Prymityw

Już nie umiem mówić, a wasze słowa — śrut,

szeleszczą jak środek różowej muszli — obojętne.

Przecież upływa zielona krew ziemi, strach i głód,

a zwierzęta chodzą po ziemi jak niebo piękne.

Bóg jest najprostszy — przybliżone morze wschodu.

Nie ma tajemnic. Żółty piasek, woda i ogień,

gdzie schodzą wilki szare jak sen śniony na ławce ogrodu,

a kwiaty płyną przeze mnie jak przez szybę, gdzie kwitnące głogi.

Gdzie kwitnące głogi — polana, a cienie szerokie jak deski.

Wiatr zrywa czapkę włosów pełną, ptaków i trawy.

Przez ten krajobraz rysowany drzewami jak kreski

podchodzę do ciebie jak do pięknej zabawy.

Nigdy nie widziałem ludzi, znam kilkoro dzieci

i zwierzęta mocne, sierść ich pachnie nocą i zielenią ostrą.

Myśli to ptaki schwytane na drzewie mądrości. Naprzeciw

wylęgają nam stada zwierząt drogą z najprostszych prostą.

Oto jesteś. Księżyc rozcina nas na ludzi i cienie,

a za nami krucjaty skrzywdzonych zwierząt.

Na tym pagórku staniemy nadzy i zdziwieni:

nad rzeką, ujrzani przez sen pierwotny, przez myśl skrzypiącą jak piach,

geometrzy zmęczeni, słońce zalewa oczy, krają ziemię i mierzą

świat.

10 listopad 1940 r.