Pokrewne

Pokrewne

Roślinne

Pcha się w górę, tłoczy, tędy przepływa, odkąd urodziło, co

miało wykarmić, odkąd karmiło, co miało urodzić — na-

rodzenie przed narodzeniem schwytane w zielony miąższ.

Wyrwie się ziemi (tam zaczajone, wygięte do biegu cze-

kają korzenie świszczące), wyjdzie naprzeciw, siebie wtuli

w drgający kłąb. Przez pnie i gałęzie wtargnie w ciemne bryły

poczęcia, będzie szło coraz głębiej i szerzej, aby odrodzić

przyczynę.

Oddane pulsowaniu, krążeniu, odpływom, powrotom — tym

tylko są — gospodarzami w sobie: co daje ziemia, co daje

światło, co daje powietrze.

Chlorofil

Jak to powtórzyć? Pień może być inny, trzeba tylko wyrwać

włosy, przewiązać łykiem. Tu oddychają w ciasnocie szybko,

krople potu i śliny moczą przygotowane miejsca. Wysoko pod

szkłem głowy na sprężynach, reszta została zjedzona. Życie

powtórzone sztucznie, pewnie nie dość wielkie, ale straszne.

To rośnięcie płaskie na boki, jakie to męczące. Ciągłe zgina-

nie łodyg w łuki niepodtrzymujące niczego. Od urodzenia

przygotowywane kołyski na ramionach. Łódki, połowy łódek

zbudowane z ciała, ślady po odeszłych nigdy niedopłynięte

do brzegu siebie, do końca liścia, jak to można powtórzyć?

Śpiew

Idą skośnie, lecz nie wiedzą, że zsypują się w dół — mają proste

laseczki, parasolki i światło pada z góry. Cienkie druty trzy-

mają tych ludzi, mimo to idą, tylu ich, nie można rozpoznać.

To są kobiety zaduszone przez lisy i suknie, teraz szeptem

bez ubrania idą. Uduszeni krawatami. To są mężczyźni, idą

równo, śpiewają, niosą ostrza albo karabiny. Cienkie druty

zadusiły tych ludzi, za głęboko weszły w gardła, żeby mogli

mówić o śmierci, więc o śmierci idą: idziemy w równych

rzędach, nie możemy wyjść ze stołów i ławek, mieszkamy

w ścianie, nocami wirują domy, w dzień koło staje i wszystko

wraca znowu, dobre oczy przygotują cię znowu do mijania

rzędów ludzi pionowych, ukośnych i płaskich, dobre ręce

wydźwigną cię znowu, dobre nogi poniosą cię znowu i zno-

wu życie ślimaka otwierane powoli specjalnym nożem. Tak

płyną. Przepływają przez powietrze wymawiane, wypluwane,

wyśpiewywane, wykrzyczane.

Ogród

Kto tu oddzieli, komu potrzebne nazywanie, splecione kryją

się w sobie, owijające owijane, dławione jednych oddechem,

podają sobie pokarm wielkimi przełykami. Nie ma żadnych

ścieżek, nie ma dojścia, jest tylko kawałek uległego podłoża

na ogrody w tobie, zawsze ten sam powrót, ten sam cień

wysyłany spod najniższych roślin, wyrastanie powoli od

stóp, uderzenie ciepła w ciasne objęcia tkanek. Tu ogień,

kiedy się otworzą.

Galapagos

Przezroczyste krajobrazy o kształtach drzew, niebolesne

miniatury w kolorze seledynowym i złotym nałożone na

siebie niezbyt szczelnie. Zapach przechodzi przez ramiona,

wyspa odpływa od oczu albo jest tak bliska, że widać tylko

rude liście. W jakiejś chwili ciemnieje i pęka. Czerwony żar,

blask, olbrzymie ciała pokryte łuską, trą o siebie, trzeszczą,

nie można wydobyć głosu, rozrywają oddechem. To nie są

smoki z bajek, skąd to jest, podarta kora drzew, strzępy skóry.

Jak z rozciętego ciała może nie wytrysnąć krew, jak sprawić,

żeby była biała, nie wiem.

