Dorożkarz nr 13

I

Ta trzynastka była dla niego fatalna. Każdy omijał dorożkę, na której tle czarnym, połyskliwym, wypisany był białą farbą ów nieszczęsny numer. Niejeden zapędził się do dorożki — już miał wsiadać, gdy naraz wyczytawszy numer, cofnął się, jakby go coś odepchnęło i poszedł dalej, szukać innej.

Nawet ludzie wolni od przesądów, gdy im wypadło jechać w jakimś interesie, o którego powodzenie chodziło, albo w jakiej ważniejszej chwili życia, woleli zawsze wsiąść w każdą inną dorożkę niż w trzynastkę. Mimo woli ulegali sile zakorzenionego w ich umyśle przesądu, któremu zdrowy rozsądek urągał. Chyba że był ktoś tak roztargniony, iż nie zwracał uwagi na numer, albo gdy żadnej innej dorożki na placu nie było, wtedy dopiero w ostateczności brano tę trzynastkę, co się najczęściej zdarzało wśród ulewnego deszczu lub późno w nocy. Brano ją także na pogrzeby, bo tam nieszczęsna trzynastka była całkiem na miejscu. Wobec grozy śmierci nikła i blada jej fatalność.

Dla koni było to bardzo wygodnie, bo sobie po całych dniach odpoczywały na placu, mając u pysków uwiązane torby z obrokiem, którym się raczyły do woli, widząc, że im nikt nie przeszkodzi; ale dla właściciela dorożki, Tomasza Wali, nie była to wcale przyjemność, stać po próżnicy i wyczekiwać na gości, którzy się nie zjawiali, więc też, gdy inni dorożkarze głośno rozprawiali między sobą albo dla nabrania humoru ciągnęli się wzajem naprzeciwko do szyneczku pod Kogutkiem, „gdzie było piwo z dobrem wódkiem” i gęsina świeża — on siedział jak mruk na koźle, zły i markotny. Na poczęstunki nie chodził, bo nie miał na to, żeby się odwzajemnić kolegom. Nieraz ślina mu szła do ust, gdy spod Kogutka zaleciał zapach smażonej kiełbasy, na kieliszek wódki przychodziła także nieraz ochota; ale się poskramiał, bo lichy zarobek nie pozwalał mu na takie przyjemności. Bywały dni, w których nie uzbierał tyle, żeby wystarczyło na obrok dla koni i na wyżywienie domu. Gdyby nie Tomaszowa, która praniem zarabiała i ciułała grosz do grosza, to nie byłoby nieraz przy końcu kwartału czym zapłacić komornego i podatku.

Biedy Tomasz, przypisując owej nieszczęsnej trzynastce całe swoje niepowodzenie, zdobył się na krok bardzo śmiały, jak na niego, bo poszedł do magistratu z prośbą o zmianę numeru. Ale panowie urzędnicy wyśmieli go tylko, a żądanie jego uważali za tak niedorzeczne, że przypuszczali, iż po pijanemu uroił to sobie i kazali mu iść wyspać i wytrzeźwić się.

Nie było więc rady, by pozbyć się nieszczęsnej trzynastki, chyba wyrzekając się całkiem dorożkarstwa. Tomasz i na to był już przygotowany. Miał zamiar rzucić zajęcie, które mu się tak źle opłacało, a wziąć się do czego innego.

Ale właśnie wtedy, gdy powziął rozpaczliwe postanowienie, szczęście nagle uśmiechnęło się do niego. Wszedł w znajomość z lokajem jakiegoś wielkiego pana; lokaj przy szklance piwa i pogawędce, gdy Tomasz, jak zwykle, zaczął narzekać na swoje psie nieszczęście, zaproponował mu zarobek duży, pod warunkiem, że się będzie z nim dzielił groszem.

— Pan mój — mówił mu — lubi mieć swojego własnego dorożkarza, coby od rana do późnej nocy był na jego usługi, na każde zawołanie. Nieraz trafi się, że konie wasze cały dzień nogą nie ruszą, a płatni będziecie, jak za jazdę, zarobek więc będzie niezły i pewny, bo pan jest bogaty i płaci hojnie; tylko nie trzeba wam tego mówić, ręka rękę myje: ja także potrzebuję żyć...

Tomasz, ma się rozumieć, przystał na propozycję dzielenia się zarobkiem. W jego położeniu i to jeszcze było nadzwyczajnym szczęściem. Bał się tylko, czy ów pan nie zlęknie się owej trzynastki, ale mu lokaj powiedział, że wielcy panowie nie znają i nie mają takich przesądów, że jego pan jest tak bogaty i szczęśliwy, iż nie potrzebuje się obawiać nieszczęścia i gdyby nawet dowiedział się o tej fatalności trzynastki, to umyślnie nie rozstawałby się z nią na przekór przesądowi, aby pokazać ludziom, że sobie drwi z ich głupich przesądów.

I tak się stało w samej rzeczy. Ów pan Hulatyński jazdę dorożką, którą opinia uważała za przynoszącą nieszczęście, uważał za rodzaj sportu, który namiętnie uprawiał. Przez niego dorożka nr 13 stała się głośna i modna w wielkim świecie. Należało do szyku i dobrego tonu rozbijać się nią po mieście i młodzi paniczykowie, tak zwana złota młodzież, szczególniej najmłodsza, która dopiero wchodziła w życie i chciała się pokazać, dobijała się do tej dorożki, gdy była wolna, co się zdarzało albo w czasie nieobecności Hulatyńskiego, lub przed południem, gdy się wysypiał po nocnych hulankach.

Tomaszowi aż w głowie się mąciło od tej nagłej zmiany losu. Nie tylko przez cały dzień miał zarobek pewny i stały, ale jeszcze i hojne datki na piwo sypały mu się obficie z rąk bogatej młodzieży i Hulatyńskiego. Hulatyński nie rachował się wcale z wydatkami i nieraz, jak mu przyszła fantazja, pięć, dziesięć guldenów1 rzucił dorożkarzowi.

Prawdziwy deszcz pieniędzy sypał się na Tomasza, odurzonego tym swoim niespodziewanym szczęściem. Odpowiednio do dochodów i do stanowiska panów, z którymi teraz jeździł, odnowić kazał powóz, kupił lepszą parę koni, ubrał je w kolorowe siatki, w nowe szory, w buńczuki. Siebie także przystroił w liberię z galonami, tak że wyglądał nie na zwyczajnego dorożkarza, ale na hrabiowskiego stangreta. Już teraz byle komu nie pozwolił wsiadać do swej dorożki, i gdy się zbliżył jaki chudzina z zamiarem wsiadania, wręcz mu oświadczał, że nie pojedzie, bo zajęty. Powodzenie uczyniło go dumnym. A może też odpłacał się ludziom za lekceważenie i niepowodzenie, jakiego przedtem doznawał.

Za to dla sprawcy swego szczęścia, Hulatyńskiego, był prawie z bałwochwalczym uwielbieniem2. Gdyby był najsmutniejszy, najbardziej czym zagniewany, na widok jego rozjaśniał twarz opaloną, jakby ją wschodzące słońce oświetliło. „Jego pan” — bo tak go nazywał — był dla niego wszystkim. Myślał tylko o tym, czym go uradować, jaką przyjemność ma sprawić. Dla niego umyślnie kazał wnętrze powozu wybić zielonym suknem, gdy się dowiedział, że ten kolor lubi. Woził go tak z ostrożnością, jak chorego albo dziecko, żeby przypadkiem o kamień nie zawadzić. Przy zmianie powietrza stawiał od razu budę, zamykał okna, żeby wiaterek na niego nie wionął albo deszcz go nie pokropił, a gdy go wysadzał z powozu, to tak delikatnie, z takim uszanowaniem, jakby bóstwo jakie. Nie pozwolił mu postawić nogi na stopień, dopóki go dobrze z błota nie oczyścił, a gdy wypadło wysiadanie w miejscu błotnistym lub zawianym śniegiem, brał swego dobrodzieja jak dziecko na rękę i przenosił na suche miejsce.

Hulatyński nazywał go idealnym furmanem i odpowiednio do usług wynagradzał z królewską hojnością; nie był on ani hrabią ani nawet baronem, ale żył jak prawdziwy magnat w zbytku i wygodach wszelakich, a pieniądze rzucał bez rachuby. Miał zachcianki wielkiego pana i tyle pieniędzy, że mógł najwybredniejsze zachcenia zaspakajać. Ceniono go na kilkakroć sto tysięcy guldenów. Nikt wprawdzie nie rachował jego fortuny, ale wnosząc z tego, jak żył, co wydawał, można było przypuścić wielkie dochody. Miał przy tym wykwintne maniery, znamionujące lepsze pochodzenie, mówił po francusku jak rodowity Francuz, był przystojny, wymowny, przyjacielski, wesoły i te przymioty jednały mu serca mężczyzn i względy kobiet, a zarazem otworzyły drzwi salonów wielkiego świata, do których wszedł bez zakłopotania, z miną bywalca oswojonego z tego rodzaju towarzystwem i czującego się na swoim miejscu.

Był tak „dobrze”, że świat wyższy uznał go za swego, choć pochodził tylko ze szlacheckiej rodziny, bo był gentlemanem w każdym calu, robił wszystko z „nonszalancją” prawdziwie pańską i z wdziękiem salonowca. Nawet z wdziękiem grywał w klubie, gdzie go przyjęto jednozgodnie3 i gdzie bywał dość częstym gościem. Tak sobie nic robił z przegranej nawet większej sumy, tak nie znać było na jego twarzy z tego powodu żadnego wzruszenia, żadnej zmiany humoru, że najwytrawniejsi gracze podziwiali jego zimną krew i lekceważenie pieniędzy. Z tego powodu domniemywano, że w nim musi płynąć krew o wiele szlachetniejsza niż ta, jaką mógł dostać po zwyczajnym szlagonie4 — bo tak przegrywać może tylko pan z panów.

A trzeba dodać, że przegrywał dość często. Miało to oznaczać niby, że był szczęśliwym w miłości. Nie było w tym nic dziwnego. Uroda jego bowiem zwracała powszechną uwagę i damy w salonach przepadały za nim, począwszy od starych matron, w których ręce składał hojne ofiary na cele dobroczynne, aż do młodych mężatek, które czarował rozmową i spojrzeniem.

Tomasz mógłby coś więcej powiedzieć o tym szczęściu Hulatyńskiego, ale od niego nic się dowiedzieć nie można było, bo milczał jak grób i za nic w świecie nie zdradziłby tajemnic swego pana.

— Cóż mnie też to tam obchodzi — odpowiadał przyparty nieraz natrętnymi pytaniami znajomych Hulatyńskiego — jak się mój pan bawi i z kim się bawi! Panowie są zwyczajnie od tego, żeby się bawili, a my, żebyśmy zarabiali.

Byli jednak tacy, którzy go wypatrzyli, że w ostatnich czasach miał romans z żoną jakiegoś agenta win francuskich, który z powierzchowności wyglądał jak czarny charakter z prowincjonalnego teatru, a zazdrosny był podobno jak Otello o swoją żonę, blondynkę złotowłosą, co miała twarz wandyckowską5, a kształty piękności Rubensa6. Gdy szła ulicą, co się rzadko zdarzało, ludzie stawali i oglądali się za nią. Opowiadano o jakimś podżyłym7 lowelasie8, że zapatrzony w nią, nie uważał stojącego na ulicy nad rynsztokiem wózka, potknął się o niego, przewrócił i złamał nogę. W teatrze, gdzie także bardzo rzadko się ukazywała, lornety, jak armaty, kierowały się w jej stronę i ostrzeliwały ją ognistymi spojrzeniami. Ponury mąż miał dosyć powodów, by drżeć o swój skarb; więc też czarne jego oczy, jak dwaj niewolnicy, szły krok w krok za każdym jej spojrzeniem, ruchem i pilnowały jej bacznie.

W jaki sposób Hulatyńskiemu udało się omylić czujność tych argusowych oczu9 i zaprzyjaźnić się z cudowną blondynką, to było dla wszystkich niewytłumaczone. Fakt jednak był, że się widywali w godzinach, w których męża obowiązki powoływały gdzie indziej.

Ktoś, zazdroszcząc zapewne Hulatyńskiemu szczęścia, zawiadomił męża anonimem o tych spotkaniach i wycieczkach za miasto. Mąż, rozumie się, pojechał w ślad za niewierną żoną i jej kochankiem... i — tu urywa się wszelki wątek dokładnych wiadomości, a zaczynają się najdziwaczniejsze pomysły. Mąż bowiem, wbrew oczekiwaniu wszystkich, zamiast zabić żonę lub Hulatyńskiego na miejscu, sam nazajutrz wyjechał z miasta, zostawiając żonę na wolę losu.

