In loco tormentorum

Motto

Vivo sin vivir en mi...

Żyję — nie żyjąc już w sobie,

na życie aniołów spozieram,

a w mroku, w rozpaczy umieram.

Morietur stella

Godzina moja się zbliża

i otaczają ciemności —

już wyschły źródła miłości

i w płomiennej męce krzyża

serce wciąż głębiej się zniża,

wciąż głębiej w nim rany roździeram —

i żyję, by czuć, że umieram.

Na fali czystym błękicie

łódź moja płynie w wygnanie —

i widzę zorzy świtanie —

i widzę loch mój w granicie —

oh, ręce moje otnijcie,

gdyż bramę Grozy rozwieram —

On rzekł mi: ja w Tobie — umieram.

Nademną złote łabędzie

rozbłękitniają się w hymny —

a w głębi widzę gad zimny,

i oczy krwawe — w obłędzie —

i ktoś mi szepce: — ja wszędzie

za twojem sercem się wdzieram —

ja mrok — ja śmierć — ja Bóg — nie umieram.

O wy, kratery wulkanów,

zamarzłym ogniem zionące —

o, moje róże więdnące,

wśród czarnej mgły oceanów —

o niedolo mych peanów,

w których się Boga wypieram,

a stopy zimne całując, umieram.

Słowiku, co ożywiasz gaje

w pustyniach mojego łona —

ach, jakże serce me kona

ach, jakiej męki doznaję —

paląc w płomieniach swe raje —

na lichej kolumnie się wspieram —

z nią padam — i łkam — i umieram.

Z Twych rąk mi płyną ulżenia,

gdy krwią swą rosisz me lico —

lecz doli mej tajemnicą,

zamknięta w grodzie płomienia!

gdzie tak mnie trapią cierpienia

i tyle szturmów odpieram,

żeć zamek zdam — bo umieram.

Oto jak cień się przekradać

pod murem rajskich ogrodów —

w ogniu się paląc wśród lodów —

mieć Cię — a nie posiadać —

zdobyć — ukochać — postradać —

to człowiek — z niego się wydzieram

— daremnie! daremnie żyję i umieram.

Wampir

Modlą się duchy ciemnych wód —

modli się serce krwawe.

W wnętrznościach mogił szlocha lud

i szlocha serce krwawe.

Armat śpiżowych tętni grzmot

i tętni serce krwawe.

Bagnety pełzną pjanych rot

i pełznie serce krwawe.

Zadrgały mruki rżniętych miast —

zadrgało serce krwawe.

Wampiry gaszą wieczność gwiazd

i gaszą serce krwawe.

Shańbione ciała — pusty dwór —

shańbione serce krwawe.

Wtem tryumfalnie zapiał kur —

i pękło serce krwawe.

Templaryusz

Na ciemnem morzu wicher rozpaczy

szarpie i targa żagiel tułaczy.

Płynę bez steru, płynę bez wiosła —

oby mię prędzej burza rozniosła!

Ja — rycerz dumny świętego Grala —

[duch mój się dotąd ogniami spala]

Różany ogród bożych tajemnic —

[dziś uroczysko mogilnych ciemnic]

Ja — com Chrystusa wynosił z grobu

[oto stygmaty na rękach obu] —

Ja i me gwiazdy cicho spadamy —

jak lilie zżęte w grobowe jamy.

Morze się pieni, ryczy jak lew —

nademną stado znużonych mew.

Goni je, szarpie dzika rybitwa —

skrzydła ich błyszczą niby modlitwa.

Oh, dajcie łuk mój, który ocala —

wzdyma się grzywą ostatnia fala —

łódź wylatuje w obręczy pian —

na trąbach śmierci zagrał mi Pan.

— — — — — — — — —

Litości żebrze tłum obłąkany,

katedr się chwieją kamienne ściany,

runęły, gniotąc serca i mózgi,

w jelitach sterczą krzyża odruzgi.

Dłonie błagalne wbiły się w drzewo,

otchłań się kłębi z czarną ulewą,

na wirach tańczy ludzkość wyrodna,

pod serc nawałą krzyż idzie do dna.

Morze się pieni, ryczy jak lew —

nucę spokojnie ostatni śpiew.

(Zahuczał wicher...)

Zahuczał wicher — wicher jesienny

nad mojem sercem — sercem tułaczem —

i Anioł senny — Anioł Gehenny

już mnie powitał — powitał płaczem.

Natchnienie

Na koralowych snu księżycach

Ciebie me skrzypki sławią, Pani!

do ciemnej schodząc mar otchłani

zapalasz kwiaty na łzawnicach.

Uwiędłe serce, jak dzieciątko,

tulisz do piersi obłąkanej

i dziwnej pieśni — niewygranej —

bawisz nadziemną pamiątką.

Już się godzina zaćmień zbliża,

kiedy mię z Tobą Bóg rozdzieli —

Ciebie uniosą w chór anieli,

a mnie przybiją do stóp krzyża.

Santa Hermandad

Enclavado pies y manos en un madero y en cruz, con tormentos inhumanos que me respondeys maranos malvados perros sin luz.

Hurtado 1557.