Krwi nie ma. Suchy krajobraz obserwuje siebie. Wzgórza

drążone ręką, odsłaniane do rdzenia. Białe odlewy. Białe,

pośpiesznie zaszyte kikuty rąk. Matowa biel, krajobraz

z kredy.

Gra

Naprzeciw siebie, zamknięte w piórach, zbyt miękkie jeszcze,

żeby rozpocząć. Coraz ciemniej znaczy coraz bliżej. Zaczyna

kolor czarny. Oczy wbiegają na siebie, chłód występuje z brze-

gów, powietrze zastyga na chwilę, bieleje. W ciepły czerwony

wir wbito — umarłe, kruche, powykręcane, ostre.

„Jesteś moim dobrym ptakiem. Jesteś miękką klatką z moich

piór. Przez ciebie przechodzę, w tobie zostaję schwytany”.

Kołysanka

Palmy z blaszanej puszki skręcone w pień, cięte po liściach,

w liście, i te drugie, niedokładne, te zniszczone odległością,

bez przewodów pokarmowych — w ciemności wracają do

siebie w zielone światło fosforu. A na otwartej dłoni jest

dom. Płomień ogrzewa wnętrze, dłoń zgina się miękko — są

narodziny muszli, w której szumi krew. Razem z krwią pły-

nie światło. Nie tknięte światłem czekają ukrycia ryb, ziemie

pereł. Pasma roślin, kłącza rozwijane w zamkniętych oczach.

Odebrane ciemności, pną się na drgający brzeg. Co przyjmu-

je, co oddala, nie jest głębią, nie jest ruchem, kołysaniem — to

są przyjścia i odejścia w wielką ciszę.

Rozpięty pomiędzy ścianami kawałek syczącej zieleni.

Narodzenie z oczu

Spojrzenie po spojrzeniu rozgina wejścia coraz głębsze:

trawa dzieli się trawą, liść łamie się liściem, gną się i strzę-

pią, wplątane w ziemię biją powietrze drzewami. Spadający

las, pochylona woda, dookoła, w kole podzielonym między

drzewa drzewami pocięte, między wody, które nie potrafią

dopędzić brzegu; drzewo nabiega drzewem, woda nakrywa

wodę, pęka szklisty krąg.

Krajobraz w bezruchu obdzielany coraz mniejszymi tęcza-

mi.

***

Oczy nie widzą głęboko, widzą daleko albo blisko, dlatego

tyle brzegów, tyle zgniecionych mórz — czy myśleniu wystar-

czy oczu na zatopienie świata? Za dużo razy poznane przez

siebie, żeby mogło zapuścić korzenie. Przesuwane przez

wszystkie pory roku. Zbliżało się do siebie nieustannie zbyt

lekkie, aż zmieniło się w wiatr.

Jaskółki

Białe, czarne błyski — walczące i pochłonięte: przez powie-

trze, z powietrzem. Przyciskają do ziemi skrzydłami prze-

zroczyste chwiejne góry. Po czarnym kole, puste koło — tak

odchodzą.

Cały nasz dobytek

Kawałek dnia podsunął się do połknięcia, jedzą go, obgryzają,

liżą w świetle. Tyle co widzę, tyle co upływam.

***

Za mały schowek, już mnie nie pomieści. Matkujesz mym

ucieczkom przez zdyszany ogród, w przejrzyste zaniki,

w co-było-słyszane. Tam jesteś — dochowanie moje niewyro-

śnięte, zatrzymanie nagłe w pół trzepotu serca. Moje naraz

wszystko żywe.

***

Już senni jesteśmy, wydobyci bezładnie, chociaż nie do szczę-

tu, każde z nas osobne, w ucieczce zmieniamy miejsca. I to

jest zawsze: kto kogo ogarnie? Czy polne to co mnie z polem

łączy, czy to co się polnego we mnie dopomina? Kiedyśmy

się rozstali, choć posiani razem?

***

Moje wśród ciebie oczekiwanie — nie donoszone, nie takie, za

prędko, bo co więcej wytarguje głodny od głodnego, prócz

— że się powtórzy, pomnoży, zachłyśnie?

