Przemysły (tomik)
Ziemia marcowa
Niecierpliwie smakując gorzkie zioła wiosny
I pieszcząc zieleń liścia rozcieraną w ręce,
Nozdrzami chłonę zapach wilgotny i ostry,
A panna ziemia chodzi w zielonej sukience.
Smak piersi odsłoniętych na słońce nad ranem
I słone krople rosy na wzburzonej trawie...
Już w sadach poszły wieści, już plusnęło w stawie,
Podglebie pachnie we śnie ziarnem świeżo sianem...
Zielony szum powietrza, niestłumiony zbliska,
Jak chłopiec kładzie ziemię, czułe szepce słowa,
I całusem przemocą — fiołkami tryska
Ziemia! dziewczyna marcowa.
Wiosną
Rozkwitłe bazie, witki wiosenne,
Zieleńce jasne, trawy soczyste,
Brzozy wyniosłe, wysokopienne,
Krzaki wilgotne, plamy srebrzyste!
Gąszcze puszyste, spowite we mchy,
Zapachy leśne, świerki żywiczne, —
Liściem leszczyny, kwieciem czeremchy
W dno wzielenione wody krynicznej!
Trznadle, wiwilgi, pliszki ćwierkliwe
W gęstych zaroślach drzewnej uwięzi
Gwarnym świegotem, szczebiotem tkliwym
Roztrzepotane w liściach gałęzi!
Wieś krasnopłota, studzienna, biała,
W zbożach wykwitła chabrem dorodnym,
Śpi, jak poziomka ciężka, dojrzała,
Pod liściem nieba modrojagodnym!
Krajobraz polski
Krzywa wierzba przy płocie, krzywy płot na rozstaju,
Mokra zieleń w sitowiu, w sinym gaju — bugaju,
A przy łące jałowce, białe owce na łące,
Jarzębiny, jedliny, niebo ziemią pachnące.
W koleinach drożyna, wronie gniazda na drzewie,
Pośród świerków ćwierkanie, modrodrzewie — modrzewie...
Wiatrak łapie obłoki, które na nim siedziały,
I ucieka, odziany w łachy pól — samodziały.
Zieloniutkie, czerwienne, łubinowe i bławe,
Chabrowane kąkolem, pawiem okiem i stawem,
Pola — polska, złocone topolowym półcieniem,
Wykwiecone kwietniami, jesienione złocieniem!
Szumi jesion jesienią, wrzos wrześniowy słoneczny,
Złotoliście wiatr sypie, niesie zapach jabłeczny, —
A nocami miesięcznie świeci bór litą grzywą,
W niebo, kute gwoździami, bije srebrne strzeliwo!
Mokre światło...
Mokre światło leży na ziemi
W trawie, w liściach, w świeżej zieleni.
Ziemią, sokiem, ziołem nabrzmiewa,
Ciepłym wiatrem wzdycha do nieba.
A na niebie jeziornem pływa
Słońce żywe — błyszcząca ryba.
Złote łuski iskrzą się mokro,
Pryska woda w otwarte okno!
Światło chlusta na usta zbliska,
Dziewczę na ścieżce w szkle się śliska.
Wiadro modre wodą w zieleni
Mokre światło kładzie na ziemi.
Drwale
Twarde życie, twarde życie trwa, —
Toporami, siekierami rąbią drwa!
Świstem ostrza rozłupują tęgi pień,
Zachłyśnięci znojną pracą cały dzień.
Wyschła gardziel, oczy krwawe, chrypły głos, —
Bije w korę uporczywie cios.
Toporzyska, siekierzyska sieką drwa,
Sypią drzazgi — raz rozmachem, raz i dwa!
A czasami na zmęczonych oczach — cień,
Pniem na piersi nagle spada ciężki dzień.
Wtedy w zębach zaciśniętych zgrzyta nóż,
Wtedy w sercu, wtedy w myślach tysiąc burz!
Gniewem rozpacz, krwią do serca i do płuc,
Trzeba siły, żeby przetrwać, żeby zmóc...
Twardą pieśnią twardym śpiewem huczy świat!
Hej! mocują się, mocują — tyle lat!...
