Damnata

Żywym i umarłym

I (Umarłych płaczę...)

Umarłych płaczę... Na wielkich dni grobie,

Jak brzoza stoję we łzach i w żałobie,

Którą mi nosić, o życie, po tobie!

Kości na polu szeroko bieleją,

Duchy się niosą wichrową zawieją,

Zraniony orzeł nademną kracze,

Umarłych płaczę.

Płaczę minionych i ludzi i rzeczy,

Płaczę proporców z wiedeńskiej odsieczy,

I trąb Dnieprowych, i szczęków i mieczy.

I wiem, że na świat nie wrócą się one

Czasy pradawne, w mogiłach uśpione,

Że ani wy ich, ni ja — nie obaczę...

Umarłych płaczę.

Do każdej trumny, do każdej mogiły

Poszło pod ziemię coś z pędu i z siły

Skrzydeł tych, co nas po świecie nosiły.

Pod kurhanami, pod tarczą gdzieś rdzawą

Śpi to, co było i życiem i sławą,

A coraz rzadziej w dno trumny kołacze...

Umarłych płaczę.

Rozjęczał się, rozkołysał na Wawelu spiż...

Do ćmy krzyżów przybył jeszcze jeden czarny krzyż.

Jeszcze jeden wzniósł ramiona nad smętną dziedziną,

Gdzie mniej coraz blasków słońca, a chmury wciąż płyną.

Z dróg tułaczych, z krwawych ścieżek oto wraca już

Ten, co z nami brał w pierś gromy wszystkich naszych burz.

Wraca oto uciszony oną wielką ciszą,

Których duchy praojcowe synów swych kołyszą.

Już otarty z jego czoła bożych rabów znój,

Dobiegł mety biegu swego, przebojował bój,

Przebojował dnie młodości i swe zeszłe lata,

Została mu domowina, ta dębowa chata...

W cudzej stronie ją ciosano, z cudzych, zimnych drew,

Na sen w niej go nie utulił miły, bratni śpiew...

Na pierś brakło grudki ziemi z rodzinnej krainy,

Nie żegnał go brzeg wiślany, nie żegnał step siny.

Wichrem pomsty go pędziła obca, twarda dłoń,

Jako Syn Człowieczy, nie miał, gdzieby złożył skroń...

Dziś powraca po swą schedę do tej matki ziemi,

Co obdziela dzieci swoje grobami cichemi.

Opłakaneż to dziedzictwo, opłakany dział!

Wyleciały ptaki młode, nakształt złotych strzał,

Wyleciały z gniazda w słońce, ponad czarne chmury,

A wróciły z krwawą piersią, z złamanemi pióry.

Oj! ty ziemio, ty sieroto, przebogata w kir!

Pękły struny szczerozłote twoich srebrnych lir,

Pękły serca, które tobie śpiewały i biły,

Ludzie w tobie pomaleli, porosły mogiły!

O! ty ziemio, o, ty wdowo, przebogata w łzy!

Wskroś twych łanów i kurhanów idą sine mgły,

We mgłach płyną duchy smętne i duchy tułacze,

Wiatr niedoli je pogania, i jęczy i płacze...

A z czemże my wyjdziem, bracia, na swej ziemi próg,

Witać tego, co nam wraca z tak dalekich dróg?

Jak uczcimy, jak przyjmiemy Starej Baśni piewcę,

Karmiciela myśli naszych, uczuć naszych siewcę?

Nie rozkwitły wiosną kwiaty wpośród czarnych pól,

Pieśń zgłuszyły jęki dzwonów i zadławił ból...

W ciszy stoim wobec ducha, co idzie z tej trumny,

My — pochodnie zagaszone, strzaskane kolumny.

O! zaszumcie, gęste bory, w pogrzebowy chór,

O! zapłaczcie, rzeki płaczki, co pijecie z chmur,

O! posypcie łzami, rosy, na ojczyste groby,

O! ściśnijcie wy się, dłonie, w tym domu żałoby!

...................................

Rozjęczał się, rozkołysał na Wawelu spiż...

W ziemi grobów przybył jeszcze jeden czarny krzyż,

Jeszcze jeden wzniósł ramiona nad smętną krainą,

Gdzie mniej coraz blasków słońca, a chmury wciąż płyną!

Na Kurhanie I

Śpijcie, śpijcie w głuchem polu

Pobielałe kości!

Kto powraca w dom sierocy,

Ginie od żałości.

Wyniszczona, wygorzała,

Stara wasza strzecha...

Z ognisk waszych — ani iskry,

Z pieśni — ani echa.

Wyrąbane wasze wrota,

Znieważone progi,

Rozniósł wicher dobro wasze

Na rozstajne drogi.

Rozniósł wicher dobro wasze,

Złotą waszą dolę...

Zarodziło piołunami

Siane przez was pole.

Pogorzkniały słodkie miody

I białe kołacze,

Ponad starem gniazdem waszem

Kruk nocami kracze...

Zmąciły się jasne zdroje,

Płynące do morza,

Pospadały gwiazdy z nieba,

Pociemniała zorza.

Ranki idą i przechodzą

Bez słońca dla duszy,

Wybujały chwasty dzikie,

W pustce tej a głuszy...

Oj, wie dobrze ziemia-matka,

Wie dobrze mogiła,

Czemu was tak, na sen wieczny,

Cicho utuliła...

Wiedzą o tem bujne deszcze,

Wiedzą białe rosy,

Czemu płaczą i żaleją

Nad wami niebiosy...

I te wichry rozełkane,

I te czarne tucze,

Co nad chatą waszą wieją,

Jako skrzydła krucze.

............................

Śpijcie, śpijcie w głuchem polu

Pobielałe kości!

Kto powraca w dom sierocy,

Ginie od żałości.

Na kurhanie II

Śpijcie! Na grobach waszych żaden anioł jeszcze

W słonecznej zbroi,

Z hasłem, co w trupich próchnach budzi życia dreszcze,

Anioł, o którym zdawna prorokują wieszcze,

Nie stoi.

Śpijcie! Tan Galilejczyk, co wskrzesza Łazarza

Ściągnięciem ręki,

Jeszcze się trumnom waszym otwierać nie każe,

Jeszcze się na wiekowe nie puścił cmentarze,

Na pola męki.

Jeszcze gwiazda zaranna, kto wie, jak daleka,

I trzecia zorza...

Jeszcze ta, co od wieków przez ziemię przecieka

Łez naszych i krwi naszej spłynąć musi rzeka,

Do morza.

Lirnikowi na „via Montebello”

„W ogniach jesteś świętych — idź i świeć”.

(Z listu T. L.)

Słowy mnie swemi namaścił zdaleka,

Jakoby święte wylawszy oliwy

Na czoło moje, ten pieśniarz, co czeka

Oparty o swój kij pątniczy, krzywy,

Aż łódź tułacza odbije się z brzega,

Do ostatniego, cichego noclega.

A sam, pośpieszny będąc w drogi one,

Patrzył komuby swą lirę zostawił,

I pieśni, jako gołębie uśpione...

A zaś mnie jasną ręką błogosławił,

I rzucił na mnie przebłogie swe blaski,

I zdał dziedzictwo miłości i łaski.

Słowy mnie swemi namaścił do pieśni,

I struny zładził na sercu mem drżącem,

Jako ci ślepce, co chodzą boleśni

Po sinym stepie, po polu grającem

Od ech, a ręce na srebrnych piołunach

Nad mogiłami kładą, jak na strunach.

Aż one zioła gorzkie i żałosne

Złotą się gędźbą rozbrzęczą po stepie,

I poczną wróżyć kurhanom tym wiosnę,

I szum obudzą w wyschniętym czerepie,

I kość obwieją na stepie spróchniałą

Echem, co niegdyś na szpiku jej grało.

Jako na skałach siedzący orłowie,

Wypatrzył lot mój pierzchliwy i niski,

I tchu mi dostał, i mocy w swem słowie,

I sam się mienić począł w różne błyski,

By mnie nauczył, jak z piersi snuć zorze,

I wielkie światła jutrzenne a boże.

