Bal u Salomona
szkic
Słonecznej pamięci
Jana Piotra Morela1 z Neuchâtel
To dopiero piszczałki się skarżą, to dopiero mruczą bębenki
szurum-burum zalotne, to dopiero cienie na cieniach,
barwy niewygotowane,
i kształty niepoprzebierane,
jeszcze nie!...
jeszcze nic —
świat jak puste skrysztalenie zieleni,
jak łąka przed przelotem jeleni,
jak trumna albo gramofon za szybą.
O, jakim mikro- czy teleskopem
utrafić mi w tę salę złocistą,
w ten dom, do którego ciągnie tłum jak do kościoła,
w ten wysoki dom w ciemnej ulicy,
pełen drżenia i tajemnicy...
jaką harmonię wziąć i jakim być harmonistą,
ażeby dalekość sali
tak się paliła, jak pali,
żeby dźwiękami te kandelabry poprzepaczać2,
łuki okien poprzeinaczać,
ażebym wiedział, umarły przyjacielu,
że to był właśnie ten dom?
Jeśli ten dom ma być predyluwialnym3 grzybem,
grzybem grozy, co rośnie z godziny na godzinę,
to po co pośpiech ten, niech w wilgoci dojrzewa nasienie —
wolno wolno
nasienie drżenie.
Świat to drżenie.
Potem — mógłbym powiedzieć, że kręciły się globusy muzyk
i ludzie wchodzili do domu, ale jeszcze myśli nie mieli jak meduzy.
Klimat? mróz wtedy był trzaskający,
jedna z tych chwil przelotnych, gdy Bóg jest siny od chłodu,
a czasem w paszczę kominków przemienia swe niezmierzone ciało —
i przed paszczami kominków
siedziały żony, ojcowie, dzieci,
tuż przed paszczami.
Może i księgi wtedy czytali spokojni studenci,
stojąc, pełne spokojnych kart w złotej cytrynie światła
i światło — miłość przedmiotów — płynęło sokiem zachwytu,
napływającym do głowy.
Ach błękit, ach mszalne dociekania, ach to, co się czepia brzóz...
Świat jak pokój dziecinny pełen był wtedy zabawek
(strasznych nianiek jeszcze nie zdemaskowano),
jak równia pochyła z infuzorii4;
drzewa jeszcze szumiały,
i niejedno miało serce z prawej strony.
Na peryferii zdarzeń
ważyły się wtedy miraże,
każdy motyl miał swoje miejsce,
każdy żuk swego patrona,
każda woda swój zachwyt należny,
błękit jeszcze nie był taki okrutny,
a śnieg jeszcze nie był taki śnieżny
i ja nie byłem jeszcze taki smutny —
daleko od balu u Salomona5...
Jeśli opóźniam jądro tematu,
nie gniewaj się.
Pozwól mi jeszcze włosy trochę w dzikim winie zawikłać,
moje bezradne ręce
pozwól w przeszłości zanurzyć jak w piosence
z małym refrenem „nie gniewaj się,
weź mnie na piersi swoje i nie wydaj światu”.
Jeszcze przez chwilę bądźmy drzewem pochylonym,
wodą, słońcem, bezbolesnym początkiem tematu.
Jeśli to wszystko piszę, moja maleńka żono,
złoty, maleńki boże mój,
to przecież wiesz, że są nam potrzebne pieniądze
i że mąż musi krzyczeć, ażeby był szczęśliwy,
i że chciałby pomóc milionom,
i że chciałby się nad innych wywyższyć,
i że jeszcze ma takie sprawy na sercu,
które muszą być wypowiedziane,
wydarte i skonstruowane,
i szumiące jak drzewo,
jak podróż do Taorminy6.
A jeśli to nie ta noc, o której marzę od lat
(te słowa zwracam do ciebie, Książę Nonsensu),
to powiedz od razu, po prostu,
nie będziemy oceanów owijać w bawełnę.
Wsparty na Watermanie7,
jak pielgrzym odejdę w otchłanie
absolutnego zwątpienia,
gdzie nie rośnie nic
i nic się nigdy nie zmienia...
Ale ja zawsze wierzyłem, że człowiek
choć raz może się zakręcić jak niebo
i dłużej niż na sekundę.
Jeśli rymów w tym, co piszę, jest mało,
to dlatego, że mało słodyczy w życiu.
Nad lustrem się kręcę
na małych skrzydełkach
jak kapłan-karzełek u swego ołtarza;
ołtarz mnie przeraża,
wzrok mój mnie przeraża —
muszę być po prostu chory,
bo mam dużo wódki w sercu.
Na zielone wianki
przyjdzie jeszcze czas:
dom kochanka, kochanki:
obłok, niebo, las.
Napełnimy szklanki
w przedwieczorny czas
i spokojne usta w wino
pochyli chwila,
świat na chwilę zasuszy nas
jak Biblia motyla.
Pisałem już, pisałem,
się oddawałem różnym pomysłom —
i komedię napisać chciałem8,
ale nic z tego nie wyszło.
Zostało rękopisów miasto,
ciasny pokój i mała żona,
i ten pies, co chodzi za mną od lat trzynastu,
ten bal u Salomona.
Co do komedii — trochę żal:
cienista loża, jasna kasa,
a potem raut i frak, i bal...
toby dopiero człowiek hasał!
Świat bym nazywał miłą zmorą
przez kryształ auta pełen blasku...
Lecz trudno — może jestem tylko quasi-prorok9
nie do komedii, lecz do osamotnienia, do wrzasku.
Jak pająk, co pajęczynę wysnuwa,
owijam się w nieprzeniknioną syntaxis10 —
co za rozkosz, co za rozkosz: świat ginie...
może już jestem w Taorminie,
kropla rosy na różanych pączkach;
boję się, że za chwilę żona znajdzie w kominie
tylko pajęczynę i pajączka.
Oczywiście, że nie mamy do czynienia z hołotą —
napływającą ciżbę zabawiał majordomo11.
Kto miał złoto, dostawał poduszkę złotą,
a wszyscy pytali, gdzie Salomon.
Majordomo był pijany potem,
stał przed bramą — już przy wyjściu pod gwiazdami —
i przemawiał do wchodzących z innego świata słowami,
coś jak ja — takim muzycznym bełkotem.
Ha, bo może go muzyka upiła,
te tony od orkiestry, od wielkiej sali,
orkiestry, która się pali i doskonali,
z każdą chwilą rośnie orkiestry siła.
Ale to jeszcze nie jest środek koncertu...
Dyrygował orkiestrą Sztok12, były marynarz.
W programie była dobra nowina,
że to wszystko, co stoi13 w programie,
wykona się, albowiem muzyka nie kłamie.
Mówiłaś, że tam były pajace,
froterujące posadzki,
i okna jak kryształowe pałace,
i ciemnozłote galerie dla przechadzki.
Ha, wszystko, widać, było, co musiało,
a to, co piszę, to tylko to, co zostało.
Strawinskij14 (wybacz, że tak bez „Mistrzu”, cynicznie),
ty byś lepiej te bębenki oddał przedwstępne,
te pierwsze chwile dziecinne, bezzębne,
te zarysy preludyjne15,
te profile, jak mówi dziennikarz, elegijne16...
pierwsze muzyki jak świętojanki17 wylatują zza stor —
bo ty mówisz nie chór, tylko chor,
a to — oceaniczniej.
