Rozdział III. Figiel Konstantego Gedroycia
Król Zygmunt wstawał zazwyczaj wcześnie i skoro się tylko ubrał, szedł na czczo do kościoła krytymi schodkami, które wiodły wprost z komnat królewskich do kaplicy Przenajświętszego Sakramentu, dziś zwanej kaplicą Batorego.
Tam usiadłszy na krześle tronowym z różowego marmuru, słuchał z wielką pobożnością mszy świętej, odprawianej przez księdza kapelana, ojca Wita z zakonu dominikanów. Dworzanie, służba pokojowa i paziowie mieli surowo nakazane codzienne nabożeństwo w kościele i pan ochmistrz Strasz dobrze poglądał i pilnował, czy którego z jego wychowanków czasem nie brakło. Dopiero po powrocie z kościoła spożywano gorącą polewkę winną, piwną lub kluski z mlekiem, po czym każdy szedł do swego zajęcia.
Królowa i jej damy przychodziły w trzy godziny później, a mszę dla miłościwej pani odprawiał ksiądz Battista Trivulzio, nadworny kapelan Bony. Zaś w trzeciej komnacie za sypialnią królowej znajdowała się jej prywatna kaplica, gdzie za dyspensą biskupa krakowskiego dozwolonym było odprawiać nabożeństwo w razie niezdrowia najjaśniejszej pani.
Bona lubiła bardzo tę kaplicę, zaścielała ołtarz pięknie haftowanymi obrusami, przystrajała go co dzień świeżymi kwiatami; w ciężkich srebrnych lichtarzach, o bogatych ornamentach119, paliły się grube świece z najbielszego wosku, a ornaty i inne aparaty kościelne, złotem i perłami wyszywane, były dziełem jej rąk, z małą tylko pomocą dam dworskich wykonanym.
W zagłębieniu za ołtarzem stała bogato rzeźbiona skrzynia z dziwnego drzewa, perłowcem i koralami inkrustowana120 (jeden ze sprzętów wyprawnych Bony), a w niej monstrancja o dwunastu promieniach sadzonych diamentami, ampułki złote, krucyfiks z kości słoniowej misternie rzeźbiony, kielich z wyobrażeniem Przemienienia Pańskiego u góry, a oskrzydlonymi główkami aniołków na podstawie; robota młodego, a już wielkiej sławy mistrza Benvenuta Celliniego. W puzdrze121 skórzanym, wyłożonym purpurowym atłasem, złożona była najcenniejsza perła tego skarbca, relikwie św. Andrzeja apostoła i męczennika, w złotej skrzynce ze szklanym na wieku okienkiem.
Mikołaj Ostroróg, jeden z dwunastu paziów wyznaczonych na dziś do obsługi króla jegomości, stał przy drzwiach i czekał, aż miłościwy pan skończy pożywać gramatkę122, piwną z grzankami, zwykłe swoje śniadanie. Janusz Zebrzydowski karmił ulubioną wiewiórkę Zygmunta I123, a Bogusz, Karnkowski, Drohojowski, Łaski, Gorayski i inni siedzieli w przedpokoju, czekając rozkazów.
— Możesz to zabrać, ale wracaj natychmiast — rzekł król do Mikołki, odsuwając próżny talerz.
— Słucham, miłościwy panie.
Wybiegł na korytarz, oddał naczynie pachołkowi i już był z powrotem.
— Pójdziesz na dół do kancelarii, do pana sekretariusza Rylskiego, powiesz mu ode mnie, by zaraz rozpisał kartelusze foremne do ich miłościów: pana hetmana Tarnowskiego, pana wielkorządcy Bonera, pana marszałka Kmity, do księdza biskupa, do pana Justa Deciusa i do tych wszystkich panów senatorów, o których obecności w mieście miał się za moim rozkazem dowiedzieć. Niech uprzejmie wyrazi w swym piśmie, jako im najłaskawiej przypomina, że jutro o piętnastej godzinie odbędzie się uroczystość poświęcenia dzwonu, po czym przewiezienie go na Wawel, a następnie skromna wieczerza, na której ich wszystkich rad widzieć będę.
— Weź ze sobą — dodał po chwili — Łaskiego, Bogusza i Gorayskiego, poczekajcie w kancelarii, a gdy kartelusze będą gotowe, rozdzielić je między siebie i w tejże godzinie poroznosić gdzie należy. Pana Justa nie szukać na Woli, bowiem dziś rano miał być u księdza biskupa — tam go znajdziecie.
— Słucham, miłościwy panie.
Ostroróg zabrał po drodze wymienionych przez króla paziów i zbiegli ze schodków, nie... zsunęli się po poręczy, jeden za drugim.
Kancelaria królewska mieściła się na dole, w dwóch izbach sklepionych, z oknami na wewnętrzne podwórze. W pierwszej siedziało sześciu pisarków124, ludzi niższej kondycji, umiejących tylko wprawnie władać piórem; tych używano do kopiowania metryk, robienia wyciągów z aktów, przepisywania na czysto listów urzędowych do starostów itd.
Druga komnata równie obszerna jak pierwsza, zastawiona dokoła ścian wysokimi szafami i stanowiąca część archiwum królewskiego, była siedzibą regenta125 kancelarii, jegomości pana Marcina Niemętowskiego, i wicesekretariusza, pana Floriana Rylskiego.
Pan regent lubił się spóźniać, ale podwładni wcale się o to nie gniewali, uważali bowiem, że robota nie ptaszek, nie ucieknie, więc w nieobecności przełożonego bawili się gawędką, opowiadaniem ploteczek dworskich, a najstarszy z nich, pan Łukasz Wiórko, miał nawet zacny schowek za skrzynią z zapasami papieru i pergaminu, gdzie ukrywał wspólną własność panów braci, pękatą kamionkę i kilka kubków.
Gdy pan Niemętowski, przejrzawszy urzędowe pisma i wydzieliwszy każdemu skrybie zajęcie, wychodził do króla po dyspozycje na jutro, wiedziano już z doświadczenia, że nie pokaże się w kancelarii, aż za dwadzieścia cztery godziny. Wtedy upragniony gąsiorek wysuwał się na światło dzienne, w kieszeni każdego kubraka znalazł się chleb z twarogiem lub z kiełbasą i następowała przekąska, zakrapiana wytrawnym miodkiem, co prawda wcale niehojnie szafowana przez pana Łukasza.
Pan Rylski zaś, zamknięty w drugiej komnacie, błogosławił również nieobecność pana regenta i korzystając z chwil swobody, rozczytywał się zapamiętale w jakichś starych jak świat księgach, wyblakłym inkaustem126 pisanych. Foliały te przechowywał pan Florian w większej jeszcze tajemnicy niż pisarze swój niebezpieczny gąsiorek.
Gdy paziowie wbiegli z impetem do kancelarii, wywołali wielkie przerażenie i zamieszanie wśród pisarków, którzy dziś właśnie wyjątkowo przed przyjściem pana Niemętowskiego zamierzali łyknąć po pół kubka na zdrowie pana Wawrzyńca Kotowicza — solenizanta. Imieniny jego były wprawdzie przedwczoraj, ale z powodu zaziębienia i ciężkiej chrypki pan Wawrzyniec dwa dni siedział w domu i dziś dopiero ukazawszy się w biurze, przyjmował życzenia i oracje kolegów.
— A bodaj waszmościów ubito! Napędziliście mnie strachu niemało!... — zawołał pan Łukasz, zatykając gąsiorek. — Ażem zdrętwiał, że to pan regent.
— Nie ma go jeszcze? — spytał Mikołka.
— Ale pan wicesekretariusz Rylski jest już.
— My też ino do niego mamy sprawę.
I weszli do drugiej komnaty.
