59. Przygody Odyseusza
Niejeden z bohaterów greckich, którzy walczyli pod Troją, tułał się po szerokim świecie i miał sporo przygód, nim powrócił do ojczyzny, żaden jednak nie miał do zwalczenia tylu przeszkód, nie odbył tak dalekich wędrówek, jak Odyseusz. Bąkał się prawie po wszystkich morzach, krajach i wyspach, z jednego niebezpieczeństwa wpadał w drugie, a nieraz rozpacz i zwątpienie ogarniały jego umysł i serce.
Dzieje tej tułaczki Odyseusza znamy bardzo dokładnie, gdyż opisał je Homer w znanym na cały świat i sławnym po wszystkie czasy poemacie, nazwanym od imienia bohatera Odyseją.
W jaskini Polifema
Z dwunastoma okrętami opuścił Odyseusz wybrzeże trojańskie. Zeus zesłał na żeglarzy srogie burze, które przez wiele dni rzucały okrętami po przestworach morza i zapędziły je nareszcie do krainy, której mieszkańcy żywili się słodkim owocem lotosu. Kilku towarzyszy Odysa także zakosztowało tego owocu i wkrótce poczuli jego czarodziejskie działanie, mianowicie zapomnieli o kraju rodzinnym, o rodakach i krewnych, o swych obowiązkach, a pragnęli na zawsze pozostać w krainie lotosu. Łzami zalanych i opierających się musieli inni towarzysze gwałtem zabrać i sprowadzić z powrotem na okręty.
Płynąc dalej, przybył Odyseusz do kraju cyklopów. Nie byli to owi cyklopi, których znamy jako pomocników i sługi Hefajstosa, lecz ich potomkowie, także lud olbrzymów mających jedno oko na środku czoła. Każdy z nich mieszkał ze swą rodziną osobno, w ogromnych jaskiniach wykutych w skałach nadmorskich. Najstraszniejszym i najsilniejszym z nich był Polifem.
Odys zarzucił kotwicę u brzegów prześlicznej wyspy, w miejscu, gdzie zobaczył przystań wielce dogodną do wylądowania. Pozostawił okręty w przystani, a na jednym wybrał się na przeciwległe wybrzeże. Z dwunastoma towarzyszami wstąpił do krainy cyklopów i zaczął się w niej rozglądać. Wpadła mu w oczy olbrzymia jaskinia, a gdy do niej weszli, bardzo się zdumieli. Jaskinia była podzielona na części, a w każdej panował podziwu godny ład i porządek. Tu były ogrodzenia, w których stały jagnięta i koźlątka, tam kosze pełne sera, wiadra i wiaderka do prowadzenia gospodarstwa mlecznego.
Odyseusz i jego towarzysze wzięli ze sobą z okrętu kosz z żywnością i dzban przedniego147 starego wina, lecz zobaczywszy taką mnogość wybornego sera, zasiedli w jaskini i zaczęli go zajadać. Wtem zjawił się cyklop. Pędził przed sobą owce i kozy; wprowadziwszy je do jaskini, zastawił jej otwór ogromnym głazem, potem rozniecił ogień i wydoił trzodę. Teraz dopiero spostrzegł nieznajomych, którzy przerażeni widokiem olbrzyma, skryli się po kątach, a spostrzegłszy ich, ryknął przeraźliwym głosem. Daremnie Odyseusz zaklinał go na święte prawo gościnności i w imię Zeusa prosił, aby był łaskaw dla nich. Polifem wybuchnął szyderczym śmiechem:
— Cóż obchodzą cyklopów — zawołał — Zeus i wszyscy inni bogowie!
Wyciągnąwszy następnie ręce, porwał dwóch nieszczęsnych i uderzył ich głowami o ziemię; zabitych posiekał na drobne kawałki i spożył na wieczerzę. Po tym smacznym kąsku olbrzym położył się na wznak i zasnął, a jego chrapanie rozlegało się po jaskini jak huk grzmotów.
Odyseusz miał ze sobą miecz, mógł więc zabić teraz śpiącego Polifema. Lecz na cóż by się było przydało, skoro wszyscy razem, jak byli w jaskini, nie zdołaliby odwalić ogromnego kamienia, którym cyklop zamknął wejście do swej siedziby?
Nazajutrz rano olbrzym zbudził się, porwał znowu dwóch towarzyszy Odysa i uczynił z nimi to, co wczoraj. Po takim śniadaniu odwalił skałę, wygnał trzodę i z powrotem zastawił wejście. Tymczasem Odyseusz nie przestawał przemyśliwać nad sposobem ocalenia siebie i reszty towarzyszy. Wkrótce też wpadł na szczęśliwy pomysł. Spostrzegł długi pal ze świeżego drzewa oliwnego, który Polifem chował w jaskini, aby go, kiedy wyschnie, użyć na maczugę. Odys zaostrzył koniec tego pala, włożył go do ognia i trzymał w nim dopóty, aż należycie stwardniał. Gdy olbrzym powrócił wieczorem z pastwiska, swoim zwyczajem porwał dwie nowe ofiary i zjadłszy je, położył się, aby należycie strawić wieczerzę. Odyseusz zbliżył się teraz do niego z pokorą i podał mu naczynie z owym winem, które przyniósł ze sobą. Napój przypadł widocznie do smaku cyklopowi, bo zażądał po raz drugi i trzeci pełnego naczynia, co Odyseusz z ochotą spełnił. W rozmowie, którą tymczasem król Itaki prowadził z cyklopem, powiedział pytającemu o jego imię, że nazywa się „Nikt”. W nagrodę za smaczny napój Polifem przyrzekł mu, że pożre go dopiero wtedy, gdy już żaden z jego towarzyszy nie zostanie przy życiu.