I pióra zjeżył siwe, i pod pióry

Piersi pokazał zczerniałe i krwawe,

A zaś się lotem wyniósł, i wskroś chmury

Przebił na wielką świetlistą kurzawę,

I uczył brać się do słońca od ziemi,

Bez jęku, skrzydły bijący krwawemi.

I rzekł mi: «W ogniach świętych jesteś oto —

Idź, a świeć, bym się na ciebie nie żalił»

I dziwną ducha swojego robotą,

W jasny mnie płomień objął i zapalił.

I wiem, że już mi w ogniach onych chodzić,

I żyć płomieniem — i płomienie rodzić.

A nie z rozkoszy próżnej, ni z uciechy

To gorejące wzięłam namaszczenie:

Bo rzadkie w pieśni ziemi tej uśmiechy,

A ciężą na niej popioły i cienie

Rzeczy pomarłych, a praca to sroga

Śpiewać, gdy w piersiach jest ucisk i trwoga...

Ale mi czynić trzeba, co duch zdarzy,

A iść za głośnym od mogił podmuchem

Ku jutrzni onej, co na dzień się żarzy,

I za tym wielkim, żórawim łańcuchem

Pióreczkiem lecieć porwanem od ziemi,

Z piosenką cichą i łzami srebrnemi...

Po grudce ziemi

Gdy sądy Boże, jak wichry, powstały,

By kości nasze rozmiatać po świecie,

Sierocy sztandar wielkości i chwały

Bóg oddał w ręce poecie.

Wziął go wieszcz, w blaskach słonecznych rozwinął,

Jako ofiary i nadziei znamię,

Ściągnął nad ludem potężne swe ramię

I jak wódz — na duchy skinął.

Poczuł się w sobie hufiec rozproszony

Po krwawych ziemi całej polach bitwy;

Pieśń się zerwała nad łany Koron,

Nad puszcze sinej w mgłach Litwy.

I w serce ludu szukając oddźwięku,

Wiązała w klęskach potargane struny,

Nawykłe zdawna do klątwy, bez jęku,

Kiedy w nie biły pioruny.

Długośmy byli jak lutnia strzaskann,

Niezdolna wydać nic więcej, prócz zgrzytu,

Na której wichry od rana do rana

Targały ciszę błękitu.

Długo my byli jak trup porzucony,

Co się nocami przebudza cichemi

I idzie, bladym upiorem wskrzeszony,

By ssać krew własnej swej zemi.

Aż tknięci słowem nieśmiertelnem mistrza,

Hymn my ofiary podnieśli z mogiły...

Odtąd harmonia wciąż czystsza i czystsza

Wzmaga nam ducha i siły.

Wieszcz wskrzesił serce narodu, mdlejące

W marnych wysiłkach śmiertelnej rozpaczy.

On dla rozbitów, dla nędznych tułaczy,

Był — jako ziemia i słońce.

On z pieśni swojej uczynił ognisko

Obozu duchów, przy którem się grzeje

Naród zmartwiały, nim zorza zadnieje,

Bóg wie... daleko czy blizko.

Pn z pieśni swojej uczynił nam hasło,

Po którem, bracia, na duchów strażnicy

Poznać się możem, nad ziemią zagasłą

W martwej zwątpienia ciemnicy.

On nam z niej słowa uczynił pacierza,

Hymn narodowy nadziei i wiary,

Puhar krzepiący i arkę przymierza,

Co strzeże duchów ofiary.

Jak zawołanie wspólnego nam rodu,

Pieśń jego poszła po całej tej ziemi

I była chlebem wśród suszy i głodu,

Zdrojami była żywemi.

A budząc sennych z długiego uśpienia,

Jak blask poranny, co bije wskróś powiek,

Dla zbrodni — była okrzykiem sumienia,

Dla słabych — hasłem: tyś człowiek!

Drżący ją starzec powtarzał o świcie,

Patrząc w słoneczność wschodzącej jutrzenki;

Dusza młodzieńcza swój zapał i życie

Z jednej czerpała piosenki.

Pieśń ta uwiła królewski dyadem,

W którym, łez naszych zabłysły kropelki

Nad czołem dumnem, spokojnem, choć bladem,

Kobiety-obywatelki.

I zarzuciła płaszcz drogi, utkany

Z żywej, tajemnych uczuć naszych przędzy,

Na ziemię ojców, na krwawe jej rany

Na nagość i wstyd jej nędzy.

Gdy biła w skrzydła anielskie nad ludem

Nawet bluźnierca uginał kolana,

A w oku jego wzbierała jak cudem

Łza wrząca, dawno nieznana.

O bracia moi! ja wam nie uczynię

Krzywdy, wołając o pomnik Adama!

Wiem, że ta ziemia poruszy się sama

I wyda z siebie świątynię.

Wiem, że się zwiną puszcze starej Litwy

Na wieniec godny śpiewaka swojego,

Wiem, że z ich szumem, jak z głosem modlitwy

Rzeki do morza pobiegą.

Wiem, że zniesiemy rękami własnemi,

Z nad brzegów Niemna i z równin Korony,

Choćby po grudce ojczystych pól ziemi

Temu, co czuł za miliony!

Bohdanowi Zaleskiemu

Ojcze! Słyszycie jak Ukraina

Huka, a klaszcze, a woła syna?

Jak ohukują głosem kurhany:

— A gdzie nasz śpiewak? A gdzie wybrany?

Czym mu nie dała nad stepem mocy?

Ciszy w poranek, harf srebrnych w nocy?

Czym nie karmiła kwieciem, a mlekiem?

I starej sławy echem dalekiem?

Czylim nie przędła z blasków miesiąca

Strun, w które dumka serdeczna trąca?

Czylim nie tchnęła w teorban ducha?

Czy Dniepr mój siny pieśni nie słucha?

Rusałkiż moje nie dosyć wdzięczne?

Nie dość-że ciche noce miesięczne?

Nie dość-że złota słomiana strzecha,

Czy brakło w stepie na rozhuk echa?

Cóż to, że wzgardził swobodą naszą?

Ej, czary ty mu zadałaś, Laszo!

Ty mi uniosłaś na łzy, gorycze,

Prześpiewne ptaszę moje słowicze!

Ej, czary ty mu zadałaś! Oto

Gwiazdy mi mdleją długą tęsknotą,

Za owych dumek i szumu rojem,

Co się w powietrzu goniły mojem.

Pod Iwanową step buja głuchy,

Po nocach tęsknią praojców duchy,

A bezdziedziczna i zapomniana,

Rdzawieje we łzach geśla Bojana.

Roś i Rosowa milkną, ej, głuchną!

Z hetmańskich mogił sypie się próchno,

A nie masz, nie ma rozbudzić komu

Życia w sierocym i pustym domu!

Gdzież to mój śpiewak?»

...Ojcze słyszycie?

Uderzcie w struny! Tchnijcie w nasz życie,

Niechaj «podzwonim» słabi i mali,

Ku wielkim ojcom w szable ze stali!

Pomiędzy zmierzchem naszym a świtem,

«Most kalinowy» rzućcie błękitem,

I niechaj po nim kroki grzmiącemi,

Do obiecanej lud wejdzie ziemi!

Na Ukrainie i na Koronie,

Jako na strunach połóżcie dłonie,

Niech burzą duchów zagrzmi pieśń nowa,

Aż jej dwa morza podadzą słowa.

Grzmijcie nam w struny śpiew Tyrteusza,

Co martwym wskrzesza, co zimnych wzrusza,

Niechaj poczuje naród, że jeszcze

Wiodą go w chwałę lutnie i wieszcze.

W rocznicę śmierci Zygmunta Krasińskiego

Modliły się dziś echowe kolumny,

Łkaniem swych piersi i ech swoich płaczem,

Do archanioła, co stoi u trumny,

Tego, który tu w życiu był tułaczem

I odszedł, gdzie go wiodła smętna gwiazda,

Domostwa szukać i wiecznego gniazda.

A usta, które tam w ciszy pałały,

Jak pała ogień stłumiony popiołem,

Rzekły: Dopókiż, archaniele biały,

W grobowcach mieszkać będziesz, bladem czołem

Jako umarły księżyc świecąc ziemi,

Cichy, nakryty skrzydły przebitemi?