Na ich widok pan Florian przyrzucił płatem pergaminu księgę, w której właśnie czytał, i odpowiadając uprzejmie na ich ukłony, zapytał, czego by sobie życzyli.
— Od miłościwego pana przychodzimy z poleceniem — rzekł Ostroróg i wyjaśnił, o co chodziło.
Pan wicesekretariusz napisał prędko rodzaj formularza, wydobył z szuflady przyrządzony już pierwej spis senatorów i znaczniejszych osobistości, którym zaproszenia miały być rozesłane, i podał to wszystko, uchyliwszy drzwi, skrybom do jak najrychlejszego przepisania.
— Spocznijcie, waszmościowie — rzekł do paziów — osiemdziesiąt kilka inwitacji127 napisać, to długo potrwa; chociaż ich siedmiu tam siedzi i kwapić się mają, zawżdy to nie palcem przekiwać.
— Za godzinę będzie? — spytał Bogusz.
— Może.
— Toby należało skorzystać z czasu i do sadu skoczyć; mówił mi Kuba, że tam dziś lubaszki128 trzęsą.
— No to lećcie na jednej nodze i wracajcie czwałem129 — rzekł Ostroróg — a mnie tam jaką przygarść niech każdy przyniesie. Boję się odchodzić, bo jakbyście się, broń Boże, zapóźnili, tobym ja jeden prznajmniej zabrał większą część listków, a wy byście mieli mniej do roboty.
— Chodźcie, chłopcy!
— Pomnijcie ino, że rozkaz królewski to nie żarty i wracajcie niebawem.
— Straszniem ciekaw onego poświęcenia dzwonu — rzekł Ostroróg przysuwając zydel130 bliżej stołu pana Rylskiego — mistrz Hans Behem wprawdzie na cały świat słynie jako ludwisarz131 najpierwszy; ino brat jego Tebaldus w Norymberdze może się z nim zrównać, ale... takie odlewanie to zawżdy trafunek. A nuż się forma po brzegi nie wypełni, a nuż bańka z powietrza w którym miejscu ostanie? A nuż nierówno zastygnie albo gdzie rysa, czyli szpara się znajdzie? Gadał mi o tym wszystkim towarzysz z ludwisarni mistrza Hansa i zaręczał, że choć jego pan zna wszelkie sposoby i przepisy tajemne, zawżdy pewności pełnej nie ma i z niepokojem onego jutra wygląda.
— Ino że w pomyślnym miesiącu dzieło poczynał i w dobrym je skończył, tym się może w swej niepewności krzepić — rzucił jakby sam do siebie pan wicesekretariusz.
— Jak to waszmość rozumie?
— Lipiec, miesiąc najprostszego kwitnienia wszelakiej rośliny, miesiąc pszczołom sprzyjający, w łacińskiej mowie miano rzymskiego cezara noszący, pomyślny jest każdemu przedsięwzięciu. Sierpień zasię mianem swym żniwo oznacza, a po łacinie „August” takoż imię cezara. Przeto wiedział dobrze mistrz Behem — zwłaszcza że i gwiazdy najlepiej się ninie132 układają — powtarzam, wiedział mistrz Behem, co czyni, gdy się w takowej sposobnej porze wziął do dzieła.
— Waszmość, jak widzę, astrologię uprawia? — spytał ciekawie Mikołka.
— Po trosze, niewiele — odparł pan Florian — ani czasu, ani ksiąg potrzebnych nie mam; a kupić, choćby się i grosz po temu znalazł, wielce trudno, bo te nowsze pisma, co ich to w każdej typografii dostanie, małą wartość mają i głębokiej nauki w nich nie szukać. A starodawne... na wagę złota.
— Ja zasię słyszałem, że uczeni mężowie powiadają, jako właśnie one dawne astrologie, alchemie, magie ino kłamstwa i bałamuctwa szerzyły i że człek oświecony ku zabawie tylko a rozweseleniu odczytywać je może.
— Brednie... jako żywo... bez133 nieuków a zarozumialców głoszone. Nie wierz waszmość temu! Ino w zaufaniu wam się zwierzę, zatrzymajcie to przy sobie, ja sam cośkolwiek się na magii rozumiem, ale to nauka tak wielka i nieprzystępna, że całego żywota nie starczy, by ją zbadać, a nie tych marnych kilka lat, jakie jej dorywczo poświęcam.
„Oho, bratku, toś ty taki!... — przeleciało, jak iskra, przez głowę Mikołki — to mi woda na mój młyn!” — Nie obawiacie się grzechu, czcigodny panie? — spytał strojąc zalęknioną minę.
— Ach, grzesznego w tym nic nie ma; zaraz ci to wyjaśnię. Starożytni Persowie, Medowie, Egipcjanie znali już tę naukę, którą magią zowiemy, stąd sobie imaginuj134 i eksplikuj135, że nie lada mędrcy zgłębiali swymi umysłami tajemnice niewidzialnego świata.
— Niewidzialnego świata?! — krzyknął paź.
— Strachasz się136 waszmość? To zaprzestanę; w istocie, za młody jeszcze jesteś.
— Nie, nie, mówcie śmiele, to ino pierwsza chwila.
— Tedy, przez137 długich wstępów, ino co się tyczy grzechu, powiem ci, że dwie są magie: czarna, czyli związek ducha człowieczego z duchem złym, pakta zawarte z piekłem, mocą których całe plemię diabelskie staje na służbę człowiekowi — to jest grzechem śmiertelnym i potępieniem wiecznym. Biała zasię magia, gdzie ino uczy się człowiek przenikać siły przyrody i poznawać duchy pośrednie.
— Cóż to za jedne?
— To są... jak by ci rzec... duchy ludzi jeszcze nie narodzonych; nie ich miejsce w niebie, gdyż na nie zasłużyć nie miały czasu. Do czyśćca im się takoż iść nie należy, a już najmniej do piekła, gdyż nie popełniły wcale grzechu. Tych duchów smętnych a błędnych są między niebem a ziemią niezliczone roje i one to właśnie chętnie poddają się woli naszej, służą nam i wszelakie nasze rozkazy spełniają.
— Rozumiem — kiwając poważnie głową, rzekł Mikołka — z samego uprzykrzenia a nudów, aby ino nie latać z kąta w kąt.
— W tym atoli cała sztuka, by je umieć zagarnąć pod swoje panowanie i tego uczy biała magia.
— Rety!... Gdzież ja miałem głowę! — zawołał chłopak, bijąc się w czoło. — Chyba to jakie mamidła, iżem tak na śmierć zabaczył138... wżdy ja mam takową księgę! U rodzica na strychum ją znalazł, ino żem nijakiej wagi do onych bredni nie przywiązował.
— Nie pomnisz waść tytułu?
— Zaraz... aha, na pierwszej karcie stało napisane:
Arcana139 magiej białej,
Czyli zaklęcie przednie,
By cię, człeku, słuchały
Wszelkie duchy pośrednie.
— Czy być może? Co za zrządzenie losu!... Nigdym o takiej księdze nie słyszał... musi być bardzo stara?
— Okropnie.
— Przynieś mi ją waszmość zaraz jutro.
— Oho, ho, ani myślę — butnie sprzeciwił się Ostroróg — pierwej sam spróbuję onych zaklęć, może mi się uda przywołać jakiego ducha.
— Ależ dziecko nierozważne, bez długoletnich przygotowań nic nie sprawisz, a ja już niejedną tajemnicę zgłębiłem.
— Nie, za darmo jej nie dam; coś przecie za tak wielki skarb w zamian muszę dostać.
— Więc gadaj waszmość, ile chcesz?
— Pieniędzy mi nie trza, mam ich dość od rodzica. Dajcie mi ten wasz pierścień z rubinem.
