Przeminęło z ogniem

Pamiętnik pisany w Warszawie w okresie od założenia getta do jego likwidacji

Wspomnienie

Kiedyś dawno, dawno temu, kiedy jeszcze byłam mała, wspominaliśmy często dawne dzieje.

Lampa jasno oświetlała pokój, siedzieliśmy przy stole. W pokoju było przyjemnie, ciepło, przytulnie. Byliśmy we trójkę: mamusia, tatuś i ja. Wspominaliśmy.

— Pamiętasz, jak byliśmy w Rzymie, staruszko? — pyta ojciec.

— Pamiętasz — uśmiechała się matka — jak przychodziłeś do mnie w konkury? Wszystko ci się podobało, wąchałeś sztuczne kwiaty i mówiłeś, że pachną, pamiętasz?

— Pamiętam.

— A jak Ema urodziła się, ach, była taka brzydka, maleńka, a krzyczała jak stary chłop, pamiętasz?

— A potem, kiedy była chora na odrę i oboje przesiedzieliśmy przy jej łóżeczku całą noc?

— Pamiętam.

— A ja pamiętam — przyłączyłam się do wspomnień — jak zginęłam w Oliwie. Szukaliście mnie, a potem zamiast się mną cieszyć, dostałam od ciebie, papo, w skórę, pamiętasz?

— A jak poszłaś pierwszy raz do szkoły...

Wspominaliśmy bez końca.

Wydawało się, że szczęście otacza nas dookoła, że złączeni z sobą mocno, nie rozdzielimy się nigdy, tak jak wspomnień nie można od siebie oderwać.

Zegar szedł cicho, srebrzyście wybijając godziny, ten sam zegar, który wskazywał nam wszystkie dobre i złe chwile.

Z czasem do naszych wspomnień przybył Jurek.

— Pamiętasz, Jureczku, Ustroń, gdzieśmy się poznali?

— Fatalna dla mnie miejscowość — żartował Jurek.

— Pamiętasz wycieczki górskie i naszą pierwszą sprzeczkę, o co to było?

— Aha.

Potem wspomnienia były mniej pogodne, aż w końcu tragiczne.

— Pamiętasz, jak poszedłeś na wojnę, jak było bombardowanie, niewola, a potem getto, wysiedlenie....

Po rozłące z rodzicami zostałam tylko z Jurkiem i już tylko we dwoje wspominaliśmy dobre i złe czasy.

Teraz, teraz — mogę je tylko sama wspominać, sama siebie pytać: „pamiętasz?” i sama odpowiadać: „pamiętam”, bo takich rzeczy się nigdy nie zapomina.

Jest taki prosty, nieskomplikowany wierszyk, który wpisywało się za czasów szkolnych koleżankom do albumu. Wpisywałam go kilkakrotnie, nie zdając sobie wcale sprawy z jego głębokiej mądrości i prawdy, którą teraz zrozumiałam: „Wszystko przechodzi powoli, wielkie szczęście i to, co boli, wszystko przemija jak chce Przeznaczenie i tylko jedno zostaje — wspomnienie”.

Getto — przeprowadzka

Od rana krzątaliśmy się, pakując ostatnie rzeczy. A potem, kiedy już wszystko było popakowane, łaziliśmy osowiali po opustoszałych pokojach, spoglądając na ściany, okna, pozostałe meble — jakbyśmy chcieli, aby nam na zawsze utkwiły w pamięci. Zmiana miejsca — zmiana szczęścia. Jak nam się życie ułoży na nowym mieszkaniu w getcie?

Ciotka i wujek są zrozpaczeni. Po prostu potracili głowy. Wujek trzyma kurczowo jakiś mały przycisk ze swego biurka, przedstawiający model lokomobili1, nie rozstaje się z nim, coraz to przeciera go szmatką, jakby to było najważniejszą czynnością w tej chwili.

Pocieszamy się, powtarzając głośno: „niedługo wrócimy, nie warto wszystkich mebli przenosić, tu są zresztą pewniejsze niż w getcie”.

Przychodzą sąsiedzi żegnać się z nami. Niektórzy czynią to z prawdziwym żalem, inni składają smutnie usta, podczas gdy oczy ich śmieją się: „Tak, dobrze wam, jesteście niższą rasą, wyrzucają was, a my zostajemy”.

Ach, jak bardzo czujemy się upokorzeni.

Rzeczy znoszą na wóz, a teraz na nas kolej; wsiadamy do dorożki. Przed bramą stoi Franciszek — dozorca. Płacze.

— Pan inżynier ze swojego własnego domu musi się wyprowadzać; ach, te sukinsyny, łajdaki, szubrawcy!

— Jedźmy już, jedźmy! — wołam do woźnicy. Stać tak przed domem i być głównym bohaterem tego widowiska — to nieznośne.

Wujek i ciocia mają łzy w oczach; dla nich to nie tylko wyprowadzka do getta, dla nich to opuszczenie domu, który kupili za pieniądze z pracy całego życia, domu, który przebudowali, nad którym pracowali, który miał być zabezpieczeniem ich starości.

— My już tu chyba nie wrócimy...

— Ależ, ciociu, to przeprowadzka zaledwie na kilka miesięcy.

Po mieście ciągną bez końca wozy naładowane rzeczami, meblami! Ludzie taszczą walizy, paczki.

Jesteśmy już za murami, przejeżdżamy koło gminy, obleganej przez tłumy.

— Nie mamy dokąd się przeprowadzić! — krzyczą ludzie. — Dokąd pójdziemy na zimę z dziećmi?!

— Jaka ulica zostaje w getcie, a jaka nie? Nie wiem, czy mieszkam w getcie czy nie?

Na nowym mieszkaniu wita nas słońce. Wyjrzało zza chmur i przegląda się w oknach. Pokój zalany słońcem nie może być brzydki ani smutny. Słoneczko! Jak to ładnie, z twojej strony, że nie przejęłoś się hitlerowskimi zasadami i dla wszystkich jednakowo świecisz.

Pan pułkownik z siostrą, właściciel mieszkania, z którymi dokonaliśmy transakcji zamiennej, oczekuje nas. Podpisujemy umowę o zamianie locum na czas wojny, o zamianie mebli, które oni nam zostawiają, a my im. Pan pułkownik narzeka, że w naszym kąpielowym nie ma gdzie postawić swej marmurowej umywalni.

— Proszę pana — tłumaczę mu — ma pan tam przecież wannę w łazience, więc po co panu ten stary gruchot?

— Ja się do niego przyzwyczaiłem, myję się w nim prawie pięćdziesiąt lat.

Więc już wszystko? Jeszcze węgiel w piwnicy. Zamieniamy nasze 2 tony na 2 tony pułkownika. Ciotka schodzi do piwnicy i wraca zdenerwowana.

— Przecież tam jest tylko trochę miału, nie chcę takiej zamiany!

— Słuchaj — mówi wujek — czy tylko to tracisz, głupia kobieto? Czy jeszcze nie przyzwyczaiłaś się do tego, że musisz być oszukiwana i krzywdzona?

Ale człowiek już taki jest, że musi cały swój ból wyładować i ten właśnie węgiel staje się najważniejszym powodem rozpaczy.

— Czym my będziemy palić? Zmarzniemy. A na czym będziemy gotować?

— Żeby tylko było co gotować — wtrąca Jurek.

Przychodzi mój papa — wieczny optymista. Zaczyna wszystkim po kolei zachwycać się, aby nas pocieszyć, ale czyni to tak nieudolnie i naiwnie, że mam ochotę płakać.

— Lepsze mieszkanie niż na Wspólnej, bo mniejsze, taniej będzie je opalać; mniej mebli, to lepiej, przestrzeń nieabsorbująca — nowocześnie; łatwiej zresztą sprzątać. Stare graty zostawili? Graty mają swój staroświecki urok, może to antyki, zresztą jeżeli nie antyki, to można sobie wyobrazić, że to bezcenne sprzęty. A rogi w przedpokoju! — tu papa stanął w pozie Napoleona przed walną bitwą. Rogi miały być „clou2 naszej transakcji zamiennej.

— Spójrz, dziecko, na te rogi, czy nie przypominają ci one wspaniałych starych dworów szlacheckich, Mickiewiczowskich polowań? To na pewno rogi jelenie: jakże trudno było je upolować, a wyście dostali je tak, przy przeprowadzce. Najważniejsze jednak, że udało się nam zamienić mieszkanie, zdobyć dach nad głową. Tak, to najistotniejsze, to prawdziwe szczęście.

Tego samego dnia wprowadza się do trzeciego pokoju trzecia rodzina, a na drzwiach piszę: „Dzwonić raz Szenberg, dwa Wejnkranc, trzy Ahezojcen”.

