Stygmat

Od kiedy język mój jak czyżyk

świergoce skąpo, i od kiedy

ręka brzemienna w piśmie leży

jak kłos na skibie — obłok chyży

przechyla się krawędzią lśniącą

i niebo giętkie dając oczom

powiada:

codzienne dzwony w blasku pieją

truchleje w ziemi nasion wstęga,

bo dłoń człowieka w przerażeniu

jest niby noc lub marmur ciężka.

I ty podobny losom roślin

daremnie patrzysz, barwy łowisz

bo tylko nam, nie człowiekowi

dany jest wieczny, wolny pościg.

Od kiedy stół przede mną martwy

spiętrzył się groźnie, niebo zakrył

i w szkle błyszczącym śpi atrament

jak morza kropla lub cień wargi,

od kiedy pióro snem niedbałym

dotknęło dłoni śpiewną mową

toczymy z sobą ciemny dialog:

śmiertelny ja i wieczny obłok.