Oto już harfy, które cię płakały,

Zmilkły, jak orły uśpione na chmurach,

I wytracone są z kołczanów strzały,

Które duch ciskał, na złotych się piórach

Pieśni unosząc... Z serc sypie się próchno...

Maluczko leszcze, a wichry nas zdmuchną.

Oto już słowik, co wołał: «Cezara!»

W gotyckich sklepień obłąkał się ciemnie,

Oto przedświtu budząca się mara,

Jutrzenki złote rozpala daremnie,

Oto Irydyon sny przespał złowieszcze,

A ty nie wznosisz skrzydeł? Ty śpisz jeszcze?

O zmiłuj ty się i nie daj żałować

Tym, co umarłej oddali swe życie,

Nie daj im ducha zwątpieniem zepsować,

Ale im ukaż tę zorzę w błękicie,

Co ma, po wiekach, zajaśnieć nadzieją...

O zmiłuj ty się, bo serca nam mdleją!

...................................

Lecz wkoło była cisza. Żadne usta

Płonącym owym nie dały odzewu.

A wielka nawa ostygła i pusta,

Podobna była umarłemu drzewu,

Na którem umilkł śpiew i ptasie szmery,

A śmierć zeń ciosa cicho deski cztery.

Na zjazd śpiewaczy w Częstochowie

Pozdrowione bądźcie pieśnią,

Pozdrowione sercem, słowy,

Dawnych wieków skryte pleśnią,

Sławne mury Częstochowy!

Jeszcze tutaj błądzą mary

W noc miesięczną po tym szańcu;

Jeszcze tu Kordecki stary

Szablę dzierży przy różańcu.

Jeszcze tutaj wierzyć chce się

W moc nadziemską, w siłę cudu,

Co to kule nawstecz niesie,

I ochrania piersi ludu...

Jeszcze śni się on Czarniecki,

Dusza twarda a przejrzysta...

I pancerny rój szlachecki,

Co na żołdzie był u Chrysta...

Jeszcze śnią się naprzemiany

Wielkie chwile, wielkie męże,

Ten Puławski, te Barszczany,

I te boje i oręże...

I on płaszcz z błękitów cały,

Tej Hetmanki silnej ręki,

Przed którą tu działa drżały,

Przygwożdżone za paszczęki...

I duch jakiś mocny bije

Od tych wierzyc, baszt, kamieni....

Bo tu wielka przeszłość żyje,

Której żadne dziś — nie zmieni.

A więc nieśmy hołdy swoje,

Przed ten ołtarz narodowy!

Pieśń też musi mieć swą zbroję

Z skarbca starej Częstochowy!

Ona też jest z tej załogi,

Której Boża moc hetmani!

Jej tez walczyć, nie znać trwogi,

Na usługach miłej pani.

Bo i ona w tej żołnierce

Niepoślednim chce być ciurą:

Jej zdobywać ludzkie serce,

Jej ton swojski trzymać górą...

Gdy ojczyste niesie słowo,

Gdy przebiega miasta, wioski,

Niech jej piersi strzeże zdrowo,

Sławny ryngraf częstochowski.

Po tę siłę, po tę miarę,

Przyszliśmy tu słabi, smutni...

Błogosławcie mury stare

Naszej pieśni, naszej Lutni!

Braciom Czechom

Wielkim jest naród ten, w pośród którego

Duch wiecznie żywy przebywa,

A ziemia, którą synowie jej strzegą

Nazwana będzie szczęśliwa.

Wy ducha tego zbudzili, Czechowie,

Gdy w sen zapadał głęboki,

Wy byt narodu oparli na słowie,

Jako na zrębie opoki.

Gdy blasków słońca zabrakło tej ziemi,

Co was zrodziła w boleści,

Wy ją ogrzali piersiami własnemi,

Wy ją wrócili do cześci!

Więc Was pozdrawiam, ja, dziecię krainy,

Która nam równie jest drogą,

Choć jej w niedoli, i córki i syny

Nic dziś, prócz łez, dać nie mogą.

Był czas, nim słońce nad nami zagasło,

Że w całej naszej ziemicy

Rwały się orły do lotu, na hasło

Bogarodzicy Dziewicy.

Od was my mieli tę pieśń uskrzydloną,

Której potęga i siła,

Nad naszą Litwą, nad naszą Koroną,

Sztandar zwycięztwa nosiła.

Więc przez to hasło, co chrobrych rycerzy

Krzepiło w chłodzie i głodzie,

Przez tę moc ducha, co ufa i mierzy,

Bądź pozdrowiony, Narodzie!

Idzie czas, w którym nie ramię olbrzyma,

Lecz żywych duchów potęga

Będzie tą siłą, co ludy utrzyma,

Bratne plemiona posprzęga.

Idzie czas, w którym wśród burz i zawiei,

Nim świt zwycięży noc mroczną,

Po jednej wierze, i jednej nadziei

Ludy poznawać się poczną.

Dziś, kiedy dłonie z gorącem uściskiem,

Jak bracia podajem sobie,

Gdy nam tak wiele jest wspólnem i bliskiem,

W miłości, w pracy, w żałobie, —

Przed trybunałem najwyższym stuleci,

Genjusze obu narodów

Zanoszą skargę, co w błękit gdzieś leci,

Do nowych świtów i wschodów.

Krwią my związani braterstwa i ducha,

W wspólnej nadziei i wierze,

Jako ogniwa jednego łańcucha,

Zawrzyjmy z sobą przymierze.

I pójdźmy razem, gdzie czeka nas droga,

Na której ludy przyszłości,

Nic nie żądają od dziejów i Boga,

Prócz jednej — sprawiedliwości.

Pamięci Ignacego Domejki

Odpłynąłeś nam za morze,

Za dwoiste morze!

Za to jedno tu, na ziemi,

Za to drugie — boże.

A na jednem fale biją,

Wicher po niem lata,

A na drugiem wielka cisza,

Cisza z po za świata.

A na jednem, w blaskach słońca,

Łódź się rankiem chwieje,

A na drugiem — noc wieczysta,

Co nigdy nie dnieje.

A na jednem w maszty białe

Bujny wiatr podzwania,

A na drugiem — czarny żagiel

Wiecznego rozstania.

A na jednem serca biją,

Łza powieki mroczy,

A na drugiem — pielgrzym cichy

Ma zamknięte oczy.

A to jedno, w ciszy nawet,

Pełne głuchej wojny,

A to drugie, nawet w burzy,

Ocean spokojny.

A to jedno grób twój dzieli

Od rodzinnej ziemi,

A to drugie łączy ciebie

Z duchami bratniemi.

....................................

Bywaj! Bywaj pożegnany,

Miły nasz tułaczu,

Na tych obu morzach, gorżkich

Od ludzkiego płaczu!

Pieśni i piosenki

I (Oj czemu ta Wisła, ta biała...)

Oj czemu ta Wisła, ta biała,

Do morza wciąż płynie, a płynie?

Oj czemu to serce, to smutne,

Od żalu się krwawi i ginie?

Oj płynie ta Wisła, ta biała,

Bo łzami wzbierają jej wody...

Oj krwawi się serce to smutne,

Bo nie zna wolności, swobody!

II (W pole, w pole, po padole...)

W pole, w pole, po padole,

Buja sokół siwy.

Kiedyż tobie wzejdzie zorza,

Kraju nieszczęśliwy!

Zapłonęła, zagorzała,

Jutrzenka na niebie,

Wschodzi, wschodzi złote słonko,

Ale nie dla ciebie.

Wschodzi słonko, wschodzi złote,

Kalinowa zorza,

A nad tobą nocka ciemna,

Od morza do morza.

III (Jeśli nasza dobra dola...)

Jeśli nasza dobra dola

Pod ziemią leży,

Przeorajmy wszystkie pola,

Na zagon świeży.

Nie szukali my od wieka

Srebra ni złota,

Lecz za dolą, to człowieka

Chwyta tęsknota.

Po pradziadach my dziedzice

Objęli długi,

Przecież stać nas na płużyce,

Stać nas na pługi.

Stańmy tylko wszyscy razem

W polu otwartem,

I obliczmy się z żelazem,

I z jego hartem.

Potem idźmy w imię boże

Na czarną rolę,

A kto orze, ten wyorze

Swą dobrą dolę!

IV (A choć ty się, ziemio...)