Wkrótce cyklopa ogarnął twardy sen. Tego tylko pragnął Odys. Pochwycił przygotowany rano pal, włożył jego koniec w ogień, rozżarzył go, a potem przy pomocy towarzyszy wbił go w jedyne oko Polifema i kręcąc na wszystkie strony, wypalił je, tak że sycząc, wypłynęło.
Olbrzym, przebudzony nagle, ryczał i wył z boleści, a niczego nie widząc, macał na oślep po jaskini, lecz żadnego ze swych jeńców nie mógł schwycić. Zaczął więc przywoływać na pomoc swych współbraci, innych cyklopów. Ci, zgromadziwszy się przed jaskinią, pytali:
— A któż to, Polifemie, uczynił ci coś złego? Któż cię zranił?
Na wszystkie pytania Polifem wykrzykiwał nieustannie tylko jedno:
— Nikt! Nikt!
Na to Cyklopi zawołali:
— Ha! Toś pewnie chory, kiedy nikt cię nie skrzywdził, a my chorób leczyć nie umiemy.
I odeszli.
Teraz dopiero odetchnęli lżej więźniowie w jaskini. Polifem zaś odsunął kamień, usiadł tuż obok wejścia i wyciągnął ramiona, obawiając się widocznie, aby znienawidzeni sprawcy jego cierpień nie umknęli. Jednak mądry Odyseusz wymyślił niezwykły sposób ocalenia wszystkich. Przebiegły bohater powiązał po trzy barany razem, jednego obok drugiego, a pod każdym idącym w środku przywiązał jednego z towarzyszy. Tak przygotowawszy dla wszystkich ucieczkę, wlazł sam pod największego barana i głęboko zatopił ręce w bujnej wełnie.
Kiedy nadszedł ranek, Polifem odsunął głaz zamykający otwór, aby wypuścić owce na pastwisko. Zaczęły wychodzić, a cyklop usiadł znowu na progu i wyciągnął przed siebie ramiona, aby móc schwycić uciekających. Nie namacał oczywiście nic innego, jak tylko wełnę na grzbietach baranów, a tymczasem Odyseusz i jego towarzysze wydostali się szczęśliwie ze strasznego więzienia. Teraz król Itaki puścił swojego barana i odwiązał towarzyszy, po czym odszukali okręt. Kiedy znaleźli się szczęśliwie na okręcie, Odyseusz zaczął głośno drwić sobie z cyklopa. Polifem, rozwścieczony, ciskał głazami za okrętem, ale daremnie. Nie udało mu się go dosięgnąć i roztrzaskać. W rozpaczy i wściekłości zwrócił się z gorącą modlitwą do Posejdona, swego ojca, prosząc go, żeby pomścił na królu Itaki zniewagę syna.
Od Eola do Kirke
Szczęśliwie wystawszy się z paszczy śmierci, przybyli tułacze do wyspy króla wiatrów, Eola. Przyjął ich jak najżyczliwiej i gościł u siebie cały miesiąc, a gdy odjeżdżali, dał Odysowi worek, w którym zamknął wszystkie niepomyślne wiatry. Okręt płynął w pożądanym kierunku i dziesiątej nocy był już tak blisko Itaki, że spostrzeżono ognie płonące na wybrzeżu. Na nieszczęście właśnie wtedy znużenie skleiło powieki Odyseusza. Jego towarzysze, którzy już dawno zastanawiali się nad tym, co może być schowane w worku podarowanym bohaterowi przez Eola, rozwiązali go teraz, przekonani, że znajdą skarby, złoto i srebro, które król ukrywa przed ich wzrokiem. Ale o zgrozo! — w tej chwili zerwała się szalona burza, rozkiełzane wiatry zaczęły rzucać okrętem jak piłką na wszystkie strony, aż wreszcie zaniosły go z powrotem na wyspę Eola. Lecz tym razem król wiatrów gniewnie odprawił Odysa, oburzony, że tak zły użytek uczyniono z jego daru.
Żeglując dalej, przybył Odyseusz do krainy, w której mieszkali olbrzymiego wzrostu ludożercy. Ciskali oni ogromnymi głazami na jego okręty, zabili bardzo wielu ludzi i zgruchotali łodzie. Ocalał tylko jeden okręt, ukryty za górą; na nim zebrał Odyseusz niedobitków i popłynął z nimi dalej.
Najbliższym krajem, do którego przybyli, była wyspa, a na niej — o czym Odyseusz nie wiedział — mieszkała potężna czarodziejka, imieniem Kirke148. Aby i tutaj nie stać się ofiarą jakiegoś niespodziewanego nieszczęścia, Odys wysłał dwudziestu dwóch ze swoich ludzi na zwiady. Przybyli oni do bardzo pięknej okolicy. Po drodze nie spotkali nikogo, tylko rozmaite zwierzęta, które im jednako nie robiły nic złego. Idąc dalej, zobaczyli piękny pałac, do którego weszli, a tu powitała ich jak najżyczliwiej sama królowa wyspy, Kirke. Czarodziejka postawiła przed nimi smaczną potrawę, którą z wielkim apetytem zaczęli zajadać. Nagle zmieniła się ich postać, z ludzi stali się wieprzami, a czarodziejka zamknęła ich w chlewie i karmiła odtąd żołędziami. Ale jeden z wysłanych przez Odysa ludzi, przeczuwając coś złego, nie wszedł do wnętrza pałacu. Zobaczywszy teraz, co się z tamtymi stało, pobiegł czym prędzej do Odysa i ze łzami w oczach, drżącym z żalu głosem, opowiedział o strasznej scenie, której był świadkiem.
