VII
J. St. Bystroń, Słowiańskie obrzędy rodzinne (Kraków 1916. str. 53) pyta, „dlaczego przy wybitnym podobieństwie obrzędowym zupełnie inaczej przedstawia się demonologia północnej i południowej Słowiańszczyzny (przy obrzędach i demonach, związanych z narodzinami). U nas na plan pierwszy występują demony zamieniające dzieci: boginki, mamuny, dziwożony, podczas gdy na Bałkanie mamy do czynienia z postaciami zupełnie nieznanymi tak u nas, jak też w Czechach czy na ziemiach ruskich. Są to tak zwane rodjenice czy sudjenice, demony, podobne w głównych rysach do klasycznych greckich Park; czy wiara ta jest pierwotną własnością tych ludów (przyjąwszy, że mieliśmy także i na północy swoje Parki), czy też jest to element obcy i jaki? Łącznie z tą wiarą spotykamy szereg zwyczajów, którym nie przypisujemy już pierwotności, np. znane na Bałkanie zastawianie przez pierwsze nocy po porodzie stołu z jadłem i piciem dla tych demonów; odmawiamy mu charakteru pierwotnego, bo 1° nie da się włączyć w zwyczaje izolacyjne ani recepcyjne i 2° związany jest ściśle z wiarą w demony przeznaczenia i nie ma swego odpowiednika w społeczeństwach, którym ta wiara jest obca”.
Wypisałem własne słowa autorskie, aby je natychmiast zbić zupełnie. Ze źródeł bowiem staroruskich wynika jasno, że „Parki” bałkańskie, rodjanice i sudjenice, to wiara wszechsłowiańska; te ofiary im składane są również pierwotne, chociaż żadnej „izolacji” ani „recepcji” przy tym nie było i śladu. Kazania staroruskie wprawdzie mimojazdą oskarżają ziomków o „dwojewierie”; wszelkie jednak ich wycieczki przeciw mniemanej czci, oddawanej niby zawsze jeszcze (ale tylko po ukrainach a i tam tylko „po taj”) Perunowi i innym „przeklętym” bogom, to nic istotnego, to literatura, to powtarzanie tego, co wyczytali albo w Kronice własnej, albo w źródłach greckich. Natomiast co zwalczają właściwie, za co napadają bezwzględnie popów i parafian, co ich najwięcej oburza, to właśnie wiara w rodjanice i obiaty im przynoszone, a okraszone, o zgrozo! modlitwami chrześcijańskimi, wplątujące samę Bogurodzicę w to haniebne pogaństwo. A skoro ta wiara i na Bałkanie i (pod nieco odmiennymi nazwami) i w Starej Rusi tak silnie tkwiła, wynika stąd jasno, że to wiara wszechsłowiańska, zatracona zupełnie (acz są u Czechów nieco podobne o sudiczkach wzmianki) na zachodzie słowiańskim, jako ustępującym zawsze i wszędzie co do pierwotności wierzeń i obrzędów o wiele więcej zachowawczemu wschodowi i południowi. Cerkiew grecka tępiła o wiele mniej niż kościół rzymski przeżytki pogańskie, owszem, przystosowywała je ile możności do ram własnych obrzędowych.
Autorowie kazań staroruskich nie znali już wcale urzędowej czci bałwanów, wiedzieli o nich tylko z Kroniki; tym lepiej znali domową, świadczoną bóstwom domowym i gospodarskim. Naczelne między niemi miejsce ujął Rod i Rożanice (Rodzanice, co do dz por.; rodzaj, urożaj; pierwotne więc rodjanica, nie roděnica jak mylnie piszą), znane pod tym nazwiskiem i u Słowieńców, gdy indziej Sudjenice, Sojenice, czeskie Sudičky występują (albo jak u Bułgarów Orisnice od greckiego słowa), dobre i złe, towarzyszące człowiekowi od urodzenia. W kazaniu Chrystolubca czytamy, po wzmiance o modleniu się wiłom itd., rodu i rożanicam i wszystkim ich bogom przeklętym: „nie tylko zaś z prostoty zło czynimy (poprzedzało: obiecawszy służyć Chrystusowi dlaczegóż czartom służymy?), ależ i mieszamy niektóre czyste modlitwy z przeklętym ofiarowaniem bałwańskim, trzechświętej Bogurodzicy z rożanicami, ci co stawiają tylko kucię, inni zaś trapezy (stoły, dania) zakonnego obiadu, co zowie się bezzakonną trapezą, przypisaną rodu i rożanicam na przegniewanie Boga”. Jeszcze wyraźniej prawi o tym Słowo jak pogani kłaniali się bałwanom: wymieniwszy w owym stałym katalogu, znanym z Kroniki, wszelkie bóstwa a między nimi rod i rożanice i dodawszy później uwagę, że stąd nawykli Grecy kłaść ofiary Artemidu(!) i Artemidzie, to jest rodu i rożanicy”, kończy: (po chrzcie św. jęli się Chrystusa, ale i teraz po ukrainach tajno modlą się Perunowi itd.) tego nie mogą się pozbyć, począwszy w pogaństwie aż i do teraz, przeklętego stawiania wtóre; trapezy nazwanej rodu i rożanicam ku wielkiemu zgorszeniu wiernym chrześcijanom i na bluźnierstwo chrztu św. i na gniew Boży. Po chrzcie św. ustanowili brzuchowi oddani popowie tropar (śpiew kościelny) Narodzenia Bogurodzicy wstawiać do trapezy rożanicznej, czyniąc odkłady (dary dla popów); takowi nazywają się pasorzyci (kormo-guzъci), lecz nie słudzy boży. I niedzieli modlą się, namalowawszy kobietę, w podobieństwo ludzkie, kłaniający się jej całują ją, chociaż jest stworzeniem tylko” (prawi inne o niej kazanie).
