Pokrewne

Pokrewne

Roślinne

Pcha się w górę, tłoczy, tędy przepływa, odkąd urodziło, co

miało wykarmić, odkąd karmiło, co miało urodzić — na-

rodzenie przed narodzeniem schwytane w zielony miąższ.

Wyrwie się ziemi (tam zaczajone, wygięte do biegu cze-

kają korzenie świszczące), wyjdzie naprzeciw, siebie wtuli

w drgający kłąb. Przez pnie i gałęzie wtargnie w ciemne bryły

poczęcia, będzie szło coraz głębiej i szerzej, aby odrodzić

przyczynę.

Oddane pulsowaniu, krążeniu, odpływom, powrotom — tym

tylko są — gospodarzami w sobie: co daje ziemia, co daje

światło, co daje powietrze.

Chlorofil

Jak to powtórzyć? Pień może być inny, trzeba tylko wyrwać

włosy, przewiązać łykiem. Tu oddychają w ciasnocie szybko,

krople potu i śliny moczą przygotowane miejsca. Wysoko pod

szkłem głowy na sprężynach, reszta została zjedzona. Życie

powtórzone sztucznie, pewnie nie dość wielkie, ale straszne.

To rośnięcie płaskie na boki, jakie to męczące. Ciągłe zgina-

nie łodyg w łuki niepodtrzymujące niczego. Od urodzenia

przygotowywane kołyski na ramionach. Łódki, połowy łódek

zbudowane z ciała, ślady po odeszłych nigdy niedopłynięte

do brzegu siebie, do końca liścia, jak to można powtórzyć?

Śpiew

Idą skośnie, lecz nie wiedzą, że zsypują się w dół — mają proste

laseczki, parasolki i światło pada z góry. Cienkie druty trzy-

mają tych ludzi, mimo to idą, tylu ich, nie można rozpoznać.

To są kobiety zaduszone przez lisy i suknie, teraz szeptem

bez ubrania idą. Uduszeni krawatami. To są mężczyźni, idą

równo, śpiewają, niosą ostrza albo karabiny. Cienkie druty

zadusiły tych ludzi, za głęboko weszły w gardła, żeby mogli

mówić o śmierci, więc o śmierci idą: idziemy w równych

rzędach, nie możemy wyjść ze stołów i ławek, mieszkamy

w ścianie, nocami wirują domy, w dzień koło staje i wszystko

wraca znowu, dobre oczy przygotują cię znowu do mijania

rzędów ludzi pionowych, ukośnych i płaskich, dobre ręce

wydźwigną cię znowu, dobre nogi poniosą cię znowu i zno-

wu życie ślimaka otwierane powoli specjalnym nożem. Tak

płyną. Przepływają przez powietrze wymawiane, wypluwane,

wyśpiewywane, wykrzyczane.

Ogród

Kto tu oddzieli, komu potrzebne nazywanie, splecione kryją

się w sobie, owijające owijane, dławione jednych oddechem,

podają sobie pokarm wielkimi przełykami. Nie ma żadnych

ścieżek, nie ma dojścia, jest tylko kawałek uległego podłoża

na ogrody w tobie, zawsze ten sam powrót, ten sam cień

wysyłany spod najniższych roślin, wyrastanie powoli od

stóp, uderzenie ciepła w ciasne objęcia tkanek. Tu ogień,

kiedy się otworzą.

Galapagos

Przezroczyste krajobrazy o kształtach drzew, niebolesne

miniatury w kolorze seledynowym i złotym nałożone na

siebie niezbyt szczelnie. Zapach przechodzi przez ramiona,

wyspa odpływa od oczu albo jest tak bliska, że widać tylko

rude liście. W jakiejś chwili ciemnieje i pęka. Czerwony żar,

blask, olbrzymie ciała pokryte łuską, trą o siebie, trzeszczą,

nie można wydobyć głosu, rozrywają oddechem. To nie są

smoki z bajek, skąd to jest, podarta kora drzew, strzępy skóry.

Jak z rozciętego ciała może nie wytrysnąć krew, jak sprawić,

żeby była biała, nie wiem.

Krwi nie ma. Suchy krajobraz obserwuje siebie. Wzgórza

drążone ręką, odsłaniane do rdzenia. Białe odlewy. Białe,

pośpiesznie zaszyte kikuty rąk. Matowa biel, krajobraz

z kredy.

Gra

Naprzeciw siebie, zamknięte w piórach, zbyt miękkie jeszcze,

żeby rozpocząć. Coraz ciemniej znaczy coraz bliżej. Zaczyna

kolor czarny. Oczy wbiegają na siebie, chłód występuje z brze-

gów, powietrze zastyga na chwilę, bieleje. W ciepły czerwony

wir wbito — umarłe, kruche, powykręcane, ostre.

