V

Obok Peruna stawiają Niederle (str. 112 i nn.) i Janko (str. 222) Welesa-Wołosa, „boga bydlęcego” kroniki. Słusznie oznacza Janko to imię jako „wzrost, mnożenie”, ale czyż właśnie dobytku? Zestawiam imię Weles z Welet, i widzę w Welesie to samo co w Welecie, to jest olbrzyma, siłacza, wielkoluda; Weles i Wołos różnią się co do wokalizacji tak samo jak Welet (o weletniach-olbrzymach piszą dziełka ruskopolskie jeszcze i w XVlI wieku) i Wołot, jak Wełynianie i Wołynianie. Powszechnie przenoszą mniemane określenie „boga stad” staroruskie tylko na prasłowiańszczyznę, chociaż to dopiero pod wpływem św. Błażeja-Własa (zwanego na Rusi po prostu Wołosem; w Nowogrodzie prowadziła „wołosowa ulica” od cerkwi św. Własa; ludzi Własem ochrzczonych Wołosami nazywano), patrona stad, i ruskiego Wołosa tym urzędem obdarzono; przecież to tylko kronikarz od siebie dodał do nazwy Wołosa: skotija boga, więc to dopiero wymysł XI w. i nic w tym pierwotnego. Mimo takiego widocznego związku Wołosa ze św. Własem fantazjuje Janko na temat wzajemnego dopełniania się Peruna i Wołosa; najpierw co do zakresu działania, tak jak chów bydła dopełniał się i łączył, im później, tym ściślej, z rolnictwem, szczególniej z wyższym; dalej gdy Perunowi znaczono ofiary zwierzęce, nie byłby podobnych przyjmował Weles (!!) i pamiętano o nim ofiarami roślinnymi, we żniwa garstką ostatnich kłosów albo i kawałkiem chleba w nie wkładanym, co nazywają „zawiązywaniem brody Wołosowi”.