— Co? Podarunek najmiłościwszego pana? Nigdy!
— Dziwny z was człek; wżdy nauczywszy się czarów, tysiąc takich pierścieni na dzień mieć będziecie.
— Zaiste, prawdę mówisz; więc księga za pierścień, pierścień za księgę, słowo?
— A co... wróciliśmy na czas? Patrz, ile śliwek! Nastaw połę! — wrzeszczeli jeden przez drugiego, Łaski, Gorayski i Bogusz, wpadając do kancelarii.
Pan Łukasz wścibił głowę przeze drzwi.
— Kartelusze gotowe; mogą waszmościowie zabrać.
Pokłonili się grzecznie i wylecieli jak wicher.
— Żeby ino chycić140 onego czarodzieja na wędkę! — mruczał pod nosem Mikołka i pobiegł w miasto z zaproszeniami.
*
Powyżej klasztoru oo. Franciszkanów, wzdłuż murów miejskich, cisnęły się tłumy ludu nieprzeliczone; z każdej strzelnicy, z każdego okienka baszt wyzierały głowy i główki ciekawych. A było czego się cisnąć, było za czym wyglądać! Toż to dziś właśnie, dziś, za pół godziny, z formy do ziemi wkopanej i przed tygodniem wrzącym spiżem napełnionej, wyłonić się miał na powierzchnię ziemi, ukazać po raz pierwszy słońcu złocistemu i królewskiemu majestatowi, dzwon wspaniały, jakiego dotąd jeszcze Polska nie widziała141.
Niedaleko murów, między Basztą Prochową a Basztą Iglarzy, stały duże trybuny bogato przyozdobione. Wchodziło się na nie po trzech stopniach czerwonym suknem wysłanych. Mniejsza, przeznaczona dla rodziny królewskiej, okolona była z trzech stron barierą takimże czerwonym suknem obitą. Na wzorzystych kobiercach ustawiono trzy krzesła, pod adamaszkowym szkarłatnym baldachimem, dla miłościwego króla, jego małżonki i dla biskupa. Za nimi w głębi opierała się o barierę szeroka ława dla panien dworskich. Na stopniach od przodu mieli siedzieć paziowie. Drugie wzniesienie, o wiele obszerniejsze od królewskiego, przeznaczone było dla zaproszonych senatorów i wysokich urzędników państwa.
Tuż ponad „grubą” (tak się nazywało miejsce, gdzie sprawa odlewania dzwonu się odbywała) pobudowali cieśle rusztowanie wysokie, kształtem do wieży podobne. Były to wkopane na kilka stóp w ziemię, pokrzyżowane i skośnie o siebie oparte tramy142 ze stuletnich dębów, przybite jedne do drugich bretnalami143 i hakami kilkucalowej długości, prócz tego spięte gęsto żelaznymi klamrami. Potężnej bowiem wytrzymałości musiały być ramiona, które bodaj na czas krótki miały piastować olbrzyma. Na bloku w samym szczycie rusztowania zarzucone liny grube, kręcone z konopnych powrozów, zwieszały się podwójnymi końcami ku ziemi.
Tuż obok stał Hans Behem z czeladzią i z sześćdziesięcioma ludźmi wypróbowanej siły, którzy mieli dzwon wyciągać do góry. Po wyrazistym obliczu rzemieślnika-artysty przesuwały się kolejno blaski i cienie... obawa, radość, duma, niepewność, zwątpienie, a w końcu spokojna ufność i mocne przekonanie, że wielkie dzieło, którego się podjął, nie było wcale zadaniem nad jego siły i że dzień dzisiejszy nazwisko jego nową sławą okryje.
Oparł głowę o jedną z potężnych belek rusztowania i czekał.
Zanim strażnik z wieży mariackiej otrąbił na cztery strony świata godzinę piętnastą, już wszystkie miejsca na trybunie gości królewskich były pozajmowane. Straż miejska i służba grodzka utrzymywały porządek wśród tłumu, nie dając mu podsuwać się zbyt blisko i utrzymując szeroką drogę, aż pod samą górę wawelską.
— Jadą już, jadą! — dały się słyszeć okrzyki.
Wszystkich oczy zwróciły się ku zamkowi, skąd istotnie widać już było zbliżający się orszak królewski. Paziowie jeno i przyboczni dworzanie szli pieszo; królowa, damy dworskie i duchowieństwo jechali w lektykach, król i starszyzna dworska konno.
Okrzyki powitalne, wołania: „Niech żyje miłościwy król”, „Niech żyje miłościwa pani!” — rozbrzmiewały w powietrzu i ucichły dopiero, gdy oboje najjaśniejsi państwo zasiedli na swych krzesłach.
Olśniewający przepychem strój królowej pociągał ku sobie oczy wszystkich; zdumiewano się, zachwycano; ci, co lepiej widzieli, opowiadali z cicha tym, którzy dojrzeć nie mogli, niewiasty zwłaszcza gorzały uwielbieniem.
— Gadajcie, kumosiu144, boście wy między nami niczym bocian między kaczkami... gadajcie, ino nie zmylcie, wszystko za porządkiem, cóż ma na głowie?
— Cieniuchne, białe, ni czepiec, ni rańtuch145, widno włoską modą uczynione... opaską złotą przytrzymane, a co na niej kamyków iskrzących... ognie się ino migocą! Na szyi łańcuch złoty i krzyż diamentowy.
— Dźwignijcież mnie krzynę, boście mocna, niech aby raz okiem rzucę... Jezu! Szata jak samo słońce! Wżdy nie ze złotej lamy146, bo cale inaczej świeci niż suknia miłościwego pana.
— A nie, to jedwab taki przedni i barwa o wiele jaśniejsza niż u króla w żupanie147.
— Kwiaty po niej aksamitne, na podobieństwo żółtych róż.
— Przyjrzyjcie się dobrze, Kasprowa, czy mi się ino widzi, czy w osnowie nić fiołkowa wmieszana, bo się ano mieni raz żółto, a raz jak malwa ciemna.
— Juści prawda.
— Córeczka po nieboszczce stoi wedle niej za krzesłem.
— Ta bledziuchna, w niebieskim aksamicie?
— Aha, a przy nogach na poduszce to jej rodzona, królewna Izabela. To zasię po lewicy, maluśkie...
— Gdzie, gdzie?
— E, nie dojrzycie. To będzie chyba synuś najukochańszy... ani chybi królewicz Zygmunt. Najmiłościwszy pan rękę na główce mu położył.
Chwilę jeszcze trwały rozmowy, szmery, falowanie głów ludzkich, wreszcie wszystko umilkło, nastała cisza, lecz cisza pełna niepokoju i oczekiwania.
— Tak mi serce wali... czegoś się boję... — szeptał Krystek Czema do Jasia Drohojowskiego.
— A mnie w uszach dzwoni i huczy.
— A mnie ręce i nogi drżą — rzekł Szydłowiecki.
— Mnie z tego czekania tak nudno, aż spać się zachciało.
— Montwiłł, zmiłuj się, nie ziewaj tak głośno!
— Taże nie obraza majestatu. Ot, patrzaj, sam ksiądz biskup tak sobie ziewnął, aż strach, a wedle148 króla siedzi.
— Cicho! Już się zaczyna...
Czeladź mistrza Behema usunęła deski zasłaniające otwór „gruby”; w głębi ukazało się ogromne ucho, wysoko sterczące ponad sam dzwon. Zadzierzgnięto w nie dziesięć lin, które sam mistrz poplątał w misterne węzły, a te węzły jeszcze osobnymi sznurami pościągano i omotano.