Hersz Lander, faktor10 i bankier złotej młodzieży, a tym samym znający wszystkie sekreta świata eleganckiego, utrzymywał, że mąż kazał sobie grubo za ustępstwo zapłacić (mówił coś o trzydziestu tysiącach), że Hulatyński nie mając na razie tyle gotówki, wystawił weksel, aby wyswobodzić ukochaną z rąk mściwego tyrana, że tyran ów weksel zrealizował zaraz u jednego z bankierów, znajomego Hersza, gdzie go on widział na własne oczy. Ale mało kto wierzył temu gadaniu. Hersz, Żyd, geszefciarz11, po żydowsku rozwiązał sobie cały zatarg, według własnych pojęć finansowych, to jest procederem wekslowym.

Po odwadze Hulatyńskiego spodziewano się innego rozwiązania. Przypuszczano pojedynek, nawet pojedynek amerykański, wskutek którego zapewne mąż wyjechał i zastrzelić się gdzieś musiał. Były to domysły tylko, które sprawdzić było trudno. To tylko było pewnym, że po zniknięciu zazdrosnego męża, zażyłość między jego żoną a Hulatyńskim stała się jawna. Nie uważali teraz za potrzebne robić z tego sekretu przed światem ku wielkiemu zgorszeniu mam, które miały córki na wydaniu i liczyły na Hulatyńskiego jako świetną partię.

Te to damulki zapewne nasyłały mu bezimienne ostrzeżenia, żeby się miał na ostrożności i wycofał póki czas z sieci, które zastawiono na niego, że dama owa nie jest wcale żoną owego agenta win, ale awanturnicą, łapiącą niedoświadczonych ludzi na lep swoich wdzięków.

Hulatyński z drwiącym uśmiechem czytał te ostrzeżenia i rzucał je pogardliwie w ogień. Nie wywierały one na niego żadnego wpływu. Gorsze nierównie ostrzeżenia dawało mu jego własne serce, stając się co dzień chłodniejsze i obojętniejsze dla tej przecudnej kobiety, której mu cały świat zazdrościł.

Dopóki była strzeżona przez męża, że ledwie kiedy niekiedy mógł ją widywać, dochodził prawie do szaleństwa; nie było ofiary, której by nie poniósł, aby mógł tę kobietę nazwać swoją. Ale teraz, kiedy spełniły się jego marzenia, gdy ją mógł widywać bez przeszkód, być przy niej, jak długo mu się podobało, spostrzegł ku wielkiemu swojemu zmartwieniu, że to była chwilowa namiętność, sztucznie podtrzymywana przeciwnościami, nie zaś miłość prawdziwa, że ta kobieta o klasycznych kształtach i piękności bez zarzutu robi na nim wrażenie posągu, z którym opatrzeć się można i patrzeć nań bez wzruszenia i zachwytu. Zaglądał do niej raczej z przyzwyczajenia niż z miłości, a nie porzucał chyba tylko przez poczucie obowiązku, po swojemu tłumaczonego. On zwichnął życie tej kobiety, rozerwał związki małżeńskie łączące ją z mężem, a lubo12 ten mąż był nikczemnym, skoro się zdecydował na sprzedanie własnej żony (a więc wiadomości Hersza Laudera były prawdziwe), jednak wypadek ten osamotnił ją i on, jako sprawca tego, winien jej był opiekę.

Poczucie honoru i litość nakazywały mu udawać przywiązanie, zachować przynajmniej jego pozory. Umyślnie więc pokazywał się z nią publicznie, otaczał ją zbytkiem i przepychem, osypywał kosztownymi prezentami. Nawet mówiono, że zabezpieczył jej rentę dożywotnią na przypadek swej śmierci. Robił więc wszystko co mógł, aby wynagrodzić jej ofiarę, jaką poniosła dla niego, oddając mu swój honor, samą siebie z duszą i ciałem. Nie mógł tylko dać jej miłości swojej, bo tej nie czuł dla niej. I to go martwiło, bo za uczciwy był, by mógł zwodzić z lekkim sercem.

To go tylko pocieszało, że ona nie domyślała się wcale udawania z jego strony. Sam sobie nie umiał zdać sprawy z tego, czy jej spokój w tym wględzie pochodzi ze zbytecznej wiary w niego czy z braku myślenia i wszelkiego sprytu.

Dziwna to była kobieta, prawdziwy sfinks. Oczy jej ciemne, głębokie, rzucały blaski, które olśniewały, ale nie ogrzewały i nie rozpalały. Mówiła mało i trudno było wyrozumieć, czy tak dużo myśli, czy tak mało ma do powiedzenia — czy tak ostrożna w słowach czy taka ograniczona w myślach.

Hulatyński bał się ją badać w tym względzie, by przypadkiem pod tymi cudownymi wdziękami nie dojrzał płytkości tam, gdzie się głębi duszy domyślał. Chciał się łudzić jej wartością, aby mógł ją dłużej łudzić swym przywiązaniem.

II

Była godzina druga po północy. Przed mieszkaniem Hulatyńskiego czekała jak zwykle dorożka nr 13, rzucając na bruk ulicy wachlarzowate promienie światła z latarni. Pomiędzy latarniami w ciemności drzemał na koźle Tomasz, a konie, zmęczone całodzienną jazdą, drzemały także, zwiesiwszy łby na dół. Czasem tylko, przestępując z nogi na nogę, uderzały kopytami o kamienie, a łoskot tego uderzenia rozchodził się echem po całej ulicy.

Pokoje Hulatyńskiego na pierwszym piętrze były rzęsiście oświetlone. Spóźniony przechodzeń byłby przysiągł, że tam jakaś większa zabawa się odbywa. Tak często bywało, że w pokojach tych bankietowano do rana. Hulatyński miał dużo przyjaciół — i lubił ich raczyć u siebie. Wczoraj dopiero był wspaniały bankiet.

Dziś jednak pomimo rzęsistego oświetlenia pokoje były puste. Hulatyński sam jeden przechadzał się po nich, jakiś dziwnie zamyślony i poważny, co mu się rzadko zdarzało. Otwierał różne szuflady, schowki, wyjmował z nich świstki, listy, kawałki papierów, fotografie — przeglądał to wszystko, potem darł w kawałki, miął w ręku i rzucał do kominka, na którym płonął jasny ogień.

Niekiedy zatrzymywał się dłużej przy ogniu, przypatrywał się w głębokiej zadumie, jak płomienie obejmowały wężowymi skrętami różnobarwne papiery zapisane, jak te wyginały się w palących uściskach płomieni, czerniały i ulatywały w górę, ozłocone po brzegach iskierkami ruchomymi i niknęły w ciemnym otworze kominka. Potem wracał znów spokojny do szuflad otwartych, powtarzając tę samą czynność z innymi papierami.

Wypróżniwszy w ten sposób szuflady biurka, komody, szafy, przejrzał raz jeszcze wszystkie schowki i spojrzał wokoło, jak człowiek kończący ciężką pracę.

Odetchnąwszy ciężko, powiedział sobie:

— Tak — to już wszystko...

Zmęczony usiadł, aby odpoczywać. Wyjął pugilares z bocznej kieszeni, wydobył z niego kilka banknotów po sto reńskich, przeliczył je i schował na powrót, zatrzymując w ręku jeden, który zwinął i włożył osobno do kieszeni od kamizelki.

Po chwili wstał, poszedł do szafy stojącej w głębi pokoju, nacisnął sprężynę wieka i wyjął ze skrytki pudło w safianowej oprawie, w którym na atłasowym miękkim posłaniu połyskiwały błyszczące lufy pistoletów.

Wziął jeden z nich do ręki, potem drugi — oglądał je po kolei, próbował kurki, dmuchał w lufy, ważył w ręku, jakby wahając się niezdecydowany, który ma wybrać. Nareszcie wybrał jeden, nasypał prochu, wpuścił do wnętrza ołowianą kulę, przybił mocno pakułami i pistolet włożył w kieszeń surduta. Safianowe pudełko zamknął, postawił na dawnym miejscu i zatrzasnął na powrót wieko od skrytki.

Dokonawszy tych czynności, obejrzał się raz jeszcze po pokoju, jakby się namyślając, czy czegoś nie zapomniał, jakby żegnając wzrokiem ściany i sprzęty, wśród których przeżył tyle chwil przyjemnych i wesołych. Wspomnienia te zatrzymały go dość długo. Potrzebował pewnego przymusu, aby się rozstać z nimi. Na koniec prędkim krokiem wyszedł do przedpokoju.

Zaspany lokaj Franciszek zerwał się na równe nogi i machinalnie, jeszcze niezupełnie przytomny, podał mu palto.

— Czy jasny pan prędko wróci? — zapytał wychodzącego.

— Nieprędko. Zgaś światło i możesz położyć się spać.

Lokaj sprowadził go na dół ze świecą i otworzył bramę.

Zgrzyt klucza w zamku obudził śpiącego dorożkarza, który co prędzej ściągał lejce i poprawił się na koźle.

— Na Starowiślną — rzekł Hulatyński, siadając do dorożki.

Tomasz nie potrzebował bliższego objaśnienia. Wiedział, że na tej ulicy mieszka owa piękna pani, z którą pan jego się spotykał. Znał on niektóre szczegóły z tej sprawy. Podobne rzeczy, gdyby się przytrafiły w niższej klasie, gorszyły by go niesłychanie; ale dla panów Tomasz miał inną miarę sądu. Nie dziwił się więc niczemu, nie gorszył się niczym i był ślepy i głuchy na wszystko, co widział i słyszał.

Zaciął konie i powóz potoczył się z turkotem po bruku, rzucając w przelocie światło latarni na zamknięte bramy kamienic i spóźnionych przechodniów.

Na Starowiślnej zatrzymał się przed jedną kamienicą, w której na pierwszym piętrze widać było światło za zielonymi storami.

Hulatyński wysiadł spiesznie, wyjął klucz z kieszeni i zbliżył się do bramy. Nie otworzył jednak i po chwilowym namyśle, schowawszy na powrót klucz do kieszeni, wrócił do dorożki.

Nie poszedł na górę, choć wiedział, że czekano tam na niego. Nie wiadomo, czy sobie czy komu innemu chciał oszczędzić przykrości pożegnania.

— Gdzie mam jechać, proszę jasnego pana? Do resursy13?

— Nie. Jedź przez Wiślną za miasto — rzekł, otulając się w palto, bo wiatr chłodny pociągał od rzeki.

Tomasz, widząc, że się na dalszą jazdę zanosi, postawił budę, zamknął okna i puścił konie galopem.

Noc była ciemna, wilgotna, niebo zakryte brudnymi chmurami, na polach tu i ówdzie leżały jeszcze śniegi i bieliły się wśród ciemności jak płachty porozrzucane; wiatr szumiał gałęziami drzew stojących przy drodze. Hulatyński wpół leżąc puścił wodze myślom, które błąkając się samopas, cofnęły pamięć jego do czasów pierwszej młodości, gdy jeszcze jako dzieciak wychowywał się w towarzystwie bon Francuzek i Niemek. Matkę pamiętał bardzo mało, odumarła go wcześnie. Ojciec nie zajmował się nim wiele, bo rzadko przebywał w domu, chyba gdy goście zjechali się do niego. Wtedy było huczno, wesoło, bo ojciec lubił się bawić. Tam tylko jeździł, gdzie mógł wesoło czas spędzić, z jarmarku na odpust, z imienin na wesele, to znowu za granicę do wód. Raz tylko dłuższy czas przez parę miesięcy siedział w domu. Było to w czasie, gdy przywiózł dla syna nową bonę Francuzkę, z zadartym noskiem, jasnymi, krętymi włosami i figlarnym uśmiechem.

Hulatyński, choć dziecko wtedy, zauważył, że miała oczy jakby z bławatków wykrojone, a rączki małe, delikatne w dotknięciu, jak listeczki, i drobne paluszki. Pamiętał dobrze te paluszki, bo się nimi nieraz przy lekcji bawił i całował. Co kilka dni widział na tych drobnych paluszkach nowe pierścionki, z najrozmaitszymi kamykami, które błyszczały jak gwiazdki. Później dowiedział się, że to były brylanty wielkiej wartości. Raz zobaczył u niej pierścionek, który widywał przedtem u ojca na małym palcu. Gdy ją zapytał, skąd ten pierścionek wziął się u niej — roześmiała się dziwnie i powiedziała, żeby nie był zbytecznie ciekawy, bo nie urośnie.