Ty byś wiedział,
jak podciąć gwiezdnołapego niedźwiedzia
i jak tknąć końcem fajki
w niezapominajki, w bajki,
w takie tony, które jeszcze nic nie znaczą,
ale piękne są i już jak dorośli płaczą.
Ja nie wiem, czy na posadzce były ornamenty,
czy alegorie w powale —
ktoś może zdzielił mnie przez łeb jak chama,
a może byłem po prostu czym innym zajęty,
nie wiem — może znów chciałem pisać dramat...
Dziś tylko jak fale ciepłego złota
widzę tę salę,
jak bibliotekę ciepła
odnalezioną po długim marszu rudymentów18
w chaszczach, w polu poleskim19, kiedy się umierało od mrozu.
Książęta, pamiętam, się izolowali,
ale niejeden przystanął,
gdy saksofon trzasnął ton, od którego się rodzona matka przypomni,
a potem znów chodzili, każdy po swojej sali,
złociści i ogromni,
w swych przezroczystych pelerynach,
jakby w astralnych20 mandolinach,
jak gdyby saksofon nie był godzien
opiewać śmierci pajączka (?).
Niebo jest mroźne i sine;
jeszcze przed chwilą szkła w szybach były mleczne,
a teraz — popatrz — niebieskie.
Niebo przepływa wzdłuż szyb,
— Proszę państwa, komu się nie podoba,
może wyjść przez okno, prosto w niebo.
Każdy za swoją potrzebą.
Jeszcze chwilę zatrzymajmy się nad oknami,
nad oknami, które otwarto —
jak dziwne, że w taki mróz otwarto okna!
Widać, konstelacje odboleśniono,
odboleśniono pejzaże
i te sosny pełne prawie sztucznego śniegu,
co chciałyby wejść do sali.
Jeszcze wytłumaczę, jeszcze wytłumaczę
ten prosty sekret:
cienie na śniegu są tylko spostrzeżone,
sosny na śniegu zostały odboleśnione,
a wszystko stanowi ciepły mróz wspomnienia.
Master of Revels21 ciągle siedział przy telefonie.
— Instrukcje — mówiono w kole.
Głos musiał dziwny być po tamtej stronie,
bo słyszałem go aż przy mym stole.
— Niczego — mówił głos — nie żałuj,
nawet piccolo-fletu, nawet cierpienia,
a rozpyl wzdłuż szyb zapachy winne,
niech ściany sal będą co chwila inne,
aż do znużenia,
jak zapach róż nad Sodomą22.
A wtedy przyjdę i zniknę w innych cieniach...
— Kto mówi?
— Hallo!
— Salomon.
Pewien lord, który nie mógł trafić do wejścia
(majordomo był coraz pijańszy),
nagle krzyku narobił w ogrodzie.
Miał ze sobą tomik giełdowych sonetów
i laskę ze starożytną gałką.
Tedy23 damy lały go „Apollinaris”24,
a on ciągle bełkotał bez sensu,
że się boi strasznego sensu.
Jakiego strasznego sensu?
I wskazywał na gałąź jedliny, co się chwiała.
Bo to noc takie znaki dawała.
Dużo śmiechu było nad tym lordem.
Master of Revels wpadł na pomysł plagiacki:
kazał złotem przesypać posadzki
i wiśniami przystroić zwierciadła,
potem chłopcom kazał tańczyć bezruchami
na tym złocie, między tymi zwierciadłami.
I tańczyli jak zwierciadła, jak widziadła
owi chłopcy, nieśmiertelne kolana.
Muzyka wisiała nad tańcem lekko kolorowana.
A wiśnie tak pachniały, tak pachniały,
że się panny niektóre poprzestraszały,
żeby z wisien nie wyszedł Proteusz25.
Pewien generał bardzo się żalił:
— Pederaści, panie, na sali.
Kiedy chłopcy swoje odtańczyli,
roznoszono ciasta w konchach26;
każdy szczypał swój fragmencik idealnie,
a najwięcej żarł dyrektor rzeźni rytualnej27 —
cały w koronkach.
— Gulistan28 — mówi — to ogród róż,
w ogrodzie — mówi — strumienie.
Róże? na skronie — mówi — róże włóż,
strumienie — mówi — to cienie.
Kto mówi? — mówi. — To kilka chwil.
Świat — mówi — jak lalka znika.
Ach, to nic — mówi — to tylko tryl29.
Kto mówi? Mówi muzyka.
Jeszcze się podnieś, jeszcze się schyl,
przebiegnij po klawiaturze.
To nic nie znaczy, to tylko tryl,
to tylko z trylów róże.
To są te gaje prawdziwych snów,
te dłonie i te dotyki,
i to, co wznosi się, i znów, i znów
plastyczniejące muzyki.
Nie krzycz, nie trzeba — już tyle lat...
to wszystko nic nie znaczy...
Widzisz te mgły? te mgły to świat,
to jest krew twej rozpaczy.
I znowu w górę, i znów, i znów
wyrastającym trylem;
a może dosyć trylów i słów?
poczekaj, jeszcze chwilę.
Jeszcze chwileczkę małą jak tryl,
świt także będzie wkrótce.
Słabnij czy mężniej, wątp czy się sil —
śmierć zagra ci na dudce30.
Gulistan — mówi — to ogród róż,
w ogrodzie — mówi — strumienie.
Potem zarządzono małą przerwę, takie chwilki,
kiedy bezrobotni sprzedawali motylki.
I motylków było tak dużo!
Nie wiedzieć już, czy nie z muzyki wyleciały
te motylki, te 89, te madrygały31,
100 000, very much32, bardzo dużo.
Dzieci, które na bal wpuszczono,
niosły w palcach swoją duszę zachwyconą
i śpiewały, i klaskały, i wołały,
że te motyle latały.
Master of Revels skarżył się, że za mało roślinności,
że bardzo dekoracyjne są pnącze33,
a co do woni, że babka wielkanocna
więcej w sobie mieści zapachu,
że za mało przyszło znakomitości
i że mało ogniste poncze.
Mówiłem: — Niech pan tylko w siebie wierzy!
muzyka lub wino wszystko rozszerzy.
I miałem rację jak zwykle:
Uderzyli muzykanci w nowe echa,
zakręciło się jesienne kołowanie
(stare flety, a na fletach malowanie —
taniec... jak w karczmie, taniec...).
Trzecia może była, może trzecia,
jak topazy34 lśniły oczy zookobiet,
raz po raz złoty wietrzyk przeleciał
nad włosami i przepadł w parowie.
A ten parów to nie rym, to nie wykręt —
to było to miejsce na sali,
od którego się tańczący odchylali,
jakaś otchłań, abyssus35, Orcus36 tańca,
państwo cieni jedzące złocistości37,
słodkie, proszę pana, i przykre.
I był pion w tej przepaścistości,
i trzeba było podejść do pionu,
i odchylić się odeń i uskośnić,
urytmicznić i umiłośnić,
i złotymi kolanami objąć próżnię,
i przechylać się ciągle i różnie
aż do luster,
aż do tango,
aż do tego milczącego pionu.
Ten lord, co się bał nocy, znaleziono
go z zatrutym mózgiem...
Policja też chciała tańczyć.
— Co — mówili — nie jesteśmy gorsi!
Nosy sobie tylko na wietrze odmrażać,
a do wina to nie mamy gardeł?!
