SCENA VI

Alfred, Wacław.

ALFRED

A, cóż za mars? Cóż ci to, Wacławie?

WACŁAW

Ból głowy.

ALFRED

Mnie się nie zdaje;

Raczej przeszkoda w jakiej czułej sprawie

Panu memu w drodze staje.

WACŁAW

Cóż! mówisz do mnie jak przed dwoma laty,

Czyś zapomniał, żem żonaty?

ALFRED

Bynajmniej, tego zapomnieć nie mogę;

Lecz choć w tę ciężką puściłeś się drogę,

Wiem, że się trzymasz twoich zasad wiernie:

Rwiesz same kwiaty a omijasz ciernie;

Że nie chcesz, bitym postępując torem,

Stać się małżonków sielankowych wzorem

I ślubnym prawom nie kładąc granicy,

Kądziel75 w ujęciu, u nóg połowicy —

Nie zechcesz ołowianej używać swobody.

Nadtoś76 żył w świecie, nadtoś jeszcze młody.

Jak to, ów Wacław, cel tylu zazdrości,

Dziecko popsute szczęścia i miłości,

Trzecia osoba przy każdym małżeństwie,

Nigdy nie syty odmiany w zwycięstwie,

Co trwogą mężów, zdradą żon się wsławił,

Co tyle rozkosz, a potem łez sprawił,

Miałżeby przestać na dawniejszych czynach

I już spoczywać na swoich wawrzynach?

WACŁAW

Tak, na wawrzynach spoczywam, Alfredzie.

Pókiśmy wolni lepiej nam się wiedzie:

Tytuł małżonka powagi dodawa77,

A ta najmniej jest potrzebną;

I do ufności nabyte już prawa

Nie są rzeczą nam pochlebną.

Wolę ja zawsze, kiedy mnie się boją,

Wtedy przyjaźnią nie zwodzą się moją,

W swoim znaczeniu biorą każde słowo

I zwykłą drogę skracają połową.

ALFRED

Jakżeś mnie zdziwił tą nauką nową!

O mój mistrzu doskonały,

Czemuż twe dla mnie przykłady ustały!

WACŁAW

O mój uczniu najmilszy, poznasz w swojej porze,

Że inaczej być nie może.

Niech się żonaty gdziekolwiek udaje,

Ileż przeszkód nie zastaje!

I jego żona, i mąż z drugiej strony,

Spokój domowy, familijne rady,

A co najgorsza nad wszelkie zawady,

Te, jak bijące na krogulca wrony,

Co swe grzechy przeżyły — stugębne matrony.

Jeśli zaś ujdę ich sowiemu oku

I skrytym będę w każdym moim kroku,

Jeśli nieznany zwiodę i oddalę

Tak opiekuny78, jak jawne rywale,

Choć szczęśliwym zostanę w jak najwyższym względzie,

Cóż? kiedy o tym nikt wiedzieć nie będzie.

ALFRED

Tak więc mężowie spokojni być mogą?

WACŁAW

Najspokojniejsi, nie tylko przeze mnie;

Nikt ich już teraz nie nabawi trwogą

Albo nabawi — daremnie.

Dzisiejsza młodzież, zakochana w sobie,

Myśląca tylko o swojej ozdobie,

Co wszystkie kobiet śmieszności przejęła

I której jeszcze do całości dzieła

Spazmów i muszek tylko nie dostaje,

Mniema, że dosyć, kiedy w szrankach staje,

Raz się pokazać i raz się pochwalić,

By wszystkie serca miłością zapalić.

Któryż dziś umie w miłosnej potrzebie

Nie znać, zapomnieć i poświęcić siebie?

Wyrzec się zdania swojej duszy prawie,

Być w szczęściu, smutku, nadziei, obawie,

Przez tę jedynie, dla której wzdychamy...

ciszej

Póki ją jeszcze o co prosić mamy.

ALFRED

A kiedy już nie mamy? Cóż wtedy, Wacławie?

WACŁAW

Trzeba nagle zmienić postać

I z węża — lwem zostać.

ALFRED

A, niechże cię uściskam za takie nauki!

Zmiłuj się, wydaj statut, a wdzięczne prawnuki

Imię twoje będą czciły.

WACŁAW

Nie żartuj sobie, własne me przykłady

Mogłyby służyć za pewne zasady.

ALFRED

Żebyś pisał — żarty były;

Ale to myślę prawdziwie,

Że gdyś w miłości szczęśliwie

Podobania się sztukę przywiódł tak wysoko,

Warteś79 ściągnąć na siebie naśladowcze oko;

Że nikt pierwszeństwa nie dojdzie w tym względzie,

Kto zawsze tobie podobnym nie będzie,

Że winien w twoje postępować ślady,

A ty — żeś winien udzielać swej rady.

WACŁAW

Udzielać rady? Komu, po co, na co?

Ospała młodzież — mężowie nie tracą.

Jako z nich jeden, ja się z tego cieszę

I z oświeceniem nigdy nie pośpieszę.

Lecz dla dobrego, jak ty, przyjaciela

Chętnie się rada udziela;

A gdy dobrze użyjesz nauki ci dane,

Ja nagrodzonym za pracę zostanę.

Czyś ty myślał, że się smucę,

Gdy na spokój małżeński oko moje zwrócę?