Każdy koniec liny chwyciło sześciu muskularnych chłopów. Hans Behem wstąpił na belkę od zewnątrz rusztowania sterczącą, podniósł obie ręce w górę i zawołał:
— Baczność!
Sześćdziesiąt par oczu wlepionych w twarz jego czekało znaku.
Opuścił ręce z krzykiem:
— E — hej!
Dziesięć lin wyprężyło się równocześnie, a w głębi „gruby” coś zaszemrało.
— E — hej! E — hej! — powtarzali teraz chórem robotnicy, wytężając ramiona, chyląc żylaste karki i rozstawiając szeroko nogi.
— E — hej! E — hej! — powtarzał tysiącem głosów lud zgromadzony, pracując myślą, wolą, całą duszą razem z nimi.
Dźwignął się olbrzym leniwie, jakby mu żal było opuszczać swoje łoże podziemne, i z wolna, zrazu niedostrzeżenie, wznosił się ku otworowi „gruby”. Nareszcie ponad powierzchnią ziemi ukazało się ucho oplątane linami, za czym szary, lśniący kopulasty grzbiet dzwonu.
Dalej trwały nawoływania, wyżej podnosiło się spiżowe dzieło mistrza Behema.
A on stał na rusztowaniu z rękoma wzniesionymi w górę, krople potu wystąpiły mu na czoło... jego praca była w tej chwili najcięższą.
Gdy nareszcie cały dzwon oparł swe krawędzie na czterech głazach, u stóp rusztowania ustawionych, puścili robotnicy liny i dysząc ciężko, odpoczywali.
Wtedy ksiądz biskup Tomicki, odziany w złotolitą kapę i infułę149 św. Stanisława, zbliżył się tuż; za nim asystujący księża nieśli kociołek ze święconą wodą i dwie złote puszki ze świętymi olejami.
Biskup odmówił najpierw przepisane do tej ceremonii psalmy, po czym wodą, do której wmieszał szczyptę święconej soli, umył cały dzwon z zewnątrz, a asystenci otarli go ręcznikami. Nastąpiły nowe modlitwy i biskup olejem świętym dla chorych namaścił dzwon w siedmiu miejscach znakiem krzyża.
Gdy się pierwsza część obrzędu skończyła, wyciągano dalej na rusztowanie. Zaś po raz drugi zbliżył się doń ksiądz biskup, umył wnętrze jego tak samo, jak to czynił poprzednio z wierzchu, oraz namaścił krzyżem świętym cztery razy i rzekł donośnym głosem:
— Błogosławię cię i poświęcam ku czci świętego Zygmunta, w Imię Ojca i Syna, i Ducha świętego, Amen. Pokój tobie!
W szeroką przestrzeń między tramami rusztowania wjechał wóz przemocny150, umyślnie ku temu zbudowany; opuszczono liny i w samym środku na grubej pościeli ze słomy ustawiono dzwon.
Wspaniała procesja, w której uczestniczyło całe duchowieństwo krakowskie, zakonne i świeckie, z biskupem na czele, ruszyła ku zamkowi; następnie szedł król z rodziną, dygnitarze, senatorowie, dwór cały, potem wóz umajony gałęziami, wiozący nowo ochrzczonego, i wreszcie cała prawie ludność Krakowa. Dwanaście par wołów ciągnęło z wysiłkiem wielkim ten ciężar niezmierny pod górę. Z nie mniejszym, jak powyżej opisany, trudem zawieszono dzwon w nowej wieży, od dnia tego Zygmuntowską nazwanej.
Ostatecznym zakończeniem ceremonii poświęcenia, czyli chrztu dzwonu, jest akt uderzenia weń sercem po raz pierwszy, która to czynność przypada jako zaszczyt w udziale fundatorowi lub ojcu chrzestnemu. Tutaj jednak musiano odłożyć ten obrządek do jutra, ponieważ mimo pośpiechu i wytężonej pracy robota na wieży przeciągnęła się aż do późnego wieczora, a serce, na osobnej podwodzie przywiezione, zawieszone zostało zaledwie po północy.
Najjaśniejsi państwo i ich goście nie mogli czekać tak długo; po skończonej tedy procesji i nabożeństwie w katedrze udał się król z zaproszonymi do swych pokoi, przykazując surowo służbie kościelnej, by nikt nie ważył się tknąć dzwonu jutro rano, póki on sam na wieżę nie przyjdzie.
Niebawem podano wieczerzę, która, ze względu na opróżnione i skazane na zburzenie wschodnie skrzydło zamku, nie mogła się odbyć w wielkiej sali stołowej, lecz w izbie Syreny, nazwanej tak z powodu złocistego świecznika, wiszącego na trzech łańcuchach u stropu, a przedstawiającego Meluzynę o rybim ogonie, z bukietem świec woskowych w każdej ręce.
Pan ochmistrz Strasz wydał rozkaz, by wszyscy paziowie stawili się zaraz po zachodzie słońca w antykamerach151 najmiłościwszych państwa, by mieli przysposobione świece do przeprowadzenia dostojnego towarzystwa przez ciemne korytarze do sali jadalnej, a potem stali za krzesłami gości, gotowi do posług i baczni na każde ich skinienie.
Prócz królowej i jej dam sami tylko mężczyźni zasiedli do stołu; miłościwa pani wyraziła dzień przedtem życzenie, by żadnej z niewiast bywających u dworu nie zapraszano, przeczuwa bowiem, że nadto będzie znużoną, by uczestniczyć w wieczornym przyjęciu. Tymczasem wspaniała uroczystość jakoś jej wcale nie zmęczyła, owszem w wyjątkowo dobrym usposobieniu i wesołym humorze weszła na czele gości swego małżonka do komnaty Syreny.
— No i co ja pocznę, nieszczęśliwy — szepnął Kostuś Gedroyć do Bonera — tak wszystko wybornie ułożyliśmy, nawet i ta wieczerza była jakby li dla naszej wygody umyślona, a tu jak na złość Odmiwąsowi strzeliło do głowy spędzić nas tu wszystkich co do nogi.
— Ot, zamiast lamentów i wyrzekań, radować się ano powinieneś — odmruknął Jędrek — ale nie każdego Pan Jezus roztropnością obdarował.
— Co gadasz?
— Cichaj; pan hetman po sól sięga, muszę mu podsunąć.
Na pierwsze danie wniesiono ozory z polską podlewą, do tego makaron włoski, który z rozkazu miłościwej pani całymi pakami sprowadzany, co dzień musiał być na stole; następnie sześciorakie jarzyny, dzięki włoskim ogrodnikom królowej od roku uprawiane w ogrodach, a mianowicie: kalafiory, szpinak, pomidory, kalarepę, fasolkę szparagową i karczochy. Ksiądz biskup Tomicki odchwalić152 się nie mógł tych nowalijek i coraz to sobie dobierał, a miłościwa pani łaskawym okiem poglądała na niego i na wszystkich, co w onych przysmakach gustowali.
Signora Papacoda, bardzo jeszcze mizerna po przebytych cierpieniach moralnych, siedziała smętna obok starego Bonera i choć ją namawiał a częstował, ledwie jak ptaszek dzióbnęła dwa listeczki karczocha i jeden strączek fasoli. Za to panna Arcamone z Justusem Deciusem szermowała zawzięcie językiem, lecz przy rozmowie nie zapominała o żołądku i jadła za dwie. Inne damy dworu siedziały poniżej i... uczyły się po polsku od swych młodych sąsiadów.
— No, gadajże, coś miał gadać — zaczął znów Gedroyć do Bonera, który się ku niemu nieznacznie podsunął.
— Cóżem miał gadać? Wżdy jasne jak słońce, że nas dwustu, a gości ani połowy przy stole, tedy łacno dwom, trzem, a nawet i czterem wymknąć się choćby na pół godziny.
