmieniła bieg z potokiem;

co jeszcze słonko widziało?

martwe pola, z których wstawał śnieg

i szedł na leże do Ojca (za rok wyciąg-

niemy go z pudełek na bombki),

w wywijające się piąstki, pozlepiane palce

roślin chwytał się mroźny dzień;

było to w tych dniach, niebieski ptaku,

kiedy gorszy rodzaj ludzi nie przeżywał

nadejścia wiosny, śmierci papieża,

nie mógł znaleźć kanału.

Rondo

Nie miał żadnej gałęzi a śpiewał

Czułem pustkę za całe tysiąclecia

za tych co przede mną i po mnie

o takich ustach mówią gorzkie

w pokoju hotelowym jest telewizor

wyłącz fonię poruszają się usta

przesuwają się cienie wymachują rękami

kręcą jakiś film z życia

ciebie to już nie dotyczy

ty umarłeś wcześniej za nas

nieznany ty poległy bohaterski

róża niesiona przez obsługę

dalej będzie pachnieć i dalej

spotkamy się za milion gestów i poruszeń

coś musi się z nami stać zgorzknieć

miniemy się w hotelu na schodach

i nie będzie miał gałęzi będzie śpiewał

słowik w Kutnie.

Bez tytułu

Kiedy jedziesz, pchając widmo samego siebie

w pokrzywy, łopiany

i coś szamocze się w trawie aż po rdest,

ruch szprych jak metronom, i płoszy się rytm

wróbel, jaszczurka, szczur?

Kiedy przegrywasz, spóźniasz się na start,

potem tylko krążysz w formie opowieści,

zanurzasz się w trzecią burzę tego dnia

i suchy jest tylko liść nerwów, i spada na czoło

wróbel, jaszczurka, szczur?

(Kiedy wreszcie przyjdą spieniężyć dom,

w którym czekasz na „lepszą” przyszłość,

podejdź do okna, rozłóż ramiona,

wgarnij w siebie świat, jaki jest,

wróbel, jaszczurka, szczur?)

Wiersz dla zmotoryzowanych

Tiry smutne jak konie,

z opuszczonymi głowami

na poboczach szos,

dolewają im coś, donoszą

akumulator w brudnej folii

(jak obrok),

tu urywa opowieść, swoje patataj

przenosi do następnej zwrotki,

zwraca się w stronę publiczności

zatartej na obrazku, ukrytej,

też ma mokre podwozie

i czeka cierpliwie na ssanie,

został mu tytko jeden cylinder,

trzyma się go jak tonący,

kuśtyka do warsztatu boso;

tam się wszyscy spotkamy przy ogniu,

Hefajstos francuzem wskaże napis, porządek,

Pod twoją obronę

Cezaremu Domarusowi

Broń się przed uderzeniem głową.

Zadbaj o formę odparowania.

To, co z ciebie zostanie,

pokażą w telewizji.

Reszta zostanie w domu, na prowincji,

unosząc kieliszek coraz wyżej —

„niech mu ziemia lekką będzie” powie

i wzniesie toast za tych, co pod ziemią

na sargassowym morzu, w zawiesistej zupie —

występują gorliwie w postpunkowej trupie.

Broń się przed uderzeniem głową,

uderzaj wątpliwie, muskaj

nerwem, mięśniem i powieką,

chodzi o wrażenia; co wymyśli głowa,

niech się w cień, smugę cienia schowa.

Pokazywali pana w telewizji, dziecko

powie: miał pan przyszyte szelki

i wyglądał ładnie. Te różne kawałki

krążą, składając poetę

z oddzielności, z tego, co nie ustaje —

szuka się cierpliwie.

Tu przewrotna lista: usterki

tworzą mapę rzek niewielkich,

ospałość w poziomicach

(rzuca się w oczy tatuowana kostnica) —

na wzgórzach świeci próchno

z triangulacyjnych wież.

Broń się przed uderzeniem głową,

zadbać o formę można też:

elegancko nadstaw kolano.