A choć ty się, ziemio,

Kwieciem rozkwieciła,

Powiadają ludzie,

Żeś ty jest mogiła...

Oj wyrosły kwiaty

Z prochu naszych kości

A ten, kto je zerwie,

Zapłacze z żałości.

A choć ty się, ziemio,

Lasami odziała,

Powiadają ludzie,

Żeś ty czarna cała...

Stoi las w zadumie,

Szum idzie po lesie,

Wiatr od stepu leci,

Jęk daleki niesie.

A choć ty się, ziemio,

Wysrebrzasz zdrojami,

Powiadają ludzie,

Że ty płyniesz łzami...

Oj, padały rosy

Na tę bujną trawę,

A nie były jasne,

Ale były krwawe.

V (Dobre słowo, dobrą wieść...)

Dobre słowo, dobrą wieść,

Radabym wam, bracia, nieść,

Jak skowronek ponad pole

Wzlatać, śpiewać lepszą dolę,

Lepszą dolę, jasne dnie...

Lecz mam w oku łzę.

U tych znanych stojąc bram,

Pozdrowienie daję wam!

Pieśń nadziei, uśmiech błogi

Nieśćbym rada w wasze progi,

Wzbudzić w sercach bratni dźwięk...

Lecz mam w piersiach jęk.

Na dzień jeden i na noc,

Miećbym chciała cudu moc.

Zimne duchy zapłomienić,

Żywych porwać, słabych zmienić,

Posiew jutra siać wśród pól...

Lecz mam w duszy ból.

Ach, niejeden bo już rok,

Zamiast słońca dał nam mrok,

I niejedna pieśń nadziei

Zmilkła, zgłuchła wśród zawiei,

Wśród zawiei srogich burz

Zmilkły pieśni zórz!

VI. Jaśków sen

.............................................

Śniło mi się na zorzę,

Na samiutkie świtanie,

Że po łąkach szedł anioł,

W prostej, zgrzebnej sukmanie.

A miał nogi on bose,

Na koszuli len szary.

A okrutną niósł kosę,

I z grabliskiem do pary.

Jak najtęższy dąb w lesie,

Taką ci miał urodę,

I zahuczał jak wicher:

«Będziem mieli pogodę».

I tak przeszedł przez pola,

Jak ta jasność co błyska,

A precz wołał ku chatom,

— «A wstawajcie, ludziska!»

Aż tu kupa narodu,

Na gościniec się wali...

Ja za kosę ze ściany,

Kosa ogniem się pali.

— A co kosić będziewa, —

Pyta jeden, to drugi,

— Czy ten łężek pod lasem?

Czy ten spłacheć od strugi?

A on precz nas prowadzi

Prościusieńko na słońce,

Co już weszło nad ziemię,

W złotych zorzach grające.

Aż w tę jasność, w tę złotą,

Poszedł naród ów cały,

Tylko krzywe się kosy,

W onym blasku migały.

I wsiąknęli w tę cichość

W jutrzenkowe to granie...

A sen miałem na zorzę,

Na samiutkie świtanie.

VII. Warszawa

Warszawo, Warszawo, ty czerwienny grodzie!

Obrano cię niegdyś królową w narodzie.

Nie obrano ciebie dla twojej urody,

Jeno dla tej Wisły, dla tej Białej wody...

Jeno dla tej starej mazowieckiej ziemi,

Co cię kołysała szumami leśnemi...

Kołysała ciebie, do snu ci śpiewała:

«Rośnij ty mi, grodzie, wysoko jak skała...

Wysoko jak skała, co w nią biją fale

Na brzeg rzucające skrwawione korale...

Rośnij mi do słońca, daleko za chmury,

Kędy orły lecą srebrzystemi pióry»...

Wiatr się górą nosi, po gałęziach chodzi,

Zorza co dziś zgasła, znowu rankiem wschodzi...

Na polanie stoi stary dąb pochyły,

Co wyrósł przed wieki z piastowej mogiły...

Na polanie stoi, drobnym liściem chwieje,

W szumach opowiada twoje dawne dzieje.

Hej nie było tobie jasnej gwiazdy w niebie,

Ani jasnej doli nie było dla ciebie!

Na granicie Wawel — na piasku Warszawa,

Nad tą modrą Wisłą świeci tęcza krwawa...

Nad tą modrą Wisłą jaskółki latają,

Gubią w wodzie piórka — że gniazda nie mają!

Ziemio, matko stara, mazowiecka niwo!

Bądźże miastu twemu chlebem swym życzliwą!

Dębie ty piastowy, pieśniarzu żałośny,

Niechże go twe szumy budzą każdej wiosny!

Siłę niechaj bierze z kłosów swojej ziemi...

Serce niechaj karmi pieśniami staremi!

VIII. Wisła

A co ty nam niesiesz z drogi,

Stara nasza Wisło,

Że nad tobą wichrów tyle,

Tyle chmur zawisło?

Jeśli idziesz od Karpatów,

Co pod śniegiem stoją,

Czemuż to nas fale twoje

Mętną wodą poją?...

Jeśli idziesz od Krakowa,

Jako krakowianka,

Czemu w tęsknych szumach płyniesz,

Bez pieśni, bez wianka?

..........................................

O! jak smętno jest ptaszynie,

Gdy nad grobem leci...

O! jak smętno matce Wiśle,

Gdy się skarżą dzieci...

Zerwały się orły z gniazda

Wysoko od ziemi —

Pomąciły białe śniegi

Skrzydłami czarnemi...

Wyschły kwiaty na dolinie,

Podlewane łzami,

Burza pieśni zagłuszyła

Mroźnemi wichrami...

Więc dziś mętne moje wody

Przez te pola niosę,

I zabieram z czarnej roli

Gorżką, krwawą rosę...

Więc do morza z skargą idę,

Zasmucona, cicha,

Za mną płaczą jasne zdroje,

I ta ziemia wzdycha...

Dnie i chwile

Groby nasze

........................................

„Lecz błagam, niechaj żywi nie tracą nadziei”.

Słowacki.

Groby wy nasze, ojczyste groby,

Wy życia pełne mogiły!

Wy nie ołtarzem próżnej żałoby,

Lecz twierdzą siły.

Nie z jękiem marnym, nie z westchnieniami

Nie z pustym echem pacierzy,

Ale z płonącem sercem przed wami

Stać nam należy.

Bo zakładniki wyście przed niebem,

Które Bóg wybrał wśród gminu,

Że się znów kiedyś przełamiem chlebem

Pieśni i czynu.

I na dalekich tułaczych drogach

Sypał nam Pan te kurhany,

By pielgrzym tęskny na cudzych progach

Miał znak podany.

Bo jak drużyna chrobra zwycięża,

Gdy sztandar wzlata jej ptakiem,

Tak pogrobowiec rośnie na męża,

Pod mogił znakiem.

I tak przyjmuje ziemia ta czarna

One popioły a kości,

Jako złotego posiewu ziarna,

Na plon przyszłości.

Więc choć jest teraz jako step nagi,

Zamarła z końca do końca,

Niechaj nie tracą żywi odwagi,

Czekając słońca.

Im noc trwa dłużej, tem bliższe słońce,

Tem bliższe błogie zaranie...

Z grobów się ozwie lutnia dźwięcząca,

Żywa pieśń wstanie.

I od mogiły aż do mogiły

Przeleci jako płomienie,

I zbudzi w grobach drzemiące siły,

Rozproszy cienie.

I jako sztandar ziemią powieje,

I zbudzi serca do bicia...

Niechaj więc żywi mają nadzieję,

Niech strzegą — życia!

....................................

....................................

Po zeschłym liściu wiatr cichy trąca,

Smętne się echa niosą...

A ja na grobach — brzoza płacząca,

A łzy mi lecą rosą...

Zaszeptały, zaszumiały

Drzewa w tęskny chór...

Przewiał wicher, tułacz stary,

Przez ten ciemny bór.

Nieobeschłym, dawnym płaczem

Nabrzmiewają tucze,

Płyną chmury ponad chatą,

Jako skrzydła krucze...

O Dziady! Dziady!

Zakipiały sine tonie,

Zamącił się zdrój...

Niesie Wisła aż do morza

Stary smutek swój.

