SCENA III
Elwira, Justysia.
JUSTYSIA
Tą razą pewnie wszystkie; i kącika nié ma,
Gdzie bym nie była własnymi oczyma.
A teraz ogień czym prędzej rozłożę,
Niechaj jeden po drugim jak złoczyńca zgorze99.
ELWIRA
Jakże, Justysiu — twego zezwolenia czekał?
Chciał cię stąd wykraść i stałość przyrzekał?
JUSTYSIA
Wszak już mówiłam: chciał mnie uprowadzić,
Miłość przysięgał, lecz ja, nie chcąc zdradzić...
ELWIRA
On cię także nie kocha i tylko cię zwodzi.
JUSTYSIA
Tego nie wiem.
ELWIRA
O, pewnie, wątpić się nie godzi,
Gdzieżby mógł Alfred zakochać się w tobie?
JUSTYSIA
urażona
Czemuż nie? Cóż to pani widzisz w mej osobie,
Co by mi w sercach odrazę czyniło?
ELWIRA
No, no, mniejsza z tym; jak było, tak było.
Ale trzeba odesłać wszystkie jego dary;
Nie możesz ich zachować.
JUSTYSIA
Wszak dla lepszej wiary
Wzięłam i dotąd mam jeszcze przy sobie,
Lecz co pani rozkaże, to z nimi dziś zrobię.
ELWIRA
Jakże, Justysiu — nie on pisał listy?
JUSTYSIA
Wszak dałam pani dowód oczywisty
I sam wyznał niestałość, czyliż jeszcze mało?
Lecz na cóż myśleć o tym, co się stało?
ELWIRA
Dobrze mówisz, Justysiu, już myśleć nie trzeba.
Za moję ufność tak zdradzić, o nieba!
Takem wierzyła, takem go kochała,
W niego już przeszła dusza moja cała!
JUSTYSIA
Cóż z tej miłości, kiedy zawsze z trwogą,
Kiedy z jej łaski łzy oschnąć nie mogą;
Od jej zawiązku, w jakiej bądź zabawie,
Wesołą panią nie widziałam prawie.
Leżą w szufladach paryskie ubiory,
Tak innym damom do nabycia trudne:
Czepeczki, wstążki, batysty100 i mory101,
A pelerynki, pelerynki cudne,
Szlarki anielskie, a zwłaszcza te w ząbki,
Leżą nietknięte, jakby stare rąbki102.
z rozczuleniem
Wszystko pani przeglądasz obojętnym wzrokiem,
Kaszmir103, jak i perkalik104 równym widzisz okiem.
coraz bardziej rozczulona
Girlandy105 nie chcesz nosić, stronisz od zwierciadła,
Słowem — okropność w tym domu osiadła!
Wszystko to tej miłości nieszczęsne są skutki;
Lecz teraz przecie, jak miną te smutki,
Powróci spokój, zgryzoty się zmniejszą.
ELWIRA
Dobrze mówisz, Justysiu, będę spokojniejszą.
Chwile rozkoszy! nic was nie zatrzyma,
I nadziei nawet nié ma!
Zniknął sen szczęścia, zniknął mój świat cały,
Tylko żale mi zostały!
JUSTYSIA
Miną i żale, jak i tamte chwile,
Lecz na cóż wspominać tyle,
Na cóż rozmową zawsze je odnawiać?
ELWIRA
Dobrze mówisz, Justysiu, nie trzeba rozmawiać.
Ale powiedzże sama — jakie miał wejrzenie,
Kiedy swych uczuć dawał zapewnienie:
Ten uśmiech czarujący i ten wyraz w twarzy,
Którym Bóg tylko kochających darzy!
JUSTYSIA
Prawda — miły, przystojny i przysiąg nie skąpi;
Ależ mu i pan Hrabia w niczym nie ustąpi.
Także przyjemny, przystojny i młody,
Pragnie spokojnej, domowej swobody
I choć teraz oziębły, ja powiadam przecie,
Że niezadługo kochać się będziecie;
Niechaj się tylko pan Alfred oddali.
ELWIRA
Dobrze mówisz, Justysiu, będziem się kochali.
Ale jestżeś ty pewna, że on nie żartował?
Może on tylko ufności próbował?
JUSTYSIA
Czy tak? No, to wiem, co wszystko ma znaczyć:
Niechże i zaraz przyjętym zostanie;
Możesz się pani przed nim wytłumaczyć,
Nawet przeprosić po wziętej naganie.
ELWIRA
Kto? ja? tego zdrajcę miałabym zobaczyć?
Jeszcze przed nim się tłumaczyć?
Ja go nie cierpię! Ja go nienawidzę!
Samym wspomnieniem się brzydzę!
Daj, daj te listy.
JUSTYSIA
Na cóż pani bierze?
ELWIRA
Pójdę do siostry.
JUSTYSIA
Więc można zostawić.
ELWIRA
Nie; unikając domysłów w tej mierze,
Stamtąd chcę wszystko do niego wyprawić.
Ty zostań, powiedz, jak Wacław przyjedzie,
Że już nie będę w domu na obiedzie,
Bo przy słabszej dziś siostrze cały dzień zabawię.
Elwira zabiera pakiety listów w swój szal i odchodzi.