Odpryski kości chcą zostać, zostaną;

włącz telewizor, sprawdź, jak się utrwala

demokratycznie wyłoniona fala.

Karol Maliszewski: Być pędem wiersza

Istnieje kilku Maliszewskich. Najpierw spieszny przechodzień pchany nieokreśloną tęsknotą za nowymi, fantastycznymi miejscami: Jadę (blady jak papier/ na którym notują się mijane/ wsie, miasteczka: wszystko). Potem niespokojny duch, który rozpaczliwie poszukuje sankcji własnego istnienia i chce zatracić się w wierszu — jakże często wierszu dramatycznym, rozczochranym, szukającym ujścia w krzyku. Wreszcie uważny obserwator rzeczywistości, który potrafi oddać scenę za pomocą krótkiej, wyrazistej metafory — jak w wierszu Góry, gorączka, gdzie zwraca uwagę celny obraz sudeckiego Pradziada porośniętego ciupagami modrzewi. Jest też poeta odnajdujący siebie pośród innych poetów (tych z podręcznika literatury, ale i tych spotkanych w drodze), którzy nierzadko stanowią inspirację do kolejnych wierszy i pojawiają się w nich na specjalnych prawach. O rolach tych krytycy zdążyli już to i owo napisać — z ich tekstów wyłania się obraz poezji otwartej, różnorodnej i wieloznacznej.

Jednak mnie interesuje jeszcze jedna twarz noworudzkiego poety. W jego dorobku odnajduję teksty, których urok jest początkowo niezrozumiały i polega na osobliwym zawieszeniu głosu, kiedy Maliszewski zdaje się nie wiedzieć, kim jest, i pozwala słowom przebiegać przez scenę wiersza. Być może chodzi tu o spiętrzenie doznań i doświadczeń tak wielkie, że wyważa język z zawiasów i pozwala słowom składać się na nowo, w odmiennych, nieprzewidzianych porządkach? A może chodzi o świadomą próbę wiersza nieoswojonego, czyniącego z poety kogoś obcego sobie samemu? Bo w wielu wierszach Maliszewski radykalizuje poetykę oderwanego spojrzenia tak dalece, że wśród nagromadzonych obrazów znika ślad jakiejkolwiek tożsamości:

byłem już coraz

bliżej, patrzyłem na obraz

rozedrgany pędem

jak stawał się doskonale,

nie wiadomo jak

uspokojony i pogodzony

z najwyższym słońcem

w chmurach, z obłym stokiem

w lustrze burego jeziora,

z jakimkolwiek

sobą

(Góry, gorączka)

Takie cytaty można mnożyć. W wierszu Wygasić silnik, zatrzymać pęd (z ostatniego jak dotąd tomu poety Inwazja i inne wiersze): gdzieś urywają się telefony, blokują łącza...// słyszę szum, jestem w środku. Nagle „zablokowane łącza” pozwalają Maliszewskiemu mówić wierszem zradykalizowanym, skondensowanym tak bardzo, że pękają w nim szwy gramatyczne i frazeologiczne. Skądinąd nie dziwią mnie odwołania do Celana (jeden z tekstów nosi nawet tytuł Jestem w wierszu Celana) — w swoich najlepszych momentach Maliszewski osiąga podobne efekty: nagły skrót językowej perspektywy, nieoczekiwane współbrzmienia przypadkowych dźwięków i słów. Dzieje się tak zwłaszcza w wierszach z ostatnich tomów, będących zapisem nader interesującej ewolucji poetyckiej — autor Inwazji zmierza ku mowie fragmentarycznej, rozproszonej, pozostającej jednak mową ukierunkowaną na czytelnika i unieruchamiającą, choćby w rozproszeniu, jałowy dryf spostrzeżeń i doświadczeń.