Niesie Wisła aż do morza

Stare swoje żale,

Z jękiem biją w chatę naszą

Jej tułacze fale...

O Dziady! Dziady!

Osamiały, opuściały

Długie szlaki pól,

Leci przez nie jęk stłumiony,

Wieje przez nie ból.

Gorżki plon wydały siewy

We łzach padające,

Wyorane kości białe

Suszy na nich słońce.

O Dziady! Dziady!

Zatrzeszczały, zaświerkały

Na ognisku skry.

Dym gryzący od powały

Dobył z oczu łzy.

Dym gryzący chatę naszą

Oczernił żałobą,

Nie obaczym, nie dojrzymy

Słońca ponad sobą.

O Dziady! Dziady!

W zaduszny dzień

Garść ziemi wezmę i klęknę u proga

Cmentarnej bramy w dniu onym żałoby,

I wołać będę: o, proście wy Boga

O wielkie groby!

O, proście Boga nie o te mogiły,

Co je bluszcz stroi a kwiecie oplata,

Lecz coby synom i wnukom się śniły

Przez długie lata!

Proście wy Boga o takie kurhany,

Na których orły siadają i kraczą,

A wicher po nich, jękami przewiany,

Błądzi tułaczo.

O takie groby proście, nad któremi

Sine się gwiazdy słaniają i bledną,

Z których przechodzeń na pierś bierze ziemi,

Choć grudkę jedną.

O polny kamień, o piasek pod głowę,

O pacierz świerków, o brzóz białych cienie,

O szumy lasów, o pieśni zbożowe,

O pól westchnienia.

Proście wy Boga o takie mogiły,

Które łez nie chcą, ni skarg, ni żałości,

Lecz dają sercom moc czynu, zdrój siły,

I żar miłości.

I nie o marmur w napisy poryty,

I nie o jasne z palmami anioły,

Lecz proście Boga o wolne błękity

Nad swemi czoły.

Niech polna pliszka tam napój swój bierze,

Niechaj was zieleń obrośnie piołunów,

Ale niech matki poszyją szkaplerze

Z waszych całunów.

O proście Boga o łzy rannej rosy,

O serc bijących dzwon głośny a żywy,

O pieśń skowronka, co leci w niebiosy

Z nad żytniej niwy.

Niechaj o grobach waszych mówią starce,

Chromą na kuli opierając nogę,

I niech to chłopię, co gra na fujarce,

Wie do nich drogę...

Na dzień Zmartwychwstania

Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Panie!

Bo nam to trzecie nie wzeszło zaranie,

Co ponad groby jutrzenki rozściela;

A jest żywota hasłem i wesela.

Jeszcze nas zewsząd otacza noc głucha,

Całun nam więzi i ciała i ducha,

A przy tej czarnej mogilnej pieczarze,

Snu wiekowego strzegąc — stoją straże.

Tyś nam ich jeszcze nie przeraził Chryste,

Powracający, jak słońce ogniste,

Jeszcze orężem o pierś naszą wsparty,

Wróg niespokojne odprawia tu warty.

Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Boże!

Bo nam nie błysły cudowne te zorze,

Co wysrebrzają grobowe kamienie,

I umęczonym piersiom dają tchnienie.

Jeszcze się dźwignąć nie może ta głowa,

Którą nam gałęź zraniła cierniowa;

Jeszcze do życia nie wznoszą się ręce,

Przebite gwoźdźmi w krzyżowej swej męce.

Jeszcze się w gwiazdy nie błysły nam rany,

Jeszcze się krwawi grzbiet srodze smagany,

A twarz z ślin wzgardy obeschnąć nie może...

Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Boże!

Nad polem naszem słoneczna tarcz złota,

Którą zczerniałą widziała Golgota,

Dotąd nam stoi w wiekowym zaćmieniu,

Dotąd czuć ziemię w przestrachu i drżeniu.

Nad polem naszem czerwone miesiące,

Na chmurach leżą, jak sierpy krwawiące,

A po mogiłach, co jęczą w żałości,

Zdawna umarłe ruszają się kości.

Pod błękitami, wśród tego zaćmienia

Braterstwa ludów i ludów sumienia,

Tkwi jeszcze krzyż nasz i ziemię przeraża

Cieniem owego krwawego cmentarza...

Jeszcze nad nami urąga się tłuszcza,

Jeszcze nas Bóg nasz i Ojciec opuszcza

I krzyk zwątpienia słychać i wołanie:

Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Panie!

W pragnieniu ducha trucizną pojeni,

Z sercem, co za cel służyło ościeni,

Krwi oddajemy i życia ostatek,

Wśród jęku ziemi i synów i matek.

A tam o szatę naszą całodzianą

Los skrwawionemi dłońmi pomiotano

I rozdzielono to, co było bliźnie,

I co się jednem czuło w tej ojczyźnie.

O to się jeszcze targ sprośny odbywa,

Dłoń krzywdzicieli wyciąga się chciwa,

Temu po morze i temu po morze...

Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Boże!

Jeszcze nie zeszli ci jaśni, ci biali,

Których dłoń głaz nam grobowy odwali,

Jeszcze nie zeszedł do naszej ciemnicy

Duch, który bije jak grom błyskawicy.

Noc przeminęła, i ciężka, i długa,

I dzień mogilny przeszedł i noc druga...

I znowu ranek i znów wielkie cienie,

A nas jutrzenne nie budzą promienie!

I smutno wkoło — i ziemia bez ducha

Tchów wskrzeszających pożąda, a słucha,

Kiedyż się słońcem wyzłocą otchłanie?...

Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Panie!

„Resurexit”

Niewiasta

Mówili w Galilei,

Że wstanie trzeciej zorzy...

Od żalu, od nadziei,

Tak serce sobą trwoży,

Iż stoję tu chwiejąca,

Jak palma i jak trzcina,

A wiatr mnie o pierś trąca,

I głowę mi ugina...

Jak łań wyszczuta z kniei,

Tak biegłam z łoża mego...

Mówili w Galilei,

Że wstanie dnia trzeciego.

Zroszone moje włosy

Wiatr z winnic oto targa.

W powietrzu słychać głosy,

To radość w nich, to skarga.

Lecz w głosów tych zawiei,

Ach, nie ma, nie ma jego!

...Mówili w Galilei,

Ze wstanie dnia trzeciego.

Głos

Wiosenny grom! Wiosenny grom!

Wiosenna błyskawica!

O, przyjdzie koniec waszym łzom,

Jest świata obietnica.

O, przyjdzie koniec waszych trwóg,

Struchlałe wstaną kości,

I wrócą się ze swoich dróg,

Co poszli ztąd w żałości.

Ten wielki, czarny, smętny grób,

On wyda z siebie życie.

Przetrzyma dobę ciężkich prób

I pęknie na rozświcie.

I wyjdzie z niego blask i woń

I duch świeżości pełny,

I wniebowstępną wzniesie dłoń,

Na srebrnych chmurek wełny.

I wyjdzie z niego żywa moc,

W przejasnej, skrawej bieli

I skończy się na ziemi noc,

I dzień się zaweseli.

I zmilknie płacz i zmilknie jęk,

Co w niebo z Ramy bije

I zgłuchnie tych łańcuchów brzęk,

Co wasze cisną szyje.

I wyjdzie z niego ognia wiew,

Jak wichrem świat przewieje,

Wysuszy łzy, wysuszy krew,

W pierś waszą tchnie nadzieje.

I wyjdzie z niego nowy znak

Braterstwa i pogody.

I zrównoważy szalę wag,

Co ważą tu narody.

I wyjdzie z niego w dół i w zwyż,

Poranne słońce złote,

I uczczon będzie, kto swój krzyż

Niósł cichy na Golgotę.

I wyjdzie z niego błysk i grom,

I wstrząśnie świat ten cały...

Bo nie jest wiecznym żaden dom

Z tych, co na grobach stały.

I nie jest wiecznym żaden grób,

Co w drodze życia leży.

A ten jest z niebem ziemi ślub,

A szczęśliw, kto weń wierzy!

W Wielki Piątek

Tak mi się czasem wydaje, o Chryste,

Że nie tam kędyś daleko, za morzem,

Aleś tu u nas, miał drogi cierniste,

I żeś tu naszem przechodził się zbożem,

Puszczając palce po harfie tych kłosów,

Co mają ludzki jęk i echa głosów.