Wiersz z powodu przelotu nad oceanem
Nad wód ogromem, nad lądami
Jest mroźne szczęście samotności, —
Burzy się, pieni pod skrzydłami
Szumny ocean wolności!...
Nadmorski wicher — gniew przestworza —
Siecze nawprost i usta parzy.
Nie łzy — te słone krople morza,
Które ściekają po twarzy...
Wyżej! radością krwi gorącą
Nad sine pręgi wód przestworu,
Niechaj zagłuszy otchłań grzmiącą
Śpiew triumfalny motoru!
Stopione słońce ciężko tonie
W szkarłatnym barszczu pod wodami,
Burzliwa noc po tamtej stronie
Czarnemi patrzy gwiazdami.
Jest szczęście twarde, szczęście męskie,
Jest lot, którego wiatr nie zniża.
Już widzą we mgle oczy tęskne
Wieżę wielkiego Paryża!
Jaki to ptak wyrajem próżnym
Kieruje górą lot rozpędny?
To tylko płynie sam podróżny,
Człowiek skrzydlaty i błędny...
O rodzeniu chleba, czyli o pisaniu wiersza
Przy stodołach zasobnych wiatr wysoki śpiewa
I od plew ziarna gęste powiewem przesiewa.
W cepami bite garnce dyszą wiatru usta,
Nim na chustę powietrzną sfrunie próżna łuska.
Oraczu! już ci pracy twój wiatr nie przysparza:
Wór pękaty na wozie ciągnie koń młynarza
Nad brzeg rzeki, rozpiętej wstęgą srebrnokrętą,
Modre wiadra lejącą młyńskich kół okrętom.
Rodziła tłusta gleba chlebami ciężarna
Wory ziaren, rzucane między twarde żarna,
By turkotem turbiny przetarły najprościej
Zboże ciemne na mąkę przedziwnej białości.
Huczy w młynie i dudni, pluszcze woda drzewna,
Śpiew dźwigni, jazgot głazów, jak pieśń dzwoni rzewna.
Muzo zboża! o, muzo zbiorów urodzajnych!
Ciał dojrzałych, słów gęstych, snów i przemian tajnych!
Opar ziemny, słoneczny, plon orki dorocznej
Tu przerabiasz na pełnię jasności obłocznej!
Tu żarna toczysz pracą w ruchu ustawicznym,
Mieszając żyto życia z zapachem pszenicznym...
Na zakosach wyrosłe, żółte i oliwne,
Zboże żniwne rozcierasz w tłustości pożywne,
Wytłaczasz miazgę miodną, dla której pożęto
Łan zboża kołyszący w skwarne lipca święto!
Wymodlony rąk trudem, wyczekany żmudnie,
Dojrzewał kłos na polu, stopionem w południe,
Cichnął ciepłym wieczorem, szeptał nocą senną,
Wiośnianym rankiem dymił wiatru falą pienną...
Już zmielony żarnami mlecz ukryty w ziarnie
Wozy białe kolejno zwożą przed piekarnię,
Tam ciasto się zakwasi, narośnie i streści,
Ubite pracą, która żywy kształt wypieści,
I w rozmachu rąk serce obudzi człowiecze,
Choć nie wie jeszcze, jaki chleb z mąki wypiecze...
Długie, długie czekanie od siejby do zwózki!
Głucha troska, lęk tajny przed powiewem pustki,
I modły, które chronią, śpiewane gromadą,
Od moru, głodu, ognia, od suszy i gradu!
Długie czekanie! długie! nim, zaklęte słowem,
Słowo chlebem się stanie zupełnie gotowym!
O, głodni! o, łaknący ziemi wonnych płodów!
Bierzcie chleb i owoce z jesiennych ogrodów,
Przełamcie kromkę drobną, niech starczy na więcej,
Z pięciu chlebów nakarmcie ludzi pięć tysięcy!