Weszła na salę ta armia proletariacka,
ach, porysowała się posadzka...
Hołubcami38 nastraszyli orkiestrę;
— Triepaka39 — wołali — grać, muzyko!
Triepaka, hu-ha, triepaka!
Nie dla nas walc o Taorminie...
Wulwy40 w prawo, ordery w lewo,
a jak się upijemy, to wejdziemy na drzewo.
Muzyka poszła spiralą
i trochę strach nad salą i pod salą:
wyciągnęły się te roślinności,
o których mówił of Revels,
te formy o diabolicznej wrażliwości
(jeszcze jeden dowód obłędu natury),
drzewo było śpiewem, a śpiew drzewem
i drzewo, i śpiew szły do góry
i zieleń w czerwień przeszła, a czerwień przeszła w zieleń.
Gdyby nie wino
i te „comment ça va”41,
milion tańczących
byłby to po prostu jeleń.
— Bardzo się dziwię, że pani nie widziałem
aż przez 14 księżyców.
— A co pan robił przez te 14 księżyców?
— Jak to, co robiłem? Płakałem.
Trochę w dolarach robiłem, Madame,
trochę w nostalgii i smutku.
Ach, jestem taki blady, taki sam...
ach, pogłaskaj mnie po cichutku...
Siedziałem na tym balu w chorobie,
w dreszczach, w gorączce i w febrze,
we własnym oknie błądziłem
srebrnym spojrzeniem po srebrze.
Światła widziałem za oknem,
ciemne domy w srebrnej powodzi
i całe miasto widziałem
jak srebrną śmierć, co przechodzi.
Oddalony od wszystkich tańczących,
zatopiony w to rozsrebrzenie,
byłem jak intruz, jak szpicel,
jak kaleka lub jak sumienie.
Stultêry mówił, że to trzeba uhermetycznić42,
owe cienie od palm na ścianach,
żeby wszystko się dało zalegorycznić
przy organach fryzjera Antoine’a43.
Że świat jest pełen pięknej, ukrytej racji
nawet wtedy, gdy ma charme44 trupa.
Potem pokazał nam pakiet akcyj
z akademii kolegi Kruppa45.
Jeszcze zanim na wiolonczeli
poszedł psalm i tamburynach46,
już niejedni w tłumie zrozumieli,
że to bal, który tylko się zaczyna,
że to formy są nazbyt długie,
że to tylko smuga goni smugę,
a ze spodu się złotem podbarwia,
że to tylko tak wymyślono,
rozfletniono i zwiolonczelono,
a że cały bal to tylko larwa47.
A ci ludzie to tylko strachy,
a te deszcze to tylko zapachy,
od owoców, od kobiet, od wina
i że jeszcze przed poczęciem skona
ten daleki bal u Salomona,
ten bal, co się tylko zaczyna.
Był taki człowiek, który miał
glinianą małą okarynę48.
Jak do snu sobie na niej grał,
po każdym „la” przepijał winem.
A kiedy dorósł człowiek ów,
to przyszła noc na niego podła,
rozrosła mu się okaryna
i zadusiła, i przygniotła
tego człowieka, który miał
glinianą małą okarynę.
Trzeba było wlać w muzyków wina,
kiedy bal się ku świtowi przeginał,
żeby usta, żeby dłonie muzyków
znowu miały delikatność roślin,
takich roślin, co się pną, co się krzewią
kontorsjami49, rozrostem nonsensu,
unerwieniem, mózgiem elektrycznym —
jeszcze więcej, aż w chaosy powikłań,
w tropikalną furię, w gin50 diabelski,
aż w morderstwo, wzdłuż ścian smugą, smugą,
kocią łapką, w okno, przez gałązki,
aż na niebo, w nonsens, w konstelacje,
w katarynkę Wielkiej Niedźwiedzicy.
Jeden poeta przy bufecie
zwierzał się drugiemu poecie:
— Ja, proszę pana, robię tak —
rozumie pan, biorę to w ręce.
— Ach, niby co, illustre confrère51?
— Ach, niby temat, cher confrère52.
I potem, kiedy już go mam,
to niby kiedy już to czuć,
że niby wzeszło, że dojrzało,
i to wtedy... tak, tak — jeden gin...
Kiedy ognista salamandra53
zaczyna piersi obejmować,
te chłodne piersi myśliciela,
który docieka, który wie...
No tak, no jeszcze jeden gin,
bo, jak to mówią, klinem klin.
Więc gdy ognista salamandra,
ta salamandra hehehe...
to potem, wie pan, prosto w dół...
— Niby jak w dół?
— Z siódmego piętra.
A teraz gin... no, naturalnie, gin
za zdrowie salamandry!
I salamandra się rozrasta
kunsztownym, złotym dziwotworem,
płynie jak łódź poetycki bar
i osłupieni są poeci.
Za ręce biorąc się, nos tkając
w woń Legii54 albo w woń goździków,
wskazują dłońmi salamandrę:
— Czy to nie wasza rzecz, kolego?
— Ach, proszę pana, pan jest duże dziecko;
ja wcale nie wierzę w Rosję Sowiecką.
Statystyka, proszę pana jest jak księżyc, to nudzi, proszę pana, i łudzi55.
— A piatiletka56?
— Piatiletka to męczenie ludzi.
Wszystko, panie, to wiatr i piasek
i jak wiatr, co nad piaskiem przewionie...
Lepiej być świnią w maju niż w wieczności, proszę pana, słoniem.
Niepotrzebne mi twoje usta
ani brzuch twój, ani wszystkie dżungle,
ani balet uszu twych, ani zapachy,
nieruchomiejące, galilejskie57,
ani ptaki, które oswajasz,
ni przechadzki pod wiatr w tęskną zieleń,
ani imię twe małoazyjskie58,
ani to, co nadto jest w oddechu,
gdy imienia twego nie domawiam...
Gdyby ręka twoja była cieniem,
gdyby głowa moja wspomnieniem,
chciałbym siedzieć w oknie, w mej malignie59,
z cieniem dłoni twej na moich oczach.
*
Najpierw był ojciec. Każdy ojciec jest zły.
Miał swoje wyrachowania, swoje serce,
potem mieli w sercach po iskierce
i za miesiąc już byli na ty.
Potem syn się urodził — niby ja,
niby ty, niby ona — któż to wypowie?
Mogłem się urodzić z wodą w głowie,
ale właśnie, że nie... tra-la-la.
Kiedy syn rośnie, muzyka pociąga syna,
więc lubi siedzieć przy fortepianie.
A przy fortepianie jest zawsze taka pani,
która się potem przypomina.
Mogą być również marki60 pocztowe, tran61
i „do szkoły, mój aniołku, do szkoły!”
W cieniach szkoły uczą melancholijne bawoły,
stąd onanizm — przez tę panią — mais ça dépend62.
I powoli wchodzi w głowę świata klin;
człowiek ma ławkę w parku, stary smyczek,
zna już słowo „bordel”63, sens pożyczek
i najświętsze słowo „c’est la lune”64.
Różnie może się ułożyć potem:
ławka w parku zniknie, zniknie park,
uniwersytet przypłynie i warg
nowa nuda pod jesiennym złotem.
Wszystko względne. Inny pójdzie w sport,
będzie byczył się i będzie ćwiczył,
ten ma kielich wina, ten goryczy,
jeden nędzarz jest, a drugi lord.
