Asyż

W ów dzień, który jak inne piękne dnie się chyli,

Wielkie woły rogate w przedzmierzchowej chwili

Wracają, przez ciemnego zganiane pastucha.

Poeta stąpa w miasto, a wieczór go słucha.

Tedy, zanim krok jego powstrzymają domy,

Wzrok okala widnokrąg, daleki i stromy,

Myśl błąka się pogodna, w senności leniwa,

Od wzgórz aż po dolinę, tej sielskości chciwa.

Nim pierwsza gwiazda wzejdzie w złoceniach, gdzie strzecha

Wznosi się ku niej lekko: idąc, się uśmiecha.

Spogląda wzdłuż gościńca, co gnie się daleko,

Widzi oliwki szare nad gasnącą rzeką.

Zapomniał wszystkich cierpień, straszliwej boleści:

Jest promienny, jak słońce, które wszechświat mieści.

By wznieść go ponad siebie, znów szepcesz, Naturo.

Godzisz go w samo serce, nienakryta chmurą,

O, czysta pod tym łukiem, gdy opada kula

W blasku, on marzy słońce, jako diament króla,

Wiekuiste, i, zanim światłość w mroku skona,

Gada: urodo ziemi, o, bądź pochwalona.