[W takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie...]1

[...] W takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie

pnie się w niej ten roślinny puch, twardnieje w orzech;

to było dziecko małe, które wkołysali

ciepłych swych ciał pomrukiem jak szelestem morza

w jej pełnię i dojrzałość, która równa ziemi

ogarnęła i rosła rączkami drobnemi,

zarysem ust różowych, roślinką maleńką,

którą czuła pod lekko wyciągniętą ręką.

„Wróć!” — wołała, a krzyk jej — cień niedotykalny,

pienił się w urnie nocy. Drzewa niebo niosły

i jak rybak, co trąci nieostrożnym wiosłem

tataraki i kwiaty podwodne ukaże,

tak wiatr obłokom zwijał nachmurzone twarze

i odsłaniały gwiazdy czystsze od pian bieli,

a w pokoju nadymał żagle złej pościeli,

która czekała na nich, na ciał drzewny oplot,

w którym by miłość ufna zamknęła się słodko.

*

Właśnie skończyli mówić. A Piotr, pełen troski,

broń za pas wkładał i jeszcze raz spojrzał

na mapę nieruchomą; na białym papierze

widział drzewa szumiące, zda się, każdy listek

widział i domków senność. A jego żołnierze,

jakby czując ten ciężar, co przy nim zawisnął,

milczeli. Piotr każdemu dłoń szorstko uścisnął

i powstał. Jeszcze spojrzał na ich twarze ciche,

które były spokojne i jak jezior wody

wygładzone, a tylko w nich głęboko na dnie,

jak złoto, które na dno jeziora upadnie,

błyszczała moc i nieobjęta młodość.

Jeszcze wzrok chwilę wstrzymał i na Jana spojrzał,

i jakąś niechęć poczuł, bo zdało się, dojrzał

na dnie oczu błękitnych niepokój czy boleść.

Milczał chwilę i ręce jak struny na stole

sprężył, chciał wniknąć głębiej, chciał go myślą przebić,

może zeń lęk odczytać czy kruchość pragnienia.

Piotr nie lubił go. Ten dziwny artysta,

wielki, o płowych włosach, które mu jak płomień

wytryskały na słońcu, twarz wysmukła, czysta,

chłopięca prawie. Piotr dobrze pamiętał,

gdy Jan rozmawiał z nim w pracowni wielkiej,

gdzie się wznosiły żywe bryły piękna,

które Jan wznosił dłonią zwinną jak łasica,

i dziwne maski chimer na żółtych policach2,

wydarte dłonią Jana już chyba nie z gliny,

ale z najgłębszej skargi człowieczej i winy.

I widział Piotr, jak z dłoni Jana promień tryskał,

palec wznosił w marmurze niebiosa, przyciskał,

wiódł wolno, wyprowadzał i w oczach mu prawie

wypukły wzrok posągu mienił się i krwawił.

Piotr był żołnierz. Nie lubił, gdy go łzy zakrztuszą.

Sądził go jak kobietę, która z jego duszy

łzy wydarła tajemną iskrą czynów obcych.

*

Ziemia drgnęła i nagle zerwali się chłopcy,

słysząc łoskot motoru. Więc ruszyli cicho,

schodząc po wąskich schodach, jak do głębi śmierci,

gdzie czekał ich samochód. A nad nimi wzdychał

żagiel nocy ogromny jak lodowe piersi,

które oddechem zdmuchną serca, serca wchłoną,

a liście drzew muskały ciemne ciała domów.

*

Stanęli nagle. Niżej szyny lśniły,

jakby się wóz księżyca przetoczył po ziemi,

tak srebra nalał w ziemskie koleiny wozów.

Krzaki drgnęły i widać było skrzydła cieni —

— ludzie to byli. Całe wzgórze grozą

zjeżyło się milcząco, kiedy tak czekali,

jak sierść czarna, bolesna, koląca od stali.

I myślał Piotr: «Ten szlak, po którym szumią

jak deszcze smukłe wozy, tabory ciężarne,

gdzie się czołgają chmury niepogód i suną

grudni nieboskłon sztywny, lipców burze skwarne,

ten szlak, po którym płyną ludzkie zamyślenia,

tych, którzy pożegnali, i tych, co witają,

tych, którym jabłko krain złotych się otworzy,

jest teraz traktem śmierci. Na kształt sinych nożyc

tną go straszne pociągi, po brzegi nalane

ciałami naszych braci, o obliczach szklanych

od bólu, i ciałami kobiet smukłych, które

z miłości swych wydarte jak z niebiosów chmury,

i włosy ich złotawe, zlepione krwią, stygną,

a po nocach chwytają w martwe palce widmo

nadając mu imiona najmilsze, stracone...