Potem ludzie zaczęli mówić we dworze, że będzie miał nową mamę. Cieszył się bardzo z tego. Ale nagle pewnego dnia Francuzka wyjechała, nie pożegnawszy się z nim nawet. Płakał po niej, pobiegł do ojca z prośbą, żeby wróciła, co ojca w taki gniew wprawiło, że go wyrzucił za drzwi.

Następnie przypomniał sobie guwernera, także Francuza, którego sprowadzono dla niego, gdy miał lat szesnaście. Był to bardzo wesoły chłopak; śpiewał po całych dniach przeróżne zabawne piosenki, które mu łatwiej wchodziły w głowę niż nauka. Jeździł razem konno, polowali na różną zwierzynę, a dopiero w chwilach wolnych od tych zajęć coś tam czytywali z historii lub z nauk przyrodniczych, więcej jednak romanse i powieści dla stylu i wprawy w języku.

Wesoły ów Francuz zawiózł go raz do miasta, żeby zobaczył cyrk. Młodemu chłopcu, który nigdy nie widział kobiet obnażonych, gorąco się zrobiło na ten widok. Goręcej mu jeszcze było, gdy się znalazł w towarzystwie tych dam po widowisku w restauracji. Wprawdzie były już wtedy ubrane, jak każda inna przyzwoita dama; ale Adaś — to było imię jego — patrząc na nie, mimo woli uprzytomniał je sobie w myśli w kostiumach, w jakich je przedtem widział.

Często potem robił wycieczki do miasta, rozumie się w towarzystwie guwernera. Wesołe kobietki bawiły się nim wybornie przy kolacyjce, nazywały go swoim małym. Ale kolacyjki takie kosztowały niemało i pensyjka, którą dostawał od ojca, wnet się wyczerpała, o nową nie śmiał mówić. Francuz znalazł i na to sposób: powiedział mu, gdzie ojciec chowa kluczyk od pieniędzy, i wytłumaczył, że ani spostrzeże ubytku, bo tatko ma dużo pieniędzy.

Jakoż istotnie ojciec długo nie spostrzegał, a Adaś był kontent, że mógł woltyżerkom zaimponować. Szczególniej jedną, miss Betty, upodobał sobie najwięcej, płacił jej długi, kupował bransolety, kolczyki, chciał nawet uciekać z nią na koniec świata. Nieszczęściem jednak ojciec spostrzegł znaczny ubytek pieniędzy i kosztowności, a doszedłszy, kto mu brał pieniądze, na co i za czyją namową, Francuza wypędził, jego zaś oddał do jezuitów na wychowanie.

Był tam lat parę i porobił znajomości z synami arystokratycznych rodzin, co mu później ułatwiło wejście w progi tak zwanego „wielkiego świata”. Od koleżków swoich nauczył się jeszcze więcej niż od Francuza i miss Betty. Burzliwe życie zaprowadziło go następnie do zimnych wód na kurację. Ojciec jego zachorował także w tym czasie na jakąś chorobę nerek, która zakończyła się śmiercią. Synowi niepełnoletniemu wyrobiono pełnoletność i oddano majątek w ręce.

O tym majątku powtórne chodziły wieści. Wprawdzie w spisie notarialnym figurowała tylko suma trzykroć pięćdziesiąt tysięcy, ale to był tylko majątek po matce. Starego Hulatyńskiego zaś nazywano powszechnie milionerem. Nikt nie przypuszczał, że hulaszcze życie ojca pochłonęło ogromną fortunę, a młody spadkobierca był tyle próżny czy ambitny, że nie zdradził tego sekretu przed ludźmi i pozwalał domyślać się Bóg wie jakich skarbów odebranych ciepłą ręką od ojca.

Pochlebiało mu to, że uchodził za milionera, i zaczął żyć jak milioner. A że procenta nie wystarczały na takie życie, więc co rok dobierał sobie z gotówki. W ten sposób majątek jego zmniejszał się co rok. Nie robił sobie nic z tego i nie zmienił trybu postępowania, trzymając się zasady, że lepiej żyć krótko, a dobrze, niż długo a byle jako. Żył więc i używał, nie rachując się z wydatkami.

Szalona hojność jego zwracała uwagę wszystkich, jednała mu przyjaciół, uwielbiany był bohaterem w swoim rodzaju, którego palcami wskazywano na ulicy, o którym dziwy opowiadano w salonie. Ta sława odurzała go i szalała jeszcze więcej. Ułożył sobie w myśli, że będzie tak żył, dopóki będzie można, dopóki mu starczy na wszystko, a gdy cały majątek wyczerpie się do dna, wtedy nić życia się przerwie i finita la comedia14. Skończy jak meteor.

Teraz właśnie doszedł do takiej ostateczności.

Oprócz mebli, wartujących15 do sprzedania z parę tysięcy, miał całego majątku jeszcze tyle, że mógł zapłacić służbę, mieszkanie i wyprawić lukullusową16 biesiadę dla przyjaciół. O tej biesiadzie miejscowe gazetki rozpisały się szeroko, wygłaszając na rzecz jego szumne panegiryki, w których było o „iście staropolskiej gościnności”, „uczcie Wierzynka17” itd. Uczta owa odbyła się wczoraj, dziś po niej zostało mu w pugilaresie zaledwie kilka setek. Z tych jedną odłożył dla dorożkarza za ostatnią jazdę w życiu; reszta miała wystarczyć na koszta pogrzebu.

Przygotował się do tego aktu z drobiazgową dokładnością. Popalił, jak widzieliśmy, listy, fotografie, rewers, aby śladu nie było jego interesów i stosunków; porozdawał kosztowniejsze cacka w upominku znajomym; przygotował nawet piśmienne zeznanie, że umiera z własnej woli, aby kogoś nie posądzono po jego śmierci. Nie wymienił tylko powodu, który go do tego skłonił, zostawiając ludziom szerokie pole do domysłów. Zeznanie to w kształcie listu miał przy sobie.

Wszystko było w porządku. Skończył rachunek z ludźmi.

Przechodząc myślą wszystkich znajomych, dziwił się sam sobie, że między nimi nie było ani jednej osoby, ku której byłoby mu tęskno w tej chwili, z którą by mu było żal się rozstać. Bawił się w ich towarzystwie doskonale, a jednak rozstawał się bez żalu, bo żadna nie zapisała się głębiej w jego pamięci i sercu.

Z całego życia hucznego hulaszczego nie zostało mu nic, coby było warte łzy, wspomnienia serdeczniejszego. Całe życie przebyte wydawało mu się dziwnie pustym, bez treści; dlatego rozstawał się z nim na zimno, delektując się myślą, że niedługo będzie koniec wszystkiemu.

Zdrów i jeszcze pełen sił jechał na własny pogrzeb; w jednej osobie był sędzią, co podpisuje wyrok śmierci, katem, co wyrok spełnia i delinkwentem, na którym będzie spełniony.

Miejsce egzekucji wybrał za miastem, aby umrzeć bez świadków, aby nikt nie usłyszał ostatnich jego jęków, nie usiłował go ratować. Wszystko obmyślił na zimno, z odwagą żołnierza idącego do boju. Śmiało spoglądał śmierci w oczy, bo życie nie miało już dla niego wartości po stracie pieniędzy. Nie było już czym podtrzymywać płomienia w pełnym blasku, więc należało go zdmuchnąć od razu, aby nie było swędu i długiego konania.

Upatrzył sobie od dawna na spełnienie tego czynu świerkowy Las Bielański. Gdy więc dojechali do karczmy pod tym lasem, kazał woźnicy zatrzymać się i wysiadł.

— Masz — rzekł, wciskając mu w rękę banknot stureńskowy18. — Nie mam drobnych — dodał szybko, widząc, że dorożkarz ze zdziwieniem spojrzał na banknot przy świetle latarni. — Porachujemy się później.

— Karczma zamknięta, może zapukać? — rzekł Tomasz, gubiąc się w domysłach.

— Nie potrzeba — odpowiedział Hulatyński — i ty wracaj do miasta.

— Jak to? Jasny pan nie wróci?

— Wrócę później.

— To zaczekam.

— Głupiś, będziesz czekał do rana?

— A choćby. Jak pan każe.

— Ja ci każę, żebyś jechał, bo się nie doczekasz. Bądź zdrów!

Powiedział te słowa ostro, krótko, aby przerwać od razu rozmowę, która go niecierpliwiła — i puścił się ścieżką w głąb lasu.

Tomasz patrzył za nim, nie rozumiejąc nic z tego, co się działo. Wydawało mu się być dziwnym, że taki wielki pan wałęsa sie po nocy w lesie jak włóczęga.

— Skąd jemu to przyszło? — myślał sobie. — W tym jest jakaś nieczysta sprawa. Albo mu się rozum pomieszał?... Kto wie? — dodał z trwogą. — Wielkim panom od zbytków i dobrego jedzenia często się w głowie przewraca... Tylko on na wariata nie wyglądał.

Po chwili znowu zaczął mówić do siebie:

— Niech on sobie co chce mówi, ja taki zostanę19. Jak mu zimno dokuczy, to on tu w dyrdy20 przyleci.

Przed karczmę nadciągnęli Żydzi jadący na jarmark, zrobił się ruch, w oknach szynkowni błysnęło światło.

Tomasz wyjął worek spod siedzenia, dał koniom jeść i poszedł do karczmy na kieliszek gorzałki dla rozgrzania. Nie mógł jednak dosiedzieć w izbie, niepokój o pana wyciągnął go znowu na drogę. Stanął na ścieżce wiodącej do lasu i nadsłuchiwał, wpatrując się w ciemności.

Wiatr świszczał i gwizdał po lesie, uderzając co chwila niedomkniętą okiennicę na strychu karczmy, poruszał skrzypiącym żurawiem nad studnią. Chmury goniły się po niebie, jak duchy, odsłaniając kiedy niekiedy kawałek księżyca. Coś pogrzebowego i smutnego było w jego bladym połysku.

Tomaszowi aż się niedobrze zrobiło koło serca, jakieś dreszcze niemiłe zaczęły mu chodzić pod skórą.

— Gdzie to polazł na taki czas, na takie błoto? — mruczał. — Ci panowie mają czasem dziwne fanaberie. Roboty im się przebiera, nie wiedzą już, co wymyślić.

Wtem w głębi lasu rozległ się strzał.

Tomasz zdrętwiał z przerażenia. Od razu przyszedł mu na myśl pojedynek. Nieraz już woził różnych panów na takie awantury, ale to bywało w dzień, wczas21 rano, nigdy w nocy. Nikt po ciemku przecież nie strzela, chyba rabuś albo zły człowiek. A może spotkał wilka i strzelił dla postrachu?

To przypuszczenie wydawało mu się prawdopodobniejszym i uspokoiło go trochę.

Wtem naraz z wiatrem zalatującym od lasu doszedł go jęk stłumiony.

Nie namyślając się dłużej, Tomasz puścił się prosto przez zagony ku lasowi w tym kierunku, skąd go jęk doleciał.

Biegając zadyszany tu i tam, wreszcie pod skałą na kupie sczerniałego śniegu, znalazł swego pana leżącego i charczącego. Przy niepewnym i mdłym świetle księżyca zobaczył twarz jego bladą, krwią oblaną.

— Na rany boskie! Co się panu stało? — spytał, nachylając się nad nim i chwytając go rękoma.

Naraz urwał, po prawej jego ręce namacał ciepłą jeszcze lufę pistoletu, która mu odpowiedziała na pytanie.

Poczciwy Tomasz zdrętwiał z przerażenia.

— Bój się pan Boga, coś pan zrobił? Czy to się godziło? A toż to grzech wielki!

Hulatyński nie odpowiadał. Leżał z przymkniętymi oczyma, bo nie śmiał patrzeć w oczy dorożkarza. Wstyd i upokorzenie, jakiego doznawał w tej chwili pomarszczyło mu czoło w ponure fałdy, nie wstydził się czynu, którego się dopuścił, tylko swojej niezgrabności. W stanowczej chwili ręka widocznie zadrżała albo pistolet szarpnął i strzał wyszedł bokiem, rozerwawszy policzek. Tego nie przewidział.

— Dobij mnie — wybełkotał niewyraźnie, bo krew zalewała mu usta i mówić przeszkadzała.