Innym promień się do głowy wśliźnie:
pójdą z ojcem walczyć w noc samotną,
zrozumieją tę duszyczkę sromotną:
„Bordel” myślał, mówiąc o ojczyźnie.
A gdy ojciec umrze, to jest naprawdę sympathique65:
stary cylinder w odwiecznym futerale...
Krucyfiks wpadł do wanny. Matka w krzyk.
A ja nie płakałem wcale.
Wszystko normalnie. Potem można, jak to mówią, opuścić kraj
dla europejskiej otchłani.
Człowiek myśli: spokój, a tu baj-baj:
inny drań o ojczyźnie tumani.
A ty gdzie się podziejesz kąsany od Erynii66,
którego żadna szuja
stuwiekowym bujaniem nie nabuja
na temat Lotaryngii czy Gdyni?67
Cicho, serce, o tak... połóż głowę —
widzisz świt? i koniak dobry i miękki jak posłanie...
Powtarzaj za mną: „W nieruchomym złotym oceanie
płyną łodzie białe i różowe...”
*
Mówiła: — Wróć — płakała: — Wróć,
ach, na ten bal u Salomona,
ach, cała noc jest jakby woń
na konstelacjach położona.
Pokazywała szyby złote,
za włosy wciągał majordomo.
Wrzeszczałem: — Zostaw, co mi po tem!
Co mi ta noc! i co Salomon!
Astral68, plugawiec, stary grzyb...
Jak w canto69 „Piekła”70 wpadłem w windę.
Szedł Hoffmann71 przez Unter den Linden72
jeszcze z tym złotem — od tych szyb.
Jak „Biblia”, co się jak ryba gastrycznie73 przypomina,
jak garbata dziewczyna w cieniu pianina,
jak krótkie spięcie, co się ustawicznie powtarza,
jak nuda w poczekalni lekarza,
jak idiosynkrazja74 w dzień, a w nocy mania
jak hipopotama dypsomania75
jak te jodły na gór szczycie —
takie jest moje życie.
Po skośnych górach z papierosem
i po księżycach, od których mdli,
wchodzę w świątynię bogini Li76,
która stworzyła świat splunięciem.
Po świętej rzece Irawadi77
pływają lampy w Dzień Zaduszków78,
a Li tymczasem leży w łóżku,
która stworzyła świat splunięciem.
„Sedens in coelis ridet”79 — Dawid
mówi tak w psalmie — sprawdzić można.
Jakże zazdroszczę ci, bezbożna
Li, co stworzyłaś świat splunięciem!
W kiosku, co się zwał Ekonomiczny,
ściśle tajne ran-pa-ta-plan,
podawany był Baranek mistyczny80
i szarańcze à la Saint Jean81.
Rude pyski fabrykantów amunicji
odżywiały się à la fourchette82.
Był to taki kiosk alegoryczny,
noktam- somnam-83 i funambuliczny84...
A nad kioskiem zegar spał i szedł.
Się zasępiały z gipsu twarze,
sala sali naszeptywała
i drżeli, jak się też ukaże —
w mundurze clowna czy generała?
Czy może wprosi jako Belzebub85,
Il padre santo86 z snu Petrarki87...
może jak żandarm, może cherub88
lub bezrobotny jak, lub Markiz89?
Ale Salomon, lecz Salomon
spóźniał się czegoś i sromotnie.
A świt się w pyski maskaronów90
lał jako woda — miast91 odwrotnie.
Jeśli ty myślisz, że to jest takie ważne,
to cóż, można i o tym powiedzieć:
widzisz — po prostu nie lubię sam w domu siedzieć
z sercem takim trwożnym, nieodważnym.
A wiem, że z tobą wszystko się jakoś wiąże,
listki w niebo puszcza i stwarza.
I znów, i znów z końca ciemnego korytarza
zbliżasz się jak świecący posążek.
„To są jej piersi — myślę — a to «głazki»92,
a to brzuch tetrachordu93 godzien
i ten uśmiech tak płochliwy, tak kaukaski...”
Patrzę, patrzę, jakbym płynął po wodzie.
Głupstwo, głupstwo... jakaś świeczka, nowy papier,
jakiś dzwonek konwalii pod kałamarzem.
Przesunęło się światło korytarzem,
ot i gwiazda siedzi na kanapie.
Czasem okno otworzę. Noc tak modra.
— Wyfruń — mówię — odwiedź jaką światłosiostrę.
Gwiazda jesteś, masz ramiona takie ostre.
Mój Boże! A wszystko byłoby takie proste,
gdybym widział cię oczami Piotra...94
A gdy popłynął ciemny walc
na harmonii o Taorminie,
gdy uskośniły się framugi,
rzeźbione małpy na konsolach95,
a wszystko w cieniu, wszystko w cieniu —
widziałem z okna jednej z sal,
jak dwaj klęczący robotnicy
reparowali starą linię,
młotami tłukąc. Stal o stal.
Ach, nie wiem nawet, skąd ta głąb
kryje się w podłych alkoholach,
skąd te spirale, skąd te smugi?
Tak mnie ciągnęli robotnicy,
że jakby w transie, w tajemnicy
wyszedłem, tak jak stałem — w ziąb.
Z lampami w ręku, klęcząc ślicznie
jak ministranci mszy diabelskiej,
kuli w swe szyny heraklejskie96
pod blaskiem lamp, alegorycznie.
To była jedna chwila, wiem:
— Panowie, bracia, robotnicy!
Ach, bierzcie mą papierośnicę,
tę złotą, z cyfrą97 Pani M.
Ach, jak mnie lunął ten, co stał!
(a tam był walc o Taorminie).
No ten, co stał, pod ową kładką —
i jak on śmiał! i jak on śmiał!...
I rozsypałem się jak bałwan
śniegowy w sto tysięcy płatków.
A primo98, że do śledzia chałwa,
secundo99, że spirytus w winie.
Salomonie,
Salomonie,
Salomonie,
jakaż ukrywa cię sala?
Może to już koniec na symfonię,
możem się już dosyć nazapalał?
Podziwiali kiedy wszyscy oświetlenie,
a szczególnie te meluzyny100 z brylantowymi rogami,
to ja byłem prądem i ja kandelabrami,
wraz światłem i wraz cieniem.
Salomonie,
Salomonie,
Salomonie,
a co będzie, jeśli zgaśnie światło?
Czy będziesz chodzić sam i jak widziadło,
które język ciemności pochłonie?
Szukałem cię i w szatni pod szapoklakiem101,
i w ogrodzie wśród biegających dla rozgrzewki jaśminów.
Jakim, powiedz, będziesz zwiastował się znakiem?
Jaką struną czy mandoliną?
Ja czekałem na ciebie z goździkiem
pod latarnią na rue Camelotte102,
mglisty muzyk ze skrzypcami i smyczkiem,
i pod pachą z rulonem nut.
A gdy wyszłaś ty ze swoim goździkiem
pod latarnię na rue Camelotte,
chciałem mówić coś — uwięzło krzykiem —
i umilkłem. A goździk zwiądł.
Fleciki bukszpanowe, fleciki małe!
jak ból zęba fleciki!
Dokąd mnie ciągniecie wy, wonie oszalałe,
wy, schody w lustrach, wy, muzyki?
Już była przecie i partia organów,
100 000 piszczałek, 100 ludzi.