Odyseusz, usłyszawszy o czarach, uzbroił się i udał się sam jeden do czarodziejskiego pałacu. W drodze spotkał się z bogiem Hermesem. Ten zaopatrzył go w środek zabezpieczający przed wpływem czarów i udzielił mu rady, aby z dobytym mieczem rzucił się na Kirke i zmusił ją do przysięgi, że nie będzie mu szkodzić.
Kirke przyjęła króla jak najserdeczniej i obficie zastawiła stół, między innymi podała tę zgubną a nęcącą potrawę, która czarodziejskim sposobem zamieniła jego wysłanników w zwierzęta. Gdy Odyseusz zaczął jeść, dotknęła go różdżką i zawołała: „Idź do chlewu, do tamtych!”. Ale bohater dobył w tej chwili miecza i rzucił się na czarownicę. Kirke, zdumiona, że czary nie działają, a zarazem przerażona groźną postawą bohatera, poznała, że chronią go wyższe potęgi, i przysięgła, że mu nie wyrządzi krzywdy, a jego zamienionym w wieprze towarzyszom przywróciła postać ludzką.
Teraz przybyli do pałacu także wszyscy ci, co jeszcze dotąd pozostawali na okręcie, i razem cały rok spędzili na wyspie; powodziło im się tu bardzo dobrze. Gdy się już żegnali i wybierali w dalszą podróż, Kirke wyjawiła Odysowi, że wolą bogów jest, aby popłynął do kresów kręgu ziemskiego i wstąpił do Hadesu, gdzie duch sławnego wieszcza tebańskiego Tejrezjasza poda mu dalsze wskazówki. Opisała mu drogę, którą ma podążyć do krainy cieniów, pouczyła go, co tam ma czynić i jak się zachować.
W podziemiu. Scylla. Woły Heliosa
Słuchając rad Kirke, żeglarze przybyli do zachodnich brzegów Okeanu i znaleźli się w gaju, w którym rosły olchy, topole i wierzby, zupełnie tak, jak zapowiedziała to Kirke. Odyseusz wstąpił do głębokiej przepaści. Zaszedł po pewnym czasie do miejsca, w którym wykopał jamę i zarżnął kilka owiec na ofiarę cieniom zmarłych, a krew zwierząt, stosując się do polecenia Kirke, wpuścił do jamy. Tysiącami zaczęły się teraz zjawiać cienie, łaknące krwi. Lecz Odyseusz nie dał im dotknąć napoju, póki nie nadszedł duch Tejrezjasza.
Wieszcz tebański napił się ciemnej krwi, po czym przepowiedział Odyseuszowi dalsze koleje jego żywota. Mówił, że przybędzie na wyspę Sycylię, lecz zabronił mu zabijać woły, które tam się pasą, jeśli nie chce ściągnąć na się gniewu ich właściciela. Groził, że w przeciwnym razie zginą wszyscy i jeden tylko Odyseusz przybędzie do ojczyzny, po długiej tułaczce, na obcym okręcie. Lecz i wtedy nie skończą się jego kłopoty, bo zastanie obcych ludzi niszczących jego mienie i dręczących jego wierną małżonkę, Penelopę. Odchodząc, wieszczek pouczył Odysa, że każdy z duchów, któremu da się napić krwi ofiarnej, będzie z nim rozmawiać.
Teraz po kolei przystępowały do Odysa cienie zmarłych, których znał za życia, i napiwszy się krwi, opowiadały niejedno, o czym Odyseusz jeszcze nie wiedział. Odyseusz rozmawiał ze swoją matką, z Agamemnonem, z Achillesem, z Patroklosem. Wreszcie, omdlewając niemal po tylu przejmujących wrażeniach, opuścił czarną otchłań i powrócił do towarzyszy na okręt.
Dalsza droga wiodła obok wyspy, na której mieszkały syreny, przecudnie śpiewające nimfy. Urokowi ich śpiewu nikt nie mógł się oprzeć, każdy żeglarz kierował więc łódź w stronę ich wyspy, potem rozbijał się na skałach i tracił życie. Odyseusz, którego Kirke także o tym uprzedziła, zalepił towarzyszom uszy woskiem, zanim jeszcze zbliżyli się do wyspy, siebie samego zaś rozkazał przywiązać do masztu i polecił tym silniej ściągać węzły, im bardziej by się wyrywał. Takim sposobem zażegnano groźne niebezpieczeństwo.
Płynąc dalej ku Sycylii, tułacze zbliżali się do pochłaniającego wszystko strasznego wiru, zwanego Charybdą, obok którego w grocie nadmorskiej mieszkała potworna Scylla149. Scylla poruszała się na dwunastu nogach, miała sześć wężowych karków, a na każdym szpetny łeb o trzech rzędach zębów. Nieustannie wydawała z siebie przeraźliwy głos, podobny do psiego szczekania. Okrętowi Odysa udało się bez szwanku przepłynąć przez huczącą, ziejącą przepaść Charybdy, lecz unikając zgubnego wiru, zawadził o Scyllę, której nikt przedtem nie spostrzegł. W mgnieniu oka sześcioma paszczami porwała sześciu ludzi z załogi okrętu. Nieszczęśni, wijąc się pomiędzy zębami Scylli, wzywali pomocy Odysa, lecz na próżno, bo po chwili zginęli we wnętrzu potwora.