— Zabaczyłeś153, letkomyślniku bezmierny, jakoś mi sam wczoraj ze srogim umartwieniem zwiastował, że Arcam...
— Koniecznie ci potrza na głos wszystkie nazwiska wykrzykować154?
— Ale gdzieżby słyszała!
— Więc cóż z tego, że klucz od swej sypialni w torebce nosi? Zali torebka przykuta? Wżdy na wstędze uwiązana wisi. Czasem przy posłudze spadnie sztuciec na ziemię, trza go podnieść, niechże trafunkiem wstęga... się... sama rozwiąże, no i tego... A za jakie pół godziny Konstanty Gedroyć spostrzeże zgubę; nie... lepiej Koniecpolski, bo ten mydłek u całego fraucymeru155 w łaskach; on tedy zobaczy kieszonkę na ziemi (już się taki najdzie, co mu palcem pokaże), oczywiście skoczy na wysługi, podniesie, z dwornym ukłonem odda — i sprawa skończona.
— A dasz radę?
— Jużem wymiarkował, co ino koniuszek leciuchno pociągnąć, to się samo rozwiąże.
— Klucz weźmij, na mnie mrugnij...
— A ty Drohojowskiego z sobą zabierz!
— Ostroroga nie trzeba?
— E, wystarczy nas trzech.
Rozmowa przy stole coraz bardziej się ożywiała; nie tykano spraw poważnych, żartobliwe ino anegdoty i opowieści sypali biesiadnicy jak z rękawa, a pan hetman Tarnowski prym trzymał. Słuchano go z zajęciem, czasem nawet z niedowierzaniem, bo niejedno mniej wykształconym z biesiadników pomieścić się w głowach nie mogło. Czego ten człowiek nie widział, gdzie nie bywał, iloma językami mówił! I Paryż znał prawie jak Kraków, i na hiszpańskim dworze długie miesiące spędził, i Włochy zjeździł całe!
O Wenecji, cudnej oblubienicy morza, umiał pięknie rozpowiadać156, w Padwie u grobu św. Antoniego złote serce zawiesił, florenckich mistrzów znał osobiście, z Leonardem da Vinci przyjaźń zawarł, w Rzymie papieskiej mszy słuchał, pod Neapolem górę ziejącą ogniem widział. Czy na tym koniec? Gdzie zaś — do Afryki się przeprawił, a że o ciemnoskórych Maurach zasłyszał, to mu ich na własne oczy oglądać pilno było.
Król umyślnie rzucał pytania, by zmusić przyjaciela do tych zajmujących opowieści.
Aż tu wniesiono kurczęta ze śmietaną i włoską soczystą sałatę.
— Wszelkie uciechy na jeden dzień! — zawołał Zygmunt wesoło. — Czy jest na świecie lepsze jadło, jak kurczęta ze śmietaną157? Strzeżcie się, waszmościowie, byście głodno od stołu nie wstali, bo gdy tę potrawę uwidzę, niemal o wstrzemięźliwości zapominam.
— Zakonotuję158 te słowa waszej królewskiej mości — rzekł biskup Tomicki z uśmiechem — bo ano pora wielka wypić za zdrowie mego chrześnika, najmłodszego z Zygmuntów. Wznoszę kielich i piję w ręce wasze, miłościwy panie!
— Tak że mi przewielebność wasze źle życzycie? — z udanym żalem zawołał król. — Wiadomo wam, że wina dla zdrowia nigdy nie pijam159.
— Gotów jestem do ustępstw: zmieszamy je z wodą.
— Ustąpcie jeszcze krzynę160, księże biskupie... zali moje ulubione piwo piotrkowskie nie stanie za wino z wodą?
— Uważaj waść! Daru boskiego nie umiesz uszanować — oburknęła zgryźliwie ochmistrzyni Jędrusia Bonera, który tuż przy jej krześle upuścił koszyczek z nakrajanym chlebem.
— To niechcący, raczcie wasza miłość darować; pośliznąłem się ino — przepraszał paź pokornie — wyzbieram co do okruszynki.
Rzucił się na kolana i również niechcący sparł się jedną ręką na powłoku donny Arcamone, by ciągnąc suknię, mógł odwrócić uwagę od lekkiego szarpnięcia przywiązanej na wstędze torebki.
— A cóż za niepolityczny161 chłopak! Teraz mi znowu suknię z fałdów wyrywa; usuńże się waść!
— Już, już idę po świeży chleb do kredencerza162.
I pobiegł ku drzwiom od sieni.
— I cóż? Jest? — spytali z biciem serca Gedroyć i Drohojowski.
— O! — lakonicznie odparł Jędruś, uchylając poły.
— O rety... po cóżeś wszystko zabierał? Nie lepiej ino klucz?
— Aha, miałem ci klęczeć i rozpinać torebkę, za powrotem znowu padać na kolana przed starą sową i chować klucz na swoje miejsce? Toć by ślepa i głucha być musiała, żeby nie zmiarkowała, co się święci.
— Hola! hola! nie czas na rozhowory163; musimy się sprawić piorunem.
Zbiegli ze schodów, potem chyłkiem, muru się trzymając, w sam kąt ku stajniom, od których wozowniami oddzielona stała szopa niewielka, na nocleg dla osłów naprędce z desek zbita.
— Szmaty grube masz?
— Starą derkę ze strychu zabrałem.
— Podrzyj na czworo.
— A nie wierzga?
— Oślica zła, kąsa i wierzga, ale osioł cale164 łaskawy; chleba pół bochenka capnąłem, będę łamać i bez165 całą drogę podawać, to ani piśnie.
— Owińcież mu kopyta starannie, coby szedł cicho po kamieniach i po schodach.
— Ja sam poprowadzę — rzekł Kostuś — ty mu podawaj chleb.
I znowu z całą ostrożnością, boczkiem, chyłkiem, przekradli się do niezamieszkanego wschodniego skrzydła i do starych schodów obecnie również nie używanych. Gedroyć trzymał osła za grzywę i prowadził pod górę; gdyby nie chleb, ciężko by się dał uparciuch nakłonić, a tak co parę stopni dostawał przysmaczek i jakoś wcale prędko wdrapali się na drugie piętro. Obrócili się w swój kochany ustronny korytarz, dotarli do drzwi pokoju ochmistrzyni i...
— Święci patronowie, ratujcie!... A Krabatius w drugiej izbie... ino drzwi dzielą; usłyszy nas...
— On? Jeszcze mu się nieco chorość przywidywała, dałem mu przed wieczorem dwa kubki starego wina, śpi ano, aż chrapi. Słyszycie?
— No, to otwieraj na gwałt, bo czas ucieka!
— Już?
— Już.
— A nie będzie ryczał?
— E, ciemna izba, ciepło, najadł się, pewnikiem zaśnie.
— Na dwa spusty muszę zamknąć, tak, jak było.
— Lećmy na miłość boską w te pędy, bo mi się zda, że już wszyscy goście zauważyli, że nas na sali nie ma.
— Bo ci się rozum ze strachu miesza; ani pół godziny cała robota nie trwała.
— Słuchaj, Drohojowski, ja się nie mogę narażać na przyłapanie, bom się już pierwej dość wedle Arcamony kręcił; idź więc ty, trzymaj torbę pod nasuwniem, a przechodząc podle jej zydla, upuść z letka na powłok i nie oglądając się cale, wolnym krokiem stąpaj dalej. Zaś Kostuś chyci się Koniecpolskiego lub Korybuta, który z nich będzie pod ręką, i niby niechcący pokaże mu oną torebkę na podłodze. Pierwej by się ziemia zapadła, zanimby który z tych dwóch był o jaką psotę posądzony.