Wycinanka na jesień

Zapaść na zawsze w gniazdo snu, zmieścić się w jedno zwi-

nięcie spopielałych nitek — jest taka droga jesiennych śmierci,

tędy przechodzą oszalałe, rozmiękłe kolory wezwane wia-

trem. Płatek po płatku w ordynku barw, najpierw żarłoczne,

potem cichnące, aż po ostatnią, najniższą zieleń — schnące

arterie, krople bólu w ciemnych tkankach. Rośnie w ramio-

nach, rozwija się popielate gniazdo, już sięga miękko w liście

między szelest, pulsujące soki obejmuje ciaśniej — ciasno —

drżącymi kręgami. Aż głuchną.

Malejące

jeżeli maleję cierpliwie z dnia na dzień

jeżeli za dużo mi do panowania przychylili świata, kto bądź

dodawał swoje dobra kiedy

jeżeli może raz ubędzie, czego nadto nie czuję a gdzieś sły-

szałam jakby powtórzone widziane dłużej

jeżeli co rozpoznaję za nie dość płynne w niepewnym wnę-

trzu domu zawsze mi groźnym nagłą ciemnością, chociaż

tak lekko dotykam przedmiotu pełniącego światło wśród

innych

jeżeli nawet ćmie bliska przez ślad ćmy na palcach

Wycinanka na liście

Aureole szczerbione w wieczny znak rodzaju, rozpalone,

wezbrane, żegnające owoc, zrównane z ogniem w komorze

jesieni, czy potrafię je zmówić nim zgasną? Niebo rdza-

mi zachodzi, cień wyżera grube łyki trawy, karmi ziemię

w ostatnich olejach. Chłodne odpoczywanie świętych nie

nazywanych, w wielkim bezimieniu gorącymi strzałami

przez śmierć trafionych. A mnie ledwo czerwień.

Tak mi w ucieczce przybywa

Niby las, niby płot, niby wojsko, niby zboże, chwiejne i wyso-

kie nazywanie świata, co ciągle inaczej zwołuje swą przemoc

nade mną. Tyle siły, żeby ledwo nie zaznać schronienia pod

rękami i liśćmi, tyle odwagi co brudu za paznokciem, którym

skrobię pracowicie odpoczynek w ziemi, a Bóg mnie jeszcze

na tyle nie spotkał, na zawadzie nie miał, żebyśmy mogli

polegać na sobie. Którędy wraca bezpowrotne — przed sobą

gubiąc ślady, nie o drogę pytam, ale o wydrążone miejsce

wśród małego życia, o mój dołek w piasku, czy nie zasypany.

Tak mi przybyło na wróbla przez podwórze.

Dom

Trzyma mnie w swoim wnętrzu, nisko od korzeni do ciem-

ności drzewa mój cień jego ruchem cieniem, a pory roku

pędzą w gęstwinę. Dotykam pierwszych ścian przez grubość

lat, przez życia ubiegłe do kory, między kołyską i drzwiami

w twarde drewno wryty przypływ. Ze skraju, z drgnienia ma

wejście jedyne: wysoko po skórze drze płomień do szumu

w kołowrót zieleni, aż skrzypią ramiona. Gdzie dotknie po-

lany, wyrębu w pamięci?

Nie udźwignie ten kraj człowieka, nie wysyła znaków

Mówią o nim, pokazują palcem to miejsce, a ja ciebie do dziś

z klocków ustawiam. Do rozsupływania się dałeś, w gardle

czuję twój węzeł, do ciebie drogi prowadzę szare, kruche.

Wyciągam z poplątanego — i to jest proste. Kładę proste na

prostym — i znów się plącze.

Ta jabłoń we mnie odkąd się zaczyna

Z białości ponad ogród czarną słyszę jabłkami zawęźloną

w kwiaty, przez śnieg nagłe odbywam zielenie. Liści się

bezwiedna mojej obecności, zbyt jawna jeszcze, zbyt jabłoń,

aż nasycone wspólnym oddaleniem ramionami plączemy

ciemność. „Zdarzyłaś mi ogród, w którym jestem dzieckiem,

w śniegu cała, jabłek pełna i zakwitająca”.

Matka

Jesteś — moje gniazdo na pamięć, naszej ciemności trawa

wspólna, z siebie tajemnej dałaś mi wyjść, okruch mroczny

w wirowanie światła.