Przy okazji: nie przekonuje mnie fraza o „poezji prowincjonalnej”. Skądże znowu. Jest raczej tak, że Maliszewski problematyzuje opozycję centrum i peryferii — sam akt poetycki staje się aktem założycielskim, dzięki któremu rozróżnienie na punkt centralny i jego peryferie nabiera cech fikcyjnych. Przypomina to trochę Derridiańskie „pisanie na dwie ręce”: jedna ręka pisze poezję prowincji, druga odsłania retorykę ukrytą w myśleniu o prowincji jako „prowincji” i centrum jako „centrum”. W rezultacie wiersze rozsadzają kulturalną i medialną topografię miejsc, do których się odnoszą, a jednocześnie proponują poezję „jedynego miejsca” — miejsca „tutaj i teraz”, a zarazem „dokądkolwiek i kiedykolwiek”, miejsca ujawniającego swoją centralność i peryferyjność.

Być może strategia ta nie ma charakteru świadomego; ale też związki poety z konkretnymi przestrzeniami i miejscowościami (na przykład Nową Rudą, Górami Sowimi, Sudetami, Dolnym Śląskiem) są w dużym stopniu podświadome, instynktowne. Maliszewski zawierza instynktom, zwłaszcza tym związanym z wiązaniem słów i układaniem fraz, i zdaje się na ich przewodnictwo. Konkretne wiersze świadczą o tym, że tego rodzaju ufność popłaca — dotyczy to nie tylko stosunku poety do własnych tekstów, ale również do potencjalnych czytelników.

Josif Brodski zwykł powoływać się na słowa japońskiego pisarza Akutagawy Ryunosuke: Ja nie mam żadnych zasad, tylko nerwy. Sentencja ta dobrze, moim zdaniem, oddaje charakter pisarstwa Karola Maliszewskiego (myślę tu również o jego tekstach krytycznych). Nie sposób chyba mówić o jakimkolwiek projekcie poetyckim czy estetycznym. Być może wierszom tym najbliżej do ideału o’haryzmu: „robię to, robię tamto”. Ale czy istotnie można tu mówić o jakimś poetyckim ideale? Czy poeta — obserwator nie jest zdany na łaskę przypadku i okoliczności? Niewątpliwie da się też zauważyć u Maliszewskiego tęsknoty i gesty charakterystyczne dla poetów konfesyjnych — chodzi mi tu przede wszystkim o przekonanie o terapeutycznym i pedagogicznym wymiarze poezji. Nie wszystkim musi się to oczywiście podobać, ale to ważny moment. Sporo w tych tekstach elementów nawiązujących do tradycji ekspresjonizmu; czasami autor Inwazji traktuje ją nazbyt dosłownie, jednak nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku — sądzę, że pomaga mu w tym poetycki zmysł słowa i charakteryzujące każdego dobrego poetę poczucie obowiązku wobec języka.

Czy dokonuje się tu spław poetycki? Niewątpliwie. Słowa gonią słowa, frazy potykają się o siebie i na ułamek sekundy jaśnieją niespodziewanym blaskiem, a wiersze wymykają się z rąk. Nie oczekujmy łuny nad zatoką. To są naprawdę „zdania na wypadek”: zdania wypadające z obiegu, posiadające własną trajektorię. Zdania na krótkim oddechu — ale mierzone miarą konkretnej, niepowtarzalnej egzystencji. Domyślam się zresztą, że sam Maliszewski — jak wiadomo, znakomity czytelnik wierszy innych poetów i ich niestrudzony komentator — chętnie pozbyłby się krytycznego balastu, który, czy tego chcemy czy nie, obciąża każdą lekturę i sprowadza ją do banalnego ćwiczenia interpretacyjnego. Pozostaje obstawać przy samych wierszach, ich melodii i rytmie, niekończących się targach z materią opornego słowa. Bo oprócz spławu jest też opór. Z wiersza Inwazja: Poeta się pierdoli, rwie, stwarza/ problemy językowe, podmienia/ znaczenia, podmywa dawno wykrystalizowane/ pojęcia, przestawia minerały akcentów... Miłej lektury.

Opole, grudzień 2006