Tak drogo okupiwszy przejazd między Scyllą a Charybdą, Odyseusz zobaczył przed sobą wyspę Sycylię, na której wcale nie myślał wylądować, gdyż obawiał się spełnienia nieszczęsnego proroctwa wieszcza tebańskiego. W końcu uległ prośbom towarzyszy i zawinął do przystani, zobowiązując wszystkich uroczystą przysięgą, że nie tkną poświęconych Heliosowi stad, które pasły się na wyspie. Póki starczało im pożywienia, którego pod dostatkiem otrzymali od Kirke, nietrudno było tułaczom dochować przysięgi, lecz gdy niepomyślne wiatry przedłużały nadspodziewanie pobyt na wyspie, gdy smacznej strawy coraz bardziej ubywało, wtedy coraz bardziej zaczynały ich nęcić tłuste woły Heliosa, których tyle pasło się dokoła. A gdy pewnego dnia Odyseusz, obudziwszy się ze snu, stanął pośród towarzyszy, zobaczył z ogromnym przerażeniem, że zajadali smacznie pieczeń z mięsa świętych wołów.
Kara za grzech nie dała na siebie długo czekać. Helios poskarżył się na zgromadzeniu bogów na doznaną zniewagę i oświadczył, że jeśli nie otrzyma zadośćuczynienia, zaprzestanie zsyłać na świat promienie słoneczne. Z rozmaitych oznak poznał też Odyseusz niebawem gniew bogów: zdarte z wołów skóry poruszały się jak żywe, nabite na rożny mięso wydawało przeraźliwy ryk. Gdy wreszcie wszyscy wsiedli na okręt i opuścili Sycylię, Zeus dla przebłagania Heliosa zesłał niesłychaną burzę, która roztrzaskała okręt Odysa. Wszyscy jego towarzysze utonęli, Odyseusz chwycił się oderwanego masztu i tak między życiem a śmiercią unosił się na rozhukanych bałwanach. Wiatry zagnały go tuż pod skałę Scylli. Potwór chwycił już maszt, za pomocą którego Odyseusz utrzymywał się na powierzchni, a on sam uczepił się drzewa figowego, wyrastającego ze skały. Zginąłby niechybnie, ale oto niespodziewanie Scylla wyrzuciła po chwili niestrawny maszt, którego samotny rozbitek uczepił się teraz na nowo.
Wyspa nimfy Kalipso
Dziewięć dni miotały królem Itaki bałwany morskie, dziesiątego dnia wreszcie przybył do rozkosznej wyspy, królestwa nimfy Kalipso. Tu odetchnął Odyseusz po srogich doświadczeniach, po stracie wszystkich towarzyszy. Kalipso pragnęła go zatrzymać u siebie na zawsze jako swego małżonka, chciała go nawet uczynić nieśmiertelnym. Czymże wobec tego istnego raju, jaki stanowiła urocza wyspa nimfy, była mizerna, skalista Itaka! Lecz Odyseusz, głuchy na obietnice i namowy bogini, przesiadywał samotny na wybrzeżu, kierując tęskny wzrok w stronę ziemi rodzinnej, całym sercem pragnąc zobaczyć choćby dym wznoszący się z ognisk na Itace, droższej mu nad wszystkie kraje, bo była przecież jego ojczyzną!
Siedem lat przetęsknił Odyseusz w tym raju. Wreszcie bogowie zlitowali się nad nim i za wstawiennictwem Ateny, orędowniczki tułacza, postanowili polecić nimfie, żeby dłużej nie nalegała na opierającego się jej namowom króla i pozwoliła mu odpłynąć do domu. Szczęśliwy Odys chwycił czym prędzej za narzędzia i w ciągu pięciu dni narąbał drzew, narżnął desek i zbił tratwę, na której puścił się w podróż. Lecz i tym razem nie dostał się jeszcze do ukochanej ojczyzny.
Spostrzegł go Posejdon, ciągle jeszcze rozgniewany za oślepienie Polifema, uderzył trójzębem w morze i wywołał straszliwą burzę. Tratwa rozbiła się, a Odyseusz ocalił wprawdzie życie, chwyciwszy się wątłej deski, lecz mokra odzież ciążyła mu coraz bardziej i ciągnęła go ku głębi. Wtem zjawiła się jedna z bogiń morskich i dała mu swój welon, mający cudowną moc ochrony przed utonięciem. Odyseusz usiadł na płynącej desce jak na koniu, mokrą odzież zdjął z siebie i wyrzucił do morza, a przycisnął do piersi welon bogini. Tak płynął całe dwie doby po falach morskich, wreszcie zobaczył ląd, a fala sama niosła go ku niemu. Już chwytał rękoma skałę, gdy nadciągający bałwan oderwał go i cisnął z powrotem na pełne morze. Dobywając ostatnich sił, po raz drugi popłynął ku wybrzeżu. Tym razem dostał się szczęśliwie na ląd, ucałował matkę-ziemię, a welon bogini z uczuciem wdzięczności wrzucił do sinej toni.
Zapadała noc, powiewał mroźny wiatr. Odyseusz, skołatany tyloma przejściami, dygocąc z zimna, wszedł do niedostępnej wiatrom gęstwiny, okrył się liśćmi, których wiele leżało dokoła, i zasnął twardym snem.
U Feaków
Kraina, na brzeg której morze wyrzuciło Odysa, była wyspą zamieszkaną przez naród Feaków, słynących jako dzielni żeglarze, wiodących poza tym wygodny żywot w błogim pokoju, wśród uczt i zabaw. Król, władca tej ziemi, miał licznych synów i ukochaną jedynaczkę, Nauzykaę. Jak to było zwyczajem ówczesnych królewien, Nauzykaa zajmowała się gospodarstwem domowym, przede wszystkim należało do niej pranie bielizny dla całej rodziny.
