Sen

(Sny. I)

1

Sen supły płaskie

najpierw szeleścił jak oset,

aż wykluł niedźwiedzia czy wilka.

Wilk był tobą, szedł bosy

przez drogę zadymioną jak szkło,

drogę dłużącą przez usta.

Zresztą

wzbierało już i szło,

szło zewsząd,

przez krzywe, wypukłe lustra:

jakieś krucjaty przeciw słońcu.

2

Schody kręte, a trumna w dole maleńka.

Huczało echo — kopuła — pękaty bęben.

Dom rósł w śmierć czarnym dębem,

gdzie kornik żerujący na dźwiękach.

Szło się długo przy świeczce w dół

wśród płaczu drżącego w ustach.

Na dole rozdęta sień

ziała cieniami — pusta.

Padał deszcz, czarni ludzie za bramą.

Karawan, który czekał, w lęku okrzepł.

Mały chłopiec w koszuli, wołałem: «Mamo!»

Kondukt ruszał. Był to mój własny pogrzeb.

3

Już był najwyższy czas,

znaki na niebie rosły

i ludzie w szatach z miedzi

szeptali przylegając do gwiazd,

palcami niebo rysując wołali: «Jedzie!»

A tam

namnożyło się zodiaków, wielkich niedźwiedzic

i zabawek sypiących z nieba.

Prosiłem: «Powiedzcie!» Na próżno

uciekali mrowiskiem splątani w kłąb.

Zasypany po szyję w trociny,

zostałem sam,

już było za późno.

4

A potem jeszcze pola jak pokład

schły pod niebem martwym.

Była droga czarna, namokła,

była droga kół czarnych,

manifesty rozwieszone na chmurach.

To świt

już —

srebrny palec katedry wytknął kurant1

ostry jak nóż:

awemaria.

szpital, 20 IV 41 r.

Przypisy:

1. kurant — umieszczony w zegarze mechanizm odgrywający melodię. [przypis edytorski]