— A czy ja to zbój jaki? Niechże mnie ręka boska broni! Pan Bóg widać łaskaw na pana, skoro nie dopuścił stracenia duszy i ocalił pana.

Pociecha ta przeraziła rannego. Obiecywano mu życie, kiedy on śmierci pragnął, bo dalsze życie było według jego pojęcia niepodobieństwem.

— Zostaw mnie, idź precz! — zawołał gwałtownie, bo perswazje Tomasza i jego obecność drażniły go.

Nie wiedział jeszcze, co pocznie z sobą, chciał jednak pozbyć się natrętnego świadka.

Ale Tomasz nie dał się tak łatwo odpędzić. Psa postrzelonego nie minąłby obojętnie na drodze, cóż dopiero jego, któremu zawdzięczał swój los, swoje szczęście?

Płacząc, zaczął go po rękach całować i uspakajać.

— Niech się pan nie martwi — mówił. — Ludzie nie dowiedzą się o tym, Tomasz umie milczeć. Zawiozę pana do siebie. Moja służyła w szpitalu i umie obchodzić się z ranami. Wygoi się i nikt nie będzie wiedział.

Hulatyński już nie słyszał tych wyrazów: upływ krwi odebrał mu przytomność. Tomasz z przestrachem spostrzegł to i wziął się do ratowania. Przyłożył śniegu na twarz dla zatamowania krwi, obwiązał chustką. Robił to bardzo niezręcznie, bo był niewprawny i ręce trzęsły mu się z wzruszenia, ale ostatecznie obwiązał jako tako i owinął szalem.

Ból i zimno ocuciły chorego, jęczał cicho.

Tomasz wziął go na ręce jak dziecko i zaniósł do powozu — a potem noga za nogą ruszył do miasta.

III

Dziwnego uczucia doznał Hulatyński, gdy po trzech tygodniach, które przeleżał nieprzytomny, w silnej gorączce w mieszkaniu Tomasza, nareszcie przyszedł do siebie.

Izdebka, w której go umieszczono, jakkolwiek wybielona i porządnie utrzymana była mała, niska, ściany miała pogięte od starości, a jedno jedyne okienko z małymi szybkami, które wychodziło na rzeczkę Młynówkę, płynącą poza domem, zasłonione22 jakimś kawałkiem zielonego perkalu, nadawało jej kolor zielonawy, brudny.

Hulatyński nigdy w życiu nie znajdował się w takim nędznym pomieszkaniu, przyzwyczajony do wspaniałych pokojów, dywanów, aksamitnych mebli, do zbytku i elegancji, ze wstrętem przyglądał się nagim ścianom i ubóstwu, które wyglądało tu z każdego kąta.

Nie mógł sobie zdać sprawy, gdzie się znajduje. Nic bowiem nie pamiętał, co się z nim stało od czasu, gdy po niefortunnym strzale upadł na ziemię w Lesie Bielańskim.

Jak na nieszczęście, właśnie nie było nikogo w domu, coby go objaśnił. Tomasz, jak zwykle, wyjechał rano na miasto, a żona jego poszła na strych wieszać bieliznę. Nikt się więc nie pokazał, choć parę razy wołał. Ta cisza i pustka przerażały go. Ciemna izdebka wydawała się grobem, w którym on leży jak pogrzebany w letargu, zapomniany przez wszystkich.

Podniósł się z trudnością na łóżku, uchylił firanki i wyjrzał. Potrzebował przekonać się, że nie jest żywcem pogrzebany.

Widok, jaki zobaczył, niewiele go rozweselił. Rzeczka w ocembrowaniu czarnych, przegniłych desek, płynęła tuż pod oknem, brudna, rudawa, a za nią ciągnął się z drugiej strony wysoki mur klasztorny, który nadawał miejscu pozór więzienia i rzucał cień ponury.

Chory co prędzej opuścił firankę i odwrócił się. Ten ruch sprawił mu ból w twarzy. Chciał się dotknąć miejsca, które go zabolało, i trafił ręką na bandaże, którymi twarz jego była spowita aż pod oczy, jak mumia.

Ból wywołał chwilowe osłabienie. Bezsilny upadł znów na poduszki i leżał tak dość długo, wodząc oczyma, po zielonym pułapie, z którego cienki tynk odlatywał na kołdrę od czyjegoś stąpania na strychu, na obrazy świętych wiszące rzędem obok siebie na przeciwległej ścianie oraz na szafę stojącą krzywo w kącie.

Wydziwić się nie mógł, jak ludzie mogą mieszkać w takich lepiankach i nie zbrzydzić sobie życia, bo przecież okropnym być musi tak żyć, tak mieszkać.

Rozmyślaniom jego wtórował jednostajny chód zegaru za ścianą i bełkotanie rzeczki o drewniane cembrowanie.

Naraz tę ciszę przerwały jakieś dziecinne wesołe głosy i śmiech srebrzysty, który się odezwał w drugiej izbie. Z przyjemnością przysłuchiwał się tym objawom życia, a zarazem dziwił się, jak można tak w nędznym mieszkaniu śmiać się i weselić.

Śmiechy te wnet ktoś uciszył surowym napomnieniem, a po chwili uchyliły się drzwi i weszła przez nie kobieta niemłoda, w czepcu, ze wzrokiem utkwionym w niego.

Gdy zobaczyła, że on się jej badawczo przyglądał rozjaśniła się i rzekła:

— No, chwała Bogu, to już dobrze, skoro pan tak. Oj! Mieliśmy tu niemało strachu o jasnego pana! Mój chciał już doktora sprowadzać, bośmy się bali brać odpowiedzialność.

To opowiadanie starej niewiele go jeszcze objaśniło, bo nie mógł się domyśleć, gdzie się znajduje. Dopiero, gdy mu powiedziała, że jest żoną Tomasza, przypomniał mu się cały ciąg wypadków.

A więc Tomasz go tu przywiózł, ukrył i wyleczył! Była to przysługa, za którą wcale mu nie był wdzięczny. Wolałby, żeby go był zostawił tam w lesie.

Więc kiedy wieczorem Tomasz powrócił do domu i dowiedziawszy się, że jego pan już przyszedł do przytomności, wpadł ucieszony, aby mu ucałować ręce — Hulatyński dość chłodno przyjął te oznaki czułości i zbył go kilku słowami pod pozorem, że jest jeszcze osłabiony i mówić nie może. Miał urazę do tego człowieka, że go ocalił. To ocalenie było stokroć gorsze od śmierci. Cierpnął cały z przerażenia na myśl, co dalej będzie.

Mógł wprawdzie, zrzuciwszy pychę z serca, udać się o pomoc do tych, których sam nieraz wspomagał, żądać od tych, których żywił, aby jego teraz żywili, ale za dumny był na to. Lubił wyświadczać łaski drugim, ale nie zdecydowałby się nigdy żyć na ich łasce. Zarabiać nie umiał, a choćby umiał, nie chciałby, bo uważał to za ubliżenie swemu stanowisku. Tak nisko nie chciał upaść. Pozostawało więc chyba szukać śmierci po raz drugi. Szło tylko o to, aby wybrać taką, która by go nie zawiodła.

Długo w nocy rozmyślał nad tym, szukając najwygodniejszego i najpewniejszego sposobu pozbawienia się życia.

O pistolecie już ani myślał, bo miał jeszcze żywo w pamięci ową straszną chwilę, gdy wewnątrz jamy ustnej usłyszał ten przerażający huk, który go ogłuszył i odbił się echem równocześnie w czaszce jego i w sercu. Za nic w świecie nie odważyłby się więc doświadczać tego po raz drugi. Zresztą pistolet okazał się zawodny. Przypomniał sobie różne wypadki samobójstw, o których czytał w romansach francuskich, jak: zaczadzenie, trucizna, śmierć w nurtach wody: ale żaden nie odpowiadał jego chęciom.

Topić się nie mógł, bo umiał pływać. Chybaby uwiązać kamień u szyi. Ale jakiegoż to kamienia potrzeba, aby nie wypłynął! Zresztą widział, że małe szczeniaki topi się w ten sposób, a to zestawienie psa i jego obrzydziło mu ten rodzaj śmierci. Zaczadzenie wydawało mu się nie dość męskie. Wszystkie szwaczki w romansach francuskich pozbawiają się w ten sposób życia. Trucizna byłaby najwygodniejsza, tylko idzie o trudność dostania, a więcej jeszcze o dostanie takiej, która zabija na pewno.

Stawał się smakoszem w wyborze śmierci; przebierał, grymasił, jakby tu szło o jakąś smaczną potrawę. Formalnie bawił się myślą o śmierci. Była to zresztą jedyna zabawa, na jaką mógł teraz sobie pozwolić.

Wśród tych rozmyślań usnął — bardzo późno w nocy, bo prawie nad ranem i miał sen dziwny.

Śniło mu się, że widział balon płynący ponad ogrodami, ponad jakąś wieżą, na której on stał, i widział wiszący z tego balonu długi sznur, który muskał wierzchołki drzew, przesuwał się jak wąż po trawie i zbliżał się do niego. Wtedy uchwycił koniec owego sznura i w chwili, gdy szedł z balonem w górę, zakręcił go sobie koło szyi i uczuł się nagle porwanym w powietrze, uniesionym w górę i równocześnie duszonym. Ale duszenie to było tak przyjemne, jakby go kto łaskotał. I tak unosił się coraz wyżej i wyżej, między gwiazdy, słońca mleczne obłoki, po których goniły się aniołki, śmiejąc się i hałasując.

Ten śmiech go obudził — i dziwił się, że po przebudzeniu nie ustawał. Słyszał go wyraźnie w przyległej izbie. Był to ten sam śmiech dziecięcy, który słyszał już wczoraj. Z przyjemnością przysłuchiwał się wesołemu szczebiotaniu dzieci i głośnym, serdecznym uśmiechom, które się dobywały z ich gardziołek, jak tryle słowicze. Przy tym akompaniamencie było mu weselej i widniej.

— Czy to wasze dzieci? — spytał Tomaszowej, gdy po chwili zjawiła się przy jego łóżku z kawą.

— Pewnie panu spać nie dały? Przeklęte bębny! A zaklinałam je, żeby się cicho sprawiały! Ale gdzie to poradzić z tymi zbytnikami! Dziś niedziela, do szkoły nie idą, to im się roboty przebiera.

— A dużo macie dzieci?

— To nie moje, proszę jasnego pana — rzekła z westchnieniem. — Nam Pan Bóg nie dał dzieci. To sieroty po bracie. Wzięliśmy je za swoje, bo nam teraz dzięki Bogu i łasce pańskiej nieźle się powodzi. Jest taki miesiąc, co i stówkę się zarobi na czysto.

— Sto reńskich? — spytał zdziwiony. — I to wam wystarcza, żeby się wyżywić i dzieci posyłać do szkoły?

— Ale gdzieżby tam człowiek wydawał tyle na dom! — rzekła zgorszona podobnym przypuszczeniem. — Jeżeli się wyda z tego połowę, to już bardzo wiele, a resztę mąż zanosi do kasy oszczędności na książeczkę, żeby było na przypadek, czego broń Boże, choroby lub innego jakiego nieszczęścia... Ja także tam mam — mówiła mu przyciszonym głosem, z obawy, żeby kto nie podsłuchał — złożonych kilkaset reńskich z prania na posag dla Maryni. Jeden urzędnik mi obrachował, że z tego, co tam już jest, choćbym już nic nie dokładała, będzie miała po dwudziestu latach dwa tysiące. Ładny grosz! Z takim posagiem będzie się mogła lepiej wydać za mąż. Chłopiec tego nie potrzebuje, bo sobie zapracować potrafi. On już teraz potrafi zarabiać lekcjami. A jakże! Ma takich dwóch pędaków, niewiele mniejszych od siebie, co ich uczy czytać i pisać i dostaje za to na miesiąc dwa reńskie i szklankę kawy z bułką raz na tydzień. Bo chłopak głowę ma dobrą i objęcie23 bystre; mam już i ja z niego wyręczenie, bo mi rachunki pisze za pranie.

Hulatyński słuchał tego opowiadania gadatliwej baby, jak się słucha cudownych powieści — coś w rodzaju podróży Guliwera po krainie Liliputów.

Gdy nazywała dwa tysiące reńskich majątkiem, co po dwudziestu latach miał służyć za posag dziewczynie, przypomniało mu się, że on przed kilku dniami posiadał daleko większą sumę i uważał ją jako24 ostatnią zapowiedź zbliżającej się nędzy.