Za sprawą bogini Ateny, opiekunki Odysa, właśnie w dzień po jego przybyciu do kraju Feaków Nauzykaa udała się z licznymi służebnicami na brzeg morza, aby prać szaty. Gdy dziewczęta uporały się z pracą, zaczęły bawić się piłką, korzystając z chwil wolnych, zanim wyprane rzeczy wyschną na słońcu. W czasie zabawy piłka wpadła przypadkiem w to miejsce, gdzie spał Odyseusz, i obudziła go. Zerwał się na równe nogi i przestraszony wyszedł z gęstwiny. Jakaż była jego radość, gdy zamiast dzikich barbarzyńców, zamiast strasznych olbrzymów, jakich obawiał się ujrzeć po wszystkim, co dotąd przeżył, zobaczył rozbawione dziewczęta, które na widok nieznanego mężczyzny rozpierzchły się przerażone. Jedna Nauzykaa pozostała na miejscu. Jej więc opowiedział Odyseusz o rozbiciu swojej tratwy i pochlebnymi słowami błagał ją o pomoc, którą mu też łaskawie przyrzekła. Na rozkaz Nauzykai służebnice wybrały ze świeżo wypranej odzieży i bielizny szaty dla tułacza. Odyseusz poszedł do pobliskiej rzeki, wykąpał się, zmył z ciała grubą skorupę soli morskiej, namaścił się zwyczajem Greków oliwą, uczesał i ubrał w świeżą, piękną odzież. Wyglądał teraz bardzo okazale, podobny do boga, gdyż Atena dodała jego postaci wdzięku i nadziemskiego blasku; toteż królewna ledwie go poznała, gdy powtórnie stanął przed zdumioną. Udzieliła mu wskazówek, co ma dalej czynić, którą drogą pójść, a przede wszystkim pouczyła go, aby wchodząc do pałacu, najpierw rzucił się do nóg jej matce i ją prosił o opiekę, gdyż wtedy może być pewny, że otrzyma, czego tak gorąco pragnie, że Feakowie zawiozą go do domu. Taką dawszy mu radę, Nauzykaa odjechała z towarzyszkami do miasta, które nie było zbyt oddalone od wybrzeża morskiego.
Idąc gościńcem, Odyseusz zaszedł do pałacu królewskiego, gdzie w wielkiej sali biesiadowała właśnie rodzina królewska i najznakomitsi mężowie narodu. Mgła, którą go otoczyła Atena, czyniła go niewidzialnym; dopiero gdy stanął przed królową, mgła zniknęła i Feakowie ujrzeli nieznanego sobie, nadzwyczaj urodziwego mężczyznę, który rzucił się do stóp królowej i błagał o odesłanie do rodzinnej ziemi. Postać i mowa przybysza wywarły na obecnych najkorzystniejsze wrażenie. Król i królowa przyjęli go bardzo łaskawie i przyrzekli spełnić jego prośbę, nie pytając go na razie o imię i pochodzenie.
Na drugi dzień odbywały się igrzyska, podczas których Feakowie składali dowody siły i zręczności. Odyseusz przypatrywał się igrzyskom, lecz nie brał w nich udziału. Dopiero gdy jeden z Feaków zaczął z tego powodu natrząsać się z niego, wstąpił także w szranki nieznany nikomu król Itaki. Wziął w rękę najcięższy dysk i cisnął nim. Rzucony ręką Odysa dysk z głośnym świstem pruł powietrze i upadł daleko za najdalej rzuconym dyskiem Feaków. Siła Odysa wywołała zdumienie zgromadzonych, domyślali się w nim jakiegoś głośnego bohatera, jeśli nie boga, na jakiego z postawy i oblicza wyglądał.
Później król Feaków spostrzegł, że gdy śpiewak przy wtórze lutni150 opiewał zdarzenia z wojny trojańskiej, nieznany gość miał łzy w oczach i zakrywał oblicze. Odezwał się więc do niego w te słowa:
— Nie każdemu widocznie pieśniarz sprawia przyjemność swoim śpiewem. Odkąd bowiem nasz wieszcz uderzył w struny i rozbrzmiał jego śpiew, smutek objął serce cudzoziemca i wyciska mu łzy z oczu. A przecież każdemu dobremu człowiekowi gość jest tak miły jak brat rodzony. Powiedz nam zatem, cudzoziemcze, kim jesteś, kim są twoi rodzice i gdzie twoja ojczyzna. Bo i tak musimy ją poznać, skoro mamy cię do niej zawieźć.
Na to odrzekł Odyseusz:
— Śpiewak twój, dostojny królu, nie sprawia mi przykrości; rozkoszą jest słuchać dźwięku jego lutni. Lecz gdy wy, przyjaciele, chcecie dowiedzieć się o mych cierpieniach, to teraz dopiero zacznie szarpać me łono boleść i zgryzota. Od czego mi bowiem zacząć i na czym skończyć? Przede wszystkim jednak odkryję wam ród mój i moją ojczyznę. Jestem Odyseusz, syn Laertesa. Znają mnie ludzie i chwalą wszędzie mą mądrość. Na słonecznej wyspie mieszkam, na Itace; dokoła leżą pomniejsze ludne wysepki. Skalista, pełna złomów151 i kamieni jest moja ojczyzna, jednak wydaje dzielnych mężów! Miłuję ją z duszy mej, z całego serca, bo komuż ojczyzna nie jest droga! Słuchajcie, opowiem wam o swym powrocie spod Troi.