Boże — pomyślał — Boże, mocą natchnij, otwórz

moje serce zmartwiałe, abym poczuł bliżej

ten płomień, który niosę im, wolności ogień,

który nam stopy z każdym krokiem liże

na tej ziemi rozdartej» — Wiatr nadpłynął cicho

i Piotr usłyszał nagle, jak trawa oddycha

pod jego piersią męską. Ustami do ziemi

przypadł i głowę uniósł już zimny, wyniosły.

Widział: księżyc rozgarniał chmury płaskim wiosłem

i żeglowało ciepło nieba, świat popielał,

po brzegi wypełniony światłem; cień się przelał

spod jego stóp. I wtedy z daleka usłyszał,

jak się rozpruwa z wolna w krąg stojąca cisza,

jak szum daleki tryska jak siwy wodospad

i na szynach z daleka ciemna lawa rosła.

Wtedy skoczyli nagle. Ognia słup wytrysnął

i jak spieniona grzywa pary huk do góry

strzelił. Cisza. I łoskot. Jak żelazne sznury

szyny skręcone w górze zawisły. Grzmot runął.

Masyw się w dół przetoczył. Tylko ognia runo

drżało nad nim. Do broni! Jak rozgięte łuki

skoczyli w górę. Wzgórze całe z niemi

poderwało się nagle, odprysło od ziemi

i rozdzielone na sylwetek palce

pełzało naprzód. Już się gięli w walce:

to przypadną i szable ostrych strzałów świsną,

to z granatem w powietrzu bez ruchu zawisną,

oczy szukają szybko, potem chmura tryśnie

i jeszcze większa ciemność jak obręcz uściśnie.

Dopadli. Huk zaworów. Już więźniowie z góry

skaczą. Zlewają ciała z ziemią. Nikną nagle.

Powietrze wkoło syczy jak wzburzone żagle

i pęka znów jak płótno. Cisza. Wtedy z boku

stoczył się grzechot strzałów. Schowane za brzegiem

rozprutego wagonu, zabłysły złe hełmy,

karabiny. A ognia płonącego wełny

to opadną, to okryją łysk i świst złowrogi.

Stanęli i przypadli, biała nitka trwogi

już ich dusiła w gardle, już bieg pękł w pół drogi,

gdy się nagle z ciemności jak zjeżone rogi

dwa cienie poderwały. To w górę, to na dół

schylają się wśród biegu, na wietrze się kładą.

Oni dwaj zapaleni jedną iskrą razem,

na dwu końcach torowisk, z granatami w ręku,

w dymie skoczyli naprzód. Wtedy się ozwały

salwy za nimi. Najpierw pojedyncze strzały,

potem grzechot raz po raz jak sznur się naprężał

i słoniły ich z boków proste, długie węże

pocisków. Już dopadli. Rzucili. Grom. Chmura

krwawa z ziemi wytrysła i zastygła w górze.

W dole złote cekiny jak płonące róże

dogasały. I wtedy nagle, gdy już z wolna

zbliżali się, Jan spojrzał i zobaczył z bliska,

jak się zza martwych desek cień ostry wynurza,

bierze na cel. W ciemnościach widać: strzelec zmruża

oko i w Piotra mierzy. Zanim pocisk pluśnie,

Jan zerwał się. Zasłonił. Padł strzał jak klask nagły.

Trzepnął dłońmi i w ciemność dwa ciała upadły.

Wielkie drzewa zerwały się jak ptaki z krzykiem

i wiatr wystrzelił nimi swą ostatnią salwę.

Ucichło. Poprawiali przy pasach rzemyki.

Szczęk broni ładowanej. Świt się wtaczał wolno

jak zasłona bojowa biały. Ptak zakrzyczał

długo, ostro, chropawo. Piotr patrzył daleko,

tam, gdzie trzy drzewa nagie, jak krzyże nad rzeką,

czerniały jak rysunek ślepej mapy śmierci,

i czuł, jak mu się życie zsiada ciężko w piersi,

jak dławi, chciałby wypluć, wyrzucić je z siebie.

Za późno już. Jan leżał. Powoli na niebie

rozlewała się czerwień i na srebrnych krzakach

łzy świeciły, jak gdyby ktoś przed świtem płakał.

*

W uliczce ciężki upał, jakby w szklane słoje

powietrza ponalewał dzień żółtego miodu.

Maliny lśniły sztywno na grzędach ogrodu

i ostry zapach śmierci wisiał nad pokojem.

Piotr stał przy nim. Jan westchnął i oczy otworzył.

Jego ogromne ciało, maleńkie już teraz,

pod kołdrą, jakby obce było mu, zbyt ciężkie,

aby je udźwignęło jego serce męskie,

twarz z wosku, gdzie minuty powoli mu ryły

coraz to ostrzej źródła i wypukłe żyły.