Pierwsze tygodnie

Pierwsze tygodnie getta, to jeszcze zupełny chaos. Przede wszystkim co dzień prawie Graniczną ulicę to włączają, to wyłączają z getta, gmina uparcie walczy, targuje się o każdą piędź ziemi, o każdy dom, a Niemcy jakby dla kawału, jakby się drażnili, to dają, to znów odbierają. Dochodzi do tego, że ludzie w ciągu kilku dni po kilka razy zmieniają mieszkanie, zostawiając w każdym coś ze swego dobytku.

My, mieszkając początkowo na Granicznej ulicy, jesteśmy również na to narażeni. Siedzimy jak na wulkanie; trudniej znaleźć pomieszczenie niż igłę wśród nocy.

W końcu plan getta staje się wiadomy. Nasza obecna ulica — Biała — zostaje zmajstrowana w ten sposób, że mur ma stanąć z jednej i drugiej strony ulicy, zaś jezdnia należeć będzie do dzielnicy aryjskiej, aby stworzyć dostęp do gmachu Sądu, który znajduje się przy końcu ulicy.

Wychodzi zakaz trzymania aryjskich pracownic domowych. Musimy pożegnać się z naszą Jasią, która pracuje u nas 8 lat i jest jakby członkiem naszej rodziny. Przykro nam — Jasia płacze.

— Może to i lepiej, Jasiu, będziesz pracować u ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na służbę, a u nas teraz nie wiadomo jak będzie.

Ale Jasia jest niepocieszona.

— Jadłabym suchy chleb i kartofle, żeby tylko być razem.

— Cóż zrobić, jeśli nie można?

Pewnego dnia z rana jakieś zamieszanie, przez okna widzimy ludzi, którzy gestykulując, biegają tam i z powrotem. Pojawia się milicja żydowska z żółtymi opaskami na ramieniu: „Ordnungsdienst”. Milicjanci uspakajają tłum.

Wychodzę na ulicę. Od rana okolono getto drutami, postawiono straż niemiecką i żydowską milicję. Ogłoszono zakaz przebywania Żydów poza granicami getta pod karą wiezienia.

Jesteśmy zamknięci w klatce. Druty są naturalnie tylko tymczasowe. Gminie nakazują budować mury tak, aby zeszły się ze starymi murami: klatka będzie pewniejsza.

Dla Żydów jest to nowa klęska. Tracą oni kontakt ze swoimi warsztatami pracy, mieszczącymi się poza gettem, a wraz z tym źródła dochodu i swoje mienie, które musi przejść w drugie ręce. Żydzi spisują naprędce umowy antydatowane ze swoimi znajomymi aryjczykami, czyniąc ich właścicielami swoich dotychczasowych sklepów i składów.

Nie odnosi się to do domów, ponieważ wszystkie domy żydowskie przeszły w ręce tzw. Komisarycznego Zarządu. Jest to instytucja, która sama zarządza kamienicami, administrując je, pobiera dochody, a właścicielowi wypłaca co pewien czas taki procent, że za te pieniądze gospodarz wielkiej kamienicy może kupić sobie kilka bochenków chleba albo kilkanaście pudełek zapałek.

Co będzie z naszą fabryką? Telefonuję do jednej z naszych byłych sąsiadek, pani Aliny K.

Przychodzi tego samego wieczoru. Sporządzamy z nią umowę, czyniącą ją właścicielką naszych maszyn, lokalu i towaru. W drugiej umowie pani Alina obowiązuje się chronić fabrykę, płacić komorne, a po wojnie zwrócić nam fabrykę. Po godzinie nowa właścicielka żegna się z nami.

Jakże nam ciężko przyszło doprowadzić nasz „Korlit” do obecnego stanu. Ile pracy, ile nieprzespanych nocy, ile wysiłków. A teraz — biały świstek na biurku — oddaliśmy nasze dziecko.

Nie wiadomo jeszcze, czy to zatwierdzą w urzędzie.

— A czego ty się martwisz — gniewa się ciotka — tak czy inaczej, przepadło, wszystko jedno, już nie twoje.

— Ciociu, przecież jeszcze są porządni ludzie. Może ona jest jak raz uczciwa?

Co dzień rozmawiam z panią Aliną telefonicznie. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ ludzie oblegają nieliczne telefony w dzielnicy, wszyscy chcą jakoś uregulować swoje „zagraniczne sprawy”. Czasem trzeba godzinami czekać na połączenie, a często, gdy już uzyskałeś rozmowę, osoby, z którą chcesz rozmawiać nie ma w domu.

Pani Alina odwiedziła nas kilka razy, potem umilkła, znikła.

Następnie dowiedzieliśmy się, że zajechał ktoś z platformą i zabrał maszyny wraz z surowcem. Była to konfiskata niemiecka, ale owego konfiskatora widziano kilka razy w towarzystwie pani Aliny. Czy to przypadek? A może jako obecna właścicielka chciała uzyskać choć część z powrotem. Ktoś nie zgadza się z tym przypuszczeniem; takie sprawy załatwia się oficjalnie, a nie chodząc pod rękę i uśmiechając się słodko do konfiskującego majątek. Ja protestuję. Może właśnie w ten sposób chciała od niego więcej uzyskać, czasem kobieta kokietując więcej zdziała niż najrozumniejszymi dysputami, dowodzeniami. A może zakochali się w sobie? Uczucie do wroga? Bywa. Chciałam wierzyć w uczciwość pani Aliny, dlatego, że to ja ją wybrałam i ponieważ bardzo chciałam wierzyć w ludzi. W ten sposób nasze ukochane dziecko — nasz „Korlit” zakończył swój żywot.

Głód

Ceny żywności szalenie poszły w górę. Byliśmy zdani na to, co nam przywiozą czy przyniosą do getta, samemu nie można było przecież wychodzić poza mury. Przyniesione produkty z „tamtej strony” kosztowały podwójnie, a czasem i potrójnie niż na aryjskim rynku. Nieliczni robili wspaniałe interesy, a ludność głodowała.

Po krótkim czasie nowy zakaz: aryjczykom nie wolno przebywać na terenie getta.

Ceny poszły jeszcze bardziej w górę, a ludzie potracili całkowicie prawie kontakt z aryjską dzielnicą. Tylko nieliczni mieli przepustki i przez nich czasem, za duże pieniądze, można było coś załatwić. Poza tym istniały murki, przez które można było kilka słów zamienić. Można było również spotkać się w sądzie, który, choć strzeżony z jednej i drugiej strony, aryjskiej i żydowskiej, stał się miejscem spotkań aryjczyków z Żydami. Naturalnie trzeba było upozorować te spotkania tak, aby wyglądały jak rozmowy stron w jakimś procesie. Później jednak wpuszczano do sądu wyłącznie za okazaniem wezwania sądowego lub kwitu na wpłacenie podatku skarbowego, ponieważ w tym gmachu mieścił się również Urząd Skarbowy.

Żadnych paczek z sądu wynosić nie wolno było. Broń Boże, żeby ktoś przeniósł najmniejszą paczkę. Jakże to? Przenieść do getta produkty po cenie aryjskiej? — Żydzie, płać potrójnie, jesteś przecież Żydem.

Życie w getcie...

Kiedyś czytałam książkę o getcie weneckim. Przejęła mnie grozą. Ciemne, brudne zaułki, zapadłe domy, smutni ludzie z żółtą łatą na plecach. Napiętnowani, poniżeni.

Więc my też tak mamy wyglądać?

Czas idzie naprzód. Nie staje, nigdy nie wraca. Nieprawda, czas cofnął się, jak gdyby wskazówka zegara posunęła się nagle zamiast naprzód, wstecz. Zła ręka przywróciła światu oblicze lat przesądów, ciemnoty. Cofnęliśmy się poprzez lata postępu, odrodzenia, kultury: witaj, zabobonie, złości, kłamstwo, palenie czarownic na stosie, wymyślna torturo, odpowiedzialności zbiorowa, witaj wojno, w imię krzyża, splugawionego i wykrzywionego. Pochłoniesz tysiące, miliony ludzi w imię kłamliwej idei, zrodzisz miliony sierot, wzniecisz pożary, zamienisz miasta w gruzy, ziemie urodzajne w pustynie, wypaczysz mózgi i serca.

***

Jest anegdotka o woźnicy, który chciał odzwyczaić swego konia od żarcia i w tym celu codziennie zmniejszał mu jego porcję siana. Wszystko szło świetnie... tylko nagle koń zdechł.