Poto ziemię wywracał na zagonie długim
Oracz, kiedy, śpiewając, szedł zwolna za pługiem;
Poto siał w skiby ziarna i wróżył pogodę,
Deszcz zamawiał, lub słońce, żeby nie szło w szkodę;
W czas siejby, w czas zbierania pełnym urodzajem
Cieszył serce, jak wiosna cieszy zieleń majem;
Poto z ziemią rozmawiał i wadził się z niebem,
By łaknących mógł dzisiaj sycić gęstym chlebem.
Muzo chlebna, pożywna, świeżym wonna wdziękiem!
Głodnego karmisz mocnym bronzowym bochenkiem,
Zęby żują miąższ mączny, pachnący wypiekiem,
Ziarnem... siejbą... żniwami... i polem dalekiem...
Przypisek
Poeto! i ty w swojem orzesz gospodarstwie,
I musisz wryć się w życie, nurzać w głębszej warstwie,
Wywracać skiby rodne, podglebne, korzenne,
I ziarna siać jęczmienne, żytnie, albo pszenne;
I tobie powiew — sitem ciągle gęstniejącem
Cedzi ziarna spęczniałe i nasiąkłe słońcem.
Siewco słów urodzajnych, znasz podobne sprawy.
Gdy czuwasz, pełen szczęścia, smutku i obawy,
Znasz ziemię i znasz niebo, kiedy czekasz przed niem
Na dżdżu kroplę w zwyczajnym suchym dniu powszednim.
Przychodzą w końcu żniwa, dojrzałe jak lipiec,
Sam ziarna musisz przemleć i sam w ogniu wypiec,
Żeby wiersz pachniał chlebem i słońca odbiciem,
Sycąc słowem, jak ziarnem, i ziemią, jak życiem!
O budowaniu domu
Gdy szpadle w piach uderzą, w twarde zwarte grudy,
Śpiewaj, muzo, dom nowy! Śpiewaj przyszłe trudy!
Z głębi ziemi garbatej, z pod smugi ziarnistej
Wyrośnie drzewo ludzkie, pion pięter strzelisty.
Wystawi bloki boków na wiatrów okręty,
Korzeniem sięgnie w glebne głębne fundamenty.
Rozpędem architekta i natchnieniem w planie
Z gruzu światem wytryśnie i w rozpędzie stanie.
O, muzo, śpiewaj domy! o, śpiewaj budowę!
Znoje robót, rąk trudy i zdarzenia nowe!
Wiatr zbiera lotne piaski w osypisku śniadem,
Wilgna glina pod ciężkim spoczywa pokładem,
W sinym boru pnie drzewne kryją tęgie zwoje,
Białodrzewie szumiące w modre patrzy zdroje...
Piach gęsty wózki wiozą, topór dzwoni w lesie,
Będą drwa na podporę, na krokwie, przyciesie,
Tartak wodny na belki i na deski przetrze,
Smolny zapach, wkroplony w żywiczne powietrze...
Ułożone ścianami, rude, prędkie cegły
Już piętrami skoczyły, szeregami wbiegły,
I sześcianem stanęły, jak czerwiennym złomem.
Domem dumnym pod niebem błękitnie widomem!
Już słońce w blasków miodnym roztapia się skwarze,
Z rusztowania wzniosłego śpiewają murarze
O robotach, o sprawach grudami dźwigniętych,
O granitach słowami w tęgie mury wklętych.
O patrzeniu dalekiem na szczyty podniebne,
Na gwiazdy bardziej bliskie — milczące i srebrne...
Dom dobry będzie chronił od wszelkiej przygody,
Czy żarem słońce piecze, czy wiatr niesie chłody,
Albo deszcz szumi w liściach, albo śniegi senne
W cichą białość na sannę tulą drogi zmienne, —
W dom dobry przyjdą ludzie, światła w nim zapalą,
Mury jasne i sprzęty spojrzeniem pochwalą,
Korowodem dni żmudnych, pracą i westchnieniem,
I troską, i spoczynkiem, i wszelkiem zdarzeniem
Pieśń powszednią wynucą i życiem najprościej
Poświęcą najpiękniejszą świątynię ludzkości...
Chwała domom, dźwigniętym rozumem i pracą!
Izbom prostym i strojnie świecącym pałacom!
Chwała halom fabrycznym, gdzie ściany dygocą,
Gdzie warsztaty śpiewają czujne późną nocą!...
