Biały poniedziałek

Miasto uwięzło w kleszczach lodu.

Mróz ścina wszystko, czego dotknie.

Szkli się na ulicach przejrzyste światło.

Kończy się biały poniedziałek —

piosenka zmęczenia na nóż i osełkę chłodu.

Wracam po omacku do domu —

szyby oczu przetarte brudną szmatką.

Dwie dziewczyny budzą przez chwilę

ciekawość tłumu, więc i moją, śmiejąc się

do rozpuku na zatłoczonym przystanku.

Ale już po chwili hałas tramwaju stającego

przed politechniką ścina ich frywolne głosy

i w lot zrywa ścieżkę dostępu do świata,

nad którym wschodzi już trujący obłok ciemności.

I śnieg śmieje się jak sidła pod butami przechodniów.