SCENA II

Justysia, Wacław.

WACŁAW

wyglądając

Jest jeszcze pani?

JUSTYSIA

Nie ma, już w kościele.

WACŁAW

O, jakżem teraz polubił niedzielę!

W niej tylko chwilkę mogę żyć przy tobie;

Lecz nadal muszę myśleć o sposobie,

Jak byśmy mogli bez ciągłej przeszkody

Wzajemnych uczuć udzielać dowody.

Lecz cóż, gdy do ciebie śpieszę

Z czułej miłości zapałem,

Kiedy naprzód już się cieszę

Szczęścia mojego podziałem,

Widzę cię smutną, oziębłą, nieśmiałą.

I łzy... Cóż to... cóż się stało?

JUSTYSIA

Kochany panie, nie badaj przyczyny,

Nie troszcz się losem nieszczęsnej dziewczyny.

WACŁAW

Jak to, twój smutek nie ma mnie obchodzić?

Takąż miłość widzisz we mnie?

JUSTYSIA

Nic mego żalu nie może osłodzić,

Na cóż wyjawiać daremnie?

WACŁAW

Zwierzyć swój smutek to ulga jedyna:

Powiedz więc, jakaż łez twoich przyczyna?

Jeśli mnie kochasz!

JUSTYSIA

Ach, jakież żądanie!

WACŁAW

prosząc

Luba Justysiu!

JUSTYSIA

Luby, drogi panie!

Pozwól, niech milczę.

WACŁAW

Nie, to być nie może.

JUSTYSIA

Później się dowiesz.

WACŁAW

Nie, teraz chcę wiedzieć.

JUSTYSIA

Smutku nie cofniesz.

WACŁAW

Koniec mu położę.

JUSTYSIA

Nie mogę.

WACŁAW

Dobrze, możesz nie powiedzieć,

Wiem, te łzy twoje, wiem, co mogło sprawić;,

Płaczesz, bo nie śmiesz w oczy mi wyjawić,

Żeś mnie już kochać tak prędko przestała;

Otóż to twoja tajemnica cała.

JUSTYSIA

Cóżeś pan wyrzekł! Ach, takie mniemanie

Wyrywa przykre z ust moich wyznanie,

Że się na zawsze z panem rozstać muszę,

Że to jest tajemnica, co dręczy mą duszę.

WACŁAW

Rozstać się ze mną?

JUSTYSIA

Tak, i to w tej dobie.

WACŁAW

Justysia żartuje sobie.

JUSTYSIA

Nie, panie, nie żartuję; wolę miejsce stracić,

Niźli za dobrodziejstwa niewdzięcznością płacić.

Nie, nigdy mojej pani zmartwienia nie sprawię,

Tej, z którąm wychowana od kolebki prawie,

Która mnie nieustannie łaskami obdarza

I we mnie przyjaciółkę, nie sługę uważa.

WACŁAW

Bądź więc jej przyjaciółką, ale bądź i moją.

JUSTYSIA

Nie, takie związki dla nas całkiem nie przystoją.

Zbłądziłam już zbyt wiele, lecz błędy poznaję;

A ponieważ żal szczery każdemu zostaje,

Wstąpię dziś do klasztoru: tam w ostrej pokucie

Odkupię przeszłe grzechy, zgaszę błędne czucie.

Ach, dawniej tak uczynić potrzeba mi było!

Lecz nie znałam, co to jest, że mi z panem miło,

Nie znałam co się dzieje, gdym pana kochała,

Bom, niestety, okropnej miłości nie znała.

WACŁAW

Lecz dlaczegóż okropnej, Justysiu kochana?

Okropność tylko przy tych, którym jest nieznana;

Stare tylko matrony69 miłością was straszą.

Niech mówią, co chcą — miłość jest uciechą naszą!

Cóż tak strasznego w pieszczot niewinnej słodyczy?

Pewnie nic, kiedy każdy pieszczot sobie życzy.

A co zaś do klasztoru, powiem, że w tej mierze

Jestem trochę niewierny, rzadko kiedy wierzę.

Takie zamiary często się odmienia,

Są to zwyczajne panieńskie marzenia,

I ta, co do klasztoru śpiesznie się wybiera,

Pewnie za ślubnym wieńcem z pragnienia umiera.

JUSTYSIA

Jak to, zwodzę?

WACŁAW

Nie mówię, żebyś miała zwodzić,

Lecz mówię, że się mylisz, zresztą po cóż wchodzić —

Szczere czyli70 nieszczere twoje powołanie,

Dość, że spełnionym nigdy nie zostanie.

Kocham cię, ty mnie kochasz, niech będzie dość na tém,

Bo cię na wszelki sposób pogodzę ze światem.

JUSTYSIA

Nareszcie, choćbym nie szła do klasztoru,

Muszę się stąd oddalić dla mego honoru.

Jakaż mnie przyszłość czeka, jakąż mieć nadzieję!

Że biedną, opuszczoną... Ach, cała truchleję!...

WACŁAW

A, miej lepsze mniemanie o moim honorze.

Że się kiedyś rozłączym71, to wszystko być może;

Lecz opuszczoną Justysia nie będzie:

Jej los przed wszystkim mieć będę na względzie.

Posag panieńskie zwykł pomnażać wdzięki;

Gdy go Justysia do swoich przyłączy,

Niejeden pewnie zapragnie jej ręki;

Tak nie klasztorem wszystko się ukończy.

I jeśli słowom nie dowierzasz może,

Dziś jeszcze pismo w twoje ręce złożę;

Bo szkoda tę twarzyczkę kratami zasłaniać72.

No jakże? Słówko. Myślisz... zdajesz się nakłaniać...

JUSTYSIA

Ach, łatwo pan zwycięstwo nade mną odnosisz,

Bo nie mogę odmówić, kiedy o co prosisz.

WACŁAW

Więc zostajesz?

JUSTYSIA

Zostaję.

WACŁAW

Bardzo mnie to cieszy.

Ale kto prawdę kryje, ten najwięcej grzeszy;

Wyznajże szczerze, ja się nie urażę,

Czy w rzeczy73 klasztor był w twoim zamiarze?

Lub też czyś może chciała w mniej ostrym sposobie,

Do swej pokuty przybrać towarzysza sobie?

JUSTYSIA

Oto piękne zapytanie!

płacząc

Otóż nagroda za moje kochanie!

WACŁAW

Kiedyż bo zaraz płaczesz.

JUSTYSIA

Powinna bym szlochać,

Że na moje nieszczęście muszę pana kochać;

Mogłam pójść za mąż, być panią bogatą,

Jednak dla pana nie zważałam na to.

płacząc

Ale kiedy tak... kiedy tak pan mniemasz,

Kiedy ufności w mojej cnocie nie masz,

Dostanę sobie męża, będę swój dom miała

I będę sobie innych, grzeczniejszych kochała.

WACŁAW

Ależ Justysiu, cóż to za myśl płocha?

Kto za mąż idzie, ten innych nie kocha.

JUSTYSIA

A kto się żeni?

WACŁAW

Kto się, mówisz, żeni?

Kto już żonaty?... to jest, kto ma żonę?...

To co innego... bo choć stan odmieni...

Mężczyźnie wszystko pozwolone.

JUSTYSIA

do okna biegnąc

Ktoś wjeżdża... Pani!

Wybiega z pokoju.

WACŁAW

sam

Jest, wraca. No proszę,

Co ja z tą żoną utrapienia znoszę!

To rzecz nieznośna, a nawet i zdrożna,

Że w swoim domu nic robić nie można.