Gwoździami za ręce i nogi przybity do drewna i krzyża w nadludzkiej męczarni — którą spłacicie, maurowie, niewierne psy bez świateł.

Bujnie zroszony mój ogród krwią.

Z lochów tych na świat nie wyjdzie jęk.

Braciszków moich wiedli do męk —

Lampka im zżarzy skórę do trzew,

na dybach zwisną jak harfa strun —

a krzyż zielony z krepą wśród łun,

jako nadziei bluźnierczy krzew.

Oczy ich próchnem świecą, jak duchów —

usta zgniecione byczym pęcherzem —

i tak przed ojcem staną kacerzem,

w drewnianej klatce, z brzękiem łańcuchów.

A łzy tych gromnic na twarz kapiące,

nie tak bolesne, nie tak gorące.

Auto-da-fe

Przyjaźń mi zdradnie ręce związała,

gdym je wyciągał w górę do nieba.

Ojczyzna plwocią mnie obryzgała,

gdym ją nakarmiał z wina i chleba.

Miłość poranna w pustkę wywiodła,

z twarzą słoneczną Pani alkierza;

a miłość Święta — bok mi przebodła,

i do miejskiego ciśnie pręgierza;

a miłość Gwiezdna — serce wyrwała

i psom rzucając — naigrawała.

Rozumek, mistrz mój, w galowym fraku,

do żelaznego przybił mię woza —

a na nim dzwoni Śmierć Dolorosa —

a ja się duszę — w złotym kołpaku.

Quemadero

[„była to platforma, ułożona z kamieni. Na wierzchu cztery posągi proroków, wewnątrz pustych — gdzie wprowadzano osądzonych i spalano po kilku naraz w tym rodzaju babilońskiego pieca”].

Sztabą przykuty do proroka,

gdzie pocałunków lśnią motyle,

a z ust mych płynie krwi posoka,

a w uszach dźwięczą krotofile.

Ogień buchnął — i czarne mantyle

dech zaparły, jak fala głęboka —

tylko jednej przechrzciance z Maroka

oczy gasną, jak gwiazdy w mogile.

Wczoraj z braćmi łamałem się w celi

pleśniącym komunii chlebem,

a barłóg zamiast pościeli,

a ciemny loch był nam niebem.

Król złotą błysnął ku nam szpadą,

na ogień dziatki moje kładą.

Madonna Dolorosa

„...żelazny posąg z kolcami do wewnątrz, w którym zamykano przestępcę”...

Coś w mem sercu dziko pęka —

w dzwon uderza ciemna Groza —

i kolczata dusi ręka —

to Madonna Dolorosa.

W snów mistycznych mym ogrodzie

drga konwulsyą Lilia — Roza,

zamrożona lśni mimoza,

a w piekielnym tortur chłodzie

każdą żyłkę w niej przebodzie

Pani królestw — Dolorosa.

Idzie święta w aureoli

z dzieciątkiem na ręku zmarłem —

źrenice puste rozwarłem,

czując, że nic już nie boli.

Reinkarnacya

Z bram czarnych idę Babilonu,

z ruin, gdzie ptastwo dzikie jęczy,

w mroku się bijąc o pierś dzwonu.

A ciała królów poszarpane

przez widm złowieszcze wardałaki,

a rzeki krwawą toczą pianę.

W pałacach pustych błądzą straże —

łańcuchem skuli czaszkę moją,

w piekielnym zanurzając warze.

Abbadon czekał z mię ofiary,

lecz anioł Boży wszedł do lochu —

legł z mieczem w sercu człowiek stary.

Po skałach zbiegłem stromych w morze,

śpiewem otchłani jęczą fale,

konchy, jak łzy me lśnią w pokorze.

Słucham objawień Twych w głębinie —

komety się krzyżują w mroku,

okręt mój w Ciemność Bożą płynie.

Na włosach zmarłej gram pieśń Wschodu,

bym Cię nie przeklął Hieruzalem,

obłąkanego Ty narodu

Matko! — a bólem Twoim się opaszę,

a głowę swą na gwiazdach złożę,

wieczność, jak wino zleję w czaszę.

A kości moje wezmę z ziemi,

którą przyciemnił Duch Twój Pański,

i odtąd ziarnem bujnem plemi.

Krwi mej czerwone bystre prądy,

co wypłynęły z gór Taboru, —

nowe przelśnione ujrzą lądy.

Serce mam owoc z tego drzewa,

co kwitnie w raju snem Cherubów,

a ptak żałoby nad nim śpiewa.

A śpiew ten z harfy jest proroków,

z płomienia gwiazd i z męczenników,

z piorunów, z wichrów i obłoków

i z onych Judasza srebrników,

jenżmi Cię kupił człowiek, Boże.

Tyś tajemnicze posiał znaki,

abym powrócić mógł do Ciebie,

jak słońce w ojczyste zodyaki.

Ale mój okręt wiry niosą —

przebóg! pod więzień ślizgie ściany —

rozpacz mię krwawą zlewa rosą.

I szydzą ze mnie czarni straże

i krzyż gotują mi jutrzenki —

wracam w mych więzień kurytarze.

I to wszak darem z Twojej ręki —

ból — wieczność męki...