Jestem jak monstrum na dnie oceanu,
które się bardzo nudzi.
W barze, co się zwał „Castellum Neptuni”103,
„wozliegali”104 panowie w grotach
i mówili, że Gide105, o Valéry106 i o lunie107 —
wiadomo — jak zwykle — hołota.
Wspominali, że dawniej jakiś inny był Rzym,
inny rynek i inne płace,
a tymczasem z tych chuchnięć, przez ten strumyk, przez dym
raki radców wychodziły na spacer.
Takie małe, malutkie, co nie dobił ich rad108,
sekreciki, od których się kona...
I tak szły farandolą109, prosto w szafir i w sad,
który rósł pod domem Salomona.
Och i śmiały się raki, owe raczki, raczuszki,
wspominały te smaki, te gruszeczki, te gruszki,
przygrywała im z góry muzyka...
Chaîne, messieurs!110 Potem w górę, w groty srebrno-ponure,
chlup! i znowu pod serce radczyka.
Dał dyrygent znak gwizdkiem,
skurczem ust nowy rytm poddał
I znowu grano na wszystkiem:
na monstrancjach, aspirynie i samochodach.
Dyrygent był mocny, więc go słuchano
(ach, senator przewrócił się w sieni),
ach, smyczkami wymachiwano,
jakby to były konary w jesieni;
jakby to noc była z konarami,
noc w deszczu, w cieniu, w chłodzie,
w oddaleniu, w oddaleniu,
i z jesienią znalezioną w ogrodzie.
Jakby to był jakiś głupi sierpień,
gdzie tam sierpień! stara noc zasępień,
stary likwor111 znaleziony w organach,
zamysł jakiś, co się w nic nie klaruje —
Ech, bo grały, już grały te szuje,
kołowały tym muzycznym wiatrakiem,
a muzyka wyła wurdałakiem112,
co się napił krwi pod flet Cygana113.
Smyczki, smyczki, nie mocujcie się tak z muzykami,
basy, basy, oboje, oboje!
łatwo muzyką tak kurzyć przez pokoje,
gdy muzyka wylatuje oknami.
Lecz co będzie, panie dyrygencie,
gdy zostaniesz sam, jak na okręcie,
w zatopionej muzyce minorem114?
Wtedy będziesz jak szczur w pustym gmachu
na kadłubie pustym, pełnym strachu —
wtedy zagraj na oboe d’amore115!
Zakurzyły się fryzury kobiet
jak strzyżone bzy pod księżycem,
rozjarzyły się iskry zachwyceń —
inny świat widziany w chorobie;
w salach zwanych watykanami,
od tych mieszań walców z winami,
na galeriach ciemnozłotych, w zamieci
tych amfilad116, tych czerwonych makat
świat się rodził podobny do ptaka,
dziwotwora, co zdziwiony i świeci.
Na Partenonie117 Panatenaje118
na pół wylęgłe, świat zarysem:
bogowie-ludzie, coś z tych bajek,
gdy bankier mieszkał pod cyprysem.
Tu też — dlaczego nie? mój Boże!
Jakżeby tak bez tego słońca?...
Więc był na fryzie marsz płaskorzeźb —
„Żandarmeria ścigająca”.
Jeśli znów zaczerwieni się firmament
od tych kilku telefonów szach-mach,
znowu będą grać panowie w Amsterdamie119
na Verdun, Tannenberg, Skagerrak120.
Pan Strawinskij coś nowego skomponuje —
tradycyjnie — „Histoire d’un soldat”121.
Śmierć jest okultyzm122. Człowiek się akomoduje123.
Więc Strawinskij do Genewy. Nie ja.
Wojna zresztą to jest taki rodzaj organów,
kto piszczałką jest, ten piszczy „Mamo”.
Jakże słodko124 być nawozem pod tulipany dla tych panów,
dla tych mądrych panów z Amsterdamu.
O tej książce, którą kupiłeś na kredyt,
przyjacielu mój brzydki, nieprawy,
nie mogę przestać myśleć, o biedny!
O tej książce o ptakach z Jawy125.
Sto razy skrzywdziłeś żonę,
tysiąc razy słabszych od siebie,
lecz w końcu przyśniły ci się te ptaki rozmarzone
w tej książce, w jawajskim niebie.
Teraz kręcisz się nad nią jak ważka
nad nurtem nieprzeniknionych czarów
i mówisz: — Złowienie tego ptaszka
kosztowało 6 000 dolarów.
A ten — mówisz — popatrz, jaki czerwony,
zielony ów, ten nierealny prawie...
Przyjacielu, któryś podpalił suknie swej żony,
aby potem modlić się na Jawie!
Po co, po co kupiłeś księgę miraży,
w które wchodzisz jak monstrum w strumień...
abym musiał całą noc o tobie marzyć
i męczyć się, i nic nie rozumieć.
Tak po prostu „Dobry wieczór państwu”?
Tego nie przewidział nawet of Revels —
tylko że cień leżał na nim tkaniną,
jakby długo, długo stał pod drzewem...
Pierwodruk: wyd. książkowe Utwory poetyckie, „Prosto z Mostu”, 1937.
Przypisy:
1. Jan Piotr Morel z Neuchâtel — student filologii klasycznej ze Szwajcarii, przyjaciel Gałczyńskich, poznany przez nich w 1932 na przyjęciu w w Berlinie; po pewnym czasie zakochał się w Natalii Gałczyńskiej i wyjechał, zmarł jesienią tego samego roku. [przypis edytorski]
2. przepaczać — wypaczać, wykrzywiać, zmieniać właściwy kształt. [przypis edytorski]
3. predyluwialny (z łac.) — przedpotopowy. [przypis edytorski]
4. infuzorie (daw. biol.) — mikroorganizmy wodne, mikroskopijne żyjątka. [przypis edytorski]
5. Salomon — imię pochodzenia biblijnego: nosił je król Izraela znany ze swojej mądrości i wielkiego bogactwa. [przypis edytorski]
6. Taormina — miasteczko na wsch. wybrzeżu Sycylii, atrakcyjna miejscowość turystyczna, rozpościerająca się na zboczu wzgórza, z widokiem na Etnę i przeciwległe wybrzeże Kalabrii, z licznymi zabytkami staroż. [przypis edytorski]
7. Waterman — renomowana marka wiecznych piór, najwygodniejszych przyrządów do pisania ręcznego przed wynalezieniem długopisów i ich upowszechnieniem po II wojnie światowej. [przypis edytorski]
8. komedię napisać chciałem — Gałczyński napisał w Berlinie trójaktową komedię Muzeum Willimsa, nie była jednak grana ani publikowana, a jej rękopis zaginął w czasie wojny. [przypis edytorski]
9. quasi-prorok (z łac.) — niby-prorok. [przypis edytorski]
10. syntaxis (gr.) — porządek, tu: składnia. [przypis edytorski]
11. majordomo (ang.), pol. majordomus (z łac.) — zarządca i przełożony służby w rezydencjach. [przypis edytorski]
12. Sztok — fikcyjne nazwisko, nawiązujące do pot. frazeologizmu „zalać się w sztok” (upić się do utraty przytomności). [przypis edytorski]
13. stoi (daw., pot.) — jest napisane, wydrukowane. [przypis edytorski]
14. Strawiński, Igor Fiodorowicz (1882–1971) — rosyjski kompozytor, pianista i dyrygent; jeden z najwybitniejszych kompozytorów i symfoników XX w. [przypis edytorski]
15. preludyjny — przym. od preludium (muz.): instrumentalny wstęp do dłuższego utworu muzycznego. [przypis edytorski]
