O muzie
dla J.K.W.
Tam, gdzie wiruje niebo od wag, skorpionów i panien,
zaułki wydrążone w ciele stygnącym. Kornik,
kornik podkruszył dęby wieków, a obok ze sceny się kłania
kukła z trocin od trwogi wydęta potworniej.
Kopuła zbudowana z lęku i kroków nocnych
kołysze się powoli. Wrzaski ostatecznych trąb
serafiny1 czarne przynoszą, a ty tylko mocniej
zaciskasz w garści gwiazdy złamanej ster i w głąb
jak w podświadomość odnosisz zmniejszony krajobraz.
Tam
dziewczyna o włosach ze spalonej słomy
wije ciemność do fletu kołującą jak kobra
i stoją nad twym grobem jerycha zwalone — jak gromy.
Tam — ach, jak pięknie tańczą jej nogi płynące krwią,
tam — ach, jak pięknie jej oczy zgniłych topielic,
a skry niebiesko biegną od rozdartych jelit,
tylko ze zgrozy koty przybite do dachów drżą.
To muza nadobnych wierszy. Staje cieniem jej czarny upiór
wśród konających koni i szczurów sunących w ciemność,
ale w jej rękach taki wdzięk i smutek,
kiedy otwiera skrzynie ulic i przepaść do dna śmierci
pode mną.
19 XII 1940 r.
Przypisy:
1. serafin — anioł z najwyższego chóru anielskiego. [przypis edytorski]