Inne o tym wzmianki są: Artemi, którą nazywają rod; mąkę warzyć św. Bogurodzicy a rodu przymawiając (z Czetij Miniejich Makarego); dzieci biegają (od) roda a pan od człowieka pianego (w Słowie Daniela wygnańca); τφ δαιμουιφ ετοιμαζοντες τραπεζαν, Izajaszowe słowa, tłumaczą:. gotowajuszcze rożanicam trapezu (χαι πληρουντες τη τυχη χερασμα = izpołniajuszcze demonowi czerpanije; inny tekst daje: gotowiaszcze rodu (albo rodu i rożanicam) trapezu i izpołniajuszcze rożdenicam (biesom) pitije smieszno; s robiat (dzieci) perwyja wołosy strigut i baby kaszy wariat na sobrinije rożdanicam; w pytaniach Kirikowych: a czto rożdanicy krajut chleb i syr i med? braniasze welmi, niegde recze mołwit (Izaia): gore pijuszczym i jaduszczym rożdanicy (albo przymiotnik dzierżawczy: rożdanicz?); u Makarego: Słowo Izaia proroka o stawiaszczych dwie trapezie rodu i rożanicam; kto korowajemodlca albo rożanicy modlca; którzy w poluczai (traf, inaczej usriacza nazwany, serbska sreća) wierujut i w rodosłowije to jest w rożanica — wszystkie te cytacje z Materiałów Srezniewakiego i. h. v. Dla objaśnienia dodaję — nakaz Teodozego pieczarskiego: „troparów nie mówić do czasz przy uczcie, tylko trzy postawiwszy obiad sławi się Bóg nasz Chrystus; gdy się obiad kończy, wysławia się dziewice Marię; trzeci dla gospodarza, a więcej nie dozwalamy” (tamże). Czy nie przedstawiają dalekiego oddźwięku tej „trapezy rożanicznej”, litewskie apgelai, opisane o Kurszata w słowniku obszernie; nasze „popieliny” lub „popielinki”, na Kujawach, w Kaliskiem itd, gdy sąsiadki chodzą się do położnicy, przynosząc jej kuraka, masło, bułki? (Bystroń 110; skąd sama nazwa popielin?); kołaczyny u Hucułów (tamże 112); składkowa uczta babska, adwiazywanie, stała na Białorusi (113); w Rosji kasza obrzędowa, gdzie kłast’ w kaszu nazywa się składanie kopiejek dla babki; babczyna kasza w Komarowiczach (Biała Ruś); w Czechach dają pieniądze na kašićku, gdy u nas o kaszy w tym związku nic nie słychać (114–115). Tylko z tego wszystkiego bynajmniej jeszcze nie wynika, żeby „pieczywo obrzędowe a może i kasza było sobowtórem obrzędowym dziecka, a chrzciny ceremonią recepcyjną dokonywaną przez spożycie obrzędowego pieczywa przedstawiającego noworodka”. Przeciwnie, są to jakieś resztki ofiary błagalnej, aby uprosić szczęście dla noworodka od tych, co nim władają. Jak zawsze i wszędzie (Parki, feje itd.), są to istoty żeńskie (rod odgrywa rolę mniejszą niż rożanice), „boginie porodu, boleści porodowych, rodzicielki” i nie można upatrywać za O. Schraderem w ich zjawieniu się w Europie bynajmniej śladów prawa macierzystego. Są to więc ofiary istotne, błagalne, jak i te, co przy postrzyżynach składano (por. wyż.), żadnej nie ma w tym „recepcji” ani „izolacji”, którymi Bystroń nadto szafuje.
Z dawnych świadectw o Rodzanicach przytaczam jeszcze wedle Aniczkowa (str. 84 i 85) ustęp ze Słowa ojca duchownego, wymieniający „czczenie bałwanów, czynienie czarów, nauzy (amulety, nawęzy), przepowiadanie (wołchwowanije), wróżenie, kuksy, rozanicznuju trapezu, molenie (to jest ofiarowanie) korowajnoje (prasłowiańska, bo powtarzająca się w bułgarszczyźnie nazwa kołacza obrzędowego; w książce Marinowa o wierze ludowej i zwyczajach religijnych bułgarskich z r. 1914 jest nie mniej niż pięćset rozmaitych „chlebów” obrzędowych to jest o formach różnych, a zwanych pospolicie kravaj), powiedziane wam (czy nie zapowiedziane raczej, zakazane?) obmierzłe żelenija (wedle Aniczkowa mają to być „zapłaczki”, skargi i żale po umarłym) i karanija (strofowania?) na pirach”. „Kazania o (czczeniu jak bóstwa) niedzieli” (gdzie zresztą wbrew tytułowi najmniej o niedzieli się mówi): „co jest nad wszystko gorzej, stawianie trapezy rodzanicom i wszelka inna służba diabelska, ofiary wiłom i czczenie stworzenia”.