Wśród gwarnej rozmowy, wśród śmiechów i toastów, wśród bieganiny służby, nikt, nawet czujny jak Argus166 pan ochmistrz Strasz, nie zauważył nieobecności trzech chłopców ani ich powrotu na salę. Bawiono się jeszcze z godzinę przy stole, na wety167 obnoszono słodkie dania i marcypany, wreszcie królowa jejmość powstała z krzesła, dając znak do rozejścia się. Oboje królestwo żegnali najłaskawiej każdego ze znamienitych gości jakimś uprzejmym słówkiem, przy czym król Zygmunt przypominał, że jutrzejsze święto Wniebowzięcia Matki Boskiej nowy dzwon o szóstej rano swym śpiewem powita.
Pogaszono światła, sześciu paziów nocną służbę pełniących poświeciło królowi do jego komnat, drugich sześciu odprowadziło królową.
Bractwo figlikowych turniejów pobiegło czwałem do swej sypialni, by nie zapalając w niej światła, stać u przymkniętych drzwi, czyhać na przejście panien dworskich i widzieć powitanie panny Arcamony z ukrytym w jej komnacie osłem. Szydłowiecki, i jako sędzia i przełożony związku, troskał się o bezpieczeństwo swoich braciszków.
— Słuchajcie no, chłopcy — rzekł — pamiętaliście też o tym, by was ciągle przy obsłudze widziano, a krótkiej wycieczki nie spostrzeżono? Bo na tym właśnie sztuka. Taką już mamy złą sławę (Bogiem a prawdą168 cale zasłużoną), że i dzisiejszej psoty autora, czyli sprawcy, najpewniej między nami szukać będą. Choćby ino dlatego, że tutaj mieszkamy, a tamci daleko, a po wtóre, żaden by tu nawet nie trafił w one zakrętasy i zakamarki, jeszcze by które z paniątek nóżkę złamało. Więc ja najstarszy i sędzia zapytuję was, jakieście się sprawili.
— Ja — rzekł Gedroyć — bez caluśką wieczerzę, aż do samych kurcząt, stałem na jednym miejscu, bo tak najroztropniej.
— A kto znamienity może zaświadczyć, że cię widział?
— Ano, niech wasza wielmożność osądzi: stałem za krzesłem pana Firleja i miłościwa pani dwa razy do mnie przemówiła, bym mu coś tam podał. Nalewałem piwa królowi jegomości, gdy pił zdrowie swego imiennika, i umyślnie przelałem wierzchem, a miłościwy pan odwrócił głowę i połajał: „Uważaj, co robisz!” A gdym z oślej wyprawy powrócił, znowu skoczyłem na to samo miejsce i ani drgnąłem już do końca wieczerzy. Zali dobrych mam świadków? Sam król i królowa!
— A ja posługowałem z całego serca pannie ochmistrzyni — roześmiał się Jędruś — aż jej nudno było, takem wedle niej skakał. Nie moja wina, że mi się noga na onej powłoku169 skręciła i z piętnaście skibek chleba na ziemię spadło. Rzuciłem się wyzbierać, a ta jeszcze mruczy, że jej suknię depczę; jakożbym inaczej mógł wstęgę rozwiązać i torebkę uszczknąć... chi, chi, chi...
— A nie zauważyła?
— Ani krzty.
— No, a ty Drohojowski?
— Ja się razem z Krystkiem uczepiłem krzeseł panien de Macris i de Opulo i wyprawialiśmy krotofile170, aż się pokładały ze śmiechu.
— Ja zasię — rzekł Ostroróg — trzymałem się duchownych osób; księża biskupi obaj mogą przysięgać, jako ich na jeden pacierz nie odstąpiłem.
— No, a mnie także niezgorzej się działo — dodał Szydłowiecki — bo sama panna Papacoda przyzwała mnie do siebie i prosiła, bym się nie oddalał, bowiem ze służbą nie umie się zgadać, a ja po włosku rozumiem. To i stałem trzy godziny wedle niej. A ty, Dmytruś, nie boisz się posądzenia?
— Tażeż ja niczym dziecko przy matce stał sobie podle samego Strasza i coraz to do niego ręce składał, żeby mnie puścił co niebądź przespać się. Niech no on powie, czy mnie przy nim nie było.
Korybut, Koniecpolski, Stadnicki i Łaski, najwykwintniejsi z paziów, ofiarowali swe usługi damom dworskim; w starym korytarzu bowiem, którędy miały iść do swych tymczasowych sypialni, ceglana posadzka bardzo była nierówna, powybijana, niespodziewane schodki i zakręty utrudniały drogę po ciemku, bo jedna świeczka w ręku ochmistrzyni nie rozjaśniała ponurych ciemności. A że korytarz był wąski, więc po dwoje iść mogli i to z wolna, ostrożnie, uważając na nierówności i dziury w podłodze. Korybut z Łaskim szli ze świecami przodem, Koniecpolski ze Stadnickim na ostatku.
— Co to tak zgrzypi czy jęczy? — spytała Hipolita de Opulo wzdrygając się.
— Gdzie? Nie słyszę.
— Aha, jakieś dziwne głosy, niby w samym końcu korytarza — rzekł Stadnicki.
— Co? W samym końcu? — zawołała Laura Beltrani. — To ja kroku dalej nie idę.
— Coś krzyczy... co za ryk piekielny!
— Niechże się wasze moście nie boją, to może z podwórca jakie głosy dochodzą; przecie w korytarzu nie ma żywego ducha prócz nas.
— W istocie nic teraz nie słychać.
— Zupełna cisza.
— Zresztą, przystaniemy tu, póki wasze miłoście do swoich komnat nie wejdą.
Panna Arcamone włożyła klucz do zamku171; żaden szmer złowrogi nie ostrzegł jej o grożącym niebezpieczeństwie.
— Dobrej nocy życzymy waszym miłościom!
— Grazie, grazie172, pomówię jutro z miłościwą panią, opowiem jej, jako waszmościowie uprzejmi byliście dla nas i jako na całą zgraję trutniów i zuchwalców bezczelnych wy czterej tylko to prawdziwe panięta i veri gentiluomini173. Buona notte174!
„Ehe, ehe, pogadasz ty o niejednym jutro z miłościwą panią...” — szydził z niej w duchu Gedroyć, wyzierając przez szparkę.
Ochmistrzyni obróciła klucz dwa razy, otwarła drzwi i weszła do swej komnaty.
Signora Papacoda żegnała się jeszcze z paziami, a Beatrycze szukała w torebce klucza od sąsiednich pokoi, gdy nagle stanęli wszyscy jak gromem rażeni... z ciemnej antykamery biegła cofając się donna Arcamone, z lewą ręką sztywnie przed siebie wyciągniętą, jakby coś wstrętnego odpychała, podczas gdy prawą bezustannie i prędko kreśliła krzyże w powietrzu.
— Congiuro te... va via! va via175! — zatoczyła się i padła w objęcia Lauretty i Stadnickiego, którzy stali najbliżej.
— Co wam jest? Czy złodziej? Czy przywidzenie jakie? — pytali ze współczuciem.
— Może niemoc nagła? — szepnął Korybut do Beatryczy, pokazując palcem na czoło.
— Idźcie, kto w Boga wierzy!... wygnajcie go... święcona woda przy drzwiach.
— Od rzeczy gada; uderzenie do głowy. Uspokójcie się, wasza miłość.
— Nie uspokoję się, póki... on... tam jest!
— Kto?
— Diabeł? Ahi me... diabeł najstraszniejszy... łeb ogromny, rogaty...