Ty nie znasz swej wielkości, twoje ziarno niepojęte, nam na

kiełek w głębi ciebie porzucone. Jesteś — między nasieniem

i głodem, jesteś — ogród przybywający tobą bez tchu.

Stworzenia twoje znaczysz żarem, w siebie nachylasz czarne

złoża, nimi spłonęłaś do sosen do sarny, teraz wybuchają

z ciebie, pierwszym ogniem liżą twoje ślady, w pióropuszach

stajesz i w skrzydłach.

Jesteś — drzewem w owocu zanim pąkiem, kwiatem jeszcze

korzeniem, zaczynem, pęknięciem w kamieniu, własnym

chwytem z dna. czy czułaś wszystko?

Jesteś wokół mnie, kiedy nazwać cię nie potrafię, pierwszy

liść pokazałaś, rozwarłaś lato na upał i cień a we mnie były

złączone, jesienie swoje dźwigasz, a mnie lęk o czerwie

o czerwienie, coraz ciaśniej w serce. I nie umiem ciebie

z mojej zimy wyprowadzić.

Biegło uwięzło Twoje w Tobie zaplątane. Ty Ciebie moje

w krąg swój rozpoczynasz, nieustający krąg swój zataczasz

we mnie, wieczny szelest.

Pojemne

mówię oczy, patrzę zapach, pachnę las, czyimi płucami

oddycham

słyszę gorzkie coraz ostrzej sosnom do igieł, wyłaniam kraje

kory pękate, drzewa nie swoje — czym dla nich jestem, ziemią

ich czy śmiercią, jakby śmiertelnym urodzajem siebie

one też z bieli formują w skok zielony

***

Gnieździ się żarłoczne w oddechu, męczy się do mnie po

omacku, gdzie ja w głuszy, w skorupie równie pisklę schronio-

ne co ziarno, nasza ku sobie udręka żywienia, kiełkowania,

wyklucia, nigdy nie dość własna — to w ptaku, co ziarno pcha

w kłosy czy w jabłoń.

Na dwu i na czterech łapach

po co ta przytulność, którą widać przez palce

mało wzięłam a przecież i temu nie wybrzęczę, nie dojrzę,

nie dosłucham, ledwo się o mnie otarło i już już własne, kwili

dawnym wilkiem, całym matecznikiem odbrzęknie

zawsze nie moje, moje co? zawsze to moje, nie moje co? tak

zdaje się na człowieka

Tyle mi do niej włókien

Dług ci spłacam, dużo tego, wszystko, a ciągle za mało, bo

jest jedna cena: świat za świat wydać. Kto wydany, ten goni,

dopóki siebie nie zaklepie w twarde. Ja dziecko w Tobie

dziewczynce z lalką, zanim wspólnie nad Tobą, nade mną

w mojej córce się pochylimy. Z tego kłębka — ile nici ile włó-

kien ile kroków, i znowu z piskiem do dziecka się turla.

Rdzenne

Donikąd nie chce, uwięzło w swoim, do progu po psiemu

przywarło, żeby chociaż cień wygrzać, skomli o szczodre

poszycie, o dach nad głową — z czego mu wezmę, kiedy każdą

słomką przepłacam rozstaje, niech ominą ten kąt, gdzie ra-

zem pulsujemy w jedno. Tarmosi o byle przeszłe kroki, prze-

budzenia, o piłkę — tu, wśród bliskich, zawsze mu dłużna.