Z dalszego opowiadania i poufnych zwierzeń Tomaszowej dowiedział się, że na zebranie owych kilkuset reńskich, z których kiedyś miały uróść dwa tysiące pracowała lat blisko trzydzieści, zbierając po kilkadziesiąt krajcarów tygodniowo. On, który tylko umiał trwonić wielkie sumy, ze zdumieniem i pewnym uszanowaniem począł oceniać tę drobną, mozolną, mrówczą pracowitość, to wytrwałe, powolne gromadzenie centów, aby z nich tysiące urosły. Było to dla niego takim samym zjawiskiem, jak owe pokłady kredowe, które się tworzą z milionów i bilionów drobniuchnych żyjątek. Ileż to ciężkich dni pracy, okaleczeń rąk, niespanych nocy, odmawiania sobie różnych potrzeb i przyjemności było potrzeba, aby z lichego zarobku zebrać taką olbrzymią sumę! Bo olbrzymią wydawała mu się ona, gdy się jej przypatrywał przez powiększające szkła własnego zdumienia.

Znał dotąd tysiączki papierowe, których kilkadziesiąt, a nawet kilkaset mieściło się wygodnie w głębi jego niezbyt wielkiego pugilaresu; ale tysiąc złożony z samych krajcarów25 Tomaszowej wydawał mu się niebotyczną cyfrą, na której widok dostawał zawrotu głowy, przed którą się pochylał z bałwochwalczą czcią.

Również trudnym do uwierzenia mu się wydawało, że można wyżywić cztery osoby przez miesiąc za kilkadziesiąt reńskich. On dziennie potrzebował więcej, choć był niby sam jeden. Stówka dla niego była bagatelnym wydatkiem, a piątki i dziesiątki nie miały prawie żadnego znaczenia, rzucał je bez rachuby jako datki na piwo, gdy tu kilka takich dziesiątek stanowiło podstawę bytu całej rodziny.

I nie dość, że ci ludzie z tak skromnych funduszów siebie utrzymać mogli, ale jeszcze starczyło im na świadczenie dobrodziejstw, na wychowanie sierot i posyłanie ich do szkoły, gdy on przy swoich olbrzymich dochodach nic dobrego nie zrobił w życiu.

Dawał wprawdzie składki na jakieś cele dobroczynne, gdy się o to do niego udawano, sypał nieraz setki na tacę podczas kwesty wielkanocnej, szczególniej tam, gdzie widział ładne buziaki przy stoliku; ale robił to nie z poczucia obowiązku, jeno z fantazji, a najczęściej dla popisu. Nie obchodziło go wcale, kto i jak korzystać będzie z tych pieniędzy i nie miał prawa do niczyjej wdzięczności. Zresztą dobroczynność taka bardzo skromną rubrykę zajmowała w jego wydatkach. Stokroć więcej kosztowała go taka rzesza przyjaciół, którą karmił przysmakami wybrednymi, poił szampanem i czynił to nie przez uczucie jakiejś życzliwości dla tych ludzi — bo przeważnie byli to ludzie tacy, których poznawszy lepiej, nie mógł szanować ani kochać — jeno dla siebie, dla własnej przyjemności. I dla dogodzenia tym swoim zachciankom zmarnował cały majątek. I nawet nie przyszło mu nigdy na myśl, że to, co robi, jest złem, jest po prostu zbrodnią społeczną. Owszem miał się za uczciwego człowieka, bo nikogo nie okradł i nie pokrzywdził.

Dopiero teraz, gdy los wyrzucił go za koło zaczarowane zbytku i wygodnego używania, gdy się ujrzał pomiędzy ludźmi pracującymi ciężko na chleb powszedni, przyszedł do przekonania, że był pasożytem, bo się żywił bez pracy, używał życia i pieniędzy dla własnej tylko przyjemności, nie myśląc o drugich.

Co go jednak najwięcej dziwiło u tych ludzi, pośród których znalazł się teraz tak niespodzianie, to ich dobry humor i wesołość. Gdy wieczorem, po całodziennej ciężkiej pracy, cała rodzina zasiadła do wieczerzy, nie było wcale widać na ich twarzy znękania, zmęczenia, smutku, owszem panowała w tym kółku serdeczna wesołość, ożywiona rozmową, śmiechy, a nieraz i piosenka słyszeć się dała.

Cóż to na przykład za uciecha była, gdy Tomaszowa z okoliczności jego wyzdrowienia ugotowała herbaty z rumem i napiekła grzanek! Herbata była mętna, miała smak ziółek i Hulatyński musiał się zmuszać, aby parę łyków przełknąć, a grzanek wcale nie tknął, tymczasem reszta delektowała się tym, jakby największymi specjałami, i w całym domu była z powodu tej fety taka uciecha, że zdawało się ściany, sprzęty, szklanki ożywiły się tą ogólną wesołością i uśmiechały się razem z ludźmi.

Rozochocony Tomasz, rozmarzony arakiem, zaczął przyśpiewywać i wziąwszy małą Marynię za rękę, nuż obracać się z nią wokoło. Chciał poczciwiec tym rozweselić swego pana, który siedział jakiś smutny i zamyślony.

Był zamyślony rzeczywiście. Myślał nad rozwiązaniem zagadki: co tym ludziom daje taki humor, takie zadowolenie? Nie umiał sobie na to odpowiedzieć, nigdy nie pracował, więc nie wiedział, że w pracy w wypełnianiu obowiązków tkwił ów talizman szczęścia, zadowolenia i wesołości. Przypatrywał się temu ze wzrastającym podziwem i przypomniał sobie, ile to on nieraz pieniędzy wydawał, aby się zabawić — ile nałamał sobie głowy nad wymyślaniem nowych rozrywek i mimo to często nudził się śmiertelnie. A ci ludzie przy skromnej wieczerzy, na którą wydali zaledwie kilkadziesiąt centów, mieli tyle uciechy i zabawy, że mogliby niejednemu śledziennikowi26 odprzedać połowę tego i jeszcze by im dosyć starczyło na własną potrzebę.

A ten Kazik mały — chłopczyna ledwie odrósł trochę od ziemi, a już zarabiał na siebie. On także zdziwił niemało Hulatyńskiego. Taki malec i już rwał się do pracy, a on trzydzieści kilka lat przeżył i nie pomyślał nigdy o tym. I choćby nawet chciał się wziąć do jakiej pracy, toby nie wiedział, co począć. Do ciężkiej fizycznej pracy był niezdolny, bo miał za mało sił na to, a co do umysłowej, brakowało mu systematycznej nauki.

Raz Kazik, odrabiając zadanie geometryczne, przyszedł go zapytać o sposób wykreślenia elipsy. Hulatyński nie mógł go objaśnić, bo sam nie miał o tym pojęcia, co Kazika ogromnie dziwiło, że taki duży pan nie wie tego, o czym uczniowie drugiej klasy już wiedzieć muszą.

Znał on wprawdzie języki — trzymano mu dla tego bony — umiał trochę brząkać na fortepianie, ponabywał od korepetytorów, guwernerów, od gości bywających w domu ojca, a wreszcie od znajomych dużo wiadomości z najrozmaitszych gałęzi wiedzy — ale wszystko to było u niego pomieszane jak groch z kapustą. Miał głowę jak magazyn, zarzuconą najrozmaitszymi przedmiotami, w której jednak z trudnością znaleźć można było to, czego było potrzeba. Dosyć wiedział, aby o wszystkim mówić w salonie, ale za mało, aby z tej wiedzy wyciągnąć jakąś korzyść dla siebie lub dla drugich.

Pewnego dnia, gdy z przymkniętymi oczyma leżał na łóżku, słyszał, jak mały Kazik, sądząc, że śpi zapytał wuja: „Wujciu! czymże jest ten pan?” — a Tomasz dał mu odpowiedź przyciszonym głosem: „Niczym, jest sobie panem”.

To ciche słówko „niczym”, padło jak ołów na jego serce i gniotło je boleśnie swoją prawdą. Bo w istocie był niczym.

Dopóki miał pieniądze, był panem, straciwszy je, nie miał nic i był niczym. Nie umiał nic i nie mógł się nikomu na nic przydać, nawet jeszcze zawadzał tym biednym ludziom, bo potrzebował ich opieki, pomocy, za którą nie mógł im nawet tak wynagrodzić, jak to było u niego zwyczajem.

Gdyby miał teraz w ręku choć połowę majątku, który przepuścił, to może z tym poglądem, jaki sobie wyrobił w biednej izdebce dorożkarza, zacząłby inne życie, lepsze, pożyteczniejsze, zajmowałby się ubogimi, wynajdował potrzebujących, dostarczał im środków do pracy, ale bez pieniędzy byłyby to tylko próżne marzenia. Miał zaledwie tyle, aby wynagrodzić jako tako Tomaszostwo za tych kilka tygodni, przez które go żywili i opatrywali, mogło jeszcze przy skromnym życiu wystarczyć mu tych pieniędzy na miesiąc, dwa, ale co potem?

Nadziei dostania pieniędzy nie miał żadnej, zapracować nie umiał. Nie pozostawało mu tedy nic innego, tylko umrzeć.

IV

Miał nawet już gotowy plan wykreślenia się tanim kosztem z rzędu ludzi wałęsających się niepotrzebnie po świecie.

Pewnego dnia, gdy leżał na łóżku, rozmyślając nad swoim położeniem, zwrócił jego uwagę gwóźdź sterczący u pułapu. Niegdyś prawdopodobnie ktoś na tym gwoździu zawieszał lampę. Musiało to już być bardzo dawno, bo gwóźdź ów przy bieleniu zamalowano wapnem, że go prawie znać nie było. Otóż Hulatyńskiemu przyszło na myśl, że może by nieźle było zamiast lampy, zawiesić siebie. Ta myśl kusiła go.

Wydawało mu się, że to najłatwiejszy sposób pozbycia się życia, a skłaniał go do tego wyboru ów sen o balonie, w którym miał śmierć tak lekką. Gdzieś, kiedyś słyszał, że wisielcy podobno rzeczywiście doznają w ostatnich chwilach takiego rozkosznego drażnienia, jakie czuł wtedy we śnie. A zachodu do tego potrzeba niewiele. Kawałek sznurka, o co w domu praczki nie było trudno, stół i stołek, po którym by się można dostać w górę i zaczepić sznurek o gwóźdź — i oto wszystko.

Zrobił nawet próbę, czy gwóźdź wytrzyma ciężar ciała i zawiesił się na nim ręką. Tkwił mocno w drzewie i nie drgnął. Dla większej pewności, gdy nikogo nie było w domu, przybił go jeszcze młotkiem. Potem uciął kawałek sznurka z tych, na których Tomaszowa wieszała bieliznę, posmarował go łojową świeczką, aby pętla łatwiej snuć się mogła, zrobił dwa węzły, bo słyszał, że to konieczne, schował sznur do kieszeni i spokojnie oczekiwał nocy.

Pragnął zamiar swój wykonać w nocy, po dwunastej, gdy wszyscy będą w najgłębszym śnie pogrążeni, aby mu nikt nie przeszkodził i nie nadbiegł niepotrzebnie z pomocą. Nie chcąc zaś poczciwych ludzi, u których znalazł przytułek, narażać z powodu swojej śmierci na krzywdzące podejrzenia, śledztwo etc., napisał zeznanie, że umiera dobrowolnie. Rozporządził sumką, którą miał w pugilaresie, na rzecz Tomaszostwa za to, że go trzymali u siebie — i dopełniwszy tych czynności, położył się w łóżko, czekając dwunastej.

Godzina nadeszła prędzej, niż się spodziewał. Pogrążony w myślach ani spostrzegł, jak czas mu upłynął i wybiła ostatnia dla niego chwila.

Słyszał ją najprzód na wieży kościelnej, potem powtórzyła ją gwizdawka stróża na ulicy, potem odezwał się brzęczący głos zegara ściennego, wiszący w drugiej izbie, w końcu zegar kościelny jeszcze raz wydzwonił godzinę.

Gdy ostatni ton przebrzmiał, wstał i zabrał się do wykonania zamiaru. Chciał to uczynić w ciemności, ponieważ jednak ciągle potrącał się o sprzęty, więc bojąc się hałasem obudzić śpiących, zapalił świecę i postawił ją na miednicy. Zrobił to z przezorności, aby gdy świeca się dopali, nie zajął się od niej stół i nie powstał pożar.

Następnie po cichu, ostrożnie przeniósł stolik tuż pod gwóźdź, przystawił stołek i już oparł się nogą na nim, aby wstąpić na to zaimprowizowane rusztowanie, gdy drzwi od drugiej izby się otwarły i weszła, a raczej wsunęła się Tomaszowa, blada, wystraszona, otulona w derową chustkę.

