SCENA III
Wacław, Elwira.
WACŁAW
Wierz mi, Elwiro, złą obierasz drogę,
Spokojnie patrzeć i milczeć nie mogę;
Czy moda, czy cudza rada,
Obie zarzucić wypada.
Wesołość, zabawy, stroje —
Wszystko to ma miejsce swoje;
Lecz obowiązki, zwłaszcza względem nieba,
Zawsze na przód kłaść potrzeba,
Mieszać ich z sobą nigdy nie przystoi
I kto nagany się boi,
Ten swe czynności z każdą porą zgodzi.
ELWIRA
Ależ nie wiem, o co chodzi.
WACŁAW
Wszakże powiadam, że wcale nieładnie,
Kiedy która jak wicher do kościoła wpadnie,
Dziesięć razy się ruszy i wstanie, i siędzie,
A zabawiwszy kwadrans, wylatuje w pędzie,
Rzuca się do karety z równym szmerem, trzaskiem
I próżniackiej gawiedzi cieszy się oklaskiem,
Która podobnież, w niedzielnej oprawie,
W publicznych miejscach stoi na wystawie.
ELWIRA
Czy to do mnie?
WACŁAW
Trzech minut nie byłaś w kościele.
Ale nie będę rozprawiał zbyt wiele,
Powiem ci tylko, że to śmiesznie bardzo,
Kiedy kobiety pozorami gardzą.
Nie dość być w duszy nabożną, cnotliwą,
Nie dość — uważną i tkliwą
Na najdrobniejszy uszczerbek honoru,
Potrzeba być tym wszystkim także i z pozoru.
ELWIRA
Tę bardzo słuszną przestrogę
Z dawna mam w duszy, więc przyjąć nie mogę.
Widząc szczęście w cichej cnocie,
O wrzasku świata nie myślę,
Ale — nabożna w istocie,
I na pozór zważam ściśle.
WACŁAW
Czemuż tak prędko wracać?
ELWIRA
Z jak najlepszej chęci:
Nie mogłam być spokojna i wyrwać z pamięci,
Że stangret na mróz taki stać musi na dworze,
Że cierpi dla mnie tylko, gdy nie cierpieć może.
WACŁAW
Mróz? Dzisiaj mróz? Gorąco! Tak pięknych dni mało.
ELWIRA
Czy doprawdy nie zimno? Więc mi się tak zdało.
Jestem szczerze nabożna i bywam w kościele,
Na rzecz, jak i na pozór, zważam bardzo wiele,
Lecz czuję, że nad wszelkie nasze powinności
Jest najświętsza — nieść ulgę cierpiącej ludzkości.
WACŁAW
Choć bardzo pięknie mówisz, rozprawiasz gorąco,
Gdzież tu przyłatać ludzkość i ludzkość cierpiącą,
Że stangret w dobrym futrze godzinę zaczeka?
Jakże się prędko wasz umysł zacieka!
Litość z rozsądkiem — piękna, lubię ją i cenię;
Lecz przesadzona — w śmieszne zmienia się marzenie.
ELWIRA
W śmieszne marzenie, przyznaję;
Lecz choć zamiar się nie ziści,
To chęć dobra się zostaje
W niezawodnej nam korzyści.
O, jak słodko i przyjemnie,
Gdy pomyśleć mogę sobie,
Że ktoś pomoc znalazł we mnie,
Że cierpieniom ulgę robię.
Ach, mój mężu, mów, co chcesz, licz między przywary,
Litość i dobroczynność nigdy nie ma miary;
Ach, ludzkość bóstwem moim! Jej powab, jej siła...
Wacław przed ostatnim wierszem wzruszył ramionami i odszedł, tak że Elwira nie postrzegła jego niebytności.