W getcie było podobnie. Ludzie mieli żołądki, ale nie mieli ich czym zapełniać. Ograniczano ich pożywienie, oszukiwano zupkami Joint’u (z prawdziwej wody) i byłoby wszystko dobrze, gdyby nie to, że pewnego dnia umierali. Źle napisałam „umierali”, to znaczy, że pewnego dnia zamykali oczy i koniec. A trzeba by opisać cały bezmiar męki i cierpień, trzeba by dać obraz oblegających ulice żebraków, nędzarzy, istot pół nagich, dzikich z głodu, chłodu, oblazłych robactwem, którzy leżąc pokotem na chodnikach z całymi rodzinami, wystawiają ci na pokaz swoje gnijące ciała, ropiejące nogi, ręce, ramiona, jak gdyby wołali do tych, którzy jeszcze mogą chodzić: „i na was przyjdzie kolej i to już niedługo. I wy tak będziecie gnić żywcem. Wpierw zaczniecie puchnąć, a potem ciała wasze pokryją się wrzodami i skonacie bez ratunku”.

Bo ratunkiem może być tylko tłuszcz.

Ach, czarodziejski tłuszczu, który możesz nas uzdrowić, utrzymać przy życiu, czemużeś dla nas tak niedostępny? Śpiewają o nim dzieci, dorośli, modlą się do jego mocy, tak chcą żyć, przetrwać, powrócić do sił, do swojej pracy, swych domów, ci żebracy, ci byli ludzie. Kurczowo trzymają się swojej karty żywnościowej, swoich bonów, które stanowią jedyne ich pożywienie, jedyną kruchą nadzieję na przetrwanie. Oddadzą je tylko po śmierci.

„Ach, te bony, ja nie chcę oddać bonów” — to piosenka, gettowa kołysanka, melodia naszej dzielnicy, a słowom jej: „hot rachmunes jidisze menczen, hot rachmunes jidisze kinder3 towarzyszy jęk nędzarzy, którzy biegną za tobą, wyciągają ręce, błagając: daj mi kartofel, jeden, jeden jedyny, maleńki kartofelek, skórkę od chleba, wodę z gotowanych ziemniaków, obierki buraczane, daj! Nie dasz? Masz przy sobie paczuszkę, a co w niej? Może coś do zjedzenia, może chleb?

Spada na ciebie nieoczekiwany cios. Brudna ręka chłopca dziko wyrywa ci paczkę z ręki, a chłopak ucieka, po drodze zajadając swą „zdobycz”. Jeżeli w następnej minucie milicjanci dopadną go, jeżeli go zbiją, odbiorą, to on już w międzyczasie zdążył zjeść. „Chaper” (łapacz), to nowy zawód małych, zgłodniałych chłopaków, gettowski proceder, który należy likwidować, ścigać, bo po prostu zagraża porządkowi publicznemu, bezpieczeństwu. Ha — ha, ha. Łapcie! Bijcie i likwidujcie! Cóż może być gorszego od głodu, który rozrywa kiszki? Ludzie umierają, konają całe rodziny. Codziennie rano, gdy wychodzisz na miasto, widzisz na trotuarach i jezdniach owrzodzone trupy przykryte papierem, które w ciągu dnia funkcjonariusze zakładu pogrzebowego Pinkierta zabierają na cmentarz. Ludzie konają na ulicy. Konają w swoich mieszkaniach ci, którzy wstydzą się swego głodu i za próg domu nie wychodzą. Umrą w jednym z napadów szału. Nie wiecie, co to szaleństwo głodu trwającego dni, tygodnie, miesiące, lata! Czy widzieliście kiedy takiego obłąkanego w ataku? Nie, nigdy? To wasze szczęście, bo gdybyście kiedyś ujrzeli, nie dałby wam ten widok spokoju i prześladowałby was w snach i na jawie długo, długo, może nawet przez całe życie.

Konają ludzie, ku wielkiej uciesze naszych władz. Może w końcu wytworzyć się taka sytuacja, że nie będzie już komu umierać, mimo że co dzień nowych wysiedlonych sprowadzają do getta. Deszcz, śnieg, noc, dzień — przybywają ludzie wyrzuceni ze wsi, miast, miasteczek Polski, Niemiec, Czech. Przyjeżdżają z tobołkami na plecach — to ich jedyny majątek, aby po niedługim czasie powiększyć kadry żebracze.

„Nikt nie przetrwa wojny, nikt prócz Czerniakowa, Pinkierta i mnie” — mówi Rubinsztein, żebrak, wariat, komik, śpiewak, satyryk i patriota w jednej osobie, jedna z najbardziej popularnych osobistości getta.

— Nasza trójka przetrwa, bo Czerniaków, to prezes gminy żydowskiej, któż by, gdyby go zabrakło, rządził nami, komu by Niemcy dawali zarządzenia, kogo by czynili za nas odpowiedzialnym? Pinkiert, właściciel zakładu pogrzebowego, król nieboszczyków, pierwszy i ostatni grabarz nie może umrzeć, bo któż by go pogrzebał? No, a ja, ponieważ nie mam bonów, więc jak je mogę oddać4?

— A czemu nie dostajesz karty żywnościowej?

— Bo nie jestem meldowany — oświadcza z dumą.

— To zamelduj się.

— Nie chcę. Teraz — objaśnia — panuje Hitler. Jeżeli będę figurował w książkach meldunkowych, to tak jakbym był jego obywatelem. Nigdy, nigdy na to się nie zgodzę, a na jego bony pluję, ja od niego niczego nie chcę mieć, straciłem tu żonę, dzieci i jeszcze mam bony brać, a niech sam się naźre (cum tojt5) moim kwaśnym chlebem i gorzką marmeladą. Do tego mogę mu dodać 1 kg zepsutej kapusty i tuzin sacharyn od Rubinsztajna.

— Co ty wygadujesz, szaleńcze, przecież wszyscy są meldowani i wszyscy otrzymują bony.

— To co, że wszyscy? Jak wszyscy mają przewrócone w głowie, to ja też muszę mieć?

Łazi Rubinsztajn po mieście uśmiechnięty, wesoły, że głodny, to głupstwo, że w łachmanach, to nieważne, śpiewa swoje piosenki o Hitlerze, gminie, aprowizacji, siada na karawanie: „Oddałeś swoje bony, kolego? Odprowadzę cię do swojego spokojnego domostwa, gdzie cię nikt nie będzie niepokoił. Za to, że ci towarzyszę, wynajdź mi tam miłe mieszkanko. Biedne mam, jak widzisz, skromne wymagania, ale muszę się jakoś zabezpieczyć. Skandal, jak wszyscy się pchają na tamten świat. Ja myślę, że niedługo w ogóle nie będą tam wpuszczać. Dotychczas my, żebracy, mieliśmy pierwszeństwo, teraz tyfus panuje i tyfusowi biorą pierwsze miejsce. Okropne. Ja, król żebraków getta, tracę głowę, nie wiem po prostu co robić, myślę, że trzeba będzie przyłączyć się do nich i... zachorować na tyfus”...

Nie zachorował jednak na tyfus, na złość Niemcom. Na złość Niemcom nie poszedł na Umschlagplatz, nie skorzystał z komory gazowej, tak pieczołowicie i z takim trudem przygotowanej dlań przez cały sztab chemików, inżynierów, ludzi nauki i czynu, nie oddał swoich bonów, bo ich nigdy nie miał. Tak, Rubinsztajn sprzeciwił się woli Hitlera, oparł się jego zarządzeniom.

Proroctwo jego nie spełniło się, nikt z wymienionej trójki wojny nie przeżył. Ale za to zginął jak bohater. Przy pojmaniu go, podczas jednej z pierwszych blokad, krzyknął: „Precz z Hitlerem!”

Żołnierz strzelił w niego, ale widać człowiek ten do końca uparł się czynić na złość naszym prześladowcom. Nie zginął od pierwszej kuli, ani — co za bezczelność — od drugiej. Miał jeszcze dość sił, aby zawołać: „Dziękuję! Na pewno na tamtym świecie jest lepiej, jak na tym, chociażby dlatego, że tam nie ma Hitlera!”.

A Czerniaków, prezes gminy, z zawodu inżynier, skromny człowiek, którego siłą zmuszono do zajęcia stanowiska, jakiemu nie mógł sprostać. Może dlatego, że nikt by takiemu zadaniu nie podołał. Dawać ludzi na ciężkie katorżne roboty, wysyłać mężczyzn do obozów, z których nikt prawie nie wracał, wprowadzać w życie zarządzenia ograniczające wolność, coraz bardziej gnębiące, coraz bardziej krwiożercze, napastliwe, bestialskie. Oddaj wszystko, co masz! Pieniądze, złoto, meble, futra, cały twój dobytek, oddaj pod karą śmierci, oddaj zdrowie, siły, a potem kiedy już nie masz co oddać, oddaj życie. My, Niemcy, potrzebujemy wszystkiego, chcemy wygrać wojnę waszymi warsztatami pracy, waszymi uciułanymi groszami, waszym krwawym potem, waszym życiem, wszystko nam jest potrzebne!

