List do Jerzego Ficowskiego

Wiesz, wtedy (choć piszę to

jeszcze teraz), drugiego maja

1975 roku, kiedy zszedłem

ze schodów, a potem jeszcze

niżej, w podziemie dworca

i znowu poczułem ten smród

tysięcy papierosów wypalonych

tutaj tego dnia (to znaczy

dzisiaj) i zdałem sobie sprawę

że nic stąd nie wywietrzeje

nigdy, bo nie ma gdzie,

choćby nie wiem ile szlauchów

oblewało peron, bo za trudno,

za daleko do powietrza

twojego domu (skąd mi się

to wzięło, przecież już

nie palisz), do twoich drzwi,

do twoich wszystkich

listów (przecież nawet nie

do mnie) w twoje strony

świata, do twojej jednoznacznej

ciszy, postanowiłem ci o tym

napisać, jakbym miał

w gardle tobół, który

mi trudno otworzyć

od tylu lat, jak dziecku

kiedy otwiera pierwsze

słowa, najostatniejszy krajobraz,

którego ktoś je nauczył,

tylko nie wie kto.