I że tu w którejś z chat naszych, o Panie,

Gdzie przez tułaczy wytarte są progi,

Był twój wieczernik smętny i rozstanie,

I chleb łamany z braćmi, i te trwogi,

By słów ostatnich nie wydały ściany,

I pożegnania kielich — krwią nalany.

I zdaje mi się, że te nasze sosny,

Te brzozy białe, szumiące wśród niwy,

To był ogrojec twej męki żałosny,

To były twoje miesięczne oliwy,

I że tej nocy twój pot kapał krwawy

Na leśne zioła nasze i na trawy.

I zdaje mi się, żeś tu był pojmany,

W pęta zakuty i sieczon u słupa...

Bo tak mi, Chryste, znajome twe rany,

I siność twoja, i katów twych kupa,

I świst rzemieni, co krają, jak nożem, —

Że to nie mogło być gdzieś tam, za morzem!

I wiem, że tutaj, na miedzy, wśród drogi,

U jakiejś starej, zapadłej mogiły,

Wyrość musiały te ciernie i głogi,

Które w twą głowę bolesną się wpiły —

Bo żadne inne tak ranić nie mogą,

Jak te, co rosną tu, nad naszą drogą!

I to wiem, Panie, żeś tu kędyś blizko,

Pod krzyżem upadł na nasze ściernisko,

I żeś krwią swoją tę ziemię zakrwawił,

I obraz na niej swej męki zostawił, —

I patrzę nieraz na pola te puste

Jako na ową z Jeruzalem chustę.

I widzę we mgle śnieżystej zdaleka,

Z twarzą znędzniałą, z łachmanem na grzbiecie,

Pochylonego ku ziemi człowieka,

Którego wielki krzyż śmiertelnie gniecie,

I wiem, że to jest Cyrenejczyk Chrysta

A resztę mgła mi kryje, mgła śnieżysta.

I wiem, i czuję, że tu jest Golgota,

Gdzieś był do krzyża przybity, o Panie!

Bo nie jest nigdzie tak ciężka tęsknota,

I takie blasków słonecznych konanie,

I taka żałość, i tak do ostatka

Nigdzie przy krzyżu syna nie trwa matka.

I zdaje mi się, żeś tu wyrzekł słowa:

«Eli, Eloi, lamma sabbathani

Że tu z ramienia zwisnęła ci głowa,

I żeś tu skonał i zszedł do otchłani,

Gdzie wszystko chwili wybawienia czeka,

Od polnych głazów, do serca człowieka.

I zdaje mi się, że tu leżysz w grobie,

Który jest ciężkim zawalon kamieniem,

I że straż pilna czyni się przy tobie...

Ale ja czekam z tęsknotą i drżeniem,

Bo wiem, i czuję, że tu też, o Panie,

W dniu trzecim będzie twoje zmartwychwstanie!

Powitanie roku

Zawsze ja będę błogosławić ciebie,

O nowa zorzo na pochmurnem niebie

Smętnych okręgów żywota!

Zawsze ja wyjdę na próg naszej chaty,

Pieśnią cię witać, o gościu skrzydlaty,

O jutrznio złota!

Krótką ty jesteś i przelotną chwilką,

Jednym porywem i westchnieniem tylko,

Do przyszłych dni ideału;

Lecz kto zdrętwiały żyć musi w ciemnicy,

Temu jest słońcem jasność błyskawicy,

Moment zapału.

Raz w rok — jak mało! A przecież — jak wiele!

Dłoń mi podajcie, drodzy przyjaciele,

Którzy czujecie wraz ze mną!

Jutrznia, co błyska nad ziemią uśpioną,

Niechaj nie będzie dla ducha straconą,

Ani daremną!

Przez jeden moment tak wiele czuć można!

W płomień wybucha iskierka ta trwożna,

Co w piersi tajemnie tleje...

W sercu się wzmaga na rok cały bicie,

Nowem ogniskiem zajmuje się życie,

Krzewią nadzieje.

Ach, gdyby co rok, przez jedną godzinę,

Ludzie się w bratnią łączyli drużynę,

W wspólne ogniwa łańcucha,

I czuli razem swój ból, choć przez chwilę,

Ileżby życiu przybyło na sile,

Na mocy ducha!

Więc zawsze będę błogosławić ciebie,

O nowa zorzo na pochmurnem niebie

Smętnych okręgów żywota!

Zawsze ja wyjdę na próg naszej chaty

Pieśnią cię witać, o gościu skrzydlaty,

O jutrznio złota!

Rok stary

Wszystkoś nam przyniósł o roku miniony,

Co czas tej smętnej ziemi przynieść może.

Ranek twój wstawał różami spłoniony,

Twe noce miały gwiaździste zasłony,

I ciche zorze.

Nad głową twoją paliło się słońce,

Lato szło w pole na zbóż grając lutni;

Miałeś skowronki nadzieją dzwoniące,

Przecież, gdyś zwinął już skrzydeł swych końce

Odchodzim smutni.

Odchodzim smutni i patrzym po niebie,

Gdzie lecisz w zmierzchy zachodu, jak ptacy,

Jakbyśmy wiosny nie wzięli od ciebie,

I głodni byli po zbóż twoich chlebie,

Po naszej pracy.

I tak się skarżym i tak nam sieroco,

I takie smętne podnoszą się głosy,

Jakby nie było w twe ranki wstać poco

Jakbyś nie dawał cichego snu nocą,

Ni gwiazd, ni rosy.

O, boś nie przyniósł tej żywej, tej wody,

Co martwe serca pobudza do bicia,

Boś nam nie przyniósł o roku, pogody,

Co w piękny owoc zamienia kwiat młody,

Siły — ni życia!

Dziś w nowe brzaski i w nowych dni zorze,

Bez uniesienia patrzymy i wiary.

I cóż — pytamy, ten rok przynieść może

Tym, co w swej doli rozbitej amforze,

Kwas niosą stary?

Nie przeto jednak zapieram cię w pieśni,

O złota jutrznio nad ziemią żałoby!

Aleśmy słabi, znużeni, boleśni,

Ale nam duchy przetrawia rdza pleśni,

Wrastamy w groby.

Niechaj więc spojrzy na nas Bóg w błękicie,

I niech przypomni, żeśmy także syny!

Niechaj nas ze snu przebudzi o świcie,

Niech piersiom serca, a sercom da życie.

A życiu — czyny!

Pszczelarkom polskim

Bóg dla naszego łaskaw był narodu,

I w dzieje nasze, jak wątek ich długi,

W gorżki nasz kielich życiowej dosługi

Przysączał — choć kroplę miodu.

Owej kruszwickiej sadyby i chaty

Nie strzegły mury, ni wały dokoła,

Ale na grzędzie pachniały tam kwiaty,

I złota brzęczała pszczoła.

Miodem wznoszono rozgłośne toasty,

Na które odzew dwa morza dać miały,

Gdy białe orły skrzydłami powiały,

A na tron wstąpiły Piasty.

Miód pijał Chrobry, gdy Niemca bił wroga,

Miodem się krzepił lud cały wśród boju.

A kiedy tęcza zabłysła pokoju,

Szły białe woski dla Boga.

Miodem swe serce król chłopków weselił,

Kiedy spojrzawszy na polskich niw łany,

Z goryczą widział jak kraj się rozdzielił,

Na lud krzywdzony — i pany.

A gdy się bratnie złączyły narody

W imię miłości, ojczyzny i wiary,

Litewski lipiec zaszumiał tam stary,

I białe kowieńskie miody.

Miód pił Batory, pił i Jan z Tarnowa,

Pił go pod Wiedniem bohater Jan Trzeci.

I była Polska po tym miodzie zdrowa

Przez pasmo długich stuleci.

Dziś ul ojczysty obsiadły szerszenie,

Kwiatów mniej coraz, i te kwitną smutnie,

A pszczół lechickich dobytek i mienie

Zjadają obce nam trutnie.

Lecz Bóg i teraz łaskaw na nas przecie

I dla pociechy, dla życia osłody,

Garść dzielnych ludzi zostawił na świecie,

Co garną z niw polskich miody.