Hulatyński wzdrygnął się, jakby zobaczył widmo.

— Czego tu chcecie? — spytał opryskliwie.

— Pan nie śpi? — odezwała się drżącym głosem.

— A was to co obchodzi?

— To może pan pójdzie spojrzeć na mojego i wymiarkuje, co mu jest. Wrócił jakiś niezdrów do domu, narzekał na ból w nogach i w głowie, mało co jadł, a teraz leży rozpalony, gorący, coś mamrocze i rękami wymachuje. Może by pan zobaczył...

Hulatyński schował do kieszeni postronek, który trzymał w ręku, wziął świecę i poszedł za Tomaszową do drugiej izby do łóżka, na którym leżał dorożkarz.

Hulatyński nie wiedział, co choremu jest, radził jednak co prędzej posłać po doktora, domyślając się jakiejś ciężkiej choroby.

Domysły jego okazały się słuszne, gdyż przybyły lekarz rozpoznał tyfus i kazał co prędzej chorego przenieść do szpitala.

Tomaszowa, szlochając, pobiegła po ludzi i nosze, polecając chorego i śpiące dzieci opiece Hulatyńskiego.

Nie był mu ten obowiązek ani przykry, ani uciążliwy. Owszem — uczuł pewne zadowolenie, że jest potrzebny, że na coś przydać się może. Spełniał powierzony mu dozór z przesadną skrupulatnością. Co chwila stawał i zbliżał się do chorego, kładł chłodną rękę na jego rozpalone czoło i ucieszyło go, że stary znajdował w tym widoczną ulgę, bo się stawał spokojniejszy. Z kolei chodził do łóżek dzieci, poprawiał kołderki, nakrywał nimi śpiące i z zajęciem przypatrywał się ich nadobnym twarzyczkom, zarumienionym od mocnego spania, ich rozchylonym, wiśniowym usteczkom, których oddech spokojny, równy, cichy zaledwo było można pochwycić uchem.

Nie znał on prawie dzieci, nie bywał nigdy w takich domach, gdzie dzieci kręcą się koło rodziców. Teraz dopiero w domu Tomasza zapoznawał się z nimi, a teraz po raz pierwszy widział je śpiące i widok ten dziwnie miłe zrobił na nim wrażenie. Ten sen niewinnych istotek miał w sobie tak coś spokojnego, anielskiego, że nie mógł oderwać oczu od uroczego widoku. Siedział, patrzył, rozmyślał nad tym, jak piękny jest człowiek, póki go świat i namiętności nie zeszpecą i zepsują!

Wśród tych rozmyślań, mimo woli zagłębił rękę w kieszeni i namacał postronek.

Wstrząsnął się cały, jakby węża dotknął i rękę prędko wyjął. Zamiar samobójczy wydawał mu sie wstrętny, zbrodniczy wobec tego cichego snu dziatek, nad którymi powierzono mu opiekę. Dziś nie byłby w stanie spełnić takiej zbrodni, odłożył to na później.

Z powrotem Tomaszowej, za którą wnieśli tragarze lektykę, rozpoczęła się bolesna scena wynoszenia chorego. Nie obeszło się bez płaczu i lamentów nie tylko samej Tomaszowej, ale i sąsiadek, które złudzone niezwykłym o tej porze ruchem w domu, powychodziły na wpół odziane z łóżek na podwórzec, do sieni, wciskały się ciekawie, natrętnie do izby i powiększały zamieszanie.

Niektóre z nich, mając zabobonny wstręt do szpitala, odradzały Tomaszowej posyłać tam męża, prorokując, że jej zamrze, jak dwa a dwa cztery. Inne znowu radziły szpital, utrzymując, że w domu nie miałby nigdy takiej opieki, jaką tam mieć będzie. Ze starcia się tych dwóch przeciwnych mniemań powstał taki hałas, taka walka na słowa, że dzieci się pobudziły i ujrzawszy ludzi tyle, lektykę, którą właśnie tragarze wynosili z chorym, buchnęły także za kobietami głośnym płaczem.

Hulatyński zostawszy z nimi sam jeden po wyjściu ludzi, musiał je uspokajać i pocieszać — szczególniej Marysię, która dygotała z przestrachu i trzęsła się jak w febrze. Wziął ją na rękę, drżącą okrywał kołderką i tulił do siebie. Kazikowi zaś, który zaczął go się natrętnie dopytywać, co Tomaszowi się stało, dlaczego zabrali go z domu — musiał co chwilę odpowiadać na pytania.

Kosztowało go to niemało, bo nie umiał wcale rozmawiać z dziećmi, naginać się do ich pojęć i tłumaczyć im tak, aby go zrozumiały.

Gorzej jeszcze było, gdy nadszedł dzień i dzieciom trzeba było przygotować śniadanie, ubrać je, aby mogły na czas pójść do szkoły, a tu Tomaszowej widać nie było. Rad nierad musiał ją zastąpić.

Z ubraniem jeszcze poszło jako tako, bo Kazik prawie się sam ubrał, a Maryni tyle tylko co pomógł sukienkę zapiąć z tyłu na haftki i włoski rozdzielić przy czesaniu. Ale gorzej szło ze śniadaniem: nie wiedział, jak się zabrać do tego.

Przypomniał sobie wprawdzie, że jego lokaj, gdy mu chciał zrobić kawę, brał jakąś machinkę ze szklanym przykryciem, sypał w środek kawę mieloną, lał wodę, potem zapalał spirytus i w kilkanaście minut kawa była gotowa, a woń jej rozchodziła się po pokoju. Ale tutaj takiego naczynia nie było, spirytusu także nie można było znaleźć; więc pomimo jego najlepszych chęci, musiałyby głodne pójść do szkoły, gdyby Kazik nie był mu przyszedł z pomocą i nie objaśnił, że trzeba naprzód zapalić w piecu, potem odlać fusy, postawić na blasze, potem zemleć kawę na młynku, dodać do niej cykorii i zasypać, gdy będzie wrzało w garnku.

We dwóch razem zabrali się do wykonania tej czynności, ale pokazało się, że łatwiej powiedzieć niż wykonać. Już samo zapalenie w piecu nastręczało niesłychane trudności. Hulatyński napsuł niemało zapałek, a wszystko na próżno. Co zapalił, to dym gasił ogień, wracał na izbę, zamiast ciągnąć do komina, i gryzł go niesłychanie w oczy. Nie przypuszczał nigdy, że rzecz tak mała może być tak trudną, bo jemu się to niesłychanie łatwe wydawało, gdy patrzył nieraz z łóżka, jak to robił służący.

Nareszcie z pomocą papierów, których napakował sporo do pieca, złocisty płomień zaczął huczeć ku wielkiej uciesze wszystkich.

Hulatyński zabrał się z kolei do mielenia kawy. Szło mu również niezręcznie, bo nigdy tego nie robił. Kazik pobiegł tymczasem do przekupki naprzeciwko po bułki, a Marynia uklękła przed nieposłanym łóżkiem i zaczęła głośno odmawiać pacierz. Hulatyński jednostajnego brzęczenia małej słuchał z zdziwieniem i wzruszeniem, bo mu się przypomniało, jak on sam niegdyś, dawno, bardzo dawno wydzwaniał dziecinnym głosikiem słowa modlitwy Pańskiej, a matka poprawiała go i podpowiadała wyrazy, gdy niektóre zapomniał. Było to tak dawno, że zupełnie mu wyszło z pamięci.

Teraz pogrzebane wspomnienia wydobyły się na wierzch pamięci; blada, schorzała twarz matki zamajaczyła niewyraźnie przed jego oczyma i zdawało mu się, że przy akompaniamencie tej muzyki, którą tworzył monotonnie wygłaszany pacierz, chód zegara i palących się drzewek w piecu, odzywa się łagodny głos matki, podpowiadający mu słowa modlitwy dawno zapomnianej.

Wprawiło to Hulatyńskiego w pewien rodzaj rozkosznego, półsennego rozmarzenia, z którego zbudził go dopiero Kazik, wpadający do izby hałaśliwie z bułkami.

Po śniadaniu, które spożył z wielkim apetytem, choć kawa była mętna, wyprawił dzieci do szkoły. Sam ubrał małą Marynię, przyczesał włosy Kazikowi i wpakował mu bułkę do kieszeni. To zajmowanie się dziećmi sprawiało mu niesłychaną, nieznaną dotąd przyjemność. Nie miał przedtem nigdy wyobrażenia, że to tak miło zajmować się innymi. Dotąd myślał tylko o sobie i o własnych przyjemnościach. I to stanowiło główny cel jego życia. Teraz poznał, że o wiele więcej zadowolenia daje praca dla drugich.

Pomimo że się zmęczył trochę, bo nie miał wprawy w chodzeniu około dzieci, jednakże nie czuł się wcale znużony; owszem wstąpiła w niego jakaś dziwna energia, ochota do życia, do czynu, która przede wszystkim objawiła się tym, że ponakrywał nieposłane łóżeczka dziecinne, schował szklanki i garnuszki do szafy, zmiótł okruszyny bułki ze stołu, a w końcu wynalazłszy jakiś kawał miotły pod piecem, zamiótł nią izbę zaśmieconą podczas wynoszenia Tomasza.

Bawiło go to zajęcie jako ćwiczenie gimnastyczne, jako sposobność zabicia czasu, a ruch taki ożywił i rozweselił. Czas zeszedł mu tak prędko, że się zdziwił, spojrzawszy na zegar i przekonawszy się, iż było blisko jedenastej. Niezadługo wrócą dzieci ze szkoły. Cieszył się na myśl przyjścia ich, wesołego szczebiotania i serdecznych śmiechów.

Wcześniej jednak niż dzieci wróciła Tomaszowa, zapłakana, zafrasowana, bo jej powiedzieli w szpitalu, że choroba męża jest ciężka i niebezpieczna, że choćby z niej wyszedł, to długo będzie musiał poleżeć, nim przyjdzie do sił i zdrowia. Biednej kobiecinie widziało się, że wariacji dostanie z wielkiej żałości. Szło jej zwłaszcza o konie, że będą po próżnicy stały tyle tygodni, że trzeba je będzie żywić, owies na przednówku opłacać, a pożytku nie będzie żadnego. Chodziła już pytać między dorożkarzami, czyby nie wiedzieli o jakim człowieku, coby umiał furmanić — ale na razie takiego nie było.

Kazik, gdy się po powrocie dowiedział o tym strapieniu wujenki, oświadczył rezolutnie, że on umie doskonale powozić, bo nieraz z Tomaszem jeździł do rzeki myć powozik i pławić konie. Była to jednak przechwałka chłopięca. Umiał rzeczywiście chodzić koło koni, a nawet kierować nimi, ale wtedy, gdy Tomasz był przy nim, pomagał i pokazywał. Bez niego trudno by było malcowi poradzić, bo miał za mało siły i wzrost za drobny do tego.

Pokazało się to zaraz pierwszego dnia, gdy nie opowiadając się nikomu, pobiegł w sekrecie do stajni, żeby zasypać koniom owsa i zrobić koło nich porządek. Konie wygłodzone rzuciły się do niego z taką gwałtownością, że rozsypały obrok, jego samego przewróciły i byłyby może potratowały, gdyby Hulatyński, usłyszawszy krzyk chłopca, nie był przybył z pomocą i nie wyniósł go ze stajni, omdlałego z bólu i przestrachu.

Że jednak trzeba było koniecznie, aby ktoś koło koni chodził, więc Hulatyński, nie widząc innego sposobu, zdecydował się sam to zrobić.

Zajęcie takie nie było mu obce. Był czas, kiedy jeszcze mieszkał na wsi, że bawił się w koniarza, ujeżdżał w czwórki, dobierał sobie po jarmarkach konie do maści, jeździł konno i większą część dnia przepędzał w stajni. Wprawdzie wszystkie roboty koło koni wykonywała służba, ale on znał się dobrze na tym, co i jak potrzeba zrobić. Łatwo teraz sobie to przypomniał.

Namęczył się i nasapał, bo nie miał sił, ani wprawy, ale chęć zrobienia przysługi biednej Tomaszowej dodawała mu odwagi i wytrwałości. Nakarmił konie, oczyścił i wymył powozik i wyczernił szory — rozumie się, z pomocą Tomaszowej.