Do dziś więc w obrzędach żniwiarskich (ależ nie w pasterskich!) uchowała się pamięć Wołosa, boga żniw, nie bydła, u ludu ruskiego, nic o Perunie nie wiedzącego, ale ten lub owy brodę i Eliaszowi zawiązuje, domniemanemu zastępcy Peruna, albo i innym „świętym”, szczególniej Spasowi i Mikołajowi. Przysięga więc Ruś wariaska na Peruna, słowiańska nie na Daćboga, lecz na Wołosa, który właśnie dla tej samej funkcji klątewnej nie mógł być bogiem bydlęcym. Stał jego bałwan w Kijowie na Podolu, skąd go do rzeczki Poczajny wrzucił Włodzimierz, nie zwiózł go z góry kijowskiej, jak Peruna; podanie bardzo późne o jakiejś bożnicy Wołosowej na błoniu podolskim zmyślono. Pytają, dlaczego Wołosa nie wymienił kronikarz (albo późniejszy redaktor) w panteonie Włodzimierzowym? Dlaczego nie ma o nim wzmianki w układzie z Grekami Igorowym z r. 945? Zamiast odpowiedzieć po prostu, że kronikarz nie pedant, co z katalogiem w ręku wywoływa bogów; że r. 945 nie wymienia więcej bogów, może dla krótkości, jak i z tego, że Igor poszedł na górę, gdzie stał Perun i tam składał przysięgę, nic nie wynika, bo mogły tamże stać i inne bogi, zamiast stwierdzenia samego faktu, silą się na różnorakie wymysły. Wychodząc z mylnego założenia, że Wołos to bóg bydlęcy, uważają w nim „boga handlowego” (bydło jako znamię bogactwa por. pecus i pecunia, skot i Schatz), więc nie potrzeba go było wymieniać w r. 945, gdzie tylko o księcia i drużynę chodziło, i znowu, ponieważ był „niewątpliwie szerzej rozpowszechniony (!!) niż bogi Włodzimierzowe” (Aniczkow str. 313). nie dostał się między nich51). Wspomina o nim o cały wiek później w „czudzkim kraju — w Rostowie, gdzie św. Abraham rostowski kamienny posąg Wełesa zrzucić kazał. Mnie ten kamienny posąg, wobec stałych drewnianych w Kijowie, Nowogrodzie i nad Odrą, nasuwa myśl, czy to nie była jedna z owych „bab kamiennych”, rozsianych po całej Rusi (o „złotej babie” od Miechowczyka począwszy ciągle u nas prawią), na którą Welesa nazwę raczej tylko przeniesiono? Inni, np. Sołowiow, wywróżyli stąd fiński Welesa początek, a nawet Aniczkow (str. 312) upatruje w tym szczególe niby jakąś różnoszczepowość czci Wołosowej. Puszczając cugle fantazji na temat handlowego (torgowyj) boga Wołosa korzysta Aniczkow (str. 343 i 358) z opisu arabskiego (Ibn Fadlana) handlowego miejsca (Kazania?) nad Wołgą; stał tam słup głównego boga z twarzą ludzką, naokoło niego inne bałwany itd., uchodzące za jego żony i córki; u stóp słupa składał kupiec Rus (to jest Norman) towary i oczekiwał sumy w zamian itd. „Podobnym do takiego głównego bożka byłby Wołos, służąc przy wymianie towarów i zabezpieczając układy handlowe, nabierając więc znaczenia państwowego a zarazem i różnoszczepowego; zaczną stawiać około niego innych bogów, czyniąc ich zawisłymi od niego, powstanie tradycja i mity; tak samo byłoby i z Perunem, którego ustanowił wielki książę a otaczają mniejsze bóstwa szczepowe, podbite, symbol tego, że różnoszczepowi ich czciciele wchodzą w jednę państwową całość”. Wszystko to szczere rojenia. Weles-Wołos był bożkiem głównym, był wobec wojowniczego Peruna może wegetacyjnym, skoro na polu we żniwa pamięć się o nim dochowała; awansował na boga bydlęcego tylko dzięki trafowi, dzięki równobrzmiącej nazwie Własa, patrona bydlęcego (przecież nie zapominajmy, że w starych tekstach Kroniki Ruś przysięga wręcz na Własa, nie na Wołosa), z czego Kronika umyślnie skorzystała, aby wyśmiać tę Ruś pogańską, czczącą bydło, stworzenie zamiast stworzyciela. Więc fikcję o Welesie-Wołosie jako o bogu bydlęcym usuwam najzupełniej; o drugiej fikcji, jakoby ruski bożek był tylko spogańszczonym św. Własem, nie warto dziś i wspominać; ona taka sama, jak owa odwieczna, bo już od XI wieku popłacająca fikcja o tym, że rugijski Świętowit to tylko Korwejski Sanctus Vitus: jedno, jak drugie, prosta niedorzeczność, nad którą słów dalej nie tracimy. U innych Słowian nie spotykamy się z Welesem; z bożkiem-czartem wyjątkowo u Czechów, co w przeciągu XIV-XVI w. (w Tkaczu; u Reszela w wykładzie Huberynowym Ecclesiastesa; u kaznodziei kilku — nie powtarzam cytacji za Kottem i innymi) nazwy Veles czart (k Velesu, jakiś Veles itp.) używają, ale żadnych szczegółów bliższych nie dodają (za morze k Velesu również niewiele mówi); powtarza się i w nazwach czeskich, Velešin. Tylko dla zupełności nadmienię, że podobnie chyba jak Peruna z Fiörgynnem, tak i Welesa z skandynawskim Volsi łączył Heinzel; Volsi uchodzi za jakiegoś Priapa, a w podobieństwie nazw (niezupełnym zresztą) upatruję tylko przypadek. Veles — można porównać przymiotnik pelesyj siwy, bielesowatyj (białas) i inne.

Odrzuciliśmy więc od Welesa-Wołosa wymysł kronikarski, jakoby był bogiem bydlęcym: w oryginale greckim chyba żadnej o tym nie było mowy, był bogiem jak Perun i nic więcej; dopiero kronikarz, wiedząc że ruskie Wołos to Włas, zrobił z niego Własowego boga i wszystkie na tym figlu kronikarskim oparte kombinacje o naturze Wołosa boga handlu, kultury, poezji wreszcie, pryskają jak bańki mydlane. Co jednak znaczy przysięga Rusi słowiańskiej na Welesa-Wołosa? Poruszam umyślnie i to pytanie wobec świeżej pracy Wł. Semkowicza, Przysięga na słońce, studium porównawcze prawno-etnologiczne, 1916 (z Księgi Pamiątkowej ku czci B. Orzechowicza II).