Nie domówiła ostatnich wyrazów, zagłuszył je wybuch niczym nie hamowanego, nieokiełznanego, spazmatycznego śmiechu... Łaski aż przysiadł na ziemi, Korybut wił się, jakby go tarantula ugryzła, Koniecpolski i Stadnicki tupali nogami i kwiczeli nieludzkim głosem, a panny skakały jak piłki w górę...
Spokojnie, z namysłem i rozwagą kroczyło ku nim niewinne długouche zwierzątko, przyczyna całego zamieszania.
— Znowu oni! — zdławionym od wściekłości głosem wyszeptała ochmistrzyni.
Donna Izabela, która od niepamiętnych czasów, czyli od lat młodości, zawsze pozostawała na skrycie wojennej stopie z donną Mariną, klasnęła w ręce:
— A to ucieszni krotofila! E veramente176 una wyśmienita figla! Osioł nella camera177 pani okmiczini... barzo wesola zabawka!... cha, cha, cha...
— Równie wesoła zabawka, jak z pieskiem waszej miłości; ino że wtedy myśmy się śmiały, a kto inny płakał. Panie Koniecpolski, zechciejcie wyprowadzić to bydlę — dodała z udaną obojętnością.
Osiołek tymczasem szedł sobie wcale swobodnie przez korytarz, a na widok wesołego i hałaśliwego towarzystwa uczuł się również mile podnieconym, zadarł łeb zuchwale i ryknął, jakby go żywcem obdzierano ze skóry.
— Hi haaaau!
Rozdział IV. Figiel Mikołaja Ostroroga
Nazajutrz król Zygmunt wstał raniej niż zwykle. Ledwie doczekał wschodu słońca, tak mu pilno było dostać się na wieżę i własną ręką zbudzić do życia śpiącego olbrzyma.
Przed godziną szóstą wyszedł z przedpokoju królewskiego Aleksander Chodkiewicz, jeden z paziów, i spiesznie biegł najkrótszymi drogami do mieszkania kościelnego Marcina Grudy, by go zawiadomić, że król jegomość kończy się ubierać i za małą chwilkę będzie na wieży.
Marcin ze swojej strony zawołał czterech pachołków, bo wczoraj jeszcze pouczył go mistrz Behem, że co najmniej czterech lub pięciu ludzi trzeba do rozhuśtania dzwonu.
Miłe było zdziwienie króla, gdy wyszedłszy po stromych schodkach na dzwonnicę, zastał tam nie tylko mistrza Hansa, co było zupełnie naturalnym, a nawet koniecznym, ale hetmanów: Tarnowskiego, Firleja i marszałka Kmitę.
— Witajcie waszmościowie, z wielkim rozradowaniem was widzę — rzekł król łaskawie.
Przypatrzył się z bliska napisowi, biegnącemu dokoła dzwonu, i pięknym wypukłorzeźbom, które wyszły w odlewie nader ostro i czysto, i rozpytywał ludwisarza z wielkim zajęciem, jakie kruszce wchodzą w skład spiżu, czy długo się mieszanina owych metali roztapia, zanim jest gotową do wlania w formę, jak długo trwa ostyganie. A mistrz Behem odpowiadał szczegółowo na pytania, tłumaczył cały przebieg ciężkiej tej pracy, której pomyślnego wyniku nigdy nie można oczekiwać na pewno, i dodał w końcu:
— Ot i dziś jeszcze wątpliwości z serca nie wygnałem... dzwon odlany jest wprawdzie bez błędu ni skazy, przyjął wszystkie ozdoby najdokładniej, na pozór w niczym nie chybia, a jednak... jeszcze to nieme stworzenie... dopiero odetchnę swobodnie, gdy przemówi.
— Czegóż się obawiacie? — pytał król.
— Wiele się lękam, miłościwy panie; może być trafunkiem rysa i to niejedna w ścianach dzwonu, warstwą napływającego spiżu po wierzchu zalana. Ja jej nie widzę okiem, ale wszelkie ucho ją pozna, bo dzwon niejednolicie odlany głucho a chrypliwie dźwięczyć178 będzie.
— Więc po co się długo dręczyć? Zaczynajmy w imię Boże!
I król dał znak pachołkom, by zaruszali dzwonem.
Stanęli czterej rzędem, ujęli za liny i pociągnęli co sił... ani drgnął.
Kościelny, chłop setny, wyższy nawet od króla jegomości, skoczył im na pomoc — nie dał rady.
A mistrz Behem, oparty plecami o mur, chwycił rękoma za skronie i zapatrzył się rozmiłowanym wzrokiem w swoje dzieło, o bożym świecie niewiedzący.
— Hej, panie! — zawołał Gruda, pociągając go za rękaw. — Nie chce się ruszyć; czy posłać po więcej chłopów?
— Posłać?... gdzie... a tak... to jest nie... nie trzeba, pomogę. Raz, dwa, wszyscy razem... trzy!
Zatrzeszczały belki, dzwon usłuchał rozkazu i zakołysał się ku górze. Jeszcze raz... i jeszcze raz...
Gdy już za każdym pociągnięciem lin wznosił się regularnie i opadał, król skinął ręką na pachołków, ustąpili na bok, a sam pan miłościwy, trzej jego najwierniejsi przyjaciele i mistrz Hans z natężeniem sił swoich pociągali za sznury w coraz szybszym tempie, by zmusić serce do uderzenia.
I uderzyło! Dzwon przemówił!
Zatrzęsło się wiązanie, zadrżały mury... ze spiżowej paszczy dzwonu buchnął huragan dźwięków. Tętniące fale głosu przeniknęły wszystkich aż do wnętrza, gromko dudniły im w uszach, muskały ich po twarzach niby powiew brzmiący przedziwną harmonią. Cała wieża pełna była śpiewu, który na skrzydłach wiatru porannego popłynął ku miastu. Zdawało się niemożliwym, doprawdy niepodobnym, by te akordy tak bogate, ten chór jakby cudnie dobranych instrumentów muzycznych był... tylko głosem dzwonu.
Hans Behem płakał.
Oddano sznury dzwonnikom; król stanął w oknie zwróconym wprost na miasto, słuchał modlitwy dzwonu, patrzał...
Patrzał na baszty obronne, na wieżyce kościołów, na strzelającą wysoko pod niebo, najwyższą w Polsce wieżę mariacką, dalej poza miastem widział wioski gęsto rozsypane, łąki zielone, pola ze zbożem w kopy poskładanym i czarne szmaty lasów na horyzoncie, widział mrowisko ludzkie zdążające drogami i ścieżkami na nabożeństwo do miasta...
Widział tym oknem całe dziedzictwo swoje, dwa ludy niegdyś obce sobie i wrogie, związane nie przemocą i orężem, lecz wiarą i miłością w jeden naród. Widział ten naród zdążający pod jego błogosławionym berłem do światła, szanowany przez sąsiadów, straszny wrogom, swobodny, szczęśliwy; czuł, że imię jego przechodzić będzie z pokolenia na pokolenie, jasne jak słońce, potężne jak słońce... i dziękował w pokorze Bogu, że go uczynił wielkim królem.
Z powodu uroczystego święta, miłościwy pan, oprócz zwykłej cichej mszy, wczesnym rankiem odprawionej, był jeszcze na wotywie179 o dziewiątej godzinie przed ołtarzem Wniebowzięcia Matki Boskiej, po czym wstąpił do zakrystii zapytać księdza Krzyckiego o wrażenia, jakich doznał słuchając po raz pierwszy głosu „Zygmunta”. Ksiądz Krzycki, biskup przemyski, lecz mniej na swej stolicy niż w Krakowie przemieszkujący, był człowiekiem uczonym i dworakiem wytrawnym; rozwodził się nad arcydziełem mistrza Behema i chwalił je wymownymi słowy, a zakończył pochlebnym zwrotem:
— Godzien jest król dzwonów nosić wasze imię, najmiłościwszy panie.