A my nie będziemy wam dłużni, my wam wspaniałomyślnie za to damy „Lebensraum”. Żyjecie sobie na przestrzeni kilkunastu ulic i dwóch placyków. — Co? Nie sposób? Chcecie powiedzieć, że wypada u was przeszło 4 osoby na przestrzeni 1 m². Cóż to za wymagania, jesteście przecież najniższą rasą ludzką, wam też trzeba wygód?! Zresztą, o co chodzi, pójdziemy wam na rękę. Za dużo was, możemy waszą liczbę pomniejszyć, mamy sposób na to.

Dostarczymy wam na osobę po kilka kilo razowego chleba i ¼ kg marmelady na miesiąc i jeżeli dodamy do tego nieco zgniłych kartofli i brukwi (nie mamy z tym co robić, bydło nie chce tego żreć, a trzeba to jakoś zużytkować) i trochę cukru (żeby móc o tym rozpisywać się w gazetach), to chyba szybko was przetranslokujemy na drugi świat. A może boicie się, że szmugiel będzie nam w tym przeszkadzał? Zwalczymy szmugiel. Nasze mury odgradzające getto od dzielnicy aryjskiej coraz bardziej rosną w górę. Nie żałujemy cegieł, ani wapna, bach! Chociaż nam ciężko z żelazem, damy wam jednak druty kolczaste na zakończenie murów, pro publico bono, będziemy rozstrzeliwać szmuglujących bez sądów, damy nieograniczone na to prawo naszym żołnierzom, naszej dzielnej straży getta, będziemy przy tym zabijać nie tylko was, ale i podających żywność Polaków, nie jesteśmy drobiazgowi.

A jeżeli doszło waszych uszu, że nieprzyjaciele bombardują nasze fabryki amunicji i że nam kulek brak, to my was przekonamy, że to oszczerstwo. Tak, nie żałujemy kulek dla nikogo, nawet dla małych dzieci. Widzieliście chyba na Białej i na Grzybowskiej tłum dzieci w wieku od lat 5 do 13, wybiegających na znak przez dziury w murach? Dzieci te biegły na aryjski rynek, by wrócić po kilkunastu minutach z torbą kartofli albo bochenkiem chleba. To jedyni żywiciele całych rodzin.

Przeleci taki malec przez murek kilka razy dziennie, sprzeda swój szmugiel i za zarobione pieniądze kupi chleba do domu. Więc my będziemy tych bezczelnych malców, którzy nie boją się naszych razów, zabijać, zobaczycie.

Widzieliśmy, jak celnie strzelali do nich niemieccy i litewscy junacy, jak chodniki czerwieniły się od krwi i jak drgały ramionka dziecinne: Mamo! Mamo! Za co?

To jeden sposób.

Mamy w zanadrzu jeszcze jeden. Jak wam się podoba tyfus plamisty? Niezła choróbka, miła epidemijka. Skosi wam, ręczę za to, 25% ludności. Nie będziemy żałować pracy naszych słynnych bakteriologów. Boicie się, że mimo epidemii wielu chorych powróci do zdrowia, nie martwcie się, przecież wiecie, że my jesteśmy przezorni, postaramy się, aby nikt z was nie wyzdrowiał. Tyfus trzeba leczyć glukozą, dobrym odżywianiem, witaminami, czystością, a my damy wam szpitalik (znacie naszą humanitarność!) i kłaść będziemy po trzech chorych na jednym łóżku, na brudnych siennikach, bo skąd weźmiecie bieliznę i pościel? A leczyć będziecie ich głodem. Niedługo trzeba będzie czekać na rezultat. No cóż, mało wam? Umiemy na dodatek wymordować zakładników i postrzelać sobie tak, na wiwat. Zmniejszy się liczba główek aż miło. Proszę, podziękujcie nam za naszą pomoc, przecież sami widzicie, że nie żałujemy ani trudów, ani pomysłów.

Musiał ocenić Czerniaków i trudy, i pomysły. Szarpał się, jak ryba w sieci, łatał i łatał coraz bardziej drące się życie gettowskie, aż pewnego dnia zrozumiał, że już nie uda się go załatać. Zażył cjankali. Popełnił samobójstwo, bo nie mógł się zgodzić na przedłożony mu plan zupełnej likwidacji getta, nie mógł wziąć udziału w wysyłce ludzi na śmierć. Może chciał, aby czyn jego był dla nas hasłem do buntu. Przez jego śmierć powinniśmy byli pojąć, że ostatnia chwila nadeszła, że już nie mamy nic do stracenia. Powinniśmy byli zrozumieć, ale niestety, byliśmy otumanieni albo może nie mogliśmy sobie wyobrazić, że tak szalona zbrodnia może zostać dokonana.

Jaki los spotkał Pinkierta, który dopiero w getcie stał się prawdziwym królem nieboszczyków, pomocnikiem Niemców, choć wcale do tego nie pretendował? Sprawa jest bardzo prosta. Pinkiert miał jeszcze przed wojną skromny zakład pogrzebowy. Nie jest to zbyt miłe zajęcie, ale to kwestia przyzwyczajenia. Ostatecznie można przywyknąć do tego, że żyje się z czyjejś śmierci. Więc ów Pinkiert, który przed wojną czekał czasem całymi dniami na „klienta”, dostał nagle roboty co niemiara. Niemcy starali się ze wszelkich sił, aby Pinkiert miał kogo chować, starali się tak usilnie, tak gorliwie. Pinkiert musiał rozszerzać swój interes, urządzać filie, zatrudniając coraz to nowych pracowników, a śmiertelność rosła i rosła. W końcu już nie wiadomo było, kto dla kogo pracuje, czy Niemcy dla Pinkierta, czy Pinkiert dla Niemców. Współpraca w każdym razie była ścisła. Wszystkie dzieci dzielnicy znały piosenkę o Pinkiercie: „Ten Pinkiert — to cholera, do grobu nas zabiera”. Ale cóż on sam zawinił? Niemcy mogą zabijać. To piękne, to wspaniałe dzieło, to im przyniesie chwałę, rozgłos.

To bohaterstwo.

Skutecznie, szybko, planowo unicestwiać bezbronnych, kobiety, dzieci.

Ale grzebać ich, fe!... To niehigieniczne zajęcie.

Całymi więc dniami jechały przez getto karawany Pinkierta. Jego funkcjonariusze w czarnych mundurach ze srebrnymi naszywkami budzili lęk i grozę, ale za to byli bezpieczni. Żaden Niemiec nie ważył się ich ruszyć. Byli im potrzebni. Przeżył Pinkiert Rubinsztajna, przeżył Czerniakowa, ale do czasu. Przyszedł dzień, kiedy naukowcy niemieccy wynaleźli lepszy, doskonalszy sposób likwidowania ludzi. Kiedy wprowadzono w ruch komory gazowe, kiedy po raz pierwszy rozpalono piece krematorium, zdetronizowano króla grabarzy. A kto go pogrzebał? Nikt. Spalono go w piecu, a prochy rozwiano na cztery strony świata.

Getto bawi się

W wyobraźni rysowałam sobie nieraz obraz piekła. Widziałam męczonych ludzi, kąsających diabłów i myślałam wtedy: dla ludzi ogień był źródłem męki, na nim to smażyły się ich ciała, ale diabłów ten sam ogień zagrzewał do tańca, był dla nich iluminacją, dodawał im bodźca do harców.

Piekło getta. Ludzie zamknięci, pozbawieni możliwości pracy, działania; ludzie, których napiętnowano, prześladowano, skazano na wymarcie w mękach. I oto część tych ludzi podnosi głowy i zaczyna działać. W getcie są pieniądze, są towary, są fachowcy i nagle dzieje się coś zupełnie nieoczekiwanego: getto zaczyna żyć swoim własnym życiem. Zaczyna się handel wymienny, import i eksport. Trupy na ulicy, tyfus, niesłychana śmiertelność i równocześnie przemysł. Nasze getto zaczyna dostarczać całej Polsce produktów i towarów, których tam wcale nie wyrabiają. Jak grzyby po deszczu powstawały fabryki. Fabryki — czy tak można nazwać małe suterynki, pokoiczki, gdzie powstawały najpiękniejsze wyroby trykotażowe, pończochy, swetry, skarpety. Warsztaty, gdzie stare prześcieradła i poszewki farbowano i drukowano we wzory i szyto z nich najmodniejsze koszule męskie, piękne kwieciste chustki na głowę, chustki do nosa. Z cukru, bez kakao i bez orzechów, fabrykowano czekoladki z migdałkami. Szły garbarnie, tokarnie, fabrykowano masowo i wypłacano kolosalne łapówki milicji, tajniakom i Niemcom.

Bywały dni, że mimo to wywożono maszyny i towary i zabierano ludzi. Jedną fabrykę zamknięto, ale dwie nowe powstawały, aby dać pracę i zarobek ludziom. Byli u nas nędzarze, ale byli i tacy, którzy mieli pieniądze. Wprawdzie była to garstka nieliczna, ale zawsze, jeśli ktoś ma pieniądze, to i inny może przy nim pożywić się i komuś dać zarobić.