16. elegijny — przym. od elegia: utwór liryczny o tematyce żałobnej, pożegnalnej. [przypis edytorski]
17. świętojanek (daw. rzad.) — robaczek świętojański, świetlik. [przypis edytorski]
18. rudymenty — tu: pozostałości, szczątki. [przypis edytorski]
19. Polesie — kraina geogr. i hist. leżąca głównie w granicach obecnej Białorusi i Ukrainy, częściowo na terenie Polski i Rosji. [przypis edytorski]
20. astralny (z łac.) — gwiezdny; w astrologii i spirytyzmie: niematerialny. [przypis edytorski]
21. Master of Revels (ang.) — angielski urzędnik dworski w XV–XVIII w., odpowiedzialny za organizowanie i nadzorowanie rozrywek dworskich (revels); mistrz ceremonii. [przypis edytorski]
22. Sodoma (bibl.) — biblijne miasto nad Morzem Martwym, które z powodu grzechu i zepsucia zostało zniszczone przez Boga deszczem ognia i siarki (Rdz 18–19). [przypis edytorski]
23. tedy (daw.) — więc, zatem. [przypis edytorski]
24. Apollinaris — marka butelkowanej, naturalnie gazowanej wody mineralnej ze źródła w Bad Neuenahr w Niemczech; czołowa marka wody stołowej w Europie do czasów II wojny światowej. [przypis edytorski]
25. Proteusz (mit. gr.) — bóstwo morskie, syn Posejdona i Tetydy, pasterz fok, potrafił przepowiadać przyszłość i przybierać różne postaci. [przypis edytorski]
26. koncha (z gr.) — muszla; naczynie o kształcie przypominającym muszlę. [przypis edytorski]
27. rzeźnia rytualna — rzeźnia, w której prowadzi się ubój rytualny, tj. zgodny ze szczególnymi zasadami jakiejś religii, tu: dla potrzeb ludności żydowskiej. [przypis edytorski]
28. Gulistan (pers.) — Ogród różany: tytuł arcydzieła literatury perskiej autorstwa Sadiego z Szirazu z 1258. [przypis edytorski]
29. tryl (z wł.) — ozdobnik muzyczny polegający na szybkim powtarzaniu dwu sąsiadujących ze sobą dźwięków. [przypis edytorski]
30. dudce — fujarka, piszczałka, ludowy instrument muzyczny. [przypis edytorski]
31. madrygał — gatunek krótkiego poematu miłosnego z motywami sielankowymi; także: wokalny utwór wielogłosowy, oparty na poetyckim tekście o tematyce miłosnej. [przypis edytorski]
32. very much (ang.) — bardzo wiele; bardzo. [przypis edytorski]
33. pnącz (daw.; lm: pnącze) — dziś popr.: pnącze, lm: pnącza. [przypis edytorski]
34. topaz — minerał, kamień ozdobny, przezroczysty, niebieskawy lub żółtawy. [przypis edytorski]
35. abyssus (łac.) — otchłań. [przypis edytorski]
36. Orkus (mit. rzym.) — bóg rządzący podziemną krainą zmarłych; także: nazwa tej krainy. [przypis edytorski]
37. państwo cieni jedzące złocistości — być może aluzja również do tego, że w staroż. Grecji ze zmarłymi i zaświatami wiązano roślinę zwaną asfodelem, po polsku złotogłowem; sadzono ją na grobach jako pokarm dla dusz zmarłych. [przypis edytorski]
38. hołubiec — figura w tańcu polegająca na uderzeniu obcasem o obcas podczas podskoku. [przypis edytorski]
39. triepak (ros.) — trepak: rosyjski i ukraiński taniec ludowy o bardzo szybkim tempie. [przypis edytorski]
40. wulwa (z łac.) — zewnętrzna część żeńskich genitaliów. [przypis edytorski]
41. comment ça va (fr.) — dosł.: „jak idzie”; wyrażenie idiomatyczne używane jako pozdrowienie, odpowiednik „jak się masz”. [przypis edytorski]
42. uhermetycznić — tu: ograniczyć, udostępnić tylko dla kręgu wtajemniczonych; od imienia mitycznego Hermesa Trismegistosa, twórcy i patrona wiedzy tajemnej (czyli tzw. hermetycznej), rzekomego autora szeregu traktatów, cenionych przez średniowiecznych i renesansowych alchemików, astrologów itp. [przypis edytorski]
43. Cierplikowski, Antoni, pseud. Antoine (1884–1976) — polski mistrz fryzjerski i stylista, który po otwarciu swojego zakładu w Paryżu zyskał międzynarodową sławę. [przypis edytorski]
44. charme (fr.) — czar, wdzięk. [przypis edytorski]
45. pakiet akcyj (...) Kruppa — mowa o akcjach niemieckiego przedsiębiorstwa zał. przez Friedricha Kruppa, od 1903 funkcjonującego jako spółka akcyjna Friedrich Krupp AG, stanowiącego największy niemiecki koncern metalurgiczny i zbrojeniowy. [przypis edytorski]
46. tamburyn — bębenek z obręczą, na której umieszczone są brzęczące blaszki. [przypis edytorski]
47. larwa (daw., z łac.) — widmo, upiór; maska. [przypis edytorski]
48. okaryna — dęty instrument muzyczny z wypalonej gliny, rodzaj fletu. [przypis edytorski]
49. kontorsja (z łac.) — wykrzywienie, skręcenie; skręt. [przypis edytorski]
50. gin (ang.) a. dżin — angielska wódka o zapachu i smaku jałowcowym. [przypis edytorski]
51. illustre confrère (fr.) — sławny kolega. [przypis edytorski]
52. cher confrère (fr.) — drogi kolega. [przypis edytorski]
53. salamandra — tu: duch żywiołu ognia. [przypis edytorski]
54. Legia Honorowa — najwyższe odznaczenie nadawane przez państwo francuskie; na strojach cywilnych wieczorowych noszone w postaci miniaturowej rozetki w klapie na lewej piersi. [przypis edytorski]
55. nie wierzę w Rosję Sowiecką. Statystyka (...) nudzi (...) i łudzi — tzn. rozwój gospodarczy ZSRR, oparty na centralnym planowaniu, jest z góry skazany na niepowodzenie, a bazowanie przewidywań na statystycznych danych liczbowych daje tylko złudne poczucie kontroli. [przypis edytorski]
56. piatiletka (z ros. пятилетка: pięciolatka) — pięcioletni plan rozwoju gospodarki narodowej realizowany w ZSRR; kolejne takie plany przyjmowano od 1928 do rozpadu ZSRR w 1991. [przypis edytorski]
57. galilejski — związany z Galileą, górzystą krainą w płn. Izraelu i płd. Libanie, znaną m.in. jako miejsce pochodzenia Jezusa Chrystusa i jego uczniów; wg Biblii król Salomon w zamian za dostawy cennego drewna i złota na budowę świątyni w Jerozolimie miał podarować królowi Tyru Hiramowi 20 miast galilejskich (1 Krl 9, 10–11). [przypis edytorski]
58. małoazyjski — dziś: małoazjatycki; imię twe małoazyjskie: imię żony autora, Natalia, wywodzi się z łaciny, mimo że Natalia Gałczyńska z domu Awałow, była córką gruzińskiego arystokraty, a Gruzja leży na pograniczu Azji i Europy i w niektórych wariantach podziału kontynentów, a także w starożytności uznawana była za część Azji. [przypis edytorski]
