Narodziny Boga

Słyszę co noc konary rzek, które pod ziemią się prężą,

co noc za sercem tak goniąc — nie chwytam.

Oto deszcze spadają podobne szklanym wężom,

wzrok jak nóż po szkle — po niebie zgrzyta.

Jeszcze mi twarze zwierząt migną,

jeszcze lądy albo zamyślenie,

albo puszcze jak róże po płatku rozwiną,

albo i ta ucieczka wieczna.

A kto mi tak sfery pogłębia,

aż się planety w głąb nieba, bez końca

nakładają na kręgi, wirując i hucząc?

Ja morderca — na śmierci liczyć się uczę,

to znów ja — ptaków płonących obrońca.

Ach, jadą rycerze, po lodzie konie ślizgają

kopyta srebrne od szronu, to złota ciężki łańcuch.

I tropiciele mijają śród świateł zapomniani,

mijają panny białe, mijając w śpiewie — tańczą.

Czy gwiazdom stanąć pochodnią, brzegiem nawałnic idąc,

i tak je czytać jak księgi stojące w rzędach czy półkach,

choć nie ma końca oparciom? Czy ziemię krokami rytą

tak odgadywać, nim zetrze ją świerszcz lub lecąca jaskółka?

Czy może słuchać w noc? Tam, gdzie dudniące łowy

albo kruszący się kosmos pyłem świszczącym odpowie,

czy tak u oceanu tragicznie ręce wiązać,

czy tak w kościoły i ludy dzielić zapomnienie?

O, nie unoście przyłbic, zamczyste kule stropu,

ciemni, po nocy szukamy, jakże w zawiei nam poznać?

Toczą się, toczą kule, dymią i dzwonią potopy

i zapadają się zmarzłe rzeki lodowe pod stopą.

Już zapomnieliśmy, barw, już zapomnieliśmy znaków,

które pogasły, a teraz w drzewie czy gwieździe, czy księdze —

jakkolwiek mówisz — odpowiedz i włóż w noc pioruny czy ręce,

jeśli cię nawet nie ma.