Portret

Choćbym co dzień rozmnażał się liczny,

inną mową przemawiał — tkliwszą,

choćbym w światło zmieniony lub w liście

spadał kruchy pod sierp błyskawicy,

choćbym język miał martwy i oczy

zaświatowym oddane znakom —

powiem: w niebie różowym jak w wianku

świeci dom mój palący się w nocy.

Choćbym wrócić już nigdy nie zdołał

ani odejść już nie mógł drogą,

gdzie zmęczone wracają na kołach

łąki ranne, wiatraki świergocą,

choćbym trwał, jak trwa mrówka lub glista,

sercem klaszcząc przy ziemi wiotkim,

każda chwila mi będzie jak wystrzał,

każda barwa jak siarka i ogień.

Nie oszuka mnie dzwonów dudnienie,

choć łagodne i ciężkie od woni,

jeszcze raz rzucę mocno kamieniem

w twarz zawziętą nad snem mym zwieszoną

i nie uśpi, wracając do pasiek,

pszczoła mądra warczącym swym lotem,

bo powstanę zbratany z żelazem,

nim śpiącego zaskoczy zły motor.

Choćbym mówił: pokocham, zostanę,

choćbym słowa jak trumnę zbijał,

ty nie ufaj. I zabierz mi pamięć,

ciało sprostuj, na czoło daj

promień jasny jak uśmiech lub lilię.

Ale wtedy zobaczysz wśród gwiazd

cienie nasze żegnane przez brzask,

odchodzące od siebie i inne.