„Jesteś moim dobrym ptakiem. Jesteś miękką klatką z moich

piór. Przez ciebie przechodzę, w tobie zostaję schwytany”.

Kołysanka

Palmy z blaszanej puszki skręcone w pień, cięte po liściach,

w liście, i te drugie, niedokładne, te zniszczone odległością,

bez przewodów pokarmowych — w ciemności wracają do

siebie w zielone światło fosforu. A na otwartej dłoni jest

dom. Płomień ogrzewa wnętrze, dłoń zgina się miękko — są

narodziny muszli, w której szumi krew. Razem z krwią pły-

nie światło. Nie tknięte światłem czekają ukrycia ryb, ziemie

pereł. Pasma roślin, kłącza rozwijane w zamkniętych oczach.

Odebrane ciemności, pną się na drgający brzeg. Co przyjmu-

je, co oddala, nie jest głębią, nie jest ruchem, kołysaniem — to

są przyjścia i odejścia w wielką ciszę.

Rozpięty pomiędzy ścianami kawałek syczącej zieleni.

Narodzenie z oczu

Spojrzenie po spojrzeniu rozgina wejścia coraz głębsze:

trawa dzieli się trawą, liść łamie się liściem, gną się i strzę-

pią, wplątane w ziemię biją powietrze drzewami. Spadający

las, pochylona woda, dookoła, w kole podzielonym między

drzewa drzewami pocięte, między wody, które nie potrafią

dopędzić brzegu; drzewo nabiega drzewem, woda nakrywa

wodę, pęka szklisty krąg.

Krajobraz w bezruchu obdzielany coraz mniejszymi tęcza-

mi.

***

Oczy nie widzą głęboko, widzą daleko albo blisko, dlatego

tyle brzegów, tyle zgniecionych mórz — czy myśleniu wystar-

czy oczu na zatopienie świata? Za dużo razy poznane przez

siebie, żeby mogło zapuścić korzenie. Przesuwane przez

wszystkie pory roku. Zbliżało się do siebie nieustannie zbyt

lekkie, aż zmieniło się w wiatr.

Jaskółki

Białe, czarne błyski — walczące i pochłonięte: przez powie-

trze, z powietrzem. Przyciskają do ziemi skrzydłami prze-

zroczyste chwiejne góry. Po czarnym kole, puste koło — tak

odchodzą.

Cały nasz dobytek

Kawałek dnia podsunął się do połknięcia, jedzą go, obgryzają,

liżą w świetle. Tyle co widzę, tyle co upływam.

***

Za mały schowek, już mnie nie pomieści. Matkujesz mym

ucieczkom przez zdyszany ogród, w przejrzyste zaniki,

w co-było-słyszane. Tam jesteś — dochowanie moje niewyro-

śnięte, zatrzymanie nagłe w pół trzepotu serca. Moje naraz

wszystko żywe.

***

Już senni jesteśmy, wydobyci bezładnie, chociaż nie do szczę-

tu, każde z nas osobne, w ucieczce zmieniamy miejsca. I to

jest zawsze: kto kogo ogarnie? Czy polne to co mnie z polem

łączy, czy to co się polnego we mnie dopomina? Kiedyśmy

się rozstali, choć posiani razem?

***

Moje wśród ciebie oczekiwanie — nie donoszone, nie takie, za

prędko, bo co więcej wytarguje głodny od głodnego, prócz

— że się powtórzy, pomnoży, zachłyśnie?

Wycinanka na jesień

Zapaść na zawsze w gniazdo snu, zmieścić się w jedno zwi-

nięcie spopielałych nitek — jest taka droga jesiennych śmierci,

tędy przechodzą oszalałe, rozmiękłe kolory wezwane wia-

trem. Płatek po płatku w ordynku barw, najpierw żarłoczne,

potem cichnące, aż po ostatnią, najniższą zieleń — schnące

arterie, krople bólu w ciemnych tkankach. Rośnie w ramio-

nach, rozwija się popielate gniazdo, już sięga miękko w liście

między szelest, pulsujące soki obejmuje ciaśniej — ciasno —

drżącymi kręgami. Aż głuchną.

Malejące

jeżeli maleję cierpliwie z dnia na dzień

jeżeli za dużo mi do panowania przychylili świata, kto bądź

dodawał swoje dobra kiedy

jeżeli może raz ubędzie, czego nadto nie czuję a gdzieś sły-

szałam jakby powtórzone widziane dłużej

jeżeli co rozpoznaję za nie dość płynne w niepewnym wnę-

trzu domu zawsze mi groźnym nagłą ciemnością, chociaż

tak lekko dotykam przedmiotu pełniącego światło wśród

innych

jeżeli nawet ćmie bliska przez ślad ćmy na palcach

Wycinanka na liście

Aureole szczerbione w wieczny znak rodzaju, rozpalone,

wezbrane, żegnające owoc, zrównane z ogniem w komorze

jesieni, czy potrafię je zmówić nim zgasną? Niebo rdza-

mi zachodzi, cień wyżera grube łyki trawy, karmi ziemię

w ostatnich olejach. Chłodne odpoczywanie świętych nie

nazywanych, w wielkim bezimieniu gorącymi strzałami

przez śmierć trafionych. A mnie ledwo czerwień.