Autor poszukiwa śladów przysięgi na słońce u Słowian, znalazł kilka jej przykładów zresztą wcale późnych u szlachty polskiej i czeskiej i to w bardzo ograniczonych warunkach. Na Rusi nigdzie najmniejszego śladu po niej nie ma; nie może przecież uchodzić za ślad przysięgi pogańskiej na słońce przysięga chrześcijan w cerkwi sobornej i Ilji kijowskiej w r. 945, skoroż to była chyba wtedy jedyna cerkiew kijowska; żeby zaś kult Ilji (Ilja = Helios) w Kijowie „sięgał zapewne czasów wyprzedzających przybycie Wariagów52” i „mógł wstąpić w miejsce starego słowiańskiego bóstwa słonecznego Daćboga”, na to nigdzie śladu czy wskazówki nie ma najmniejszej. I w dalszej obrzędowości czy obyczajowości nie ma nigdy i nigdzie u Słowian najlżejszego śladu przysięgi słonecznej (zwrot „żebym jutrzejszego słońca nie doczekał” to nic). Przysięga Rusi schizmatyckiej na kolca cerkiewne, ubliżająca, bo przypominająca podobną żydowską przed synagogą i dlatego uchylana przez szlachtę ruską, dowodziłaby raczej, że urzędnik sądowy nie chciał do cerkwi dla odbierania przysięgi chodzić, lecz ze słońcem nic nie ma do czynienia. Przytoczony z aktów termin śwanthe wyedinye to nie jest jak autor tłumaczy „kolce kościelne tzw. święte wiedenie”, lecz tytuł, wezwanie cerkwi samej: circa ecclesiam s. w. circa hostium eiusdem. A Wwedenje Matki Boskiej jest to 21 listopada, Wwedenije wo chram Preswiatyja Bohorodicy, cerkiew wwedenska. Wszelkie dalsze pomysły, np. o nazwie Daćboga, pozostającej niby w związku z zaklęciem na słońce (chociaż i autor przypuszcza, odwrotnie niż ja, że Dadźbóg pierwotnie tylko Bogiem się nazywał, a forma Dadźbog utarła się z zaklęcia słonecznego Dajbóg=Bo[g]daj) albo że rota (przysięgi) pozostaje w związku z przysięgą na kolce (rota = koło), są mylne.

Przysięga szlachecka polsko-czeska z XV i XVI w. na słońce jest germanizmem: zwyczaj praktykowany w Niemczech przejęła szlachta. Takich pożyczek obrzędowych było w tych samych czasach więcej; nasz dyngus i śmigus, jakem to przed laty dowiódł, jest niemiecki Dingnus i Schmeckostern53; wynoszenie Śmierci — Marzany za wieś, topienie jej w błocie czy wodzie w niedzielę Laetare czy inną pobliską (ne eis mors nocere possit54) przywędrowało z bliskiej wpływami Norymbergi do Czech i Polski zachodniej (poza Śląskiem i Wielkopolską obrzędu tego wcale nie znano!): baby cząbrowe w Krakowie to niemieckie Schamper — maski zapustne. Wszystko to obce naleciałości, jak i owa przysięga na słońce. Że z taką apodyktyczną pewnością przeczę istnieniu jakiejkolwiek klątwy, przysięgi czy roty na słońce, do tego upoważnia mnie ciekawa wstawka staroruska o klątwach ruskich, wyliczająca wszelkie ich rodzaje, lecz głuche zachowująca milczenie o słońcu, której autor nie dostrzegł, a która kombinacje jego ostatecznie usuwa.

W cerkiewnym przekładzie trzynastu kazań Grzegorza z Nazianzu, pochodzącym z jedenastego wieku (wydanym przez Budziłowicza str. 229) czytamy wstawkę — wypisuję cały ustęp jako ciekawy i znaczący dla dawnych wierzeń: „ów ofiarę (triebu) uczynił u studni (na studenci), deszczu szukając od niego, zapomniawszy, że to Bóg z nieba deszcz zsyła; ów ofiaruje nieistotnym bogom i drażni Boga, stworzyciela nieba i ziemi. Ów rzekę boginią nazywa i zwierz w niej żyjący bogiem nazywając obiatę czyni, ów Dyju ofiaruje, a drugi Dywji. A inny czci grad. Ów zaś darninę rozkruszywszy (drъnь vъskruszcz) na głowę kładąc przysięgę czyni — Ów czyni przysięgę kośćmi ludzkimi. Ów patrzy wyroczni (kobenij ptactwa. Ów spotkania się waha (sumnitsia; w Kronice dodano: kto spotka mnicha, wraca się, jakby odyńca świnię spotkał... ów na relikwie łżywie przysięga”. Podobnie Lucicy „pacem abraso crine supremo et cum gramine (darnią?) datisque affirmant dexteris” (Thietmar), a Rugijczycy kamyk przy tym do wody wrzucają, aby ginęli, jak on, gdyby słowo dane złamali (wedle Saksona); o słońcu nigdzie ani mowy.

