Milenium

Już jest milenium. Już zawsze i wszędzie

pochody dziewcząt w bieli i chłopców w błękitach

przez złote miasta uśmiechnięte do pustego nieba.

Siódmego dnia deszcz ustał, powstały kolejki.

Szare chmury opadły jak muzyczna tapeta.

W ulewie piosenek stojąc tuż za tobą,

obserwując ludzi splecionych w sznury haseł

zastanawiam się, czy rzeczywiście stoimy jedynie

po łut szczęścia, po los pocięty na tysiące

kolorowych kartoników, pewnie całkiem na niby

jak szyldy „Alleluja” na blokach oraz transparenty

proklamujące radość i dożynki sensu. A ty?

„Jak ci Indianie senni wśród posągów,

zaspani na tarasach zarośniętych świątyń,

odkrywamy w błysku flesza, że historia to spektakl,

diamentowy pył na butach świetnego aktora”.

Tyle ona. I już ani słowa więcej, nic,

żadnego pytania co robić w tych nowych warunkach,

żadnej prośby o ekspertyzę. Bo wszyscy

spodziewają się nieprzyzwoitości, jakiegoś „pomyśleć

i umrzeć”, albo odmiany przez zmysły, przez wszystkie

czy i w czym i z kim i co. Więc owszem, leć

pierwszym samolotem na Berdyczów lub Barwistan —

tam się spotkamy.