VI. Jaśków sen

.............................................

Śniło mi się na zorzę,

Na samiutkie świtanie,

Że po łąkach szedł anioł,

W prostej, zgrzebnej sukmanie.

A miał nogi on bose,

Na koszuli len szary.

A okrutną niósł kosę,

I z grabliskiem do pary.

Jak najtęższy dąb w lesie,

Taką ci miał urodę,

I zahuczał jak wicher:

«Będziem mieli pogodę».

I tak przeszedł przez pola,

Jak ta jasność co błyska,

A precz wołał ku chatom,

— «A wstawajcie, ludziska!»

Aż tu kupa narodu,

Na gościniec się wali...

Ja za kosę ze ściany,

Kosa ogniem się pali.

— A co kosić będziewa, —

Pyta jeden, to drugi,

— Czy ten łężek pod lasem?

Czy ten spłacheć od strugi?

A on precz nas prowadzi

Prościusieńko na słońce,

Co już weszło nad ziemię,

W złotych zorzach grające.

Aż w tę jasność, w tę złotą,

Poszedł naród ów cały,

Tylko krzywe się kosy,

W onym blasku migały.

I wsiąknęli w tę cichość

W jutrzenkowe to granie...

A sen miałem na zorzę,

Na samiutkie świtanie.