Ten kult rodu i rodzanic to jest istot stanowiących o przyszłym losie noworodka łączy się ściśle z pytaniem o pojęciach słowiańskich o przeznaczeniu — doli, i trafie — szczęściu. Znany jest przecież i omawiany wielokrotnie ustęp w Historii Prokopiuszowej o wierzeniach słowiańskich. On brzmi80: Θεὸν μὲν γὰρ ἕνα, τὸν τῆς ἀστραπῆς δημιουργὸν ἁπάντων κύριον μόνον αὐτὸν νομίζουσιν εἶναι καὶ θύουσιν αὐτῷ βόας τε καὶ ἱερεῖα πάντα: εἱμαρμένην δὲ οὔτε ἴσασιν οὔτε ἄλλως ὁμολογοῦσιν ἔν γε ἀνθρώποις ῥοπήν τινα ἔχειν, ἀλλ̓ ἐπειδὰν αὐτοῖς ἐν ποσὶν ἤδη ὁ θάνατος εἴη, ἢ νόσῳ ἁλοῦσιν ἢ ἐς πόλεμον καθισταμένοις, ἐπαγγέλλονται μέν, ἢν διαφύγωσι, θυσίαν τῷ θεῷ ἀντὶ τῆς ψυχῆς αὐτίκα ποιήσειν, διαφυγόντες δὲ θύουσιν ὅπερ ὑπέσχοντο, καὶ οἴονται τὴν σωτηρίαν αύτης δὴ τῆς θυσίας αὐτοῖς ἐωνῆσθαι. Σέβουσι μέντοι καὶ ποταμούς τε καὶ νύμφας καὶ ἄλλα ἄττα δαιμόνια.
Cały tylokrotnie (ostatnio np. w Starożytnościach Niederlego II z nowym dokładnym tłumaczeniem) przedrukowany ustęp powtórzyłem, aby łatwiej wyłożyć właściwą jego zawartość (W. Kętrzyński, Co wiedzą o Słowianach pierwsi ich dziejopisarze Prokopiusz i Jordanes, Rozprawy wydz. histor. 43, 1902, str. 181 nn. zadowolił się samym przekładem). Prokopiusz, autor o wielkim wykształceniu i szerokim widnokręgu, wprowadzając pierwszy z Greków Słowian na widownię dziejową, odczuwał potrzebę jakiegoś ogólnego ich określenia, lecz czy miał wobec stałej obojętności Greków dla wszystkiego, co nie greckie, jakieś osobliwsze źródła? Ze szkół znał Olimp grecki i wiedział (to było wówczas zdanie powszechne), że bogowie to uosobienie sił przyrody, a że pogaństwo wszędzie takie same, stąd wywiódł gromowładcę-boga najwyższego i znakomite dlań ofiary — całe zdanie mógł śmiało wypisać, nie wiedząc nic a nic o istotnej religii Słowian. Nie nabywa to zdanie większej powagi przez świadectwo Helmolda, piszącego o 630 lat później, gdy chrześcijaństwo od dawna między Słowianami nawet odrzańskimi popłacało: Inter multiformia vero deorum numina non diffitentur unum deum in celis ceteris imperitantem illum prepotentem celestia tantum curare hos vero de sanguine eius processisse81 (znowu nie należy przystosowywać świadectwa arabskiego o bożkach „kazańskich”, żonach i córkach głównego bóstwa) et unum quemque eo prestantiorem quo proximiorem illi deo deorum82; bo jeżeli w owym świadectwie u Prokopiusza szkolny kult Jowisza gromownika się odbił, u Helmolda chyba wpływ chrześcijaństwa widoczny.
Co do następnego zdania przypuszczałbym równiej ogólniki raczej niż wiadomości. Samo wprowadzenie pojęcia Fatum nie pierwotne, obce Słowiańszczyźnie, co również nic nie wiedziała o duszy chrześcijańskiej i jej niematerialnym żywocie, chociaż o bycie zagrobowym przodków jak najlepiej była uświadomiona (stąd ta pozorna u Thietmara myłka, zaprzeczającego Słowianom wiary w dusze — nie mieli chrześcijańskiej, ależ swoję własną mieli). Nie ma więc fatum, ale nad dolą noworodka czuwają dobre i złe bóstwa „rodzajowe”; te więc błagano ofiarą, w przekonaniu, że same zstępują i dolę wyznaczają, całemu życiu kierunek wyznaczając. W życiu samym należy znowu inne bóstwa w danych okolicznościach o pomoc wzywać itd. Tu sprzeczności nie ma żadnej. Tylko o ślepym fatum i mowy być nie może, bo od czegóż błagalne ofiary?