I oto powstały restauracje, dancingi, ogródki dancingowe. Szare mury getta, głód, śmierć na każdym kroku, a w podziemiach wspaniałe lokale rozrywkowe. „Lourse”. Blask bije od luster i marmuru, od srebra i kryształów. Nasi świetni muzycy grają, artyści pokazują nie tylko swoje stare numery, ale i nowe. Śpiewają o getcie. Młodziutka śpiewaczka o głosie słowika śpiewa tak cudnie, jakby nigdy na świecie getta nie było, jakbyś nie wiedział, co to jest Niemiec. Na tacy podają ciastka i kawę, czy pachnący, smaczny, różowy krem, lukrowane orzeszki.

A potem, gdy z pięknej, rzęsiście oświetlonej sali wychodzisz na ciemną ulicę i dobiega twych uszu dźwięk słów „hot rachmunes6 i widzisz wychudłe ciała w łachmanach, żałujesz tej miłej chwili spędzonej w lokalu, nazywasz siebie okrutnikiem bez serca i uświadamiasz sobie, że ludzie mogą jeszcze słuchać śpiewu i muzyki, mogą rozkoszować się ciepłem i jasnością, ale już nie mogą tańczyć. Tak, w naszych dancingach nikt nie tańczył. Widocznie musi być jakaś granica.

W getcie był również teatr. Nie było tak łatwo wysztukować przedstawienie, aby spodobało się wszystkim. Przede wszystkim nie wolno było narazić się cenzurze, poza tym trzeba było dobierać numery, aby w tych błogosławionych godzinach człowiek mógł popłakać, śmiejąc się i zapomnieć o śmierci.

Szmugiel

Jak się odbywał zorganizowany szmugiel, który dostarczał żywności gettu, dawał pracę przemytnikom, często pozbawiając ich przy tym życia? Naturalnie, szmugiel podawany przez gmach sądu, przenoszenie pod sukienką, czy szmugiel przez murki za pośrednictwem małych dzieci, to wszystko nie było zorganizowanym masowym szmuglem i nie mogłoby pokryć nawet jednej setnej zapotrzebowania. Do tego trzeba było tak zorganizować handel, aby getto mogło swoje produkty wysyłać i otrzymywać za to żywność.

Przede wszystkim „wacha”7. Na „wasze” u każdej z bram getta stało kilku Niemców i milicjantów żydowskich, którzy zmieniali się co kilka godzin. Przemytnicy umawiali się, że o takiej a takiej godzinie ma przejechać wóz z aryjskiej strony. Przekupieniem „wachy” zajmowali się tak zwani „grajkowie” — nieliczni milicjanci-specjaliści, którzy podchodzili do „wachy” i przeprowadzali dyplomatyczne rozmowy, wskutek których Niemcy zamykali na kilka minut oczy, a wóz wjeżdżał do getta. Po chwili pusta maszyna wyjeżdżała, a milicja i Niemcy dzielili się łapówką. Nazywało się to: „Szafa gra”.

Nie było to takie proste, gdyż czasem Niemcy nie chcieli się zgodzić, czasem żądali tak wielkich pieniędzy, że towar nie był tyle wart. Często maszyna spóźniała się i „obrobieni” Niemcy odchodzili z „wachy”. Nie, nie było to łatwe i nie było bezpieczne. Czy nie zdarzało się, że żołnierz godził się, aby za chwilę, kiedy maszyna wjeżdżała do getta, strzelać do szofera, przemytników i milicjantów?

Ach, jaki straszny był dzień, kiedy rozstrzelano 100 milicjantów za szmugiel!

A na drugi dzień druga setka obrabiała „wachę” i znów „Szafa grała”...

Drugi zorganizowany szmugiel szedł przez domy przejściowe i murki, gdzie co dzień prawie wynoszono trupy zastrzelonych przemytników.

Ulica Koźla, mała, cicha, graniczna uliczka, stare domy, nic podejrzanego na pozór. Tymczasem na dany znak zwyczajne rynny kierują się sprytnie poza mur i leje się przez nie mleko, leci kasza, mąka i cukier. Stop. Ktoś idzie! Rynny momentalnie cofają się, zamierają niewinnie, nieruchomieją. Jesteśmy zwykłymi rynnami!

A tu znowu za dotknięciem guzika mur rozstępuje się i przepuszcza krowę. Tutaj odbywa się największy handel mięsem. Wszystko jest ruchome, okna podnoszą się i opadają, murki znikają, dachy otwierają się jak pokrycie pudełka. Cud! Tak, zdejmcie, ludzie, czapki przed tym cudem, cudem pomysłowości, pracy i odwagi Koźlej ulicy, która setki razy broczyła krwią. Gdyby pochować tych wszystkich, którzy na niej zginęli przy szmuglu, nie byłoby chyba miejsca na groby. Na Koźlej, na Białej, na Siennej powinny stanąć pomniki z napisami; „Wszystkim cichym, a nieustraszonym, bezimiennym bohaterom przemytu — chwała”.

Nie będzie pomnika, nikt go nie postawi. Wiem, są większe bohaterstwa i ważniejsze sprawy... Ale mimo to, cześć Wam!

Moje karty

Pada deszcz. Błoto. Zachlapałam sobie nogi aż po kolana. „Trzeba dać boty do naprawy” — myślę, a potem zaraz — „Ile to może kosztować?”.

Na wszystkie moje osobiste wydatki muszę sama zarobić, nie mogę od nikogo brać. Kontroluję swój biedny budżet ustawicznie. Nigdy nie mogę wszystkiego kupić i zawsze trzeba odkładać na przyszły miesiąc. Składki towarzystwa, szewc, nici, woda kolońska, coś dla Jasi, coś rodzicom, coś dla domu. Wreszcie trzeba skreślić szewca i wodę kolońską. Jurek męczy mnie: „Rzuć tę robotę i tak nic z niej nie masz”. „Jak to nic?” „No nic. Absolutnie nic, na co ty wydajesz?”.

Jurek jest moim najukochańszym mężem, ale nie o wszystkim może wiedzieć, on zresztą też przede mną ukrywa, że daje pieniądze swojej matce. Czemu boi się mnie?

Jestem dziś rozdrażniona. To niełatwe użerać się z ludźmi, wysłuchiwać tysiące reklamacji, skarg i zarzutów, czuć wrogość ludzi do tych z okienka, do tych z gminy, co regularnie pobierają 200 złotych miesięcznie. Obliczymy to na chleb: można kupić około 20 bochenków razowego chleba, a licząc na kartofle, jest to dziennie 70 kg kartofli (piszę o czasach, kiedy był spokój w getcie przed wysiedleniem).

Pada deszcz. Jak ponuro i smutno, ach, żeby jak najprędzej być w domu. Myślę jeszcze o różnych „machlojkach” w gminie, o moich kolegach i koleżankach, którzy „na lewo” biorą karty żywnościowe. Właściwie komu wyrządza się tym krzywdę? Nikomu. Kogo się okrada? Niemców chyba, którzy na każdą osobę przeznaczają głodowe porcje. Mimo to — oszustwo i nieprzyjemnie, jeżeli się wyda, a karą — groźba utraty pracy. Wiem, wielu urzędników bierze po kilkadziesiąt kart miesięcznie, część sprzedają, a część zużytkowują dla siebie i zawsze mają fundusz na „złagodzenie kontroli”. Ale o tym tylko przebąkują, to trzeba umieć zorganizować, a ja przez moje cztery karty także mogę wpaść. Te cztery karty dławią mnie i palą. Wydaje mi się, że wszyscy w biurze widzą cztery wyszachrowane karty. W nocy śni mi się, że mój naczelnik wykrył to „przestępstwo”. „A ja do pani miałem takie zaufanie” — mówi.

Na przyszły miesiąc już nie wezmę, za skarby, przyrzekłam to sobie, ale... na przyszły miesiąc cztery karty — to jedno kilo cukru, kawa (wprawdzie ersatz) i chleb, a jeśli mamie ich nie dam, to sobie cukru nie kupi, a cukier taki drogi! Co robić?

W domu Jurek mówi, że za te 200 zł, które i tak się rozłażą, nie będę pracować, szkoda butów. „Lepiej byś cioci w domu pomagała”. „Przecież i tak pomagam!” „Ale o co się tak upierasz, czy tak lubisz użerać się z tymi brudasami? Tracisz tylko zdrowie i nerwy, przecież kart na lewo nie bierzesz?”. „A jeślibym brała, to by się opłacało?”

Przestraszyłam się. Czy ja mogę przez to stać się złodziejką?...

Ogłoszono kontrolę. Byłam zupełnie zdruzgotana. Boże, jak będą na mnie patrzeć w domu, mamie powiedziałam, że mi dali oficjalnie, co robić?

