Bakczysaraj w nocy

Rozchodzą się z dżamidów pobożni mieszkańce27,

Odgłos izanu w cichym gubi się wieczorze,

Zawstydziło się licem rubinowém zorze,

Srébrny król nocy28 dąży spocząć przy kochance.

Błyszczą w haremie niebios wieczne gwiazd kagańce

Śród nich po safirowym żegluje przestworze

Jeden obłok, jak senny łabędź na jeziorze,

Pierś ma białą, a złotem malowane krańce.

Tu cień pada z ménaru i wierzchu cyprysa,

Dalej czernią się kołem olbrzymy granitu,

Jak szatany, siedzące w dywanie29 Eblisa30

Pod namiotem ciemności; niekiedy z ich szczytu

Budzi się błyskawica i pędem Farysa31

Przelatuje milczące pustynie błękitu.

Grób Potockiéj32

W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznemi sady,

Uwiędłaś, młoda różo! bo przeszłości chwile,

Ulatując od ciebie jak złote motyle,

Rzuciły w głębi serca pamiątek owady.

Tam na północ, ku Polsce, świécą gwiazd gromady,

Dlaczegoż na téj drodze błyszczy się ich tyle?

Czy wzrok twój, ognia pełen, nim zgasnął w mogile,

Tam wiecznie lecąc, jasne powypalał ślady?

Polko! — i ja dni skończę w samotnéj żałobie:

Tu niech mi garstkę ziemi dłoń przyjazna rzuci.

Podróżni często przy twym rozmawiają grobie,

I mnie wtenczas dźwięk mowy rodzinnéj ocuci:

I wieszcz, samotną piosnkę dumając o tobie,

Ujrzy bliską mogiłę, i dla mnie zanuci.

Mogiły Haremu33

Mirza do Pielgrzyma

Tu z winnicy miłości niedojrzałe grona

Wzięto na stół Allaha; tu perełki Wschodu34,

Z morza uciech i szczęścia, porwała za młodu

Truna35, koncha wieczności, do mrocznego łona.

Skryła je niepamięci i czasu zasłona;

Nad niemi turban zimny36 błyszczy śród ogrodu,

Jak buńczuk wojska cieniów, i ledwie u spodu

Zostały dłonią giaura37 wyryte imiona.

O wy, róże edeńskie! u czystości stoku38

Odkwitnęły dni39 wasze pod wstydu liściami40,

Na wieki zatajone niewiernemu oku.

Teraz grób wasz spojrzenie cudzoziemca plami41, —

Pozwalam mu, — darujesz, o wielki Proroku!

On jeden z cudzoziemców poglądał ze łzami.

Bajdary4243

Wypuszczam na wiatr konia i nie szczędzę razów;

Lasy, doliny, głazy, w kolei, w natłoku;

U nóg mych płyną, giną, jak fale potoku;

Chcę odurzyć się, upić tym wirem obrazów.

A gdy spieniony rumak nie słucha rozkazów,

Gdy świat kolory traci pod całunem mroku,

Jak w rozbitém źwierciedle, tak w mém spiekłém oku,

Snują się mary lasów i dolin i głazów.

Ziemia śpi, mnie snu nie ma. Skaczę w morskie łona,

Czarny, wydęty bałwan z hukiem na brzeg dąży,

Schylam ku niemu czoło, wyciągam ramiona,

Pęka nad głową fala, chaos mię okrąży:

Czekam, aż myśl, jak łódka wirami kręcona,

Zbłąka się i na chwilę w niepamięć pogrąży.

Ałuszta w dzień4445

Już góra z piersi mgliste otrząsa chylaty46,

Rannym szumi namazem47 niwa złotokłosa,

Kłania się las i sypie z majowego włosa,

Jak z różańca chalifów48, rubin i granaty49.

Łąka w kwiatach, nad łąką latające kwiaty,

Motyle różnofarbne, niby tęczy kosa,

Baldakimem50 z brylantów okryły niebiosa;

Daléj szarańcza ciągnie swój całun skrzydlaty.

A kędy w wodach skała przegląda się łysa,

Wre morze i odparte z nowym szturmem pędzi;

W jego szumach gra światło, jak w oczach tygrysa,

Sroższą zwiastując burzę dla ziemskiéj krawędzi;

A na głębinie fala lekko się kołysa,

I kąpią się w niéj floty i stada łabędzi.