Z istoty rzeczy wynika, że kult „bóstw rodzajowych” najuporniej kobiet się dzierżył i nie przypadkowo w pytaniach spowiedniczych do nich się popi z tym zwracali. Przytaczam tu Aniczkowa str. 267, uwagę: „W jednym z tak zwanych izpowiednych woprosow pop winien pytać: li spłutila jesi (czasownika takiego nie zna Srezniewskij, por. wyż. uwagi o Perepłucie) z babami bogomerskija błudy li moliła sia jesi wiłam li rodu i rożenicam i Perunu i Chorsu i Mokoszi piła i jeła: tri leta post z pokłony (jako pokuta) — słowa z Ustawa Sawy wedle rękopisu z XVI wieku” (słusznie odrzuca Aniczkow słowa „i Perunu — Mokoszi” jako dowolną wstawkę popika jakiegoś, co przypomniał je sobie z „katalogów” bieżących; w innych rękopisach nie ma wcale tych słów, psujących ciągłość zdania). To samo pytanie powtarza się u Ałmazowa, tajna spowiedź w cerkwi prawosławnej, III (dodatki), Odessa 1894 (wedle Aniczkowa str. 281): ili biesom moliłaś jesi s babami jeż jest rożennicy i wołom (zamiast wiłom) i proczim takowym; dalej we brzmieniu bardziej popsutym: aszcze błudiwszy s babami bogomerzkyja błudy ky (!) molitisia wiłam.
Dodam tu, że dla losu miał Słowianin dwa wyrazy, któreśmy oba zarzucili, zastąpili niemieckim już w psałterzach i biblii (np. na odziew mój puścili „loos” w obu psałterzach itd.): żrzeb i wróg; wróg=los szczególniej częsty w poezji XVII wieku; z jedynej broszury wierszowanej o Firleju wymienię: na swoy sie skarżąc zły wrog; gdziekolwiek powinie wróg tey srogiey boginie; niezbytym wrogu zawisnego nakazem; jeśliź kogo wrog iaki z taboru wyprawił. Podobnie w tłumaczonym Adonie i innych. W staroczeskim jest vrażie w tym samym znaczeniu: na rucho (tak i w psałterzu krakowskim 1532 r.) me pustyly ysu wrazy; w ruku twu wrazie me (sortes; psałterze polskie sortes, sortem itd. mylnie tłumaczą, część, szczęście). Wróżę sors znała staropolszczyzna, bo w cisiojanie płockim dał „pyotr na maczeya wroszą, jak w staroczeskim: dal petr matheye vrazu, wedle dziejów apostolskich 1, 26: cecidit sors super Mathiam; nie jest to wcale czechizm, ponieważ cisiojan płocki, acz pewnej zawisłości czeskiej nie przeczy, najlepszą spisany polszczyzną, ani jednego niepolskiego nie ma wyrazu.
Ta wróża, czeska wraża, powtarza się jednak dziwnie często w Czechach jako nazwa miejscowa; zwrócił na to uwagę pierwszy V. Tille w „Narodopisnym Wiestniku Czeskosłowiańskim” XI, 1916, str. 54–58, a Józ. Janko (str. 58–63) etymologię tegoż wywiódł; Tille str. 217–220 do tegoż przedmiotu wrócił. Okazało się bowiem, że liczne wzgórza, nazywane vraż, naprzeciw którym, trzy razy w samej okolicy praskiej, pustelnie świętojańskie wzniesiono, mogły być miejscem, na którym magicae artes83 wyprawiano; pod Wróżewy przytacza Ks. Kozierowski (Poznańskie ll 413) istotnie „Wróżna góra, szczyt pod Krakowem”. Ależ „Różagóra miejsce na Janiszewie”; Róża Wykowa, r. 1617 Różą nazwana; Róza, pole na Swierczynie”; kilka miejscowości Róża (por. ks. Kozierowskiego Poznańskie II 149) mogą być Wróżami, poniewaz w- nagłosowe często odpada, por. Wrzecień, dziś Rzecin (tamże 413) i inne. Na małej przestrzeni około Pragi znalazł Tille: las Bożi Vrážky, pole Vrážki, góra Vrážny (wierzch), u pustelni Vráży pole na Vráži, u drugiej pustelni tej nazwy wierzch Vrážny itd.
Jak pogodzić wroga z wróżeniem? Miklosich prawi: ob vorg Feind, Teufel, mit vorg zaubern, zusammenhängt, ist mir dunkel84” (str. 395); Janko tej etymologii pięć stronic poświęcił. Pomijam kilka myłek, vraževati np. nie powstało z częstotliwego vražavati (vražati), nigdzie nie istniejącego, lecz, jak polskie Wróżewo dowodzi, jest pierwotne; wróg, wrogować (vragovati) zakrawa na temat na -u, por. polskie (biblijne) wrogu gen. sing. (nieraz, zob. Babiaczyka i. h. v.); przytacza lit. vargas bieda, zapomniał o vergas niewolnik, por. Leskien Bildung der Nomina str. 161: „die Vergleichung mit slav. vorg- setzt als Grundbedeutung Kriegsgefangener voraus85”. Janko rozróżnia trojakie pierwotne: verg, verġ i verġh, zastąpione w słowiańszczyźnie tak: ’verg ειργω, urgeo, słow. vьrgą, vrěšti, vragъ, znaczyło „hnati, strkati, tisnili”, vrag=inimicus, właściwie wygnaniec, prześladowany za zabójstwa na równi z nieprzyjacielem jawnym, więc i zabójca, stąd wróżda zabójstwo (np. w czeskim). Drugie: verġ, lit. werżiu, słow. vrьzą vrěsti, wiązać, por. powróz. powrósła (przyrostek -tło, ~dło, albo -sło); znaczenie pierwotne: toczyć, pleść, prząść. Trzecie: verġh; εργω i ρεςω, οργανον, οργια, Werk, czynić, ofiarować, aryjskie uorġia: Fοργια = słow. *vorza, całkiem odosobnione, skoro czasownika *verzią ’czynię, działam’ nie było, połączono mimo woli z wordzija wrogowstwo, zabójstwo, worżba magia spłynęło z voržda mord, wrogowstwo; tak powstało dalej vorždьjā, ruskie vorožeja maga, a w końcu dorobiono do tego i vorog czarownik, słowackie vrážek. Spłynięciu temu dwu zupełnie odmiennych pierwiastków sprzyjała okoliczność, że wróżono to jest „czyniono” i wrogowi, a za czasów chrześcijańskich musiało to uchodzić za czynność wrogą to jest diabelską. Chrześcijańskie osądzenie wróży z czasem osłabiło jej znaczenie; to przeszło w: znamię, los, zgorszenie; czasownik *worżiti zamiast czarowania dla kogoś, mógł oznaczyć: życzyć komuś czegoś, miłować go (stąd czeskie nevrażiti nienawidzieć), tuszyć (wróżyć) sobie.