Tak mi w ucieczce przybywa

Niby las, niby płot, niby wojsko, niby zboże, chwiejne i wyso-

kie nazywanie świata, co ciągle inaczej zwołuje swą przemoc

nade mną. Tyle siły, żeby ledwo nie zaznać schronienia pod

rękami i liśćmi, tyle odwagi co brudu za paznokciem, którym

skrobię pracowicie odpoczynek w ziemi, a Bóg mnie jeszcze

na tyle nie spotkał, na zawadzie nie miał, żebyśmy mogli

polegać na sobie. Którędy wraca bezpowrotne — przed sobą

gubiąc ślady, nie o drogę pytam, ale o wydrążone miejsce

wśród małego życia, o mój dołek w piasku, czy nie zasypany.

Tak mi przybyło na wróbla przez podwórze.

Dom

Trzyma mnie w swoim wnętrzu, nisko od korzeni do ciem-

ności drzewa mój cień jego ruchem cieniem, a pory roku

pędzą w gęstwinę. Dotykam pierwszych ścian przez grubość

lat, przez życia ubiegłe do kory, między kołyską i drzwiami

w twarde drewno wryty przypływ. Ze skraju, z drgnienia ma

wejście jedyne: wysoko po skórze drze płomień do szumu

w kołowrót zieleni, aż skrzypią ramiona. Gdzie dotknie po-

lany, wyrębu w pamięci?

Nie udźwignie ten kraj człowieka, nie wysyła znaków

Mówią o nim, pokazują palcem to miejsce, a ja ciebie do dziś

z klocków ustawiam. Do rozsupływania się dałeś, w gardle

czuję twój węzeł, do ciebie drogi prowadzę szare, kruche.

Wyciągam z poplątanego — i to jest proste. Kładę proste na

prostym — i znów się plącze.

Ta jabłoń we mnie odkąd się zaczyna

Z białości ponad ogród czarną słyszę jabłkami zawęźloną

w kwiaty, przez śnieg nagłe odbywam zielenie. Liści się

bezwiedna mojej obecności, zbyt jawna jeszcze, zbyt jabłoń,

aż nasycone wspólnym oddaleniem ramionami plączemy

ciemność. „Zdarzyłaś mi ogród, w którym jestem dzieckiem,

w śniegu cała, jabłek pełna i zakwitająca”.

Matka

Jesteś — moje gniazdo na pamięć, naszej ciemności trawa

wspólna, z siebie tajemnej dałaś mi wyjść, okruch mroczny

w wirowanie światła.

Ty nie znasz swej wielkości, twoje ziarno niepojęte, nam na

kiełek w głębi ciebie porzucone. Jesteś — między nasieniem

i głodem, jesteś — ogród przybywający tobą bez tchu.

Stworzenia twoje znaczysz żarem, w siebie nachylasz czarne

złoża, nimi spłonęłaś do sosen do sarny, teraz wybuchają

z ciebie, pierwszym ogniem liżą twoje ślady, w pióropuszach

stajesz i w skrzydłach.

Jesteś — drzewem w owocu zanim pąkiem, kwiatem jeszcze

korzeniem, zaczynem, pęknięciem w kamieniu, własnym

chwytem z dna. czy czułaś wszystko?

Jesteś wokół mnie, kiedy nazwać cię nie potrafię, pierwszy

liść pokazałaś, rozwarłaś lato na upał i cień a we mnie były

złączone, jesienie swoje dźwigasz, a mnie lęk o czerwie

o czerwienie, coraz ciaśniej w serce. I nie umiem ciebie

z mojej zimy wyprowadzić.

Biegło uwięzło Twoje w Tobie zaplątane. Ty Ciebie moje

w krąg swój rozpoczynasz, nieustający krąg swój zataczasz

we mnie, wieczny szelest.

Pojemne

mówię oczy, patrzę zapach, pachnę las, czyimi płucami

oddycham

słyszę gorzkie coraz ostrzej sosnom do igieł, wyłaniam kraje

kory pękate, drzewa nie swoje — czym dla nich jestem, ziemią

ich czy śmiercią, jakby śmiertelnym urodzajem siebie

one też z bieli formują w skok zielony

***

Gnieździ się żarłoczne w oddechu, męczy się do mnie po

omacku, gdzie ja w głuszy, w skorupie równie pisklę schronio-

ne co ziarno, nasza ku sobie udręka żywienia, kiełkowania,

wyklucia, nigdy nie dość własna — to w ptaku, co ziarno pcha

w kłosy czy w jabłoń.

