O świcie

Zimny świt we mgle chmurnej ugrzęzły

Sennym okiem spojrzał na ulice,

Szarym światłem oblókł kamienice

I powoli rozplątywać jął1 węzły

Zapłakanej smutnej nocy jesiennej.

Zimny świt we mgle chmurnej ugrzęzły.

Miasto śpi w melancholii bezdennej —

Tu i ówdzie snują się jak duchy

Stróże nocni w posępnej a głuchej

Ciszy murowanej Gehenny2

Jakieś widmo gasi mdławe latarnie.

Miasto śpi w melancholii bezdennej.

Świt już, świt... Otwierają piekarnie.

Że też na myśl nie przyszło nikomu,

Aby wcześniej dziś wrócić do domu.

Ta noc czy mi ujdzie bezkarnie,

Czy nie sięgnie za zapłatę po życie?

Świt, już świt... Otwierają piekarnie.

Znowu wracam do domu o świcie,

Idę sennie, chwiejnie przez ulice,

Mózg mi krwawią bólu błyskawice;

Ranny wiatr żre mię jadowicie,

Szum mam w uszach, usta pełne goryczy.

Znowu wracam do domu o świcie.

Obudziło się w sercu i krzyczy

Jakieś echo, i ból mnie przenika,

I własnego brzydzę się języka,

Duch mój krwawo ogląda się i liczy

Dnie minione, a złocistych snów echo

Obudziło się w sercu i krzyczy.

Przypisy:

1. jąć — zacząć. [przypis edytorski]

2. Gehenna (hebr.) — piekło. [przypis edytorski]