Kawałek ziemi pewnej

co ja się nachodzę, żeby okryć to kochane zawcześnie

ile gniazdo okrąglę od czerwonej wstążki z warkocza, /a już moszczę siwym

ile czekam na pisklę piórko za piórkiem

ile ciasto zaczyniam — usta ręce w popłochu, gruda ścierp-

nięta po grudzie

coraz zostaję, zatrzymana sobie, wśród

ani wiem, kiedy to nasze przeleci, zakręci się w oczach

nasz kawałek ziemi pewnej, tylko dokoła po drzewach

i dzieciach się starzejemy

Pokrewne

w co porzucają ziemię, że tak wynosi swoje małe z brzuchów

skorup do wielkiej misy, boję się tego nic, co głodne siedzi

w oczach

co tak pulsuje w palcach kiedy chcemy ujść przed pości-

giem

co to za kołujące wędrowanie, ten głodny we mnie ruch

ziemi kiedy zanurza kły po śmiertelne nic —

zamyka, otwiera, jest zajęte, kurczy, rozmyka, jakiegoś szme-

ru jeszcze zapominam, uderzenie, zlizuję krew z rozciętej

ręki

co tak kołu kołu w koło roku, co tak czujemy to własne coraz

bardziej ciszej zmęczona, łakome wybiegi ścieżki krwio-

ścieżki krwi do przedsionków serca

ja domu serca kołatanie czerwone

Sobie na urodziny

Za wiele powietrza zabieram bliźnim, oni tacy nadęci z głodu

i ząb na ząb trafia pusto, miejsca też podobno za wiele odkąd

się przechadzam i samowtór z siebie do siebie przesypuję

cukier, a choćby o stół jaki zadrzeć, po swojemu zbiorę — tak

co więcej, gdzie milej, komu ciszej ustępować z drogi? Kiedy

wreszcie dobijamy targu, znowu zaczną, znowu połknę za

wiele, za słodko.

***

Śpij tu śpij nie zmruż oka! Nie moje, nie moje słowa meble

ozdoby, czyszczą. Dom chwieją raz do mnie raz do słuchu,

wkiwnęli. Oko w oko na siebie mnie biorą, przedstawiają

żywe obrazy. Aż się zapadnie na głucho rozkruszy niezdo-

byta forteca.

***

Wykołowali mnie na człowieka i dalej kołują, a ja im się

dziwię. Tacy biedni rodzice, tacy rozrzutni, mogli mieć ze

mnie nie wiedzieć co jeszcze.

Kogut

Przyniosło mnie na pustkowie, tu się rzeczy dzielą: głos,

ostrogi, mięso, grzebień. Bardzo pięknie wystygliśmy, do

czego te dokładnie osobne szpargały będą mi potrzebne?

Nie posiądę więcej, choć jeszcze zobaczę. Wierzę sobie, tu

nie ma innego koguta, tylko ten: czerwone drgnienia w za-

ciśnięciu powiek rozłuskane pozłotą na dreszcze zieleni. Tyle

mojego.

Odpisane na straty

Nie dotykać kiedy włazi w oczy ani uszu przykładać do tego

co roi, niech się nasyci zagarniętym ciałem, niech się napu-

szy w rozgadane zdziebko i potrzęsie domem, a skąd samo

nie wie, nawet skóry nie ma — skądeś, mimo, niechcąco aż

moje.

***

Krzesło to krzesło — strugali je inni a mnie nie bolało. Ogród

ma się dobrze, co mi do gałęzi, same się szacują. Nie wchodzę,

nie wychodzę. Ogłuchłam na wszystkie drzwi, którymi by

dziać się mogło, witać się zaczęło.

W gospodarstwie

Jak to w gospodarstwie, raz wzejdzie, raz uschnie. Głupie

się urodzi, chociaż dwie głowy widać, do latania niezdatne

ma pióra jak ulał, nie po myśli, nie po naturze. Rok po roku

przychówek niby jest, niby nie ma, ale liże ręce. Zadanie moje:

NIC przygotować dla wszystkiego stworzenia,

co w tak lichą skorupę zechce.

Wilk

Dużo po lasach wymowy, którą lekceważy ucho leśnego.

Teraz, odkąd jestem w mieście, winszuję sobie. Wydawało

mi się kiedy indziej byle nie ludzkim głosem udane i wyło.

Lżej się to udaje we znaki nad stołem.

A to sztuka

Przeszłam? przeskoczyłam ile metrów czasu i jak to się sły-

szy — górę wysoko, a dolinę nisko? Mierzę tętno, składam go-

dzinę, w której mi się dzieje pomaleńku po cichu zapodziewa

między sobą, między sobą i tobą, i krwią, krwią wydźwignię-

tą i krwią spadającą, krwią zużytą i znowu wtłaczaną między

nas, tak nuci się metr po metrze.