Dalej, a dalej, a naprzód do mety!

Stoicie w progu pięknego zawodu.

W gorżki zdrój życia, niech dłoń nam kobiety

Przysączy — choć kroplę miodu!

W trzejkrólowy wieczór

Ślepa matka kądziel przędzie,

Kądziel przędzie, nici mota...

— «Wyjrzyj, wyjrzyj, synku miły,

Przede progi, przede wrota.

Wyjrzyj, synku, na wschód słońca,

Czy nie świeci gwiazda owa,

Szczeromodra owa gwiazda,

Betlejemska, Trzejkrólowa».

— «A jakże ją poznam, matko,

Pośród innych gwiazd tysiąca,

Co się palą nocką jasną,

Na wschód chaty, na wschód słońca»?

— «Poznasz ci ją, synku miły,

Poznasz ci ją zaraz po tem,

Że nad chatą, gdzie syn wdowi,

Najrzęsistszem sypie złotem.

«Poznasz ci ją po jasności

Nad gwiazdami, nad wszystkiemi,

Że tam świeci najogniściej,

Gdzie najczarniej jest na ziemi.

Poznasz ci ją, że się pali

Nad polami, jakby żywa,

Dziw do człeka nie przemówi,

Taka w sobie żałośliwa!

Czekam ja jej roczek cały,

Boć ci już dochodzą lata,

Żebyś pierwszy ją obaczył,

Kiedy wzejdzie na kraj świata.

Bo ta gwiazda jest pomocna,

Na wszelakiej dobrej doli...

Żeby mi cię nie pognali

Od tej chaty, od tej roli.

Żeby mi cię nie pognali

Na dalekie, krwawe drogi...

Wyjrzyj, wyjrzyj, synku miły,

Przede wrota, przede progi!

Na góreczkę wyleć pędem,

Gdzie ta wierzba, ta pochyła,

A prościutko patrzaj w niebo,

Żeby mi cię obświeciła»...

................................

«Widać, widać, matuleńko!

Na wschód chaty, na wschód słońca

Stoi wielka jasność boża,

Stoi gwiazda gorejąca.

Jako smolna głownia jarzy,

Ogniem wije, niby żmiją,

Aż patrzący włosy wstają,

Aż psy wszystkie we wsi wyją.

Okrutna się od niej miotła

Nad chałupą naszą wali...

Jużci musi betlejemska,

Kiedy się tak tęgo pali!

Wyleciałem na góreczkę,

Gdzie ta wierzba, ta pochyła,

I prościuśko w nią patrzyłem,

Żeby mnie wam obświeciła!»

— «Nieszczęśliważ dola moja!

Nieszczęśliwa moja głowa!

Oj, wyjrzała na cię gwiazda,

Ale nie ta, Trzejkrólowa!

Oj, wyjrzała na cię gwiazda,

Co w dalekie pędzi kraje,

Co chleb we łzach żywym macza,

A grób cudzy kościom daje...

Oj, wyjrzała na cię gwiazda,

Co ma oczy urokliwe,

Oj, walą się od niej chaty,

Oj, walą się płoty krzywe.

Oj, płyną ci od niej zdroje,

Krwią serdeczną za tułaczem,

Oj, zawodzą pod nią pola,

Wielkim jękiem, ciężkim płaczem

Oj, truchleje od niej serce,

Oj, więdnieje młoda głowa...

Obświeciła mi cię gwiazda,

Ale nie ta Trzejkrólowa!

..............................

Zagasł ogień na kominie,

Stoi w oknie miotła złota,

Ślepa matka głową trzęsie,

Ani przędzie, ani mota...

Fragmenty

Zima do poety

Jest-ci to ziemia omdlała i czarna,

Ale w niej drzemie barw cudnych tysiące.

I kwiatów życia złożone w niej ziarna,

Nim przyjdzie słońce...

Ty tylko pieśnią jej łono zagrzewaj...

O mów! O śpiewaj!

Jest-ci to ziemia i wyschła i pusta,

Ale w niej bije żywota zdrój świeży,

I rzesz spragnionych napoi on usta,

I szumem wielkim ku morzu pobieży.

Ty tylko pieśnią, jak wichrem powiewaj...

O mów! O śpiewaj!

Jest-ci ta ziemia bezpłodna i głucha,

Ale ma soki w swem łonie żywiące,

Co dadzą pokarm dla ciała i ducha

Na lat tysiące.

Ty tylko pieśnią jej niwy obsiewaj...

O mów! O śpiewaj!

Myśl i czyn wielki, jak chleb się poczyna

Z małego ziarnka, co pada w pierś ziemi;

A kiedy wiosny uderzy godzina,

Buja plonami złotemi.

Choć wszyscy zwątpią — ty się ich spodziewaj...

O mów! O śpiewaj!

Nikt nie wie kędy i odkąd przywiany,

Zarodek życia przynosi nam dola.

Z wiatrem uderza o chat naszych ściany,

O nasze pola.

Ty orz je pieśnią i łzami polewaj...

O mów! O śpiewaj!

Po sześciu wiekach

Nie, ja nie wielbię ciebie, Beatrycze,

Nie jesteś ty mój ideał niewieści.

Boś ty wielkiemu mężowi boleści

Wtedy zjawiła swe słodkie oblicze,

Gdy on się z piekieł dźwignął na dzień boży,

Na tła różane i wiecznej brzask zorzy.

Nie poszłaś ty z nim, za dni połowicy,

W on las posępny, gdzie duch szuka drogi,

Nie byłaś światłem dla wieszcza źrenicy,

Gdy ją zwątpienia zaćmiły i trwogi,

Sam się obłąkał w gąszcz dziką i czarną

Ów wielki tułacz i pątnik z nad Arno.

Ciebie przelękły okręgów tych ciemnie,

Co kaźnią ducha i miejscem są męki.

Może cię wołał i wzywał daremnie,

Może napróżno chciał dotknąć twej ręki,

Może cię szukał oczyma przy sobie,

W tej wielkiej pustce i żywych ciał grobie.

Ciebie ta brama spłoszyła swym zgrzytem,

Co jak trumienne zapada się wieko,

I dzieli oczy skazańca z błękitem,

Z łanem pól żytnich i z chatą daleką...

Nie, ty nie przeszłaś przez ciemne wierzeje,

Gdzie «ten co wschodzi zostawia nadzieje».

I łódź ta mglista na martwych wód fali,

Co z łez ulane zdrętwiały w swym biegu,

Gdzie każda kropla westchnieniem się żali,

Bez ciebie, pani, odbiła od brzegu.

Słyszysz ten cichy plusk? To płyną duchy,

Lecz ty im swojej nie dałaś otuchy.

Posępny żeglarz sam przybił do lądu,

Co ciszą krzyczy swą, a pustką woła,

Na mroczne brzegi przerażeń i sądu,

Zkąd Bóg odwołał jasności anioła,

Lecz gdzie się serca zostało świtanie,

Bo jest «od śmierci mocniejsze kochanie».

Ciebie przeraził ten wicher, co goni

Na wspólną mękę złączone dwa duchy.

Widzisz jak lecą, pierś z piersią, dłoń w dłoni,

Jak ich porywa pęd ślepy i głuchy?

O Beatrycze, o liljo niebieska,

Silniejsza nad cię miłością Franceska!

Ta, gdy jak gołąb, użala się biały,

Aligier twarzą zmierzchł i zaszedł w cienie;

I choć przycichły wichry i omdlały,

A otchłań miała swoje odpocznienie,

On padł, jak człowiek dosiężon złym grotem,

Bo sam, bez ciebie był, i wspomniał o tem.

Ogniste mary z palącym się włosem

Przelękły ciebie; nie miałaś ty siły

Iść, aby cierpieć maluczko ich losem.

A te tragiczne, otwarte mogiły,

Zkąd czarne płomię i dym siny bucha,

Zawściagły stopę twą, zdrętwiły ducha.

Tyś krok cofnęła od bagien tych jadu,

Gdzie okowane panują zmierzchniki,

Gdzie ten, co omdlał, przepada bez śladu...

Zamknie się nad nim grób, a krzyk ów dziki,

W którym z przekleństwem swój żywot wyzionie,

Pochłoną czarne bezdennych wód tonie.

