SCENA VI

Wacław, Elwira, Justysia.

ELWIRA

wbiegając

Zapomniałam...

postrzegając

Cóż to jest? cóż to jest? Wacławie?

WACŁAW

Co to jest? He... tak to, te... tak to, nie chcąc prawie,

Jakieś figle się wzięły... łaskotek się bała...

śmiejąc się z przymusem

Łaskotek... otóż jakoś... i tak się rzecz stała.

ELWIRA

do Justysi

Precz! Idź mi z oczu, jaszczurko zjadliwa,

Którąm przy sercu pieściła tak długo!

Takąż nagrodę bierze przyjaźń tkliwa?...

Precz z mego domu, teraz tylko sługo,

Nie wartaś słyszeć i słowa ode mnie.

Prowadź tak życie, jak zdradzasz nikczemnie!

Justysia oddala się w głąb sceny powoli i zatrzymuje się ze spuszczonymi oczyma

do Wacława po krótkim milczeniu

Ach, mężu, jakżeś w jednej mógł zapomnieć dobie,

Coś winien swojej żonie, coś winien sam sobie?

Takimże związkiem Wacław się zaszczyca?

Takąż rywalkę daje mi, niestety?

spoglądając na Justysię

Lecz gdzież ta piękność, która was zachwyca?

Jakież przymioty, jakież to zalety

Tak wasze głowy zajęły szalenie?

z ironią

Niechże je poznam, niechże i ja cenię;

Gdy już z tym bóstwem równać się nie ważę;

kłaniając się Justysi

Niechże dziś cześcią107 przeszłą winę zmażę.

Teraz dopiero dochodzę przyczyny,

Czemu oziębły zawsze byłeś ze mną:

Jam oddalała życzeń cel jedyny,

Jam tylko w domu nie była przyjemną.

Dlategoś to chciał zawsze mnie wyprawić,

Abyś mógł częściej godziny z nią trawić.

Otóż to — wszyscy tacyście mężowie!

Czuli, wierni tylko w mowie;

coraz prędzej

Sami zły przykład dajecie,

A dobre żony mieć chcecie;

Chcecie, aby biedna żona,

Choć zwiedziona, choć wzgardzona,

Zawsze równie was kochała,

Wam wierzyła, was słuchała

I za wszystkie swoje męki

Jeszcze panu niosła dzięki;

Żeby jego znała wolę,

Ukrywała swą niedolę,

Żeby tylko sługą była...

tu pakiet jeden listów wypada z szalu

Ach! ach!

chce podnieść, pakiet drugi wypada i następnie wszystkie

O nieba! cóżem uczyniła!

Zakrywa oczy chustką i rzuca się na krzesło. Justysia się przybliża.

WACŁAW

podnosząc jeden pakiet

Co to znaczy, Elwiro? Aj... Elwiro! żono!

Co to jest? Te... te listy, to do ciebie pono.

A to pięknie! to śmiesznie!

przewracając listy

Od kogo? Do kogo?

Powiedzże, czyje to listy być mogą?

drąc list w ręku; z wzrastającą niespokojnością

Powiedz, duszyczko, ja cię bardzo proszę,

Ja stąd nic złego, całkiem nic nie wnoszę,

Ja nie posądzam; ależ to nieładnie

Czekać, aż twój mąż tajemnicę zgadnie.

Czyjeż te listy? Żono droga, miła!

Tylko jedno, jedno słowo —

Dopieroś tyle mówiła!

Odpowiedzże mi, daj znak, kiwnij głową.

ELWIRA

Nie mogę.

WACŁAW

Dziwnie! Jednak wiedzieć muszę.

ELWIRA

Chętnie bym całą odkryła ci duszę,

Ale przysięgam, nie o mnie mi chodzi.

ALFRED

wchodzi i chce się cofnąć

A, przepraszam.

WACŁAW

Nic nie szkodzi.

ALFRED

Może w zły czas...

WACŁAW

I owszem; mam pomówić z tobą.

ELWIRA

wstając

A, tego już nie zniosę.

Odchodzi.

JUSTYSIA

przybliża się do Wacława

Przed obcą osobą...

WACŁAW

Oddal się.

dzwoni i mówi do Kamerdynera

Wejść tu teraz nie wolno nikomu,

Wszystkim powiadać, że mnie nie ma w domu.

Justysia odchodzi.