59. maligna — wysoka gorączka połączona z majaczeniami. [przypis edytorski]
60. marka (daw.) — znaczek; tu: znaczek pocztowy. [przypis edytorski]
61. tran — płynny tłuszcz otrzymywany z ryb i wielorybów; od końca XIX w. podawany dzieciom w formie oleju do picia jako suplement diety i środek wzmacniający. [przypis edytorski]
62. mais ça dépend (fr.) — ale to zależy. [przypis edytorski]
63. bordel (daw.) — burdel, dom publiczny. [przypis edytorski]
64. c’est la lune (fr.) — to jest księżyc. [przypis edytorski]
65. sympathique (fr.) — sympatyczne. [przypis edytorski]
66. Erynie (mit. gr.) — boginie zemsty, uosobienie wyrzutów sumienia, przedstawiane ze skrzydłami i z wężami we włosach, doprowadzające do szału i dręczące tych, których ścigają; kąsany od Erynii: dziś popr.: kąsany przez Erynie. [przypis edytorski]
67. stuwiekowym bujaniem (...) na temat Lotaryngii czy Gdyni — mowa o niemieckich roszczeniach terytorialnych do francuskiej Lotaryngii i polskiego Pomorza Gdańskiego, zmierzających do rewizji granic i odzyskania terenów utraconych wskutek przegranej I wojny światowej; pretensje do tych terenów uzasadniano ich związkami etnicznymi i historyczną przynależnością do Niemiec. [przypis edytorski]
68. astral (z łac.) — wg spirytystów eteryczne ciało ożywiające organizm fizyczny i wiążące duszę z ciałem. [przypis edytorski]
69. canto (wł.) — pieśń. [przypis edytorski]
70. Piekło — tu: jedna z części poematu Boska Komedia Dantego (pozostałe to Czyściec i Raj). [przypis edytorski]
71. Hoffmann, Ernst Theodor Amadeus (E.T.A.), właśc. Wilhelm Hoffmann (1776–1822) — niemiecki pisarz i kompozytor, jeden z prekursorów fantastyki grozy; autor m.in. noweli Złoty garnek (1814). [przypis edytorski]
72. Unter den Linden (niem.: Pod Lipami) — reprezentacyjna aleja Berlina, główny bulwar zabytkowego centrum. [przypis edytorski]
73. gastrycznie (med.) — żołądkowo. [przypis edytorski]
74. idiosynkrazja (z gr.) — awersja, silna niechęć, wstręt; med.: indywidualna, wrodzona nadwrażliwość, uczulenie organizmu na określone związki chemiczne. [przypis edytorski]
75. dypsomania (z gr.) — okresowa, trudna do opanowania potrzeba picia alkoholu (opilstwo okresowe); tu być może zamiast polidypsja: chorobliwe pragnienie. [przypis edytorski]
76. bogini Li (mit.) — Matka Li, niebiańska bogini stworzycielka w wierzeniach ludu Czin w zach. Mjanmie (Birmie); stworzyła ze swojej śliny ziemię, niebo i morze, a także wszelkie życie, zwierzęce i roślinne, również ludzi. [przypis edytorski]
77. Irawadi — najdłuższa rzeka Mjanmy (Birmy). [przypis edytorski]
78. Zaduszków — dziś popr.: Zaduszek; Zaduszki (Dzień Zaduszny lub Święto Zmarłych): święto w kościołach chrześcijańskich poświęcone wspomnieniu wszystkich zmarłych wiernych, wywodzące się z ludowych uroczystości ku czci zmarłych obchodzonych w kulturze przedchrześcijańskiej; Po świętej rzece Irawadi pływają lampy w Dzień Zaduszków: mowa o jesiennym święcie ku czci Shin Upagutty (Upagota), powszechnie czczonego w delcie rz. Irawadi buddyjskiego arahanta, który ma zamieszkiwać w pałacu z brązu w oceanie i chronić wiernych przed burzami i powodziami. [przypis edytorski]
79. Sedens in coelis ridet (łac.) — Ten, który zasiada w niebiosach, śmieje się (o naigrawaniu się Boga z ludzkich uzurpacji i buntów przeciw niemu i jego wybrańcowi na tronie; cytat z łacińskiego przekładu biblijnego Psalmu II, 4); Dawid mówi tak w psalmie: autorstwo utworów zgromadzonych w Księdze Psalmów przypisuje się biblijnemu Dawidowi, królowi Izraela. [przypis edytorski]
80. Baranek mistyczny — metaforyczne określenie Jezusa Chrystusa jak ofiary składanej Bogu, pochodzące od użytego przez Jana Chrzciciela określenia „Baranek Boży” (J 1, 29; 1, 36). [przypis edytorski]
81. à la Saint Jean (fr.) — na sposób św. Jana; szarańcze à la Saint Jean: aluzja do biblijnego Jana Chrzciciela, który przebywając na pustkowiu, żywił się szarańczą i miodem leśnym (Mk 1, 6; Mt 1, 4). [przypis edytorski]
82. à la fourchette (fr.) — dosł.: widelcem; o posiłku: spożywany na stojąco, złożony z przekąsek i potraw, które można jeść samym tylko widelcem, w drugiej ręce trzymając talerz. [przypis edytorski]
83. noktambuliczny, somnambuliczny (z łac.) — wykonujący nieświadomie różne czynności w czasie snu. [przypis edytorski]
84. funambuliczny (z łac.) — chodzący po linie, wykonujący akrobacje na linie. [przypis edytorski]
85. Belzebub (z hebr.) — w Nowym Testamencie władca złych duchów (Mk 3, 22; Mt 12, 24; Łk 11, 15), przez chrześcijan utożsamiany z Szatanem. [przypis edytorski]
86. il padre santo (wł.) — święty ojciec. [przypis edytorski]
87. Petrarca, Francesco (1304–1374) — włoski poeta i latynista; zasłynął cyklem wierszy miłosnych, głównie sonetów; Il padre santo z snu Petrarki: zapewne odniesienie do treści dzieła Liber sine nomine, zbioru 19 listów Petrarki do przyjaciół, zawierających ostrą krytykę papiestwa w Awinionie i zakończonych dodatkiem autora, apelującego o sprowadzenie papiestwa z powrotem do Rzymu, dla bezpieczeństwa korespondentów opublikowanych bez nazwisk odbiorców i jako odrębna książka, poza zbiorem pozostałych jego listów (Epistolae familiares). [przypis edytorski]
88. cherub a. cherubin — potężna istota nadprzyrodzona występująca w Biblii, skrzydlaty strażnik, pomagający Bogu w rządzeniu światem; Bóg po wygnaniu pierwszych ludzi z ogrodu Eden umieścił przed nim cherubinów i płomienisty miecz wirujący, by strzegli drogi do drzewa życia (Rdz 3, 24). [przypis edytorski]
89. Markiz — zapewne odniesienie do postaci najsłynniejszego markiza w historii literatury: markiza de Sade (1740–1814), libertyńskiego pisarza krytykującego moralność i z upodobaniem przedstawiającego przemoc seksualną. [przypis edytorski]