Całe to rozróżnianie wroga-nieprzyjaciela i wróży-czynności obrzędowej jest dowolne. Słowiańskie verg- znaczy rzucać i używa się właśnie o rzucaniu losów to jest wróżeniu, np. wergut’ żerebeje rzucą losy. w tekście prawnym z r. 1199 werże Wsiesław żrebij o diewicu sebie lubu Słowo Igorowe, żrebija vozvrьgъsza w tekście XII w. (Srezniewskij, Materiały; u nas tylko wierzgać rzucać nogami); vorg znaczy więc rzut. Izvorg (a jest i z drugą wokalizacją izverg) jest wyrzutek, to jest albo to co wyrzucono (np. abortus niewieści) albo ten kogo wyrzucono: posl’e że wsiech jako izwragowi jawi sia i mnie w Pandektach XI wieku. Również i samo vorg: albo co wyrzucono, los, albo kogo wyrzucono, wróg; ponieważ więc wróg miał znaczenie podwójne, losu i nieprzyjaciela, ustaliło się tym łatwiej dla pierwszego nowe, ale jeszcze prasłowiańskie wróża. Że Słowianie, jak wszyscy inni barbarzyńcy, wyrzucali losy (pałeczki znaczone), o tym wiemy choćby od mnicha Chrabra; wróżyć, wróżka itd., nie znaczą też czarować, zawsze tylko wieszczyć, μαντєυєσδαι, μαντιχος itd. i tylko miejscami i późno przechodzą w znaczenie czarodzieja, czarnoksiężnika; już źródła staroruskie wymieniają woroża obok kobienia (wróżenia z lotu ptaszego), spotykania, kichania itd. Litwin odchylił znaczenia w inną stronę, z vergas=wroga, zrobił w końcu niewolnika, z vargas=losu udziałał biedę, nędzę, zło (w pruskim); czasownik utracił. U nas wróg-wyrzutek przeszedł w nieprzyjaciela, diabła zastąpił, niby dawne neprijaznъ = diabeł, albo w zabójcę (wróżda dawny termin sądowy o zabójstwie i krwawej pomście); czeskie newražiti nienawidzieć nie jest zniesieniem (przeczenia), lecz jego zasileniem, jak to nieraz bywa. Przeczę więc zestawianiu orgii z wroża i objaśniam ją z materiału słowiańskiego. Nadmienię swoją drogą, że stosunek: wrьgą ’rzucam’ wrьzą ’wiążę’, może ten sam, co drьżą ’dzierżę’ (z drьgją, por. drьžat z *drьgêti i drьzną darznę (ośmielam się), boć litewskie dirżias ’rzemień’ pośredniczy między nimi; zwykłe zestawianie drьzъkъ darski (dziarski) z lit. drąsus derzkij, odrzucam z powodu odmiennego brzmienia (s) litewskiego i dla odmiennego następstwa płynnej.
Oprócz rodzanic były istotami mitycznymi żeńskimi beregyni, wiły, rusałki, mawki. Najdawniejsza nazwa i najrychlej się gubiąca to beregyni (liczbą trzy dziewięć), widocznie nimfy, niekoniecznie wodne, może i górne, wedle nazwiska wieszające się u brzegów, to jest gór? w pierwotnym znaczeniu słowa brzeg: Berg, wymieniane i z upirjami=wampirami, co u nas mylnie w upiorów spolszczono. Toż samo są i wiły, liczbą trzydzieści, którym ofiarują (cytacje zob. wyżej); są postaci ludzkiej a przebywają w wodzie; w tłumaczeniu Hamartola syreny wiłami nazwano. Tę nazwę Ruś zapomniała; zastąpiła ją mawkami, nawkami lub rusałkami. Nazwę świąt wiosennych, rosalij, obchodzonych w polach i gajach, przeniesiono na mityczne istoty tych pól i gajów; więc w podobny sposób chciano i nazwę wił od podobnych świąt (dies violae, jak dies rosae, rosalia) wyłożyć, co niemożliwe. Jak znowu mawki czyli nawki nazwano od trupów — nawi (bo wierzą, że dusze dzieci niechrzczonych, nawet i panien przed ślubem zmarłych, w nawki się obracają), tak chciał i nazwę wił Wesełowskij zbliżyć z litewskimi weles=duchami, dalej z Val-Val-hollr a nawet i z ηλυς, ηλυσιος, ależ i to całkiem chybiony pomysł. Od wił należy odłączyć pojawiającego się w „Kazaniu jak pogani ofiarowali” męskiego Wiła, który jest tylko Belem babilońskim, jak wzmianka o Danielu dowodzi (Bela tego i stary mnich czeski, Alesz, do czeskiej kolędy przyplątał, zob. wyż.). Z tym wiłem = Belem nic nie ma wspólnego poznański wił straszydło w postaci piły(!), demon w drzewie przemieszkujący, wiły duchy pod posową izby: wyszczerza zęby jak wił, chudy jak wił, spogląda jak wił spod belki (Karłowicz i. h. v.)