Po tych słowach Odyseusz zaczął opowiadać dokładnie, z wszelkimi szczegółami, swoje znane nam już przygody aż do przybycia na wyspę Feaków. Zaciekawienie słuchaczy wzrastało coraz bardziej, z gorączkową uwagą śledzili przebieg przygód, które spotkały króla Itaki.
— Teraz nadszedł koniec twych cierpień — rzekł król Feaków — teraz zawieziemy cię szczęśliwie do twej ojczyzny.
Feakowie przygotowali prześliczny okręt, przynieśli na niego liczne i kosztowne dary dla Odyseusza, wybrali dzielnych wioślarzy i wyprawili gościa do Itaki.
Tym razem już bez żadnych przygód okręt tułacza zarzucił kotwicę w przystani wyspy. Odyseusz spał właśnie, kiedy się to stało. Żeglarze wynieśli go ostrożnie na ląd, ułożyli w cieniu drzewa oliwnego, potem znieśli z okrętu bogate dary, złożyli je obok niego i podniósłszy kotwicę, popłynęli z powrotem. Nie przeczuwali, że nie będą się już nadal radować błogim życiem na swej wyspie. Władca morza Posejdon, rozgniewany, że znienawidzonego przez niego Odysa zawieźli do ojczyzny, wyciągnął prawicę, gdy już byli koło wybrzeża wyspy ojczystej, i w jednej chwili skamieniał okręt feacki wraz ze wszystkimi ludźmi, i wrósł w dno morskie.
Stosunki na Itace
Gdy Odyseusz przed dwudziestu laty — dziesięć lat ciągnęło się oblężenie Troi, dziesięć trwała tułaczka bohatera — opuszczał Itakę, pozostawił młodą żonę Penelopę i niemowlę, Telemacha. Wojna wlokła się leniwie, wieści o Odysie nie nadchodziły. W miarę jak mijał rok za rokiem, zaczęło się zjawiać w pałacu królewskim coraz więcej ubiegających się o rękę Penelopy. Byli to synowie znakomitych rodów Itaki i naczelnicy plemion zamieszkujących sąsiednie krainy i wyspy. Coraz natarczywiej nalegali na królową, aby jednemu z nich oddała swą rękę. Jednak Penelopa, chociaż lata mijały bez wiadomości o mężu, opierała się żądaniu natrętnych zalotników. Zgraja ich rozgospodarowała się w końcu w pałacu Odysa i zuchwale rozporządzała jego mieniem jak swoją własnością. Mieszkali w pałacu, wydawali uczty, spędzali dzień po dniu na hucznych zabawach, marnując bez sumienia cudzy dobytek. Penelopa i Telemach nie mogli powstrzymać i poskromić zuchwałych hulaków. Skończyła się wojna trojańska, a nikt nie usłyszał nawet najdrobniejszej wieści o Odysie; pasożyci korzystali więc z tego i z każdym dniem rosła ich bezczelność.
Gdy zalotnicy coraz gwałtowniej domagali się, żeby Penelopa wybrała sobie spośród nich męża, przyrzekła im, że odda jednemu z nich swą rękę, kiedy ukończy tkaninę, którą była zajęta, mianowicie szatę śmiertelną dla swego teścia. Tymczasem wierna małżonka Odysa nocą pruła wszystko, co w ciągu dnia utkała, tak że robota nie postępowała wcale naprzód. Długi czas łudziła natrętów w taki sposób, aż jedna z jej służebnic zdradziła niecierpliwym zalotnikom fortel królowej.
Telemach osiągnął tymczasem wiek dwudziestu lat. Zwołał zgromadzenie obywateli itackich, zgromił i napiętnował na nim zuchwalstwo zalotników, lecz nic nie wskórał, gdyż większość ludu obawiała się wystąpić przeciw potężnym książętom. Wtedy Telemach opuścił dom rodzinny i wybrał się w podróż, aby zasięgnąć wiadomości o ojcu. Towarzyszyła mu Atena w postaci Mentora, człowieka powszechnie poważanego i wiernie oddanego rodzinie panującej. Pojechał Telemach do Nestora, a od niego do Menelaosa. Wszędzie przyjmowano go gościnnie i serdecznie, z niekłamanym współczuciem dla niego i ojca — lecz o ojcu niczego się nie dowiedział. Nikt nie spotkał się z Odysem i nikt o nim nie słyszał, odkąd opuścił wybrzeże trojańskie.
Wierny pasterz. Telemach
Odyseusz, obudziwszy się ze snu, zasmucił się mocno, nie widząc nikogo dokoła siebie. Nie poznał swojej ojczyzny i sądził, że znowu w jakimś nieznanym kraju wystawiony będzie na przykre przygody. Wtem stanęła przed nim bogini Atena w postaci pasterza, zapewniła go, że znajduje się na Itace, i powiadomiła go o smutnym stanie rzeczy w jego domu, o zuchwałym postępowaniu zalotników. Wspólnie naradzali się nad tym, co teraz należałoby począć, i uznali, że najlepiej będzie, jeśli Odyseusz, nie dając się przez pewien czas nikomu poznać, rozpatrzy się w stosunkach i dopiero w stosownej chwili zrzuci przybraną maskę. Dotknęła go więc bogini laską, którą trzymała w ręku. Natychmiast skóra pomarszczyła mu się na ciele, oczy utraciły blask, miejsce bujnych kędziorów zajęła łysina, a zamiast pięknej odzieży, w jaką go ubrali Feakowie, ciało króla, zmienionego nie do poznania, okryły obrzydliwe łachmany żebracze.