O nie, ja tylko mówię, co wyznać należy,

Że nie ma teraz trwożącej młodzieży.

ALFRED

Nie pogardzaj nią zbyt wiele,

Wszakże z popiołów powstają mściciele80.

WACŁAW

Mówią to, że kto zwodzi, ten bywa zwiedziony,

Że zawsze takie same i męże, i żony,

I że pewny przypadek nikogo nie chybi,

Hodie mihi, cras tibi81.

Ale ja temu nie wierzę;

Mam na to sposoby moje,

Więc wszystkich przysłów w tej mierze

I mścicieli się nie boję.

ALFRED

Ty się nie boisz! Ha, toś mnie zabawił!

Bo któż by się też obok ciebie stawił!

Któż by popełnił szaleństwo:

Walczyć z tobą o pierwszeństwo!

WACŁAW

Poznam takiego gacha82 za pierwszym wejrzeniem.

ALFRED

Niewielka też to sztuka z twoim doświadczeniem.

WACŁAW

I muszę sobie przyznać, że mam wzrok nie lada.

ALFRED

Wiele przenikliwości, to każdy powiada.

WACŁAW

Jakbym zechciał, to ledwie że myśli nie zgadnę.

ALFRED

Poznasz więc chytre słówka.

WACŁAW

I w sidła nie wpadnę.

Jestem przy tym ostrożny.

ALFRED

Aż się nieraz dziwię.

WACŁAW

Ale nigdy zazdrośny.

ALFRED

Bardzo sprawiedliwie;

Bo też nie ma szkodliwszej nad zazdrość przywary

I mąż zazdrośny godzien zawsze kary.

WACŁAW

Nareszcie, z drugiej uważając strony,

Pewnym mnie czynią przymioty mej żony;

Jej szczera miłość, dobre wychowanie...

ALFRED

Za sto Argusów83 stanie!

WACŁAW

Lubi samotność.

ALFRED

Ustalisz ją snadnie84.

WACŁAW

Skromna, nieśmiała.

ALFRED

Ach, znam ją dokładnie!

WACŁAW

A nade wszystko, że bardzo nabożna.

ALFRED

Większej rękojmi czyliż85 pragnąć można?

WACŁAW

Tak więc jestem bezpieczny we wszelkim sposobie:

Ufam czasom, Elwirze, a najwięcej sobie.

Znam ja, bom nimi chodził, wszystkie ścieżki, drogi,

Którymi się skradają chytre mężów wrogi.

Mam ja wszystkie fortele dokładnie w pamięci,

Nikt mnie nie minie, nikt się nie wykręci.

Bo wierzaj mi, że zawsze wódz biegły i stary

Młodzika w pierwszej wojnie niweczy zamiary.

Nareszcie, jak gra szachów jest miłostek sztuka.

Każdy w niej do zwalczenia skrytej drogi szuka.

Lecz jeśli znawca jaki z zimną krwią zobaczy

Dwóch przeciw sobie zapalonych graczy,

Łatwo plan zgadnie i postrzeże wady;

A gdy jednemu zechce dawać rady

I przy nim ciągle jak na straży będzie,

Gdy laufrów86 przejmie i zatrzyma w pędzie,

Konika zbije w najlepszym zamachu,

A zwłaszcza gdy królowę ustrzeże od szachu,

Wtedy drugiego nieochybna strata:

Musi się poddać albo dostać mata.

ALFRED

Warteś katedry87, ja zawsze powtarzam,

Nawet twoję naukę za ważną uważam,

I gdybym kiedy gdzie urządzał szkoły,

Zniósłbym dla niej prawnictwa nieznośne mozoły;

Bo dlaczegóż, na przykład, uczyć się w tej chwili,

Jak się przed laty Rzymianie rządzili,

Albo też wiele88 skudów89 zapłacić potrzeba,

By w kardynalskiej todze dostać się do nieba?

W miejscu więc mecenasów — ty na miękkim tronie,

W licznym słuchaczów i słuchaczek gronie,

Uczyłbyś snadnie potrzebniejszej rzeczy,

Tak, potrzebniejszej; bo któż mi zaprzeczy,

Że sposób jak najwięcej rozkoszy nabycia

Jest — czego każdy szuka przez cały ciąg życia.

KAMERDYNER

wchodząc

Już jedenasta i konie gotowe.

WACŁAW

Byłbym jazdę zapomniał przez twoją rozmowę;

Służę ci, jadę, gdzie panu wypada.

ALFRED

Mnie wszystko jedno.

WACŁAW

To się nie powiada

I ja nie pytam, lecz w każdej potrzebie

Ślepym i głuchym zostanę dla ciebie.

Chcą odchodzić, Kamerdyner wchodzi i oddaje bilet Wacławowi.

WACŁAW

przeczytawszy

A że też dzisiaj nic mi się nie wiedzie!...

Zrób mi tę grzeczność, kochany Alfredzie,

Zaczekaj chwilkę, nie długo zabawię,

Tylko wiadomość zasięgnę o sprawie,

Której już dłużej nie mogę odwlekać;

Albo jeśli chcesz, to się gdzie spotkamy?

ALFRED

Nie, nie, tu wolę zaczekać;

Jeszcze dosyć czasu mamy.

Wacław odchodzi.