Niekonieczny list z wakacji

Dzień rozpoczął się od płaczu dziecka,

błękit przesuwał się nad blokami jak dynamit,

jak ebonitowa kość, kiść lodu.

Odniosłem wrażenie, że czyjaś twarz

przegląda się w kreskach asfaltu.

Górą i po bokach zielenie w płynnym pędzie,

ogryzek słońca odgryzł się zza wierzb.

Ruszyliśmy — już po kwadransie

wieloryb jeziora oddychał z trudem,

zaryty w piach u naszych stóp.

„Nie lubię myślników” — zagaił ktoś —

„Ich rozchełstanie zastąpiłbym najchętniej

pożywną mową prostolinijnych przecinków”;

nie było chętnych do podjęcia wątku.

Tylko cienie pod brudną pończochą wody

oddawały się zabawie w ciepło-zimno

i małolaty na brzegu wrzeszczały

przed odprawą za granicę zmysłów.