W nocy nie mogę spać, śnią mi się cztery gładkie, żółte karty, sypie się z nich cukier, potem zamieniają się na chleb i miód erzacowy, potem słodki mdlący miód zapycha mi gardło, dławię się. Chcę krzyczeć. Nie mogę. Czuję świeży zapach farby drukarskiej na bonach. Duszę się tym zapachem, ach nie, ja się duszę wyrzutami sumienia.

Od rana kontrola. Jestem blada i drżąca. Koniec. Córka tatusia, żona Jurka, popełniła... Przecież gdy czytałam kiedyś o takich przestępcach w gazecie, myślałam o oszustach z pogardą i obrzydzeniem, a teraz ja sama... Demoralizujemy się wszyscy, sprawiają to nasze warunki, to wina naszych ciemiężycieli, którzy chcą nas zniszczyć fizycznie i moralnie.

Kontrola trwa od rana. Przychodzi kolej na mnie.

— Ile pani bierze kart dla siebie? — pyta jeden z kontrolerów, mały siwy staruszek, adwokat.

— Cztery — jąkam się.

— Cztery? — podnosi wysoko brwi.

— Tak! — mówię i spuszczam oczy.

Następuje dokładna kontrola, a po kilku godzinach żegnają się ze mną serdecznie.

Chcę pytać o moje cztery karty, ale nie śmiem.

W kilka dni potem woła mnie naczelnik.

— Przyznano pani półoficjalnie 12 kart żywnościowych miesięcznie!

Jestem zdumiona.

— Doprawdy? Pan żartuje.

— Nie, bynajmniej. Pani je uczciwie zarobiła.

Wszystko dziś na odwrót — zamiast kary, nagroda. Ale to nie jest w porządku. Okazuje się, że jestem mniejszym złodziejem niż inni — najmniejszym. Wydalono z naszego działu kilkanaście osób. Szepczą, że były tam ogromne nadużycia. Wszyscy są wciągnięci. Każdy musi brać na lewo. Trzeba żyć.

Jedna z moich koleżanek, którą wydalono, spotyka mnie na ulicy. „Nie każdy jest w takim położeniu, jak pani” — atakuje mnie — „pani traktuje swoją pracę jak „neben an8. Pani ma męża, a ja musiałam z mojej pracy utrzymywać starą matkę i troje drobnych dzieci. Kraść? To nie kradzież, zresztą wszystko jedno, nie mogłabym patrzeć na głód moich dzieci, byłabym wyrodnym człowiekiem, jeślibym, mając jakiekolwiek możliwości, nie wykorzystała ich i skazywała moją rodzinę na skrajną nędzę. Bo przecież nawet z tego, co miałam, też nie mogłam im dać więcej, niż chleb, kartofle i trochę cukru. Nie brałam na rozrywki czy cukierki”...

Jakże straszne jest życie. Gdzie prawda, gdzie powinność, gdzie granica dobroci, uczciwości? Wszystko przekręcone do góry nogami.

Teraz mogę dawać rodzicom co miesiąc 12 kart, z których mama z kolei w tajemnicy przede mną daje kilka swojemu bratu Józkowi. Józek jest w strasznej nędzy, trzeba mu jakoś pomóc. Ale jak?

Jurek nic o bonach nie wie, jest to pierwsza tajemnica, pierwszy rozdźwięk między nami. Jeżelibym mu powiedziała byłby niezadowolony. „Ty wszystko pchasz w rodziców”.

A on? On pomaga swoim, nie mam o to pretensji, to jest naturalne, ale... ale dlaczego oni trzymają dziewczynę do pomocy, jeśli u nich jest Krysia i matka, czemu jego siostry nie żałują sobie na kosmetyki ani na papierosy, czemu jego matka krytykuje mnie, że oszczędzam pończochy i pantofle, że do pracy chodzę w starym palcie? Wygląda, jakby Jurek dawał aż na zbytki, podczas gdy my z ciotką wykonujemy najcięższe roboty, a oszczędzamy na wszystkim, bo lepsze rzeczy trzeba będzie sprzedać albo bardzo długo nosić, a nowych się na pewno nie kupi.

Tak, to są pierwsze rozdźwięki między nami.

Może tak nie powinnam myśleć, to nieładnie, ale myśli same przychodzą do głowy i kiedy ciocia zaczyna o tym mówić, bronię ich, ale chętnie przyznałabym jej rację. Jesteśmy biedni — nasze zarobki nie pokrywają nawet w dziesiątej części naszych wydatków, ale... sypiamy jeszcze na pięknej, czystej pościeli, nosimy jeszcze czystą bieliznę, chodzimy w całych butach i w porządnym ubraniu, jadamy na lśniących serwetach, porcelanie i srebrnej zastawie — urządzamy jeszcze święta, chociaż możliwie najskromniejsze. Z naszych produktów przyrządzamy zawsze przynajmniej dwa dania na obiad i chociaż na pierwsze są zawsze kartofle, to jednak za każdym razem trochę inaczej przyprawione. I nie możemy się rozstać z rzeczami. Przecież wrócą kiedyś dawne czasy, po co wszystko marnować? Część rzeczy po stronie aryjskiej chyba przepadła, więc chociaż te u nas trzeba zachować.

Ach, żebym miała obecne doświadczenie, żebym nie była wychowana na zasadach oszczędności, poszanowania dla rzeczy, ekonomicznym gospodarowaniu, powinnam była przecież wtedy zmusić matkę do wysprzedawania wszystkich cennych rzeczy i do życia tak jak trzeba. Powinnam była wtedy opróżnić nasze kufry i nie żałować niczego, a tak? Futra diabli wzięli, bo trzeba było oddać je Niemcom, a pozostałe rzeczy przepadły przy wysiedleniu. Teraz jestem wyleczona, nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale już nie mam przywiązania do rzeczy. Dawniej każda dziurka w ubraniu, każde rozbite naczynie sprawiało mi przykrość, teraz nie robi to na mnie żadnego wrażenia.

Szkoda tylko życia ludzkiego, a więcej niczego nie szkoda na świecie.

Sądny dzień na Umschlagplatzu

— Dziś już, Emciu, blokad nie będzie — powiedział któregoś dnia Jurek. — Przejadę się rowerem do matki.

— Tak myślisz? — spytałam.

— Z pewnością. Już pierwsza, na mieście spokój, można odetchnąć. Ale ty siedź w domu, z bloku lepiej nie oddalać się.

I poszedł.

„Jeżeli spokój — myślę — to przecież i ja mogę iść do rodziców, mieszkają tak blisko, zaledwie o kilkanaście domów dalej”.

Prawda, że to niebezpiecznie wyjść z szopu, ale ja tak za nimi tęsknię, muszę koniecznie ich zobaczyć.

Szykuję dla nich paczkę żywnościową, dzielę nasze produkty na połowę itd. Biegnę szybko. Dom rodziców. Moi staruszkowie, jak zwykle, przy schronie, wymęczeni, bladzi, wystraszeni.

Boże mój, Boże, jak się zmienili! Całuję ich.

— Dziś będzie, podobno, spokój — mówię — mamusiu, chodźmy do mieszkania, pomogę ci coś ugotować, przecież wy głodujecie.

Idziemy na drugie piętro. Rozpalamy ogień.

— Po co tyle przyniosłaś, przecież to z uszczerbkiem dla was — strofują mnie.

— Ależ skąd, my mamy duże zapasy!

— Jak długo te łapanki potrwają? — pytają się.

— Już chyba niedługo — pocieszam ich.

— Tak się o ciebie, córuś, martwimy, czyś ty tam u siebie w bloku bezpieczna?

— Naturalnie.

Cóż, czy mam im powiedzieć, że przy wczorajszej blokadzie dwie trzecie kobiet zabrali?

— Nie mogę już wytrzymać — skarży się mateczka.

— Ach, jaka z ciebie kobieta — oburza się ojciec — taki masz wspaniały schron i jeszcze ci niedobrze, iluż ludzi zazdrościłoby ci.

Wspaniały schron! Wspaniały wyczyn mojego ojca, który, gdyby nie jeszcze wspanialsza wprawa niemiecka w tropieniu ludzi, utrzymałby przy życiu kilkadziesiąt osób.

Gdy blokady stały się coraz częstsze, a wszelkie „dokumenty” okazały się bez znaczenia, ojciec postanowił zbudować schron. Nie było to takie łatwe. Przede wszystkim nikt, prócz osób zainteresowanych, nie powinien był wiedzieć o tym. Budować można było tylko nocą, a zdobycie cegieł, to też niełatwa sprawa. Ale ojciec pokonał wszystkie trudności.