Wszystkiemu można rodowód

Za gładko nam idzie. Byle prędzej do wyzwolin, żeby majstra

ugłaskać. Strużemy tu każdy swoje w przywleczonym klocu,

namknie się kto zaraz inny staje na niepewnych nogach, jesz-

cze mchem obrosły, jeszcze od lasu nie odrósł. Do kogutków,

do niedźwiedzi, do dłubania świata. Darz bór trocinom,

a znajdzie się może ostrużyna Boga. To na co ją jeszcze roz-

skubać, gdzie popchnąć?

Po ciemku trafić do swego

Tyle różnych mocno żyje po świecie, gdy wypatrzę, chudną.

Ten kogut niedooglądany, nieodnowiony ptakiem, wypiał

więcej, niż ogarnął skrzydłami: ogromne, brzuchate na

mgnienie — i zapadł. Inne moje nie dają echa. Źdźbło po

źdźble rudzieje, tyle gorzkich co słodkich, w ciasnych pętlach

krtani tylko lis mógłby się przegryźć, dokąd pójdzie? Roz-

pierzcha się to na marne sierści, rozfruwa na pierza. Każdy

pan na swoim, do nikogo podegnać.

Proces konia

Do mnie nigdy całe zwierzę nie wychodzi z konia, za nic ma

mój wysiłek, a tu jeszcze — dzień rozpoznać rozrzucony pod

pozorem suszenia siana

a tu jeszcze — rozsądzić przyjście na świat pierwsze i powtór-

ne. Płochliwe źrebię podejrzane w koniu? kasztan, który

spadł w dzieciństwo i pogalopował? Obiecać drzewo, jeśli to

był kasztan, przynęcić cukrem, jeśli wdał się w zwierzę. A tu

jeszcze mam nie płakać nad swym niedołęstwem.

Nie bój się, trochę siły, już cię wyłaniam z zachodzącej łąki.

Znak zniżony do szmeru, do niedowidzenia, cofnięcie w na-

głe to samo: zielone zwierzę! Ale był jeszcze głos chrapliwy —

i tak po kole karuzeli, od kasztana do konia, w zawrotach

do mdłości, martwe konie, ruch we mnie, plama skacząca

z pastwiska w pastwisko.

A gdyby mu teraz nienazwanym dopiec? Bawić się tak lek-

ko jak wtedy — nitką? postronkiem? zwidzeniem, co usidli

konia?

Cały przyjść nie może, zaświadczam tylko, że był spodzie-

wany.

Porządek rzeczy

Poezja, ta chwila, gdy nuży się stoły, gdy spiętrza się groźba

jeszcze nie ochrzczona, cudak z wysiłku do natury smoka

— z wierzchu żywe liście, a wewnątrz zapałka. Jeśli zrosły

siebie, już w sobie zamilkły.

Kuźnia

mieć ją żeby rozkuć co od lat się toczy

mieć ją gdyby raz nawet cicha i zbadać skąd głos uderza

z tych oczu co swoje wypatrzyły w ogniu

nadstawić bolące od pola brać ulgę

mieć ją żeby z niej poręczyć duszę, poręcznie wygiąć rzecz

polną — zapamiętam się w progu i ani rusz dalej, a w ręce już

chłodem z wczesnych stron ciągnie

przed czarnym mnie zostawili

rozeznaję co żelazne co polne

kiedy mignie co w co, we wszystkie pola stąd stłoczone po-

chwytane między między, mam z nich pociechę, czasami

się zdarzą

W dwa ognie jedna, tu i tam przegrywam

tu sama ta sama a przecież się dwoję, odstęp między nami,

odstępstwo od kogo?