Tam, gdzie w lodową wszczepione katuszę,

Chłostane biczem śniegowej zamieci,

Łamią się ciała i kruszą się dusze,

Gdzie konających dni blask trupi świeci,

Gdzie dech w szron idzie, a gradem łza pada,

Nie miałaś siły iść, stanęłaś blada.

I tam cię także nie widziano, pani,

Gdzie duchy krzyczą językiem płomieni,

Zdala ty byłaś od onej otchłani,

Co się jak czasza rubinów czerwieni

Wnętrzem swej męki, a z wierzchu jest czarna

I cicha — wielka kostnica cmentarna.

Tyś się przelękła żałosnych tych borów,

Gdzie słychać lament pniów, gdzie gałąź woła,

Tych pomieszanych duchowych kolorów

Pół potępieńca, a pół archanioła,

Którego w kaźni Bóg musi zostawić,

Bo ani przekląć nie może, ni zbawić!

Twych bławatkowych oczu jasność cicha

Niewzeszła gwiazdą w prastarej tej ciszy,

Gdzie ciemność bierze kształt i smętnie wzdycha

Po drogach błądząc, kędy bez pomocy

Konającego słychać dech i głosy,

Od których cierpnie mózg, a wstają włosy.

Przeszedł te piekła i wyszedł bez ciebie,

Wielki ów piewca jęku i wieszcz zgrzytów;

A tyś się lilją kwieciła na niebie,

I stałaś w modrej jasności błękitów,

Niedosiężona tchem czarnej otchłani...

Nie! Ja cię wielbić nie mogę, o pani!

Ja jestem z ziemi, gdzie miłość prowadzi

Kobietę w długie okropnych dni drogi,

A gdy wędrowce padają tam bladzi,

Czują w momencie śmiertelnej swej trwogi

Dłoń ukochaną, dłoń mięką i ciepłą,

Co grzeje usta im, i pierś zakrzepłą.

Ja jestem z ziemi, gdzie duch się nie lęka

Otrzeć swych skrzydeł o proch i o błoto,

Gdzie podniesiona niewieścia jest ręka

Nad wszelką nędzą i wszelką ciemnotą,

I gdzie jęk bolu każdego szermierza,

W umiłowaną najpierwej uderza.

Ja jestem z ziemi, gdzie męki okręgi

Mają swój smętny ogrojec niewieści,

Gdzie u bram piekieł składają przysięgi,

I biorą czarne obrączki boleści,

I niosą owe tragiczne pierścienie,

Przez wielkie pola śnieżne i przez cienie.

I tam je niosą, gdzie kończą się drogi

Dnia słonecznego w podziemnej czeluści,

I bardzo blade przechodzą przez progi,

I tych szukają, co Bóg ich opuści,

A w piekle tworzą sen cichy o niebie...

..................................

O! Beatrycze! Ja nie wielbię ciebie!

„Ergo erravi”

Więc się myliłam, że w ziemi tej bije

Serce, pod ciężkim mogilnym kamieniem...

Więc się myliłam ufając, że żyje

To, co wy zwiecie wspomnieniem!

Dziś, gdy na światło podnoszę źrenice,

Wstyd jakiś wielki oblicze mi krwawi...

Więc nic? Więc tylko popiołów dziedzice?

Ergo erravi?

Grobowy kamień, choć twardo pierś tłoczy,

Przecież go Łazarz podźwignął z mogiły,

I gdy wskrzeszenia głos zabrzmiał proroczy,

Wstał pełen siły.

I tobie głos ten rozbrzmiewał o świcie,

A dotąd całun śmiertelny cię dławi...

Więc już wygasło, Łazarzu, twe życie?

Ergo erravi?

Wierzyłam w ciebie, jak czciciel w swe bogi,

I pieśni tobie składałam ofiarę,

Tyś mi i w grobie był żywy i drogi...

Dziś — tracę wiarę.

Martwoty ducha obeszły cię pleśnie,

Rdza pierś twą zjada i serce ci trawi...

Więc próżne były ofiary i pieśnie?

Ergo erravi?

Ileż to razy czekałam wśród nocy

Drgnięcia tej ziemi, co łono twe kryje.

Ileż się razy zrywałam z niemocy,

Z okrzykiem: żyje!

Lecz ranek płoszył nadzieje zwodnicze,

Jak płoszy jastrząb drużynę żurawi,

I znów w zwątpieniu godziny me liczę...

Ergo erravi?

Po pustym polu, bywało, wiatr wionie,

Pomiecie liściem uwiędłem i suchem,

A ja ze łzami wyciągam już dłonie

Za twoim duchem...

Lecz wiatr opada na skiby te czarne,

A żaden duch się z mogiły nie jawi,

I znowu cisza i zimno cmentarne...

Ergo erravi?

Z Chrystusem ciebie równali prorocy,

A jam z tych była, co wstali przed słońcem,

By końca wielkiej doczekać się nocy

Z sercem bijącem...

Lecz noc odlata na czarnych piór puchu,

I wschód w jutrzenkach różanych się pławi,

A w grobie twoim ni głosu, ni ruchu...

Ergo erravi?...

IV (I wiosna przyjdzie i kwiat rozwinie...)

I wiosna przyjdzie i kwiat rozwinie,

A z moich oczu nigdy nie zginie

Bezbrzeżne, białe pole...

I lato przyjdzie, i kłos zadzwoni,

A w moich oczach wciąż, jak na dłoni,

Bezbrzeżne, białe pole.

I życie przejdzie i śmierć zamroczy,

Ale ja w trumnie otworzę oczy

W bezbrzeżne, białe pole.

I północ przyjdzie, i z grobu wstanę

I zwrócę oczy me zadumane

W bezbrzeżne, białe pole...

Na rozstaju

.............................................

Nie tego żal mi, com straciła w drodze,

Lecz żal mi tego, czegom nie posiadła.

A kiedy cicha w kraj zmierzchów odchodzę,

Więcej mnie smęcą ulotne widziadła

Szczęścia, co nigdy mojemi nie były,

Niż zostawione za sobą mogiły.

Bo dusza moja w swym wzlocie i pędzie

W przyszłość podana jest skrzydłami obu,

I nie ku temu tchnie, co jest, lecz będzie,

I nie chce płaczką żadnego być grobu,

A choć minionych rzeczy jest pamiętną,

Jutrzenne nosi i wschodowe piętno.

I nieraz bywa zadumana w sobie

O świetle gwiazd tych, co się jeszcze ziemi

Nie tknęły, ani na smętnym tym globie

Odbiły swemi strzałami złotemi...

I myśli, co też gwiazdy te oświecą,

Gdy wieki miną, a blaski dolecą?

I o tych żniwach duma, o tych plonach,

Których siewacze za pługiem upadli,

I nigdy na swych ojczystych zagonach

Nie zbiorą chleba, i leżą wybladli,

Z oczyma, które im wyjadła rosa,

A nie zobaczą z swych siewów — ni kłosa.

I o tych grodach, co będą dźwignięte

Z głazów łamanych dziś, pod ziemią twardą;

I słyszy owe oskardy wyklęte,

Owe kilofy walczące z pogardą,

Co dobywają fundament budowy,

Gdzie budowniczy nie skłoni swej głowy.

Ach, i o pieśni słowiczej, co wiosną

Nie utuliła mnie w ciszy i w cieniu;

O ustach, które pieszczotą miłosną

Nie tknęły moich, i o tem pragnieniu,

Które ugasić mogła kropla rosy,

A i tej nawet nie dały niebiosy!

(Kto w mogiłę wrasta głazem...)

Kto w mogiłę wrasta głazem,

Kto skamieniał na kurhanie,

Ten się w proch rozsypie razem

Z tem, co nigdy już nie wstanie.

Lecz kto dębem wrósł w mogiłę,

Kto żyw stoi na kurhanie,

Temu odda grób swą siłę,

Kiedy przyjdzie zmartwychwstanie.

Sto lat leży głaz na grobie,

Sto lat wichry po nim wieją,

A nie zadrga życiem w sobie,

Nie zieleni się nadzieją.

Lecz dąb życia czerpie soki

Z praojcowych próchn i kości.

I choć kurhan tak głęboki

Buja liściem ku przyszłości.