O rusałkach pisze A. E. Bogdanowicz, Pereżitki drewnjago mirosozercanija u Biełorussow, Grodno 1895, str. 77: żyją w wodzie od jesieni do niedzieli rusalnej (pierwszej po zielonych świątkach), wtedy wychodzą z wody i zasiadają na gałęziach, szczególniej brzozowych, kołyszą się na nich, wołając na przechodzących: „czełowiek chodź kołychatsia”; nieostrożnego załaskocą na śmierć; piękne to kobiety, z długimi rozpuszczonymi włosami; póki z wody nie wyjdą, niebezpiecznie się kąpać, bo albo choroba jakaś napaść może, albo rusałki w głąb rzeki zataszczą i utopią; dusze dzieci zmarłych przed chrztem (a więc pogańskie) przeistaczają się w rusałki. Co na Rusi nawkami, a przez nieporozumienie to jest etymologię ludową mawkami (są nawet miauki, niby od miauczenia!) albo rusałkami przezwano, zachowało na Bałkanie pierwotną nazwę: samowila u Bułgarów, wila u Serbów i Chorwatów; z wody przeszły w góry i skały. Z całej demonologii słowiańskiej to jeszcze najżywotniejsze postaci, mnóstwem szczegółów otoczone, wplatane w żywot bohaterów, którym sprzyjają; pełno o nich wzmianek w pieśniach junackich, o ich tańcach (wilino kolo) itd.; wilski kladez (studnię) wymienia dokument 13 wieku. U zachodnich Słowian ślady wił (zastąpiły je dziwożony i inne) wcale nieznaczne, chociaż i z Polski i z Czech je przytaczają (Máchal), natomiast znaczy tu wiła błazna, głupca, por. szaławiła, pleść próżne wiły; owilałeś to jest oszalałeś pyta Solikowski w dialogu politycznym z r. 1572; czeskie wiliti żyć swowolnie, lubieżnie; ale w romansie staroczeskim o Dzietrzychu Werońskim z XIV w. wiły darowały mu pas cudowny, całkiem jak u Serbów.
Wiły i brzeginie należą do kultu wody, rzek, źródeł, lasów i gór, nie pośledniego obok kultu ognia. Ofiarowano źródłom i studniom dla sprowadzania wody z nieba, szczególniej więc w dotkliwą posuchę (serbska Dodola i inne przeżytki, nieznane w klimacie północnym); również dla leczenia, nie tylko dla przemywania oczu. Wyżej przytoczyliśmy słowa Prokopiuszowe; w pół tysiąca lat później powtarza to Kronika o Polanach „ofiarujących jeziorom i studniom i gajom”, a Bogdanowicz pisze o białoruskim kulcie wodnym str. 19: szczególnie źródła „klucze” i ich woda „żywa” przyciągają nieraz więcej ludzi niż miejsca kąpielowe. „Na wiosnę, po pierwszych gromach, rozpoczyna się ta osobliwsza pielgrzymka „k kluczam”, w pewne od dawna ustanowione dni, na Jurja, na Mikołę, na Uszestje (Wzniesienie), na Dziewiatnik (dziewiąty czwartek po wielkiej nocy), na piacinku, na dziesiatuchu itd. Przed niedzielą rusalną biorą wodę tylko do picia, a po rusalnej kąpią się też, napawają i kąpią konie, żeby wyleczyć się od słabości albo jej na przyszłość zapobiec. Pluć w wodę, szczególniej w żywą, nie uchodzi.