Biedna kobiecina nie miała słów na wyrażenie mu wdzięczności, co chwila całowała go po rękach, dziękowała i przepraszała, że taki pan musi się trudzić dla niej. To go jeszcze więcej zachęcało do roboty. Chciał jej pokazać, co umie, i całe południe pracował bez wytchnienia, trzepiąc poduszki, porządkując w stajni sprzęty, które były porozrzucane w nieładzie. Napocił się przy tym i zmachał, co mu wywołało ogromny apetyt.

Jadł na wieczór tak, że mu się aż uszy trzęsły. Od lat kilkunastu nie pamiętał takiego apetytu, a choć potrawa była wcale niewybredna, bo kasza jaglana z suszonymi śliwkami, jednak smakowała mu lepiej27 niż dawniej delikatesy najwymyślniejsze. Spał potem doskonale, a choć niedługo, bo obudził się równo ze świtem, jednak sen ten pokrzepił go bardzo. Czuł się rzeźwiejszy i silniejszy.

Byłby chętnie jeszcze poleżał dłużej, ulegając dawnemu przyzwyczajeniu, ale ruszyła go z łóżka myśl, która nagle zabłysła mu w głowie:

„A gdyby też tak zaprzągł konie do powozu i wyjechał na miasto za Tomasza?”

Powozić umiał doskonale, a poznać by go nikt nie poznał, bo sam, przeglądając się wczoraj w lusterku po zdjęciu bandaży, nie mógł uwierzyć, że widzi siebie samego, tak zmienił się przez ten miesiąc.

Twarz z tej strony, gdzie była rana, zaklęsła; skóra, ściągnięta blizną, podniosła w górę wierzchnią wargę i odsłoniła trochę zęby, co mu nadawało taki wyraz, jakby się krzywił lub uśmiechał ustawicznie. Do tego jeszcze broda, której nigdy przedtem nie nosił, a która teraz bujnie się puściła, robiła go o wiele starszym. Mógł więc śmiało i bez obawy pokazać się najbliższym nawet znajomym.

Nie mówiąc tedy nic nikomu, wysunął się po cichu do stajni, ubrał konie i zaprzągł je do powozu, siebie ustroił w liberię ze świecącymi guzikami, usiadł na kozioł i wyjechał.

Tomaszowa właśnie szła do studni, gdy go zobaczyła, osłupiała z podziwu i radości.

— Jak to? Pan sam?

Nie mogła dokończyć pytania, bo łzy zadławiły głos — łzy radości i szczęścia.

— Tylko nikomu nic nie mówcie: kto, co, jak — rzekł Hulatyński.

— Słowa nie pisnę — rzekła, składając ręce jakby do modlitwy, jakby do przysięgi.

— Trzeba powiedzieć, że krewny Tomasza, brat albo jak się wam podoba. Rozumiecie.

Kobieta nie była w stanie jeszcze przemówić z zachwytu, tylko przytakiwała głową, a składając ręce, patrzyła za odjeżdżającym, powtarzając drżącym ze wzruszenia i rozmiękłym od łez głosem:

— O mój złoty panie! Niechże ci Pan Jezus nagrodzi!...

V

Gdy Hulatyński, wyjechawszy na rynek, stanął w szeregu fiakrów i z wysokości kozła spojrzał na ludzi rojących się na chodniku, a pomiędzy tymi ujrzał dawnych znajomych — zdawało mu się, że siedzi w teatrze i patrzy na jakieś ciekawe widowisko. Znając ich sposób życia i niektóre jego szczegóły, mógł z łatwością odgadywać, gdzie śpieszą i po co. I tak np. wiedział dobrze, że stary hrabia Julian, który przechadzał się z wolna po trotuarze, prostując się ile możności i usiłując odmawiające mu posłuszeństwa nogi zmusić do elastycznego chodu, oczekuje tutaj drugorzędnej „naiwnej” miejscowego teatru, idącej na próbę, aby jej wręczyć bukiecik fiołków; że baronowa Schorstein, okryta czarną salopą w kwiaty, toczy się z torbą wyładowaną książkami do nabożeństwa prosto do kościoła ojców jezuitów, gdzie przepędza regularnie kilka godzin dziennie. Tam znowu zobaczył kilku oficerków w ułańskich mundurach brząkających po bruku szablami z kawalerską fantazją. Na pewnika wiedział, że wejdą do cukierni, usadowią się przy oknie i zapijając koniak, będą lustrowali przechodzące kobiety, robili uwagi i śmieli się głośno z własnych konceptów.

Co go najwięcej bawiło, to że niepoznany przez nich może być świadkiem ich różnych sprawek i rozmów, wchodzić niejako za kulisy ich życia i obserwować ich bez sztucznej pozy i złudnego oświetlenia. Ten świat elegancki, pozłacany, wyperfumowany, ukazywał mu się tutaj w całej nagości, nieraz brudnej i szkaradnej.

Niejeden na przykład poważny mąż, członek wielu towarzystw, który w tym świecie uchodził za wzór przyzwoitości i dobrego tonu, wsuwał się wieczorem do jego dorożki, otulony starannie płaszczem, w kapeluszu spuszczonym na oczy i kazał się wieść gdzieś na ustronną uliczkę, do małego domku na uboczu, gdzie widocznie czekano na niego, bo otwierano mu tajemniczo drzwi za umówionym znakiem.

Niejedno małżeństwo przykładne i słodko uprzejme wobec ludzi, wracając we dwoje dorożką z jakiego wieczoru, kłóciło się w najgminniejszy28 sposób, tyle tylko, że po francusku — w tej błogiej nadziei, że dorożkarz nie zrozumie.

Dni schodziły mu na tych obserwacjach, jakby na czytaniu ciekawych romansów ustępami, w których z niecierpliwością nieraz oczekiwał dalszego ciągu. Największą jednak dla niego było przyjemnością, gdy wracał do domu z znacznym zarobkiem, kiedy mógł wieczorem położyć Tomaszowej na stole osiem lub dziesięć reńskich jako owoc całodziennej pracy.

Poczciwa kobiecina nie miała słów na wyrażenie mu wdzięczności i ze łzami w oczach dziękowała mu za łaskę, jaką jej wyświadczał. Dzieci widząc to, całowały go po rękach, jak swego dobrodzieja i tuliły się do niego. Tak go polubiły, że umyślnie nie kładły się wcześniej spać, aby doczekać się jego powrotu, tym więcej, że nigdy nie wracał z próżnymi rękoma i co wieczór przywoził im to cukierki, to zabawkę jaką.

Były to drobnostki niewielkiej wartości, ale dzieciom sprawiały niesłychaną uciechę, na co patrząc, Hulatyński doznawał błogiego uczucia zadowolenia, że tak małymi środkami można sprawić tyle radości i szczęścia.

Zaczął cenić wartość drobnych pieniędzy, gdy się przekonał, że one dawały mu częstokroć więcej przyjemności niż grube sumy wyrzucane dawniej na hulanki i szalone rozrywki.

Każdego dnia wracał do domu do tych trojga istot, które go oczekiwały z upragnieniem, jakby do rodziny; było mu w towarzystwie prostej, ale uczciwej kobiety i tych dwojga dziatek ciepło i miło. Kiedy po kolacji zabrała się Tomaszowa do mycia naczynia, odmawiając przy tym półgłosem pacierze, a on z dziećmi, usunąwszy się w ciemny kąt izby, siedział, gaworząc, opowiadając im różne historyjki lub słuchając ich szczebiotania, czuł się tak szczęśliwy w tym małym światku, do którego mimo woli los go wepchnął, że nie zamieniłby się na dawne życie. Z każdym dniem nabierał więcej zamiłowania do rodzinnego życia. Dotąd dom był dla niego tylko wypoczynkiem po hulankach, ozdobnie umeblowane pokoje nie miały mocy zatrzymać go na dłużej, nudził się w nich i co prędzej wychodził, szukając zabawy i towarzystwa. Teraz zaś, choć mieszkał w skromnej bielonej izbie z drewianymi sprzętami, z przyjemnością myślał o powrocie do domu, bo w tym domku czekało go to, czego nie miał w wykwintnych salonach swoich: serdecznego ciepła.

Sam nie wiedział, jak i kiedy wciągnął się w ten nowy tryb życia i tak się do niego przyzwyczaił, że prawie musiał sobie przypominać, iż niegdyś, niedawno temu, żył w otoczeniu innym, w warunkach całkiem odmiennych. Przeszłość jego świetna, hulaszcza wydawała mn się snem prawie. Prędko zapomniał o tym świecie, który także o nim prędko zapomniał.

Nieraz woził dawnych znajomych, pilnie nadsłuchiwał, czy też nie mówili czegoś o nim, ale nie mógł się tego doczekać. Rozmawiali o rozmaitych drobnych wypadkach tego świata, w którym żyli, ale o nim nigdy ani słowa. Może w samym początku mówiono wiele o nim, o jego niespodzianym i tajemniczym zniknięciu — był chwilowo „bohaterem dnia”, ale potem nowe wypadki i wrażenia zatarły go w pamięci ludzkiej, inne postacie wystąpiły na widownię, a o nim zapomniano jak o umarłym.

Raz tylko, wioząc dwóch jakichś elegantów, gdy przejeżdżał z nimi koło dawnego swego pomieszkania, usłyszał, jak jeden z nich odezwał się:

— Patrz! Tu mieszkał ten osławiony Hulatyński: oto w tych czterech oknach na pierwszym piętrze.

Hulatyńskiemu krew uderzyła do głowy, gdy usłyszał własne wymówione nazwisko. Głos mówiącego nie był mu obcy, ale na razie nie mógł sobie przypomnieć kto to, a obracać się nie chciał, żeby się nie zdradzić.

— I gdzież się on teraz obraca? — dał się słyszeć głos drugi, pełniejszy, świeższy.

— A kto go wie. Może gdzie w Paryżu został markierem przy bilardzie, jeżeli sobie w łeb nie palnął, bo nic innego nie pozostawało mu do zrobienia po owym haniebnym czynie, którego się dopuścił.

— Cóż on takiego zrobił?

— Co? Nadużył naszego zaufania i wszystkich nas w pole wyprowadził, bo żył jak milioner i wszyscy traktowaliśmy go jako milionera, aż tu po jego zniknięciu pokazało się, że miał zaledwie głupie sto kilkadziesiąt tysięcy, które w kilka lat przeszastał. Pomyśl, co to za kompromitacja była dla mnie, który go rekomendowałem w najpierwszych domach, wprowadziłem do klubu. Hrabina Aurora do dziś dnia zapomnieć mi nie może, że flirtowała z nim parę miesięcy; nawet coś podobno było między nimi. Traktowała go jak człowieka z naszych sfer, ufając mojej rekomendacji, a gdy się dowiedziała o istotnym stanie rzeczy, mdlała, awantury wyprawiała, że dała się podejść tak niegodnie! Ale mój drogi, któż mógł przewidzieć, że to takie nędzne indywiduum, a potem oszukało niegodnie? Mnie samego zarwał na kilka tysięcy, ma foi29, jak mnie żywego widzisz.

Hulatyński nie mógł już dłużej wytrzymać i obrócił się, aby zobaczyć, co to za człowiek, który takie bezecne brednie i oszczerstwa na niego wygaduje. Zobaczywszy, zatrząsł się z oburzenia, gdyż w mówiącym poznał majora Rąbigoszewskiego, znanego pieczeniarza30 i wyzyskiwacza młodych ludzi, którego poufale Papkinem, Papciem nazywano.

Czy był kiedy majorem i w jakim wojsku, tego nikt dokładnie, a nawet on sam nie mógłby powiedzieć. Ci, którzy go lepiej znali, utrzymywali, że tytuł ten dostał mu się w spuściźnie po jakiejś prawdziwej majorowej, na której wikcie żył przez czas jakiś, jak powiadano. Awansowano go tedy żartobliwie na porucznika kapitana, wreszcie majora i ten tytuł pozostawiono mu na własność. Stanowiska nie miał żadnego, dochodów żadnych ani zajęcia; mimo to żył, i wcale nieźle, wieszając się u klamki ludzi, bogatych utracjuszów, którzy się nie rachowali z groszem i którym się wysługiwał. Kłamca musiał łudzić niedoświadczonych pozorami powagi i dobrego tonu i dopiero po bliższym poznaniu, szczególniej w interesach pieniężnych, odsłaniała się nikczemność jego charakteru.

Hulatyński miał nieraz sposobność poznać go z tej strony, gardził lichym człowiekiem, ale się nim posługiwał, bawiąc się jego bufonadą, konceptami, anegdotkami, i pozwalał się za to wyzyskiwać, a raczej sam hojnie opłacał jego przysługi.