świadek koronny własnego wybiegu, ciemnego pokoju, wy-

trzeszczonej politury mebli i wielkie uszy strachu do dziś

żeby cichsze słyszeć

dzwoni chrapie zaspało, gdzie kogo het dobudzę — a tu mi

ucho przesyła swoje przypuszczenie straszne do tajemnicy,

do żywego ocknięcia

Ja i ta którą śledzę obecna

trudno mieć cię całą z ciebie dowieść każde poruszenie

w tobie rosnąć rozcapierzać stokrotnieć

kręcić się do mnie dzień po dniu z zabawy w zabawę coraz

szybciej sięgać

i tylko wierzyć, że cię wydobędę wypiastuję wspólnym szcze-

biotem jeszcze

czy już obcym

Pamiątka po mnie, pamięć po rodzicach

jej moje małe duże ręce?

siebie jej dziecko matka

najmniejsze ogromne zagubione znalezione uczepione piasku

ze śmiechem zasypuje małe oczy małe uszy małe nogi

co to kogo to kokon kulka jajko matko dziecko

Podzielne

Dokładnie, ostrzem, po skrajach — zrywa związek ręki

z trawą, zaręczyny ramion z ciągłym we śnie pofruwaniem,

po kołataniu rozstrzyga to drzwi domu, to serce, to będzie

śmierć dziecinnie własna, przecina sprawę stołu w lesie

zrównanym do wspomnienia, i wszystko jest po naszej

stronie podzielne, i dalej naprzykrzamy się sobie — źdźbło

oku, nożyce trawie, piła drzewu, do nóg naszych krzywo

poślubiona łąka.

Pobyt mój taki piskliwy w nieustannym głosie

To, co zasiałam: teraz boli wzeszłe przede mną. To, co pła-

kałam: coraz więcej pustych krzeseł, moje wysokie do ma-

my na mleku puste. To, co osiadłam: to zabrane zwierzętom,

to zabrane roślinom, huczna spiżarnia a wszystkiego mało

żeby dojść smaku. To, co dorosłam: dziecinnieje, coraz

innym szczebiotem zbywa. To, co płynęłam, te dźwięki.

Z rozległych powołana — skąd?

bez wykrętów siebie tu powołam nad sobą

nie odmierzaj mnie dreptaniem przez i przez a w kółko

drobną kaszą

nie sądź pomąceniem statecznych, wirującym podwórzem

gdzie dach do ręki leci, głowa psa spada z kolan

wysoko chciałam

odmawiam tę górę za ojca kiedy o nim nic nic, ani się prze-

konać, czy wtedy był drzewem, a ile było chodzenia dziecin-

nienia po lesie — ale jak wyżej góry wołać gdzie listku gdzie

lekko?

więc to tyle widać z gorącego, że dotknięte i nikt nie prosi

o więcej? tyle co powiedziane na chrzcie?

nie sądź mnie tym pytaniem

Umieszczona sobie dnia tego i tego między rodzicami

ni stąd ni zowąd napomknięta na świadka bez dnia i godziny

o słuch wzrok dotyk

moje, moje to samo naoczne po tylu zmarszczkach: więc

jesteś duża, więc jesteś mała, dwie krople wody

w jadalni chłód tamtejszy, ja na furkocie bielizny bielinek

przysiadł a tu niżej i już biało

gdzieś mnie niosą ćwierkającą zaćwierkaną tu. tu, ja, ja

to nie pamięć, tylko dyszący motyl motor turkot walczy

o mnie — którą? uchyla się. dopóki żywe

Dzięcioł

Sytuacja dzięcioła w moim opukiwaniu — z głodu ale bez

pamięci do drzew

ta przegroda na przegłosy, uszy nie do tej sprawy

od czułków dziobów szczypiec za cicha zacicha, siebie

w siebie przelotnie donosi

ja dzięcioł i za przegrodą ja odstuka na głos na głód

na stracenie błyszczy czerwoną pręgą, tam uderzę zasłyszę

za słyszę

na głos na głód na śmierć, bo co żywe, ledwo smaczne. Po-

żyjesz, zobaczysz.

Tu tak łatwo oddalić, odbiec

Dudni jedno o drugie o drugim. W domu z krwi i kości

jak ci tam, pogruchotane? Ludzkie. Dokąd się tłuczesz? Na

pole drabiniastym wozem po więcej niż się rodzi. Smuży się

smyk smyk pole od słońca do oczu, od oczu w śnięte niebo

po przedsennych wybojach, co słomka to miedza, z jesieni na

zimę którąś tam już po mnie smyk smyk śpiącej w grudzie.

Przełkniesz? Tylko oczy bolą z powrotem do ziemi.