Sonet VI (Potępi nas świętoszek, rozpustnik wyśmieje...)

Potępi nas świętoszek, rozpustnik wyśmieje,

Że chociaż samotnemi otoczeni ściany,

Chociaż ona tak młoda, ja tak zakochany,

Przecież ja oczy spuszczam, a ona łzy leje.

Ja bronię się ponętom; ona i nadzieje

Chce odstraszyć, co chwila brząkając kajdany,

Któremi ręce związał nam los opłakany.

Nie wiemy sami, co się w sercach naszych dzieje.

Jestże to ból lub7 rozkosz? Gdy czuję ściśnienia

Twych dłoni, kiedy z ustek zachwycę płomienia:

Luba! czyż mogę temu dać imię cierpienia?

Ale kiedy się łzami nasze lica zroszą,

Gdy się ostatki życia w westchnieniach unoszą:

Luba! czyliż to mogę nazywać rozkoszą?

Sonet VII. Ranek i wieczór8

Słońce błyszczy na wschodzie w chmur ognistych wianku,

A na zachodzie księżyc blade lice mroczy,

Róża za słońcem pączki rozwinione toczy,

Fijołek klęczy zgięty pod kroplami ranku.

Laura błysnęła w oknie, ukląkłem na ganku;

Ona, muskając sploty swych złotych warkoczy,

«Czemu — rzekła — tak rano smutne macie oczy,

I miesiąc, i fijołek, i ty, mój kochanku?»

W wieczór przyszedłem nowym bawić się widokiem;

Wraca księżyc, twarz jego pełna i rumiana,

Fijołek podniósł listki otrzeźwione mrokiem;

Znowu stanęła w oknie moja ukochana,

W piękniejszym jeszcze stroju i z weselszem okiem,

Znowu u nóg jej klęczę — tak smutny jak z rana.

Sonet VIII. Do Niemna9

Niemnie, domowa rzeko moja! gdzie są wody,

Do których przez kwieciste skakaliśmy błonie10

I któreśmy czerpali w młodociane dłonie

Za napój lub za kąpiel spoconej jagody11?

Gdzie Laura, z chlubą patrząc na cień swej urody,

Lubiła włos zaplatać lub zakwiecać skronie,

Gdzie lica12 jej malowne w srebrnej fali łonie

Nieraz mąciłem łzami, zapaleniec młody.

Niemnie, domowa rzeko! Gdzie są tamte zdroje,

A z nimi tyle szczęścia, nadziei tak wiele?

Gdzie jest spokojne latek dziecinnych wesele?

Gdzie słodsze burzliwego wieku niepokoje?

Kędy13 jest moja Laura, gdzie są przyjaciele?

Wszystko przeszło — a czemuż nie przejdą łzy moje?