Nie myślimy wyliczać lu wszelkich szczegółów o tym ubóstwianiu wody; bogatą literaturę o brzeginiach i wiłach, przezywanych później (od XVI w. dopiero) na Rusi rusałkami, zestawił Niederle str. 53 i nn., ale i w szczegółach, i w całości nie ostrzegł się błędów. Mylnym np. jest mniemanie, powtórzone kilkakrotnie, jakoby rusałki (=rosalia) zawdzięczały cośkolwiek (w formie słowa i w znaczenia) rodzimemu rusło bieg rzeki; dalej pomieszał kult przyrody z kultem przodków to jest duchów, chociaż co do tego błędu nie zabrnął tak głęboko, jak inni. Więc pisze mylnie str. 57: „słusznie włączył Wesełowskij rusałki do kategorii istot manistycznych, co wynikły z dusz ludzi pogrzebionych na górach, w lasach, wodach, przy drogach; D. Zelenin ogranicza podstawę ruskich rusałek tylko do dusz dzieci i kobiet zmarłych śmiercią nieprzyrodzoną, czym tłumaczy ich szkodliwość i nieprzyjaźń... ależ i jego zdanie potwierdza tylko znowu i dokładniej manistyczny ich początek, dziś już niesporny”. Dalej oświadcza za Prokopiuszem, że czcili Słowianie nimfy, „ale nie wiemy, jak je zwali, na pewno nie rusałkami, raczej wiłami lub nawkami”, otóż przenigdy nie zwali nimf nawkami, zwali je brzeginiami lub wiłami (str. 58). Za to przynajmniej przy wiłach uznaje (str. 59), że wił nie można już tak stanowczo wliczać do kategorii demonów manistycznych, nie można u nich wykluczać możliwości powstania przez bezpośrednie uduchowienie objawów przyrody... „wiły powietrzne, zdaje się, są raczej prostą personifikacją sił przyrody atmosferycznych niż dusze zmarłych, przeniesione do wiatrów i obłoków, gdy na odwrót inne wiły jawnie wykazują ten sam początek i te same funkcje co rusałki, z którymi się spływają”. Jak najmylniej całą rzecz o rusałkach i wiłach włożył mimo tego zastrzeżenia do rozdziału o kulcie przodków („czczenie przodków i demony, co z niego urosły”) i orzekł (str. 53): „wszelkie te istoty (nawki, rusałki, wodne i leśne panny czy kobiety, po części i wiły tu należą), których rolę poetyczną w podaniu ludowym znamy, nie są początkiem swoim niczym innym, jak duszami zmarłych dzieci, dziewczyn i kobiet (szczególnie zaręczonych), tułającymi się po brzegach wód lub drogach leśnych”. Ależ to pogląd z góry mylny, skoro nie masz tu miejsca dla mężczyzn, zmarłych podobną śmiercią; skoro te postaci są zawsze i piękne i jednego wieku i wzrostu, a więc ani dzieci, ani baby! Na te najprostsze pytania żadna teoria manistyczna nie daje zadowalającej odpowiedzi, więc przeciwnie: czcili Słowianie nimfy wodne u źródeł, rzek, jezior itd., tak samo leśne i polne (chociaż te mniej wyraźnie występują, gdy o źródlanych itd. świadectwa są liczne i pewne, nie tylko u Rusi, ale i u Czechów i innych) i o żadnych duchach przodków im się przy tym kulcie ani śniło; skąd się później tu przyplątały dusze zmarłych niepogrzebanych albo niechrzczonych, za to odpowiada dopiero chrześcijaństwo — pogaństwo słowiańskie nic o tym nie wiedziało; zob. niż.
Jeszcze fatalniej potknął się Niederle przy ocenie istot przeznaczeniowych, rodu i rodzanic. Uznaje bowiem (str. 69), że wedle Prokopiusza Słowianie fatum nie czcili, ale zarazem „nie można wątpić, że na końcu doby pogańskiej była w ludzie ruskim a widocznie i na Bałkanie zakorzeniona wiara w istoty, co przeznaczenie człowieka przy narodzinach stanowią. Sprzeczność tę można najpierw wytłumaczyć tym, że tam Prokopiusz myślał o nieodwołalnym fatum starożytnych, gdy tu mowa o demonach konkretnych, odmieniających tak lub owak losy ludzkie wedle stosunku człowieka do nich, stąd liczne a trwałe ofiary im składane. Po wtóre zaś pada na wagę wielkie międzyczasie między VI a XI w., gdyż jest jawne, że się w ciągu pięciuset lat mogły dostać do mitologii słowiańskiej bóstwa przeznaczeniowe za wpływem wiar sąsiednich. Istotnie też trudno odżegnać się od myśli o wpływie Park i Mojr przy tradycji historycznej o Rodzanicach, zwłaszcza gdy Słowo św. Grzegorza wprost tłumaczy, te czczenie Rodu i Rodzanic znali Chaldejczycy, Bułgarzy, Helenowie, a na koniec doszło ono i do Słowian”. Bruździ mu więc znowu ten przesąd fatalny, zgubny dla całej mitologii słowiańskiej co do wpływów obcych: mnie sama nazwa rodu i rodzanic, zupełnie niezgodna z nazwami podobnych bóstw obcych, rodzimości tych postaci, ich prasłowiańskiego początku dowodzi i nie ograniczam ich też do Rusi i Bałkanu, lecz za ogólnie słowiańskie je uznaję, chociaż nie wiem, czy właśnie pod tą nazwą Prasłowianie je czcili i wzywali; ale nie tylko bóstwa losu uznaję nie jako „na schyłku pogaństwa nastałe”, lecz jako prasłowiańskie, idę dalej i przypuszczam, że nawet traf, przypadek ubóstwiano, że więc sręšta, sreća, sriača, ustrjacza (dosłownie spotkanie), jest już prasłowiańskie (jak i kob wróżenie z lotu ptactwa, od czego i różnych ptaków wieszczych przezywano, kruka, kobca i innych) i że nie są to raczej „objawy, wynikłe pod wpływem tradycji starożytnych o тυχη, fatum, fortuna, nemesis itp.” Natomiast późne i miejscowe są wszelkie personifikacje biedy, złydni itp.; co jednak sądzić o nocnicach (duchach trapiących nocą), trzęsawicach (febrach), nie rozstrzygam — jędza jednak jest znowu pojęciem i wyrazem prasłowiańskim o bolu dotkliwym, demon choroby.