I na Litwie nie mamy ani śladu przysięgi na słońce, chociaż opisy przysięgi pogańskiej posiadamy. Najdokładniejszy dotyczy przysięgi Kiejstutowej na Wołyniu r. 1351 wobec króla węgierskiego (por. Mierzyński, Źródła itd. II, str. 70–82), gdzie on i Litwa jego zakłuli wołu, krwią pomazali twarz i ręce, po czym trzykrotnie między odciętą głową a tułowiem przechodzili: dorozumiej się: niech tak krew własna popłynie i głowy nam poucinają, jeżeli przysięgę złamiemy55. Inne źródło prawi o deptaniu mieczów własnych przy składaniu przysięgi. Nigdzie więc ani wzmianki najmniejszej o słońcu bezpośredniej, ani na Litwie, ani u Słowian.

Dlaczego właśnie na Welesa-Wołosa Ruś przysięgała, nie wiemy, ale samo przeciwstawienie Welesa — Perunowi niby Słowianina — Normanowi, dowodzi, że był to nie byle jaki demon bydła, lecz bożek znaczny. Przy tej sposobności zaznaczam o klątwach słowiańskich, że co najmniej o nadodrzańskich Słowianach zapewnia Helmold, iż unikali wszelkiej przysięgi, nie chcąc wyzywać pomsty bożej: I 6 neque iuramentis facile indulgent56; 1 83 iurationes difficillime admittant nam iurare apud Sclavos quasi periurare est ob vindicem deorum iram57.

Nazwy przysięgi same pouczają nas tylko o zwyczaju — obrzędzie; i tak uczy przysięga, że przy tym sięgał Słowianin, to jest czy ziemi czy czego innego dotykał sięgając; klątwa pozostaje z klękaniem i kłonieniem się w związku bezpośrednim; rota, co powszechnie z indyjsk. vratam utożsamiają, ze rtem powiadaczką, gębą złączone; słońce więc i tu najmniejszej nie odgrywało roli.

Niederle poświęcił Welesowi str. 112–116 i liczne popełnił błędy, które sprostować należy. Sprawia jemu najniepotrzebniej podwójność formy, Weles i Wołos, trudności, ależ to rzecz głosowni58, nie mitologii; pierwotna forma jest tylko Weles, por. Welet, ale Ruś dała się skusić temu ele, jakby pełnogłoskowemu i w oło je odmieniła (por. mołoko z melko, szołom z szełm, wołoku z welku itd.); więc formy z ele lub olo są tylko odmiankami fonetycznymi. Nie poznawszy się na tym rozbił je A. Pogodin na dwie zupełnie różnego pochodzenia. Weles wedle niego to pożyczka prasłowiańska z litewskiego (welnias diabeł, weles imagines mortuorum59, dusze); Wołos natomiast to pożyczka ruska z nordyjskiego Volsi; bajki to wierutne, gdyż jak pogodzić Welesa z lit. wel-? co zaś Niederle str. 116 dodaje, że Wołos to forma wyłącznie ruska, że więc przy styczności Słowian ruskich z Normanami mogły nordyjskie i słowiańskie przedstawienia na siebie wzajemnie wpływać, które na które nie sposób rozstrzygnąć — nie ma wobec powyższego wywodu o jednolitości obu form (Weles i Wołos) żadnego znaczenia. Jeszcze dotkliwiej potknął się Niederle, gdy upatrzył Welesa w przyśpiewie kolędy czeskiej Vele, Vele: w kazaniu łacińsko-czeskim z r. 1436 powtórzono, za Szczodrym Wieczorem księdza Jana Holeszowskiego, owę bajkę XIV w. starego Alesza o kulcie Bela u Czechów wedle owej kolędy: Vele Vele stoi dubec prostřed dvora — ależ ks. Maciej w r. 1436 odpisał tylko Holeszowskiego i mylnie dośpiew na czoło pieśni wysunął; vele jest wykrzyknikiem (por. ole wykrzyknik podobny) i ma z Welesem słowiańskim również tyle wspólnego, co z Belem babilońskim.