I teraz ten człowiek, którego on żywił i utrzymywał, śmiał o nim rozsiewać oszczerstwa, potępiać go za dobrodziejstwa, jakich od niego doznawał!

W pierwszej chwili tak go to oburzyło, że miał ochotę wysmagać go batem za bezecne kłamstwa. Na szczęście w porę przypomniał sobie, że tym zdradziłby swoje incognito. Więc pohamował oburzenie i zacisnął usta. Oblał go tylko z wysokości kozła spojrzeniem pełnym pogardy, którego jednak Rąbigoszewski wcale nie zauważył, zajęty rozmową z towarzyszem.

Towarzysz ten wyglądał na przybyłego niedawno z prowincji, z którego twarzy życie wiejskie nie zdołało jeszcze zetrzeć świeżego rumieńca młodości, a pełne kształty ciała, zdrowe i jędrne, z trudnością mieściły się w opiętym ubraniu ostatniej mody. Ruchy jego były również twarde, niezręczne, nie miały jeszcze owej giętkości, jaką nadaje częste bywanie w salonach.

Hulatyński umiał to osądzić na pierwszy rzut oka, bo wiele podobnych egzemplarzy przesuwało mu się przed oczyma. On sam niegdyś przechodził taki nowicjat, nim się wyrobił i oszlifował. I do niego tak samo przylepił się wtedy major, i żyjąc jego kosztem, odgrywał przy nim rolę mentora, przyjaciela i doradcy.

To podobieństwo położenia usposobiło Hulatyńskiego życzliwie dla nieznajomego młodzieńca, tym więcej, że jego powierzchowność była nadzwyczaj sympatyczna i ujmująca.

Był to człowiek w pełni sił i zdrowia, kolosalnej budowy, a wyraz twarzy miał jeszcze prawie dziecinny. Oczy jego były pełne życia i ognia. Widać w nim było ochocze rwanie się do świata, chęć używania, a przy tym dobroć i łatwowierność. To wszystko można było bez trudności wyczytać na jego rumianej twarzy, na której cała dusza i usposobienie wypisało się z młodzieńczą szczerością. To wszystko tak pociągało ku niemu Hulatyńskiego, że gdy wysiadając z dorożki, młodzieniec ów podał mu zapłatę, Hulatyński miał ochotę ścisnąć go za rękę i powiedzieć:

„Nie daj się pompować takim szubrawcom jak ten”.

Z trudem tylko powstrzymał się od tego, nie mógł jednak nie ścisnąć choć z lekka ręki, która mu wtykała zapłatę.

Zapłata była zbyt hojna, jak na krótką jazdę, bo dał mu dwa guldeny.

— Coś tak jakoś zaczyna, jak ja — powiedział sobie Hulatyński, oglądając pieniądze. — Żeby tylko koniec jego był lepszy!

Korciło go to, że Rąbigoszewski przyczepił się tak do nieznajomego i będzie niedoświadczonego ssał bez litości. Pod tym względem znał majora.

Niezadługo miał nową sposobność przekonania się, że major był jeszcze gorszy, niż mniemał, mianowicie, gdy go spotkał raz wieczorem idącego ręka w rękę z Korbutem — mężem jednej piękności, której niegdyś nadskakiwał. Dwóch tych ludzi, idących razem w takiej zażyłości z sobą, dało mu wiele do myślenia, gdyż major zawsze przed nim udawał, że nie zna wcale Korbuta, bo jak mówił, czuje do niego wstręt niewytłumaczony, a swoją drogą wystawiał go przed Hulatyńskim, jako groźnego tyrana, pastwiącego się nad żoną, którą nazywał zawsze ze współczuciem ofiarą nieszczęśliwą. Jak sobie przypomniał Hulatyński, on to pierwszy zwrócił na nią uwagę i obudził litość w jego sercu, on także doniósł jej o sympatii, jaką ona uczuła dla niego od pierwszego poznania. Ułatwił mu następnie widywanie się z nią, a zarazem ostrzegał przed mężem, straszył niesłychaną jego zazdrością.

Kombinując to wszystko, Hulatyński przyszedł do przekonania, że był ofiarą niecnej zmowy, że Rąbigoszewski, Korbut i jego żona, to była banda, która zręcznie odgrywała swoje role, aby go złapać i wyzyskać.

Podejrzenia jego wzmocniły się jeszcze bardziej, gdy jakiś czas potem zobaczył tę szalbierską trójkę, jadącą razem w zamkniętym powozie. Przejechali tak prędko, że zaledwie mignęli mu przed oczyma, miał jednak czas pochwycić wyraz ich twarzy. Zdawali się być czymś mocno zajęci i ożywieni, jakby zmawiali się na coś.

Zaczynał teraz wierzyć, że listy bezimienne, które odbierał o tej kobiecie mówiły prawdę, że Julia (takie miano nosiła, ale może przybrała tylko, jasnowłosa piękność) nie była nigdy żoną Korbuta, że ją tylko okrzesał trochę, aby łapać łatwowiernych i wyzyskiwać przez nią. Kosztowało go to wszystko razem przeszło sześćdziesiąt tysięcy — suma, którą wtedy lekceważył, a która dziś wydawała mu się olbrzymia. I gdy sobie pomyślał, na co wyrzucił ją tak lekkomyślnie, ile teraz dobrego mógłby zrobić tymi pieniędzmi — oburzał się na siebie samego, na swoją głupotę i łatwowierność.

Niczego tak nie pragnął, jak możności, żeby tych ludzi, którzy go w tak niecny sposób podeszli i wyzyskali, ukarać za to. Ale gniew jego był bezsilny, bo i cóż mógł poradzić biedny dorożkarz tej bandzie ludzi przewrotnych, mających na swoje usługi bezczelny spryt i pieniądze?

VI

Dwa tygodnie już upłynęły od czasu, gdy Hulatyński począł zastępować chorego Tomasza. Zbiegły mu one nadzwyczaj prędko w pracy i zajęciu, do którego przyzwyczaił się bez wielkiej trudności. Sam się dziwił, jak łatwo mu to przyszło. Znajdował upodobanie w tym nowym sposobie życia, tak różnym od dawnego.

Tomaszowa z początku chciała mu gotować osobno, widząc, że był przyzwyczajony do lepszego jadła, ale nie pozwolił na to, jadł to, co oni, a proste potrawy smakowały mu i służyły. Czuł się po nich zdrowy i silny. Już teraz nie myślał o śmierci. Chciał żyć, chciał pracować, Obudził w sobie energię i odwagę do walki z losem, czuł się silny i zdrowy na umyśle i ciele. Życie czynne odrodziło w nim męskość.

Czekał tylko na wyzdrowienie Tomasza, aby z nim, jako doświadczeńszym, naradzić się, co mu dalej czynić należy. Za parę dni miało nastąpić przesilenie choroby.

Przesilenie to, niestety, skończyło się śmiercią. Tomaszowa została wdową, a Hulatyński zmuszony był dalej zastępować nieobecnego i pracować, tak jak tamten, na utrzymanie całej rodziny.

Ten obowiązek dodał mu nowej energii do pracy. Teraz dopiero naprawdę uczuł się potrzebnym na świecie, z którego w tak lekkomyślny sposób chciał uciec parę miesięcy temu. Coby robiła biedna Tomaszowa? Coby robiły te biedne sieroty wychowywane przez nią, gdyby jego nie było?

Przeświadczenie o pożyteczności swego istnienia czyniło go dumnym i zadowolonym z siebie. Szło mu tylko o to, aby jak najwięcej mógł zarabiać. Nie lenił się wstawać wcześniej od innych dorożkarzy, nocami jeździł po mieście, aby tylko jak najwięcej zyskać pieniędzy. Mieć jak największy dochód: to było jego marzenie.

Pewnego dnia wskoczył na kozioł jego dorożki jakiś lokaj i kazał mu jechać na ulicę Szeroką.

Hulatyński w pierwszej chwili zmieszał się, gdy w siedzącym tuż obok siebie poznał swego dawnego służącego Franciszka. Spotkanie to było mu nadzwyczaj niemiłe, nie tyle dlatego, że tak bliskie sąsiedztwo i poufałość służącego obrażała go, ile dlatego, że obawiał się, aby nie był poznany. Franciszek bowiem w czasie jazdy kilkakrotnie mu się przypatrywał uważnie.

Hulatyński był przekonany, że go poznał, i aż gorąco mu się zrobiło z tego powodu. Okazało się jednak po chwili, że był w błędzie, bo Franciszek przypatrywał mu się tylko dlatego, że na koźle dorożki, którą jeździł tak często, zobaczył obcego woźnicę. Aż przechylił się dla zobaczenia numeru dorożki i przekonania się, czy się nie pomylił.

— A gdzie Tomasz? — spytał po chwili Franciszek.

— Oho! Już nie ma Tomasza.

— A cóż się z nim stało?

— Zmarło się biedakowi.

— Umarł. Dawno?

— Będzie tydzień jutro.

— I wy po nim objęliście dorożkę?

— Nie, ja tylko służę u wdowy, która mi ciotką przychodzi.

W tym charakterze zameldowano go także na policji. Tomaszowa wyszukała nawet papiery po jakimś swoim krewniaku, którymi się Hulatyński wylegitymował w urzędzie.

— To może nie wiecie o tym, że my z Tomaszem byliśmy dobrzy znajomi, że ja mu nastręczałem zawsze dobrych gości, a on za to dzielił się ze mną zarobkiem. Nic wam nie mówił o tym? O Franciszku od Hulatyńskiego?

— Coś mi raz napomknął.

— Sporo on zarobił grosza z mojej poręki, za mego dawnego pana. A teraz mam drugą taką dojną krowę. Rozdawny pan, może jeszcze hojniejszy niż tamten. Będziecie mieli niezłe obrywki31. Tylko, jak powiedziałem, ja muszę także przy tym zarobić swoje, bo ręka rękę myje. No, zgoda?

— Ha, no, skoro Tomasz miał taki układ z wami, to zgoda.

— Czekajcie, zaraz go wam tu sprowadzę — rzekł służący i zeskoczył z kozła, gdy dorożka zatrzymała się przed jednym domem.

Hulatyński rad był niezmiernie poznać swego następcę — i badawcze spojrzenie zapuścił w głąb ciemnej sieni, skąd miał wyjść nowy pan Franciszka.

Jakże się zdziwił, gdy w wychodzącym i wsiadającym do dorożki poznał owego młodzieńca, którego kilka dni temu widział w towarzystwie Rąbigoszewskiego!

Więc aż do tego stopnia zachodziło podobieństwo między nimi, że te same pasożyty żywiły się ich sokami!

Podobieństwo uwydatniało się jeszcze bardziej, gdy w tydzień potem, jadąc z owym panem, zatrzymał się na ustronnej uliczce, gdzie jakaś dama zasłonięta gęstą woalką zbliżyła się do powozu.

Hulatyński zobaczył swoją własną historię powtórzoną. Tak samo rozpoczynał się jego romans z Julią. Twarzy tej damy nie widział wprawdzie, ale nie wątpił, że to była ona, poznał ją po kształtach, po wzroście, po ruchach, a wreszcie po sposobie rozpoczynania romansu. Nie słyszał rozmowy, a jednak mógł przysiąc, że z pewnością skarżyła się na tyrana, zazdrosnego męża, wystawiając siebie jako nieszczęśliwą ofiarę, która teraz dopiero poznała, co to prawdziwa miłość, odkąd jego, to jest owego młodzieńca poznała, że ta miłość, to jedyny jasny promień w jej życiu, to całe jej szczęście itd., itd.

I on niegdyś słyszał z ust jej podobne wyznania, i tuląc płaczącą do siebie, przysięgał, że będzie ją kochał wiecznie, że uwolni z rąk tyrana i uczyni szczęśliwą.

Grubo go potem kosztowała ta rola pocieszyciela. Nauczony doświadczeniem, chciał przynajmniej owego młodzieńca ustrzec od podobnej pułapki. Szło mu tylko o to: w jaki sposób to zrobić?

Najwygodniej i najlepiej było napisać list bezimienny i ostrzec niedoświadczonego młodzika, aby się miał na baczności; ale Hulatyński brzydził się anonimami; wiedział zresztą z własnego doświadczenia, że one nie prowadzą do pożądanego celu. Wszakże i jego przestrzegano — a czyż uwierzył przestrogom? Namiętność jest głucha i ślepa na wszelkie uwagi i ostrzeżenia.