Na dwu i na czterech łapach

po co ta przytulność, którą widać przez palce

mało wzięłam a przecież i temu nie wybrzęczę, nie dojrzę,

nie dosłucham, ledwo się o mnie otarło i już już własne, kwili

dawnym wilkiem, całym matecznikiem odbrzęknie

zawsze nie moje, moje co? zawsze to moje, nie moje co? tak

zdaje się na człowieka

Tyle mi do niej włókien

Dług ci spłacam, dużo tego, wszystko, a ciągle za mało, bo

jest jedna cena: świat za świat wydać. Kto wydany, ten goni,

dopóki siebie nie zaklepie w twarde. Ja dziecko w Tobie

dziewczynce z lalką, zanim wspólnie nad Tobą, nade mną

w mojej córce się pochylimy. Z tego kłębka — ile nici ile włó-

kien ile kroków, i znowu z piskiem do dziecka się turla.

Rdzenne

Donikąd nie chce, uwięzło w swoim, do progu po psiemu

przywarło, żeby chociaż cień wygrzać, skomli o szczodre

poszycie, o dach nad głową — z czego mu wezmę, kiedy każdą

słomką przepłacam rozstaje, niech ominą ten kąt, gdzie ra-

zem pulsujemy w jedno. Tarmosi o byle przeszłe kroki, prze-

budzenia, o piłkę — tu, wśród bliskich, zawsze mu dłużna.

Kawałek ziemi pewnej

co ja się nachodzę, żeby okryć to kochane zawcześnie

ile gniazdo okrąglę od czerwonej wstążki z warkocza, /a już moszczę siwym

ile czekam na pisklę piórko za piórkiem

ile ciasto zaczyniam — usta ręce w popłochu, gruda ścierp-

nięta po grudzie

coraz zostaję, zatrzymana sobie, wśród

ani wiem, kiedy to nasze przeleci, zakręci się w oczach

nasz kawałek ziemi pewnej, tylko dokoła po drzewach

i dzieciach się starzejemy

Pokrewne

w co porzucają ziemię, że tak wynosi swoje małe z brzuchów

skorup do wielkiej misy, boję się tego nic, co głodne siedzi

w oczach

co tak pulsuje w palcach kiedy chcemy ujść przed pości-

giem

co to za kołujące wędrowanie, ten głodny we mnie ruch

ziemi kiedy zanurza kły po śmiertelne nic —

zamyka, otwiera, jest zajęte, kurczy, rozmyka, jakiegoś szme-

ru jeszcze zapominam, uderzenie, zlizuję krew z rozciętej

ręki

co tak kołu kołu w koło roku, co tak czujemy to własne coraz

bardziej ciszej zmęczona, łakome wybiegi ścieżki krwio-

ścieżki krwi do przedsionków serca

ja domu serca kołatanie czerwone

Sobie na urodziny

Za wiele powietrza zabieram bliźnim, oni tacy nadęci z głodu

i ząb na ząb trafia pusto, miejsca też podobno za wiele odkąd

się przechadzam i samowtór z siebie do siebie przesypuję

cukier, a choćby o stół jaki zadrzeć, po swojemu zbiorę — tak

co więcej, gdzie milej, komu ciszej ustępować z drogi? Kiedy

wreszcie dobijamy targu, znowu zaczną, znowu połknę za

wiele, za słodko.

***

Śpij tu śpij nie zmruż oka! Nie moje, nie moje słowa meble

ozdoby, czyszczą. Dom chwieją raz do mnie raz do słuchu,

wkiwnęli. Oko w oko na siebie mnie biorą, przedstawiają

żywe obrazy. Aż się zapadnie na głucho rozkruszy niezdo-

byta forteca.

***

Wykołowali mnie na człowieka i dalej kołują, a ja im się

dziwię. Tacy biedni rodzice, tacy rozrzutni, mogli mieć ze

mnie nie wiedzieć co jeszcze.

Kogut

Przyniosło mnie na pustkowie, tu się rzeczy dzielą: głos,

ostrogi, mięso, grzebień. Bardzo pięknie wystygliśmy, do

czego te dokładnie osobne szpargały będą mi potrzebne?

Nie posiądę więcej, choć jeszcze zobaczę. Wierzę sobie, tu

nie ma innego koguta, tylko ten: czerwone drgnienia w za-

ciśnięciu powiek rozłuskane pozłotą na dreszcze zieleni. Tyle

mojego.

Odpisane na straty

Nie dotykać kiedy włazi w oczy ani uszu przykładać do tego

co roi, niech się nasyci zagarniętym ciałem, niech się napu-