Na Bałkanie nie ma żadnego śladu po Welesie, nawet nie w topografii, oprócz jednego Velesova koło Lublany; tym więcej Wołosowów (miejscowości) i Wołosów (ludzi) na Rusi, tylkoć to nie dowodzi nic a nic, bo należy tu raczej zawsze o św. Własie-Wołosie myśleć; a skoro „brodę” we żniwa Ilji św. zawijają, to i zawijanie brody Wołosowi może raczej do chrześcijańskiego świętego niż do bożka pogańskiego odniesiemy i ostatni mniemany poszlak60 istoty Welesowej przez to usuniemy. Najciekawszą wzmiankę odnachodzimy w Słowie Igorowym, zowiącym wieszczego Bojana, śpiewaka XI wieku: „Welesow wnucze! Jest to jedno z tych jego „starych słowes”, jakaś formułka epicka, której znaczenie nam nie jasne; wedle Aniczkowa (str. 337) jest Weles przodkiem Bojana, albo bojanów = pieśniarzy; wedle niego ten bóg przemysłu i bogactwa (= bydła) jest bogiem kultury, sztuki, pieśniarstwa, przy bogatej uczcie występującego. Ależ to wszystko najpróżniejsze domysły tylko, skoroż samej podstawie rzekomej, owemu „bogu skotijemu” z góry jako niczym nie dowiedzionemu pomysłowi Nestorowemu przeczymy.

Wymieniając powyżej między naleciałościami niemieckimi polsko-czeskie wynoszenie śmierci w niedzielę białą, bynajmniej nie przeczyłem rodzimości podobnych obrzędów np. na Rusi, gdzie przed rozpoczęciem żniw wynoszą lalkę słomianą, Kostromę czy Kostruba i zapasy o nią toczą. Przy obrzędach wiosennych obowiązują powszechnie takie mimiczne obrzędy; wpływ niemiecki upatruję więc głównie tylko co do samego czasu i nazwy. Podobnie wszelkie czeskie wassermany (hašterman), nikusy, sřitki itd., niemieckie niosą nazwy, ależ w swych podstawach są rodzime, jak i rusałki całkiem obcą przybrały nazwę, chociaż są rodzime utwory mitotwórczej fantazji słowiańskiej. W używaniu również masek zwierzęcych są podstawy wspólne i dawne mimo naleciałości obcych i nowych, ograniczonych nieraz do samej nazwy. W owej natomiast przysiędze na słońce, polskiej i czeskiej, tak ograniczonej, późnej, stanowej, nie mogę najmniejszego dopatrzeć się śladu rodzimości i ze starożytności słowiańskich zupełnie ją usuwam, znowu przeciw Niederlemu, który na str. 294 „widoczny przeżytek z prawieku indoeuropejskiego” jak najmylniej w tej przysiędze upatrzył.

Dotąd przytaczałem niewiele faktów, więcej nierównie obcych, mylnych pomysłów; teraz własne pomysły czy fantazje przedłożę.