Wdaliśmy się tym sposobem na pole „niższej” demonologii, z której, jak twierdzą, wyższa, bogi właściwe, wyrosła; kult wody itd., bezpośredni kult sił przyrody, wyprzedził wyższe, późniejsze, personifikacje. Dla tej różnicy chronologicznej odnalazł nawet Aniczkow bezpośrednie świadectwo w źródłach ruskich, ale i to tylko myłka. Aniczkow mianowicie odnosi zapisek „Słowa kako pogani kłaniali sia idolom”: preże (to jest przed kultem Peruna) kłali trebu upyrem i beregyniam”, słusznie do mowy „filozofa”, wykładającego przed Włodzimierzem zasady wiary: wedle tegoż po rozprószeniu ludów uwierzono najpierw gajom, studniom i rzekom za przewodem szatańskim; potem zaś szatan uwiódł ludzi w błąd gorszy: zaczęli bałwany stawiać z różnego materiału, im się kłaniać, ofiarowywać dzieci własne itd. To słusznie, mylnie jednak twierdzi (str. 264; 232 w nocie), jakoby „myśl o podobnym następstwie (czasowym) wierzeń pogańskich nie pochodziła ani z biblii ani od ojców kościelnych; jest to pogląd własny autora Kroniki i kryłoszanów kijowskich, do których i kronikarz należał — jest to więc odgłos soboru św. Zofii, żywej tradycji, która w pamięci potomności przechowała owo urządzenie kultu bałwanów przez Włodzimierza, dawniej nie istniejących i więcej lub mniej obcych ludności”. Takie zapatrywanie jest jednak mylne, bo tu odbiła się nie jakaś niesłychana tradycja kijowska, lecz zwykła biblijna; przecież o rodzinie Abrahamowej czytamy w staroruskiej Palei dosłownie to samo: „Fara tak samo czynił bałwany (następuje wyliczenie tych samych materiałów) i kłaniał się im jak i ojciec jego Nachor a przedtem kłaniali się jedni gajom, a inni studniom, a inni rzekom” (więc dosłownie tak jak wyżej).
Mitologią litewską posługiwaliśmy się powyżej przy kulcie wielkich bogów; wolnoż jednak zapytać, czy nie ma zgody obopólnej i na polu demonologii niższej. Pomijam fakt, że i Litwini mają swoje wiły i rodzanice, bo nazwy tych żeńskich istot mitycznych zupełnie od słowiańskich odbiegły (Łaume i Łaime, wiła i rodzanica); pytam czy nie ma jakich nazw identycznych, litwosłowiańskich? Litewska baube, przytoczona w wierszu Martiniego przy kancjonale Kleina r. 1666 (nec non Gabjaukurs, Baubeque Zemmepati), powtarzająca się jako baubis i jaucziubaubis (jauczbaubis, ryk wołów86 baubti ryczeć) kilka razy u Praetoriusa; baubas straszydło, którym dzieci straszą, ubogi, baubożius to samo (Słownik Juszkiewicza 1 196) jest nasze buba (nieraz u W. Potockiego: pijany jako buba), częściej bobo, babak, bubacz i bobak, strach, nie tylko na dzieci (liczne cytacje a Karłowicza I 94, np. na polu sie ciemrzy, juże sie po mrekach bobaki robią itp.); jak litewszczyzna dowodzi, brzmienie bu- pierwotniejsze. Nierównie ciekawszy inny wyraz, chociaż od pierwiastka tegoż znaczenia (o ryku a raczej o skowycie). W staropruskim wokabularzu (elbląskim) tłumaczy kauks diabła; u Laskowskiego-Łasickiego „kaukie sunt lemures, quos Russi uboże appellant87”, znane dobrze z tekstów dawnych (np. z Katechizmu Mażwidowego 1547 r.) i z dzisiejszych ludowych; są to krasnoludki, Erdmännchen, Kobolde, piędzimężykowie; są brodaci, widoczni tym, co w nich wierzą, nie innym, hodowani rozmaitymi karmiami; szczęście utraca, kto ich zaniedba. Czasownik kaukti znaczy wyć, staroruskie kykati (w Słowie Igorowym np. kykachu) to samo, tu można by zaliczyć straszydło ruskie, Kikimora albo i szyszymora to jest pierwszą część złożenia, rodzaj zmory bez określonej twarzy? Z wokalizacją litewską zgadza się ruskie kuksit’, w którym dwa różne znaczenia i słowa się spłynęły, kuks uderzenie, znane i u nas kuks, kuksaniec, kuksać i kuks kuksit’ o przecieraniu oczu, o kawęczeniu i żaleniu się, w staroruskim kuksy, wymienionym obok wróżenia itd. w wyżej przytoczonym tekście; kuks do kuk-, jak np. łększa do łęk-. Mylnie Grienberger str. 70 kauków, oprócz owej jedynie słusznej etymologii, raczej jako wysokich to jest potężnych (gockie hauhs itd.) tłumaczył. Z kaukami można łączyć dziś już nieznanych barsłuków (to jest barzdakas brodacz? pirsztukas palczyk?), przynoszących szczęście domostwu i aitwara, co do ich przyrody; strzałki piorunowe zowią dziś jeszcze Litwini cycami Kauków albo Łaumy; wszystkie te istoty stykają się blisko i nieraz spływają zupełnie.