90. maskaron a. maszkaron — dekoracja w postaci wizerunku ludzkiej głowy o zdeformowanych rysach twarzy; tu w funkcji gargulca (rzygacza), ozdobnego zakończenia rynny, wysuniętego poza fasadę budynku i przez usta rzeźby odprowadzającego nadmiar wody na zewnątrz. [przypis edytorski]
91. miast (daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
92. głazki (z ros.) — oczka. [przypis edytorski]
93. tetrachord (z gr., muz.) — cztery kolejne dźwięki skali muzycznej zawierające się w kwarcie. [przypis edytorski]
94. gdybym widział cię oczami Piotra... — Piotr Morel kochał się w Natalii Gałczyńskiej. [przypis edytorski]
95. konsola (z fr.) — ozdobny wspornik podpierający balkon, rzeźbę, gzyms itp.; ozdobny stolik przyścienny umieszczany zwykle pod lustrem jako podstawa pod inne przedmioty lub kolumienka służąca do tego samego celu. [przypis edytorski]
96. heraklejski — przym. utworzony od imienia Heraklesa, mitycznego herosa greckiego, słynnego z ogromnej siły. [przypis edytorski]
97. cyfra (daw.) — inicjały, monogram. [przypis edytorski]
98. primo (łac.) — po pierwsze. [przypis edytorski]
99. secundo (łac.) — po drugie. [przypis edytorski]
100. meluzyna — tu: ozdobny, montowany do sufitu świecznik w formie kompozycji ze splecionych rogów jelenia, zakończonej u dołu popiersiem kobiety; od imienia czarodziejki Meluzyny z podań i legend francuskich: kobiety z wężowym lub rybim ogonem. [przypis edytorski]
101. szapoklak (z fr.) — składany cylinder. [przypis edytorski]
102. rue Camelotte (fr.) — ulica Tandety. [przypis edytorski]
103. Castellum Neptuni (łac.) — Zamek Neptuna. [przypis edytorski]
104. wozliegali (ros.) — leżeli, wylegiwali się. [przypis edytorski]
105. Gide, André (1869–1951) — francuski pisarz, uznawany za jedną z najważniejszych postaci kultury europejskiej 1. poł. XX w.; indywidualista, odrzucający tradycyjne normy moralne. [przypis edytorski]
106. Valéry, Paul (1871–1945) — francuski poeta i eseista, uprawiający poezję refleksyjną, intelektualną, przedstawiciel tzw. poezji czystej. [przypis edytorski]
107. luna (z łac.) — księżyc. [przypis edytorski]
108. rad (chem.) — promieniotwórczy pierwiastek chemiczny, odkryty przez Marię Skłodowską-Curie i jej męża Pierre’a Curie w 1898. [przypis edytorski]
109. farandola — ludowy taniec z Prowansji, tańczony grupowo, w formie korowodu. [przypis edytorski]
110. chaîne, messieurs — łańcuch, panowie (w tańcu). [przypis edytorski]
111. likwor (z łac., daw.) — słodka wódka smakowa, ziołowa lub korzenna; nalewka. [przypis edytorski]
112. wurdałak (z ros. вурдалак) — rodzaj wampira, upiór wyłaniający się nocą z grobu, aby wyssać krew żywych ludzi (słowo po raz pierwszy użyte przez Puszkina w zbiorze Pieśni zachodnich Słowian); niekiedy błędnie uważany za synonim wyrazu wilkołak: człowiek zmieniający się w wilka. [przypis edytorski]
113. Cyganie (pot.) — właśc. Romowie, naród lub grupa etniczna pochodzenia indyjskiego, bez własnego terytorium, tworząca diasporę zamieszkującą większość państw świata; tradycyjnie zajmują się głównie rzemiosłem, handlem i wykonywaniem muzyki. [przypis edytorski]
114. minor (muz.) — skala minorowa, molowa, tonacja smutna. [przypis edytorski]
115. oboe d’amore (wł.) — obój miłosny, drewniany instrument dęty o brzmieniu łagodniejszym od zwykłego oboju. [przypis edytorski]
116. amfilada — szereg przechodnich pokojów z wejściami ustawionymi w jednej linii. [przypis edytorski]
117. Partenon — świątynia Ateny Partenos (Ateny Dziewicy), jeden z centralnych budynków na Akropolu w Atenach; zbudowana w stylu doryckim, zdobiona m.in. biegnącym wokół całej budowli fryzem, przedstawiającym procesję panatenajską (pochód podczas najważniejszego święta na cześć Ateny). [przypis edytorski]
118. Panatenaje — najstarsze i najważniejsze święto w staroż. Atenach, obchodzone ku czci bogini Ateny, patronki miasta; głównym punktem uroczystości była procesja ludności miasta do świątyni Ateny na Akropolu. [przypis edytorski]
119. panowie w Amsterdamie — Amsterdam, stolica Holandii, neutralnej podczas wojny światowej i w okresie międzywojennym, był w 1928 miejscem letnich igrzysk olimpijskich, pierwszych od zakończenia I wojny światowej, do których zaproszono reprezentację Niemiec. [przypis edytorski]
120. Verdun, Tannenberg, Skagerrak — aluzja do dwu wielkich bitew lądowych I wojny światowej oraz największej bitwy morskiej tej wojny; bitwa pod Tannenbergiem (26–30 sierpnia 1914), stoczona w ramach operacji wschodniopruskiej między siłami Imperium Rosyjskiego a Cesarstwem Niemieckim, zakończona zwycięstwem Niemiec; bitwa pod Verdun (21 lutego – 18 grudnia 1916), jedna z największych bitew I wojny światowej, zakończona odparciem ataków niemieckich i utrzymaniem pozycji przez Francuzów, w zaciętych walkach pozycyjnych poległo ok. 700 tys. żołnierzy; bitwa jutlandzka (31 maja – 1 czerwca 1916), w historiografii niemieckiej zwana bitwą na Skagerraku, największa bitwa morska I wojny światowej, z udziałem po obu stronach 250 okrętów, z ok. 100 tys. załogi. [przypis edytorski]
121. Histoire d’un soldat (fr.) — Historia żołnierza: utwór dramatyczno-muzyczny z muzyką Igora Strawińskiego do tekstu Charlesa Ferdinanda Ramuza, oparty na rosyjskiej baśni ludowej, z premierą w Szwajcarii we wrześniu 1918. [przypis edytorski]
122. okultyzm — pseudonaukowe wierzenia o istnieniu nadprzyrodzonych sił w przyrodzie i w człowieku, które dzięki „wiedzy tajemnej” można pobudzić i zużytkować przez stosowanie odpowiednich praktyk. [przypis edytorski]
123. akomodować się — przystosowywać się. [przypis edytorski]
124. Jakże słodko być nawozem... — ironiczne nawiązanie do słynnych słów Horacego: Dulce et decorum est pro patria mori (łac.: Słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę; Pieśni III 2, 13); w wersji łacińskiej stanowią one również oskarżycielskie zakończenie antywojennego wiersza Dulce et decorum Wilfreda Owena z roku 1917, o męczarniach żołnierzy otrutych gazem bojowym. [przypis edytorski]
125. Jawa — wyspa w płd.-wsch. Azji. [przypis edytorski]