Wychodzę od założenia, że Weles-Wołos nic ani z bydłem, ani z jakimś demonem wegetacyjnym („zawiązywać Wołosowi brodę” we żniwa) nigdy nie miał wspólnego, że tylko przypadkiem, nieporozumieniem choćby umyślnym pomieszał go kronikarz z św. Własem-Wołosem; wszelkie też nazwy miejscowe na Rusi, wszelkie Wołosowy itd. odnoszą się do świętego, przenigdy do bożka. Weles, forma pierwotna, której też Słowo Igorowe używa, pozostawiając Wołosa na uboczu, był bogiem słowiańskim znacznym, skoro Słowianie ruscy nań uroczyście przysięgali: Ruś na swego Zeus επιóρχιος, oni na Welesa. Jeżeliż ten Weles ani z słońca, ani z wody, ani z żywiołów jakichś, o ile z nazwy wyrozumieć można, się nie wywodzi, czymżeż był on właściwie? Chyba bogiem klątwy, słowa, umowy — nic nad to prawdopodobniejszego. Mają i Litwini bogów czuwających nad przymierzem, zgodą, np taki ligicziusqui concordiae inter homines et auctor est et conservator61” albo „Derfintos pacem conciliat62” (= derintojis „godzący”). Ależ kogo wzywa się na utwierdzenie klątwy? Hadesa, bogi podziemne, w krainie martwych-przodków (boć to jedno) przebywające, mszczące nagłą śmiercią-karą złamania umowy, przysięgi; ziemną, to jest podziemną cechę zdradza kruszenie darni nad przysięgającym. I tu nam Litwa pomoże. Wel, jakie w Welesie istnieje, powtarza się u niej (o żadnej pożyczce, po żadnej stronie, i mowy być nie może, przeciw Pogodinowi) i w nazwie duchów-przodków, i w nazwie ducha złego, weles są dusze, welinas diabeł, por. u Laskowskiego Vielona deus animarum63, Vielona veloscum mortuis64” — veluokas straszydło, łotewskie welu menesis październik (miesiąc zaduszny), weli duchy zmarłych itd. Nazwa dziadów dla przodków niekoniecznie pierwotna, może i Słowianie ich *welami zwali, a Welesem ich władcę. Więc Weles byłby litewski welinas i czeska klątwa, w której Weles całkiem za diabła stawa, byłaby jak najzrozumialszą. Jak Swarog (Swarożyc) Daćbóg nad niebem i ziemią żywych, władał może Weles nad nawią, dziedziną martwych i jego, dla umocnienia przysięgi, do zaklęć wzywana, a u Czechów już bez zrozumienia rzeczy, aż do XVI w. powtarzano; na Rusi, jeżeli Słowo Igorowe Bojana pieśniarza słusznie wnukiem Welesowym obezwało, mógłby Weles od wzywania w przysiędze i potwierdzenia umowy i przeszłością, podaniem, żywym szczególniej u wieszcza, zawładnąć. Ależ tu różnym domysłom otwiera się pole.

Doszukiwam się więc znowu u Litwinów tego, czego u Słowian dla braku źródeł stwierdzić już nie można. Jak dla Peruna = Perkuna, jak dla Swarożyca kowala, co słońce ukuł, tak i dla Welesa rozjaśnia mi Litwa światłem może fantastycznym, ależ zawsze światełkiem wobec zupełnej ciemnicy słowiańskiej, przyrodę65, znaczenie, funkcję bóstwa. Jak pierwotniejszy Litwin formę i funkcję pierwotną Perkuna wbrew Słowianinowi zatrzymał, tak ocalały u niego i właściwe nazwy duchów zmarłych, welów (wiły w żadnym znimi nie zostają związku, co przeciw A. Wesełowskiemu wyraźnie zaznaczam), które Słowianin dziadami, nawią i innymi zastąpił, a w jedynym Welesie=welinas, ich władcy, zachował. Pamięć welów na Litwie bardzo żywa, ale nie myślę bogatej tej materii tu roztaczać; czy nie należy tu i słowo ich welenà dla darni, co niby siedzibę welów przykrywa? Welona Laskowskiego (oprócz niego nie poświadczona przez nikogo) bardzo by zatem przemawiała.

Jeżeli tak obficie z Laskowskiego korzystam, toć się i jemu coś dla wdzięczności należy. Rozwiązałem dawno sporą liczbę zagadek jego, nierozwiązanych albo mylnie rozwiązywanych przez wszystkich poprzedników moich, od Mannhardta i Mierzyńskiego aż do Grienbergera, w Litwie Starożytnej; tu dorzucę jeszcze szczegół tam nie poprawiony. „Ratainicza equorum habetur deus66”: Mannhardt i Mierzyński uznali w tym słowie wozownię (od ratas kolo, przyrostek -inycza słowiański) i znaczenia boskiego mu odmówili; Grienberger powołał się na ważnyczia (zapominając te to tylko z woźnicy zapożyczenie), aby masculinum i personfikację uzyskać. Ależ należy nazwę odczytać poprawnie; jest to raitiniczis od raitas konny, prastarego słowa litewskiego (rojtiniki — konni zachodzą w dokumentach XV i XVI w.), nic z niemieckim Reiter (jak Leskien sądził) nie mającego wspólnego; są i inne twory na -iniczius u Laskowskiego, np. Siliniczus (botek mchowy).