W naszej piwnicy było względnie cicho, zdobył cegły, zamurował wejście, zostawiając jedynie na dole mały otwór, przez który można było wczołgać się. Przy otworze zaś zbudował coś w rodzaju szuflady z przodem z cegieł. Szufladę tę zaciągało się po wczołgnięciu ostatniej osoby do schronu. Absolutnie nie można było domyśleć się, że za jedną ze ścian piwnicy, na przestrzeni jednego do trzech metrów kwadratowych, siedzi na ławeczce z zapartym oddechem dwadzieścia kilka przerażonych osób, które w całkowitej ciemności, z bijącym sercem i szumem w głowie czekają, czekają nieskończoną ilość minut, godzin, często dni na spokój, nie wiedząc, kiedy można będzie wyjść.

Zdarzyło mi się siedzieć w tym schronie. Po czterech godzinach byłam bliska szału.

— Mamusiu, jakaś ty wymagalna, doprawdy, źle ci w takim wspaniałym schronie?

Szykujemy obiad.

— Jaki przyjemny zapach, na pewno coś doskonałego będziemy jeść.

— Jak u „Simona i Steckiego” — żartuje papa. — Jestem głodny — przyznaje się.

Urządzimy sobie prawdziwą ucztę: kartofle, kasza. Kartofle na gorąco, co za specjał!

Nagle: co to?

Blokada! Schodzić na podwórze!

Wyglądam przez okno. Niemcy, Litwini, milicja żydowska, rozbiegają się po domu, ściągają ludzi, już pukają do drzwi frontowych, za chwilę wyważą je.

Uciekajmy! Skryć się w mieszkaniu nie ma gdzie. Wybiegamy na schody kuchenne. Może dostaniemy się do schronu. Boże! Czemuż ich namówiłam na ten nieszczęsny obiad.

Na parterze łapie mnie dwóch milicjantów.

— Idźcie do schronu! — krzyknęłam rodzicom — błagam was, idźcie beze mnie!

Łapię milicjantów za ręce, nie wiem, skąd we mnie wzięła się taka siła, ciągnę ich obu z klatki schodowej na podwórze, zamykam przy tym drzwi, tak żeby nie dostrzegli schodzących do piwnicy.

Obaj są zaskoczeni.

— Co pani robi?

— Idę z wami, idę przecież! — krzyczę.

— No tak, a tamci? — pytają mnie.

— Nie wiem, nie wiem, dajcie spokój!

Przechodzą Niemcy. Jeden z nich, młody chłopak, zbliża się do mnie i bije mnie gumową pałką po głowie, plecach, karku. Nie boli mnie. Czy to możliwe, czy Bóg daje taką siłę człowiekowi, że nie czuje fizycznego bólu? Milicjanci odsuwają się ode mnie i zdjęci litością, przestają się interesować moimi rodzicami.

Ustawiają nas przed domem, po dziesięć osób w rzędzie.

Coraz to nowych ludzi wyciągają z ukrycia, bijąc ich. Ach, jak oni biją! Szczują psami, strzelają... Krzyk, jęk, wynieśli chorą kobietę. „Nie mogę chodzić” — żali się. „Zabij” — rozkazuje Litwinowi Niemiec. Po chwili huk. Kobieta leży martwa przed bramą.

Boże, żebyśmy już poszli stąd, żeby rodziców nie znaleźli, czy psy mogą ich tam wytropić?

Znów kogoś wyciągają z domu, wydaje mi się, że słyszę krzyk mojej matki... Nie, to nie ona, inną prowadzą.

Nareszcie ruszamy. Idziemy, okrążeni przez Niemców, Litwinów, naszą milicję.

Pilnują nas, trzymając broń w pogotowiu. Idziemy skazani na śmierć, za co? Za to, że ktoś zwariował, że kogoś opętało szaleństwo. Jak dziwnie jest kroczyć za własnym pogrzebem.

— Zimno pani? — pyta mnie ktoś.

— Będzie jej niedługo ciepło w gazówce — żartuje inny.

— Czy będą nas legitymować?

— Legitymować? Chyba na drugim świecie. Po co? Czy kandyduje pan do piekła czy do nieba?

— Część ludzi chyba zwolnią...

— Tak, zwolnią na dzień, dwa, może lepiej, żeby już raz był koniec, po co się tak męczyć?

Prowadzą nas przez Zamenhofa do Gęsiej. Ze wszystkich domów przybywają ludzie, na Gęsiej dołączają do nas wszystkich złapanych, oglądam się, ależ to pochód złożony z kilku tysięcy ludzi.

Na rikszy zajechał nasz rodzimy oprawca Szeryński, a otóż i jego adiutant Lejkin i inni „dostojnicy”. Pilnują porządku. To nasz „rząd” — prawa ręka Branda, wielkiego komendanta likwidacji getta warszawskiego, który potrafi sprawnie zorganizować wywózkę na śmierć kilkuset tysięcy ludzi. To nie byle co! Dostanie medal za zasługi. A może i naszemu Szeryńskiemu dostanie się jakieś odznaczenie, kto wie? Może podarują mu życie?

Zajeżdża auto Branda, oho! Cóż to dzisiaj za święto! Łapanka na większą skalę.

— Porządek! — krzyczy Szeryński. — Pokażcie, że umiecie równo maszerować, trzymać rzędy!

Dziwne wymagania. Może powinniśmy śpiewać? Z piosenką na ustach na śmierć! Gdyby tak można było nas zorganizować, wtedy Brand dostałby dwa medale, a Szeryński życie i odznaczenie. Z jakiegoś auta wynoszą aparaty fotograficzne. Będą nas fotografować.

Uwaga! Przyjemny wyraz twarzy. Potem nasze zdjęcia umieszczą w gazecie, a pod nimi napis: „Tak wyglądała nienadająca się do niczego, a szkodliwa masa żydowska, zjadająca po 10 dkg chleba dziennie na osobę i ¼ kg powideł buraczano-brukwiowych na miesiąc”. A pod spodem umieszczą zdjęcie składu mydła albo użyźnionego pola i napis: „Oto masa owa po przetworzeniu: mydło pełnotłuste, nie erzac, doskonały nawóz”. Jak nas pożytecznie można przerobić! Szkoda tylko, że nie nadajemy się na benzynę.

Teraz Brand wysiada z auta i daje znak, kierujemy się na Umschlagplatz.

Z jakiegoś domu wybiega maleńki chłopczyna. Skandal! Jak „opracowano” kamienicę, jeżeli zostawiono małe dziecko!

— Brać! — krzyczy Brand a jego wyłupiaste oczy rzucają błyskawice.

Podbiega Żyd milicjant i z dzieckiem na ręku przechodzi obok Branda. Chłopczyk na widok błyszczących orderów na piersi Niemca, wyciąga rączki. Stoją tak przy sobie, twarz w twarz, Brand-kat i dziecko z rozwartymi ramionami i uśmiechniętą twarzyczką.

Na jedną sekundę oczy Branda i dziecka spotykają się, twarz Niemca zmienia się, łagodnieje. Czy dzikie bestie miewają przejawy ludzkości? Nie, zdawało mi się. Wielki likwidator nie zmienił wyrazu twarzy, skinął ręką — szybciej do szeregu.

Chłopczyk, jakby w przeczuciu śmierci, rozpłakał się, płacze głośno, rozpaczliwie. Chłopczyku! Idziesz na zagładę, jeszcze dziś na Umschlagplatzu zastrzelą cię albo wielki zbój, „specjalista od dzieci”, podniesie cię w górę, aby z siłą rzucić o asfalt, upadniesz martwy, a z główki wytryśnie ci mózg.

Tak, dziecko, nie zadadzą sobie trudu, aby zawieźć cię do gazowni. Idziemy. Szloch, jęki. „Zostawiłam moje dzieci, gdzie mój mąż, moja żona! Już swoich nigdy nie zobaczę!”.

A ja nie płaczę, czy możliwe, czy to już koniec?

Nie oczekuję żadnej pomocy. W szeregach szeptają9, że idziemy prosto do pociągów, żadnej segregacji nie będzie.

Jureczku! Kiedy przyjdziesz do domu, będę już daleko, daleko. Czy chciałabym, aby Jurek był ze mną, ach nie, nie, lepiej umierać ze świadomością, że moi najdrożsi żyją.

Jakaś młoda, ładna dziewczyna obok mnie płacze. „Tak chcę żyć, tak chcę żyć! Strasznie pomyśleć, że umrę i nic po mnie nie zostanie”.

Nie płacz, ładna panienko, zrobią z ciebie różowe pachnące mydełko, albo w miejscu, gdzie tobą użyźnią ziemię, wyrośnie różyczka, nic przecież w oszczędnym narodzie niemieckim nie ginie.

Maszerujemy, ach, żeby tak oprzeć się, nie iść — zbuntować się. Jest nas dużo, ale czym bić się, jak oprzeć się im?

Oni mają broń, oni są silni, a my słabi, głodni, wymęczeni strasznymi przejściami. Jak bronić się? Rzucić się na nich z pięściami — pewna śmierć, a tam, tam, może będzie segregacja, może jeszcze tym razem zwolnią?

