[Śnieg jak wieko żelazne...]

Śnieg jak wieko żelazne na oczy opadnie.

O! wy bracia w milczeniu moi — niedorośli.

I Bóg mnie nie przypomni, ani mnie odgadnie

z nagrobka przechodzący, aż w tysiącznej wiośnie

może dłoń jakaś biała odgarnie ciemności

i będzie to prawdziwy czas, czas tej miłości,

której u was nie znałem. Bóg — tak sobie marzę —

w błękicie lotnym nieba wyrysował twarze

naszym cierpieniem, niby maski jasne,

które przymierza tym, tym zapomnianym

czasem podobne rysom, a czasem za ciasne,

aż trafi — wtedy krwawe zasklepiają rany

i taka błogość nieba osiada w błękicie,

że wraca czas zbłądzony, choć nie wraca życie.

Znacie wy, znacie te organów knieje

co wyrastają niby skał mocarny obryw

nawet tutaj na ziemi? — To są te nadzieje.

Jeśli w popiele zgrzebnym taki blask podobny

bożym chyba zamysłem przed oczy się jawi —

nic są te ciemne ciała, które zbrodnia trawi,

nic są te dymy czarne, ta kurzawy ciemność.

To wszystko nic. I żadna trumna nadaremno.

Bóg tchnął jasność. On mocą łagodnego wiosła

pchnął fale burz tajemnych i lawy stuleci,

i co woda pobrała — to woda odniosła.

On świecił nad tą wodą i jak zawsze — świeci.

Śnieg jak wieko żelazne na oczy opadnie;

popiół zostanie z żarów miłości i gniewu,

a na ziemi dalekiej żaden czas nie zgadnie,

jak rośnie niewidzialnie łask wszelakich drzewo.

22 listopada 1942