Określając ostatecznie funkcję Welesa, opieram się o litewskie weles67 i welinas, o rusko-słowiańskie wzywanie jego przy przysiędze uroczystej i uznaję w nim boga nawi, dziedziny dusz i przodków zmarłych, słowiańskiego Plutona czy Hadesa, nie pod ziemią, lecz gdzieś na zachodzie, za morzem przebywającego. Mamy zdaje się bezpośrednie o istnieniu słowiańskiego Plutona świadectwo, niestety nie wypisujące nazwiska jego; Herbord III 24 wymienia bowiem w Wolinie cześć najwyższą Plutona. Gdzie szukać dalszych śladów owego tematu? W wel- nomenklatury topograficznej? Wadzi znacznie, że ten temat spada się z tematem odmiennym wel- wielki. Odrzucamy wszelkie ruskie Wołosowy, jako do Wołosa=Własa=Błażeja, nie do Welesa należące; natomiast do samego tematu pierwotnego wel- może zaliczymy nazwy Wołynia ruskiego (jest i Wełyń) i pomorskiego; nazwę, zdaje się, powtarza i Wlinbaba Żyda Ibrahima X wieku (965 czy 973 r.), to jest nazwa plemienia, z którego król prasłowiański Macha pochodził; na ten domysł prowadzi forma oboczna z e.

Jeżeli nie w imionach68, może w słowach69 ten temat odnajdziemy. Prasłowiańska czarodziejów-wróżbiarzy nazwa to vołchw, czeski vlchvec phitones, urobiony przyrostkiem sv (lub chw, to na jedno wychodzi) od tematu vel? Ze słowem tym pozostaje w najściślejszym związku czasownik vlъsnąti albo vlъchnąti o pomrukiwaniu, który uważam za odwiedziony od slowa wlъchwь, nie (jak Mikloisch sądzi) odwrotnie. Wołchwy (co i do Finów przeszli, fińskie welho czarownik) nazwane od wróżenia w imię przodków czy zmarłych welów i odpowiadałaby to jak najdokładniej relacji o nich Thietmarowej: ministri idolorum (w Radgoszczu) sedent et invicem clanculum mussitantes (to jest właśnie vlъchnąti) terram cum tremore iniodiunt... sortibus emissis... quibus finitis cespite viridi (to jest darnią, litewskie welena, słowiańskie Wełyń-Wołyń) eas operientes70 etc. Po tej wieszczbie Welów podziemnej następuje naziemna przez konia Swarożycowego i wyniki obu wieszczb winny się zgadzać, jeżeli przedsięwzięcie ma dojść do upragnionego skutku. Samo vlъsnąti chyba nic w sobie onomatopoetyckiego nie zawiera i dlatego wybrałem taki jego i wołchwa wykład, nie przecząc wcale, że bardzo fantastyczny na pozór. Czy obok wołchw istniała i forma pierwotna wołch, jak Pogodin sądzi (któremu szczegół o fińskim kurgo czarodzieju zawdzięczam, Izwiestija słowiańskie akademji XVI, 4, str. 37), powołując się na imię rzeki Wołchowa i (niesłusznie) Wołcha bylinnego, tudzież czasownik vołsziti, nie rozsądzam, chociaż bardzo o tym wątpię.

Śladów Wełesa-bożka w nawi panującego, siedzącego za wodą (dokąd duszom zmarłych mosty z ciasta pieczono?) można by i dalej szukać; czyżby np. nie można na podstawie kenninga Słowa Igorowego o Bojanie jako o wnuku Welesowym przypuszczać, że, jak wedle Cezara Galii se omnes ab Dite patre prognatos praedicant71, tak i Słowianie od Welesa się wywodzili? Umyślnie ryzykuję takie najfantastyczniejsze przypuszczenie, aby wykazać, jak daleko odbiegliśmy od „Wołosa skotija boga”, istniejącego tylko w fantazji kronikarskiej, a ślepo powtarzanej przez wszystkich niemal badaczy; jedyny, ile wiem, Bogusławski W. , Dzieje Słowiańszczyzny północnozachodniej II 761, całkiem gołosłownie twierdził, że Weles to księżyc, opiekun pasterzy i trzód a, jako bałamut skończony, dodał mu do pary polską to jest zmyśloną najdowolniej — Dziewanę-Dianę, bóstwo księżyca i łowiectwa.