Wchodzimy na Umschlagplatz. Jest to plac, z którego odchodzą pociągi w zaświaty, pierwszy i jedyny taki plac na całym świecie.

Stoimy w szeregach. Dzieci, chorych i starców przeważnie odrazu zabijają.

Niemcy są humanitarni, dla starych mają wyrozumienie, po co ich męczyć podróżą?

Z okna jednego z domów, wychodzących na Umschlag, żołnierze wyrzucają ludzi, jakąś kobietę z dzieckiem na ręku, a teraz młodego mężczyznę. Niech się chłopcy bawią, jeżeli im to sprawia przyjemność, czemu im bronić?

— Co za głupota — jęknął blisko mnie stojący Niemiec. — Wyrzucili przez okna Żyda w butach, trzeba było mu je wpierw zdjąć, z trupa będzie trudniej.

Deszcz zaczyna padać, brrr, zimno, zachoruję — jak to człowiekowi zdaje się, że zawsze będzie żyć. Jeżeli nawet przeziębię się, to już nie będę chorować.

Jest późno — czemu tak stoimy?

Szmer. Ostatnie grupy poszły do wagonów, załadowane pociągi odeszły.

Oddychamy z ulgą. Noc życia, a jutro rano przyjdą drugie pociągi, puste — po nowy towar.

Ktoś przejeżdża kilka razy na rowerze obok naszej grupy.

— Jurek! Skąd ty tu?

— Po prostu dowiedziałem się — szepcze — że była blokada u twoich rodziców, pojechałem dowiedzieć się co u nich i od nich dowiedziałem się o tobie. Wybłagałem od Hoffmanna przepustkę, przyjechałem tu i dowiaduję się, że cały prawie transport odesłany, pozostała tylko mała grupa, która się już nie mogła zmieścić w wagonie. Straciłem już nadzieję. A ty tu!

Podchodzą Niemcy.

— Odejdź, Jurek!

— Nie bój się — krzyczy z daleka — jeżeli cię wezmą, pojadę z tobą.

— Nie, nie, nie! — wołam za nim.

Zapada noc. Jurek dostarcza mi bochenek chleba i butelkę wody. Dzielę się z najbliżej stojącymi towarzyszami niedoli.

Rozlega się śpiew, dziwna melodia!

Patrzę i oczom swoim nie wierzę: Żydzi wyjmują tałesy, (z którymi się nie rozłączają) i tak w białych szatach modlą się, pochylają skatowane plecy, wyciągają błagalnie ręce.

Dziś jest Sądny Dzień10.

Czy może być coś bardziej makabrycznego? Ciemno, deszcz, jęki, białe postacie, chóralna modlitwa, śpiew przy akompaniamencie strzałów, Jehowo, popatrz na swe dzieci, wołamy cię! Czy widzisz nasze męki? Ty wielki, potężny Boże! Wywiodłeś nas z ziemi faraonów, na których rzuciłeś klątwę, pomściłeś nas dziesięcioma plagami, żywiłeś nas manną. Ty, Ty Wszechmocny, dokonaj i teraz cudu, oswobodź nas, ukarz naszych tyranów!

Nagle, co to? Warkot aeroplanów, jasność rakiety samolotowej, huk bomb! Nalot!

Rosyjskie samoloty bombardują Warszawę, pierwszy u nas nalot sowiecki11!

Ach, żeby bomba trafiła w ten przeklęty Umschlag!

Niemcy bohatersko powłazili w dziury, ale na straży postawili Litwinów, którzy strzelają bez przerwy z obawy, by ktoś nie uciekł.

Modlitwa nie ustaje, przeciwnie, błagania wzmogły się, ręce wyciągają się coraz wyżej, a plecy pochylają się nisko, nisko. Może to objawienie boskie, może to znak, że o nas nie zapomniano, że sprawiedliwość upomni się o swoje prawa, że my, opuszczeni i słabi, zamknięci w klatce, nie jesteśmy sami i chociaż zginiemy, zginiemy z myślą, że zostaniemy pomszczeni. Błogosławiony nalot!

Świta. Po nocy czuję się chora. Ucho spuchło mi jak bania. Męka oczekiwania na śmierć. W wyobraźni widzę, siebie duszącą się w komorze, widzę się w przedśmiertnych drgawkach, brrr... Żeby tylko Jurek ze mną nie pojechał. Na placu zjawił się diabeł: Schmerling — gospodarz Umschlagu.

— Będzie segregacja — oświadcza.

Ustawiają nas dwójkami, a potem pojedynczo.

Wyjmujemy dokumenty. Młody jeszcze Niemiec o twarzy buldoga sprawdza je. Sprawdza? Ledwie okiem rzuci, popatrzy tylko na ofiarę. Według swego widzimisię. Na lewo — śmierć, na prawo — życie.

Podchodzimy kolejno.

Od niego wszystko zależy, jeszcze chwila. Jak głośno bije serce, z daleka patrzy na mnie Jurek, jaki on blady.

Chcę się do niego uśmiechnąć, ale tylko krzywię się. Zagryzam usta do krwi, żeby się nie rozpłakać. Już moja kolej. Podaję przyszykowane papiery. Twarz buldoga. Oczy świni mierzą mnie od stóp do głów. „Wolna”. Przechodzę na prawą stronę. Czekam jeszcze na innych „wolnych”, aby grupą wrócić do getta.

Za bramą łączę się z Jurkiem. Całujemy się.

— Jesteś cudem ocalona.

— Ocalona? Nie, dostałam tylko małe odroczenie, a wyrok śmierci noszę w kieszeni.

Joasia

Dostałam teraz w spadku dziecko — małą Joasię, córeczkę kuzyna, który jest w Rosji, a żona jego zginęła w „kotle”. Joasia została ze znajomymi w kryjówce i ocalała. Dziewczynka ma osiem lat i rozum starego człowieka. Czujna na najmniejszy szelest, momentalnie gotowa jest do ukrycia się w schronie. Biegnąc, ciągnie mnie za rękę: „blokada, chodź”.

Nasz schron to zamaskowane wgłębienie w ścianie, które przypadkiem znaleźliśmy w mieszkaniu. Byli lokatorzy przebudowali go, ale długo się nim widocznie nie cieszyli, albo wysiedlono ich, szykując dom na mieszkanie dla Hofmana12, albo wzięli ich na Umschlag.

Mieszkanie ze schronem ma kolosalną wartość.

Pewnego dnia, kiedy siedzimy w schronie przytulone do siebie, a ja myślę o Jurku, który jest na dole, Joasia wyrywa mi się.

— Zostawiłaś — szepcze — garnek na ogniu, jak przyjdą, od razu zrozumieją, że tu ktoś był i będą bardziej szukać.

— Zostań — mówię — trudno.

— Nie, nie, zostań, ja pójdę! — woła Joasia — ty musisz zostać, ty masz Jurka, zresztą, ja jestem mała, prędzej wyskoczę i wskoczę — wyrwała mi się z rąk i wyszła ze schowka, aby po długiej jak wieczność chwili wrócić.

Słyszymy teraz jak wchodzą do mieszkania, ciężkie przesuwanie mebli. Zadrżała ścianka naszej norki, staramy się nie oddychać. Dostaję mdłości, zatykam usta, Joasia cichutko kładzie się swoim ciałkiem na moją głowę. Słyszymy strzały. Strzelają w naszym pokoju. Każdy strzał, zdawałoby się, trafia w głowę. Teraz ciszej, a potem rozmowa. Niemcy prawdopodobnie wybrali nasz pokój, aby dzielić się tu swym łupem. Słyszymy brzęk monet na stole i targi o pieniądze. Ktoś oparł się o naszą ściankę. Ugięła się lekko. Koniec. Małe rączki Joasi zaciskają się na czole.

A potem słyszymy szurania butami. Żołnierze wychodzą. Drzwi trzasnęły. Siedzimy cicho — jedni poszli, ale drudzy mogą przyjść.

Po pewnym czasie znów kroki, ktoś biegnie:

— Ema! — Głos Jurka.

Otwieramy kryjówkę.

— Moja, moja mała! Dopiero co przyjechałem. Już po blokadzie. Znów połowę zabrali — mówili mi, że tu u was strzelano, zanim was znalazłem, myślałem, że oszaleję. Ta skrytka jest taka marna.

Wieczorem Jurek przynosi zawsze coś do jedzenia. Wypakowuję mały chlebek, kapustę, kilka pomidorów, kalafior, chleb i jajko, prawdziwe kurze jajko. Zaraz zrobimy ogień z porąbanych mebli. Kapustę jemy trzy razy dziennie, bo to można dostać, więc gotujemy ją z solą z dodatkiem sacharyny.

Na deser dostajemy po kawałeczku chleba z pomidorem.

— Kalafior, to podarunek od „żółwia” dla ciebie — mówi Jurek. — On też pracuje w aprowizacji, dostali kalafiory.