Odyseusz ukrył dary Feaków w pobliskiej grocie, po czym pożegnał się z boginią i wyruszył w drogę. Udał się do lasu, gdzie mieszkał naczelny pasterz trzody chlewnej króla Itaki. Pasterz ten, imieniem Eumajos, człowiek bogobojny, sumienny, poczciwy, przyjął żebraka gościnnie, nakarmił go i napoił, radząc, aby pozostał u niego, gdyż bezczelni zalotnicy gotowi go skrzywdzić. Chociaż już tyle lat upłynęło od czasu, jak zaginęła ostatnia wieść o Odysie, wierny Eumajos serdecznie wspominał swego kochanego pana, biadał nad jego losem, narzekał na zuchwałe rządy zalotników. Pilnował gorliwie powierzonej sobie trzody jako własności królewskiej i niechętnie, ulegając tylko przymusowi, dostarczał na żądanie rozpanoszonych zalotników mięsa do pałacu.
Niedługo jeszcze gościł Odyseusz u poczciwego sługi, któremu jednak nie dał się poznać, gdy przybył powracający ze Sparty Telemach. Za sprawą Ateny uniknął właśnie szczęśliwie zasadzki, którą mu zgotowali zalotnicy, i u pasterza spotkał się z ojcem. Odyseusz, któremu bogini na chwilę przywróciła jego właściwą postać, dał się poznać synowi. Zalewając się łzami i ściskając wzajemnie, długo oddawali się obaj miłym wrażeniom niespodziewanego spotkania. Potem Odys, myśląc o zemście na dręczycielach żony i syna, na marnotrawcach swego mienia, polecił synowi, żeby usunął z wielkiej sali pałacu wszelką broń, wyjąwszy dwie tarcze, dwa oszczepy i dwa miecze dla nich obu; a Odyseusz, aby uśpić czujność zuchwalców, miał w postaci żebraka przybyć do pałacu.
Ukaranie zalotników
Odyseusz udał się tam wkrótce i naraził się na niecne urągania i brutalne żarty zuchwałych młodzieńców. Nie tylko zalotnicy, lecz nawet liczna służba drwiła sobie z przybysza. Musiał ponadto słuchać, jak miotano przekleństwa na króla Itaki i na Telemacha.
Obok drzwi pałacu leżał pies Argos, który za dawnych lat towarzyszył Odysowi na polowaniach. Postarzał się i schudł, bo nikt go nie pielęgnował, nawet strawy mu nie podawano — wynędzniały leżał na śmietnisku. On jeden poznał swego pana, pokręcił ogonem i spojrzał na niego wzrokiem, w którym błyszczała radość. Nie miał jednak sił, aby powstać i zbliżyć się do Odysa — popatrzył na niego po raz ostatni i zginął.
Penelopa dowiedziała się od wiernego Eumajosa, że przybyły żebrak spotkał raz Odysa i opowie jej wszystko, co o nim wie. Dopuszczony do Penelopy, Odyseusz opowiedział jej, udając ciągle biedaka przybłędę, niektóre szczegóły o sobie. Poznała go jednak stara gospodyni Eurykleja, przed laty jego piastunka, po bliźnie, którą był naznaczony od dzieciństwa, ale Odyseusz wymógł na niej, że milczała. Żebrak zaś powtarzał wciąż Penelopie, że Odyseusz lada chwila przybędzie i uwolni ją od natrętów.
Tymczasem sprawy stanęły tak, że Penelopa nie mogła już dłużej opierać się naleganiom zalotników, że musiała jednego z nich wybrać za męża. Raz jeszcze spróbowała fortelu: swoje zamążpójście uzależniła od warunku tak trudnego, że śmiało mogła przypuszczać, iż żaden z zuchwalców go nie spełni. Kazała przynieść łuk i strzały Odysa, których od jego odjazdu nikt nie używał. Potem ustawiono jeden za drugim dwanaście słupów i zatknięto na nich pierścienie. Po tych przygotowaniach nadeszła Penelopa i oświadczyła, że kto naciągnie łuk i jedną strzałą przeszyje wszystkie pierścienie na raz, otrzyma jej rękę.
Zalotnicy przystąpili do dzieła. Jeden po drugim silił się daremnie — żaden nie potrafił napiąć grubej cięciwy ogromnego łuku. Kiedy okazało się, że żaden — a było tych zuchwalców około stu — nie daje rady, wtedy Odyseusz, siedzący jako żebrak przy progu, napomknął pokornie, że i on pragnąłby spróbować strzału. Taka zachcianka nędznego żebraka oburzyła dumnych panków; lecz gdy królowa oświadczyła, że przecież nie wyjdzie za żebraka, zgodzili się na życzenie nędzarza. Odyseusz powstał, wziął łuk, z którym jego silna dłoń tyle razy miała do czynienia, obejrzał go i zbadał dokładnie, czy drewno nie spróchniało, czy cięciwa giętka, czy strzały wytrzymałe. Potem z łatwością naciągnął grubą cięciwę, wymierzył i przestrzelił wszystkie pierścienie.
Już przedtem Odyseusz dał się poznać poczciwemu pasterzowi bezrogów i drugiemu słudze, również pasterzowi, który pozostał mu wierny. Przygotowując wszystko do zemsty, już poprzedniej nocy Odyseusz z Telemachem wynieśli wszelką broń z wielkiej sali. Otóż w czasie, kiedy Odyseusz zajęty był oglądaniem łuku, a uwaga wszystkich zalotników zwrócona była na niego, Telemach zamknął drzwi sali, aby żaden z zalotników nie zdołał umknąć.