Duszno było i ciężar powietrza przymrużał

usta, które co chwila otwierał, by mówić,

sufit drgający słońcem jak biała kałuża

opadał mu na oczy, aż wreszcie głos schwycił,

jakby to był smug wąski wiotkiej, krwawej nici:

«Piotrze — mówił. — Już teraz trzeba gdzieś daleko

iść, ja już nie jestem ciałem ni człowiekiem,

a jeszcze snem nie jestem. Piotrze, tak mi strasznie.

Jestem pusty, a nie wiem, która chwila zacznie

owijać mnie już śmiercią. Piotrze, żebym chociaż

mógł uwierzyć jak owi, którzy w niebo wierzą,

jak ogród, w którym kwitną obłoki niebieskie

zamiast kwiatów, a liny gwiazd napięte grają

tak im do wtóru, aż w Bogu się stają.

Ja, Piotrze, byłem martwy, zbyt mądry, ja w Boga

nie wierzyłem, nie wierzę, ja jestem dom pusty.

Ty módl, ty się módl za mnie, nim mi zgasną usta.

Sucho tak, taka susza, tak mi serce wyschło,

módl się, nim spopieleje ze mną ciemne wszystko.»

Zamilkł. Skwar wisiał, rozdzielał się w pnącze.

W usta wkręcał się wolno, dusił, sprzęty łączył

ogromnym, lepkim płótnem. «Wiesz — mówił Jan dalej

takie złoto na niebie, a mnie ciemność pali,

ja muszę odejść, muszę, ja... Maria urodzi

syna. Słuchaj, nie — słuchaj, w tej ognia powodzi

on nie zginie. Ty, Piotrze...» Tu mu usta wklęsły

i nos jak wosk studzony zamierał w łuk ostry.

«Ty go, słuchaj...» Piotr ręce załamał i ciepła

łza mu spłynęła do ust, czuł, jak mu zakrzepła,

ogromna, coraz większa, gorąca, jak ołów.

Skwar roztapiał przedmioty. Wielkie ciszy koło

wirowało w milczeniu. Już się pierś szeroka

zapadła, miękka, zwiotczała i lekka,

oczy zamknął. I ledwie drgała jedna powieka.

«Módl się» — szepnął i opadł w cichy obłok snu.

*

I teraz Piotr zrozumiał, że Jan, gasnąc z wolna,

jemu dał swoje życie i kazał je drążyć,

że małe ciałko ciepła, które się mozolnie

stawało teraz dzieckiem, na dłoniach mu ciąży,

że już pozostać musi i prowadzić czas,

który mu Jan dał w serce jak życia sznur szparki.

Wstyd go zdławił i osiadł łzą na gorzkie wargi.

I widział z dala przez okno nieboskłon,

gdzie morze chmur dalekie nawisało cicho,

i błagał. On nie umiałby tak zwykle, prosto

wziąć śmierci własnowolnie jak kwiatu ciemności,

on nie wiedział. Stał w niebie, jakby złoty kościół

skwar ciężki wybudował dla jego modlitwy,

i błagał. On — on, który w dzień ostatni bitwy

wietrzył lęk w oczach Jana. On żył, on pozostał,

jego droga nikomu potrzebna, zła, prosta

jak strzał karabinowy. «Boże — błagał — Boże,

niechże się pąk niebiosów zielonych otworzy,

niech spada jedna łza, łza, w której zobaczy

Jan swoją duszę smukłą. O, niech mi wybaczy

moje życie». Jan skonał i wtedy się chmura

nasunęła jak zwierzę ogromne, i kropla

spadła w otwarte usta wyschłej, czarnej ziemi,

nim się ulewa ciężka jak owoców potok

nie przelała powałą, burzą, grzywą złotą.

*

Jan miał twarz napełnioną po brzegi milczeniem,

światłem błękitnym, a w nim uśmiech dziwny

stał się, jakby mu nigdy nie śpiewała ziemia,

i usta napełnione płynem niebios ciepłym,

już zbawione, dalekie jak kwiat w ciszy — krzepły.

I drętwiał Piotr u okna jak ostatni posąg

umarłego rzeźbiarza — jego ciemne włosy

na twarz mu spadły i pluskał w przestrzeni

głos jego serca czy głos smutnej ziemi?

*

Maria wtedy od okna odeszła, a drzewa

biły wielkimi dłońmi, szumiała ulewa,

jakby konie zerwane z ogromnej przestrzeni

tratowały zły całun pomarszczonej ziemi.

Skrzypnęły schody. A ona uniosła

dłonie swe niebieskawe, jakby ciężką wazę,

w której cierpienie jej ciężko zastygło,

i już tych rąk opuścić ani wznieść nie mogła.

Wiedziała. Wiał chłód niebios i szumiała trwoga.

Przypisy:

1. [W takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie...] — tekst stanowi dłuższą, alternatywną redakcję końcowych partii utworu Wybór. [przypis edytorski]

2. police — półki. [przypis edytorski]