Proces konia

Do mnie nigdy całe zwierzę nie wychodzi z konia, za nic ma

mój wysiłek, a tu jeszcze — dzień rozpoznać rozrzucony pod

pozorem suszenia siana

a tu jeszcze — rozsądzić przyjście na świat pierwsze i powtór-

ne. Płochliwe źrebię podejrzane w koniu? kasztan, który

spadł w dzieciństwo i pogalopował? Obiecać drzewo, jeśli to

był kasztan, przynęcić cukrem, jeśli wdał się w zwierzę. A tu

jeszcze mam nie płakać nad swym niedołęstwem.

Nie bój się, trochę siły, już cię wyłaniam z zachodzącej łąki.

Znak zniżony do szmeru, do niedowidzenia, cofnięcie w na-

głe to samo: zielone zwierzę! Ale był jeszcze głos chrapliwy —

i tak po kole karuzeli, od kasztana do konia, w zawrotach

do mdłości, martwe konie, ruch we mnie, plama skacząca

z pastwiska w pastwisko.

A gdyby mu teraz nienazwanym dopiec? Bawić się tak lek-

ko jak wtedy — nitką? postronkiem? zwidzeniem, co usidli

konia?

Cały przyjść nie może, zaświadczam tylko, że był spodzie-

wany.