Jeszcze też zalotnicy nie wyszli z podziwu nad celnym strzałem żebraka, gdy ten, zrzuciwszy łachmany, stanął na podwyższeniu, nałożył nową strzałę i przeszył nią gardło najzuchwalszego z zalotników.
— Jedna walka się skończyła — zawołał strasznym głosem — druga się rozpoczyna! Psy! Myśleliście, że nigdy spod Troi nie powrócę? Trwoniliście moje mienie, przekupiliście moją służbę, dręczyliście moją małżonkę, nie wstydziliście się bogów i ludzi. Teraz nadeszła chwila zemsty, ostatnia godzina waszego żywota!
Tak się też stało. Walczył Odyseusz, Telemach, walczyli obaj pasterze i sama Atena, która w postaci Mentora zjawiła się w sali. Pałając zawziętym gniewem przeciw zuchwalcom, nie pozwoliła bogini przepuścić ani jednemu, wszyscy legli trupem. Kara dosięgła także i tych ze służby, którzy wrogo występowali przeciw Telemachowi i Penelopie.
Penelopa
Nikt już teraz nie wątpił, że powrócił król, który dwadzieścia lat przebywał na obczyźnie. Jedna tylko Penelopa była dziwnie zimna i nieczuła i nie śpieszyła z powitaniem małżonka, któremu tyle lat dochowała wierności, którego oczekiwała z tak tkliwą tęsknotą. Nikt nie mógł sobie wytłumaczyć tej dziwnej oziębłości.
Nadeszła noc, a klucznica152 zabrała się do ścielenia łoża Odyseuszowi, aby w nim znowu spoczął po dwudziestu latach. Wtedy zjawiła się Penelopa i kazała łóżko wynieść i umieścić gdzie indziej. Na to Odyseusz odrzekł, że to niemożliwe, bo gdy w miejscu, gdzie dawniej był las, wybudował sobie pałac, pozostawił jeden ze zrąbanych pni z korzeniami w ziemi. Pozostawiony pniak miał służyć za nogę łóżka, którego inne części spojono z nim w jedną całość. Łóżko to było dziełem własnych rąk Odysa i nikt oprócz niego i Penelopy nie wiedział o tajemnicy, że go ani przesunąć, ani wynieść nie się nie da.
Ledwie Odyseusz wyrzekł swe słowa, w usposobieniu królowej zaszła uderzająca zmiana; z oczami pełnymi łez rzuciła się na szyję mężowi i okrywała jego twarz gorącymi pocałunkami:
— Odysie — wołała — nie gniewaj się, przecież zawsze byłeś tak dobry, tak mądry. Nie gniewaj się, że nie od razu zbliżyłam się tkliwie do ciebie. Żyłam w ciągłej trwodze, aby mnie nie podszedł jakiś przebiegły oszust. Teraz wyrzekłeś to, co prócz nas obojga nikomu nie było znane! Przekonałeś i zwyciężyłeś moje oporne serce!
Gdy to rzekła, wezbrała dusza Odysa niewysłowionym wzruszeniem; roniąc gorące łzy, wziął w objęcia skarb nieoceniony, swą wierną małżonkę. Penelopa pragnęła dowiedzieć się o wszystkich przygodach tułacza. Zaczął zatem Odyseusz opowiadać swe losy i odnowił w umyśle wszystkie straszne przeprawy, które przeżył z woli bogów. Lecz one minęły! Przecież był już w ojczyźnie, wśród swoich, u boku wiernej towarzyszki życia. Ranek się już zbliżał, gdy Odyseusz zakończył swą opowieść i gdy sen pożądany skleił powieki połączonych na nowo małżonków.
Zakończenie
Nazajutrz Odyseusz udał się z synem na wieś, do swego sędziwego ojca Laertesa, który spędzał dni w smutku, odkąd zaginął wszelki słuch o synu. Na wieść, że powrócił Odyseusz, od dawna już uważany za umarłego, że zjawił się, że przed nim stoi, starzec zemdlał z nadmiaru szczęścia, lecz w objęciach syna odzyskał zaraz przytomność i oddał się cały uczuciu niespodziewanej radości i szczęścia.
Jednak mimo powrotu Odysa, mimo zwycięstwa odniesionego nad zalotnikami nie zaświeciło jeszcze jasne słońce nad dolą króla Itaki i jego rodziny, nowe czarne chmury poczęły się gromadzić nad ich głowami.
Śmierć stu zalotników poruszyła całą Itakę i okoliczne wyspy. Krewni zabitych gotowali się do zemsty i szykowali wojsko. Kiedy po kilku dniach Laertes, Odyseusz i Telemach w licznym towarzystwie przyjaciół wracali ze wsi do miasta, napotkali wojsko sprzymierzonych nieprzyjaciół i rozpoczęła się walka. Niedługo jednak trwała, gdyż głos bogini Ateny, rozlegający się z wyżyn niebieskich, zakazał dalszego rozlewu krwi. Bogini w postaci Mentora pojawiła się na rynku miasta i pojednała Odysa z mieszkańcami; między rodem panującym a ludem zapanował wieczny pokój. Radosna wiadomość o tym dotarła wkrótce do pałacu; wyszła z niego Penelopa, otoczona służbą, w wieńcach i odświętnych szatach, aby powitać uroczyście króla. Odtąd para królewska żyła długie lata w niezamąconym szczęściu i spokoju.