Chwała domom, jak światom, których nikt nie zliczy,
I światu, w którym mieszka Wielki Budowniczy!...
Duma o Słowackim
Za porohem, hen po Dnieprze
Płynie czajka w wodnym wietrze,
Pluszcze fala, szepce trzcinie:
A jakaż to czajka płynie?
Kto na niskiej usiadł burcie,
Szuka bezdna w krętym nurcie,
Po niezmierzy, po roztoczy
Oczy smutne sennie toczy?
Tratwy spławne, huczne promy
Mija obcy, nieznajomy,
Z wiewem siewnym płynie śpiewny,
Wodom-snom najbardziej krewny.
Hej, żeglarzu! zawiń, przystań!
Cicha ciebie czeka przystań,
Wśród zieleni, w topól wieńcu
Jasny dworek przy Kamieńcu...
Na Ukrajnie za stepami
Słońce leje się strugami!
Wyczekuje poczta gości, —
Rąk matczynych serdeczności!...
Czemuś w głębi wzrok utopił,
Czy cię miodny szalej opił,
Jaka siła w dal cię goni,
Że wyciągasz ręce do niej?
Czerwień słońca ścieka z wody,
Wyszły srebrne horowody,
Serce gwiazdy nie wysłowi...
Komu jedziesz?... księżycowi?!
Pogardziłeś miłym domem,
Wytęskniony za ogromem,
Głębną wodą, trudną drogą,
Czemu płyniesz — do nikogo?
A ty pieśnią, słów okruchem,
Umiesz mówić z Bogiem — Duchem,
Piorun w ustach serce męczy,
Przekrojone łukiem tęczy...
Zaśpiewali ci anieli
(Anioł nazwał się Anhelli),
Zaśpiewali, wydzwonili
Moc i chwałę wiecznej chwili.
Na tym brzegu pod gwiazdami
Wołamy cię: zostań z nami!
Ponad życie — słowo mniejsze,
Serce błędne — najwierniejsze...
O Mickiewiczu
I
Przepaść... Sto lat... Tak wielkim odcięci ogromem,
Ale z Tobą złączeni, jak z rodzinnym domem,
Tu, na ziemi tej samej, pod tem samem niebem
Żyjemy Twojem słowem, jak powszednim chlebem.
Tacy sami jesteśmy, choć tak bardzo inni:
Bardziej chłodni i obcy, ale mniej niewinni,
Mniej mocni, mniej szaleni, tak samo prawdziwi,
Chociaż bardziej zmęczeni, lecz bardziej szczęśliwi.
Nie szumiały nam słodkie topole jesienne,
Nie pachniały nam noce ciemne i bezsenne,
Nie kołysał nas wicher, gdy szarpał powietrze,
Ani nawet kwiateczki od obłoczków bledsze,
Nie wiły dla nas wieńca na gorące skronie...
Nikt koni nie zatrzymał w nowogrodzkiej stronie...
Burzliwy potok wieku porwał nas, wychował,
Koń groźny pędził z nami i serca stratował,
Jak upiór nas wystraszył, nim zginął, jak Gustaw...
Wdychaliśmy krwi wiele — krew mamy na ustach!
Nam marzyć nie kazano. Broń dano do ręki,
Ćwiczono w marszach śmierci, aż do łez, do męki,
Wypruto z nas kłąb nerwów i mózg nam zatruto, —
Śród trupów macierzanką pachniało i rutą...
Żar przestał nas przepalać a mróz przestał chłodzić,
Mieliśmy wszyscy zginąć i znów się odrodzić.
O czem dziś mamy dumać tu, na miejskim bruku,
Mając piersi pęknięte, uszy pełne stuku,
Oczy pełne milczenia, myśli pełne nudy?...
Razem z Tobą uciekać w krainę ułudy!
Tam obmyć chore serca i zwilżyć powieki.
Sił nabrać i oddechu, by starczył przez wieki,
Potem wrócić już z wiarą i z czystemi zmysły,
W pracy wielkiej podobni szarym falom Wisły. —
Jak mocny zapach róży, która ustom płonie,