Wychodząc spostrzegł król we drzwiach zakrystii nieznajomego szlachcica, który błagalnym wzrokiem nań spoglądał i pokornie się kłaniał.
— Z prośbą? — spytał krótko Zygmunt.
— O sprawiedliwość! — równie krótko odpowiedział szlachcic.
— Idź waszmość za mną; wysłucham i rozważę.
Weszli do kaplicy Przenajświętszego Sakramentu i krytymi schodkami wprost do komnat królewskich.
W pół godziny później szlachcic z otuchą w twarzy wychodził z zamku, a Starowolski, paź dyżurny, biegł do królowej jejmości z zapytaniem, czy może przyjąć odwiedziny miłościwego pana. Oznajmił się w antykamerze pannie de Macris, która zajrzawszy do bawialni, gdzie miłościwa pani listy nadeszłe z Włoch odczytywała, przedstawiła jej życzenie króla.
— Uprzejmie proszę! — rzekła Bona i żywo przebiegła do sypialni poprawić uczesanie przed zwierciadłem i zapiąć na szyi sznur wielkich bladoróżowych korali, w których wyglądała uroczo a skromnie, co najjaśniejszemu jej małżonkowi najbardziej się podobało.
— Dnia dobrego waszej miłości z serca życzę — rzekł król wchodząc, a przybliżywszy się do żony, powitał ją powtórnie i ucałował.
— Czemu lub komu zawdzięczam tak miły dnia początek, że waszą królewską mość u siebie widzę?
— Zapytać was chciałem w pewnej sprawie, ale to później; cóż pisze wicekról Neapolu?
— Powołuje się na cesarza i przyrzeka zastosować się do jego rozkazów. W każdym razie ufam, że moje prawa do księstwa Bari są święte, a że po śmierci najmiłościwszej pani, matki mojej, niesłusznie je wicekról objął w posiadanie, przeto cesarz Karol180 powinien uczynić, co sprawiedliwe, i powrócić mi dziedzictwo.
— Przez181 nijakiego wątpienia — zapewnił Zygmunt — lecz gdybyś wasza miłość zażądała mego zdania, radziłbym wysłać z listem do cesarza człowieka wymownego i erudyka182, by ustnie dopowiedział i wyłuszczył, czego by się w piśmie nie dało wyrazić.
— Raczcie mi wskazać takiego człowieka.
— Ksiądz kanonik Stanisław Borek183 odpowie godnie waszemu zaufaniu; mąż to dziwnej przenikliwości, bywalec i polityk wielki, a wymowy niepospolitej i dowcipu bystrego. Jemu zawierz, wasza miłość, a czego by nikt nie zdolił184, on sprawi.
— Dziękuję po stokroć waszej królewskiej mości, zaraz jutro zawezwę księdza Borka. Ale przejdźmy teraz do owego pytania, które mi macie zadać, a któregom ciekawa mocno.
— Chodzi tu o nieporozumienie, a zrządzeniem przypadku pełnię u waszej miłości podobną służbę, jaką u cesarza Karola sprawiać będzie wysłannik wasz, ksiądz Borek.
— Zaiste, zaciekawiacie mnie, miłościwy panie.
— Sprawa jest, zda mi się, jasna: dobra koronne, które wyznaczyłem waszej miłości jako oprawę, a w razie mej śmierci dożywocie wdowie, przynoszą dochody cale znaczne; zda mi się tedy niesprawiedliwością, że zarządcy, z ramienia waszego ustanowienia, gnębią przez wiedzy waszej dzierżawców i czynsze coraz to wyższe wyznaczają. Tak nie ma być... dedecet185! I właśnie po sprawiedliwość przychodzę do waszej miłości, by skarciła samowolę swych sług i zagroziła wydaleniem. Proszę, uczyńcie to dla mnie.
— Słusznie użyliście słowa „nieporozumienie”, miłościwy małżonku — odpowiedziała powoli i dobitnie Bona — lecz istnieje ono li między wami a mną, co zaraz wyjaśnię. Czynsze dzierżawne, za życia ojca waszej królewskiej mości ustanowione, a sądzę, że nie zaręczylibyście mi słowem, czy jeszcze nie za dziada waszego, króla Jagiełły, są śmiesznie niskie. Nakazałam memu pełnomocnikowi Grzymale przed trzema laty, by je podniósł, a w tym roku otrzymał takież samo polecenie i rozkaz, by wolę moją ściśle wypełnił.
Zygmunt zmarszczył brwi i przygryzł usta, lecz nie unosząc się gniewem, mówił łagodnie:
— Niedobry to rozkaz, chciejcie mi wierzyć. Czynszownicy mieli bardzo ciężkie lata ostatnie: grady w zeszłym roku wybiły wszystko, wiadomo wam również, jako tegoroczne srogie mrozy popsowaly oziminy, śniegi do Świątek186 stały na polach, a po wsiach ludzie chwastami się żywili187; nierzadko i pożary się trafiają. Zaliż król jest tyranem, a nie ojcem swoich poddanych?
— Pięknie i rzewnie przemawiacie, najjaśniejszy panie — z lekkim szyderstwem w głosie rzekła Bona — kłamcą byłby ten, który by was lub najmiłościwiej w Bogu spoczywających przodków waszych tyranami ośmielił się mienić. Królowie polscy w ogóle, a wy Jagiellonowie najbardziej, szlachetną wspaniałomyślnością się rządzicie... darowywać na prawo i na lewo, nagradzać, kupować miłość poddanych, nie bacząc na jutro; a gdy to jutro zapuka do skarbca waszego, znajdziecie... klejnoty cnót wszelakich, lecz szkatuły puste.
Nie tak postępują mocarze w moim kraju i nie na waszą modłę mój rozum urabiano. Gdy mam skrzynie pełne pieniędzy, kupuję wojsko i trzymam lud żelazną ręką. Królowie polscy zasię kupują serca, sieją dobrodziejstwa, a zbierają niewdzięczność!
— Tace, fatua!188 — jak piorun padły z ust króla dwa słowa. Pierwszy raz w życiu Zygmunt stracił cierpliwość. Wstał ciężko zagniewany z ławy i rzekł surowym głosem:
— Grzymała pójdzie precz, rządcę sam zamianuję, czynsze wyznaczę. Biada temu, kto mi się na jotę ośmieli sprzeciwić!
Ledwie się drzwi za nim zamknęły, Bona zerwała się z krzesła i czując swą bezsilność wobec twardej woli męża, zapałała gniewem, niemal wściekłością... Nazwał ją głupią i ziemia go nie pochłonęła! Kazał milczeć i ust nie otworzyła. Co się to stało? Gdzie się podział ów mąż wyrozumiały i pobłażliwy? Jeno189 króla srogiego widziała przed sobą.
— I nic nie mogę... nic... muszę słuchać... wszystko się stanie, jako rozkazał... — krzyczała biegając po komnacie jak szalona. Za upokorzenie, za niemoc swoją chciała wywrzeć zemstę na kimś czy na czymś, zadać ból, zranić, podeptać... Szarpnęła oburącz korale na szyi, pękła nić jedwabna, a korale rozsypały się z suchym łoskotem po posadzce...
Damy dworskie miały zawsze łatwy przystęp do królowej; otaczała ona swe rodaczki łaskawością wielką; najstarsze zwłaszcza, Izabela Papacoda i Marina Arcamone, które długie lata na dworze jej matki spędziły i na rękach ją dzieckiem nosiły, cieszyły się przyjaźnią miłościwej pani.
W parę minut po odejściu króla ochmistrzyni weszła do antykamery, ustrojona już świątecznie na sumę do kościoła; korzystając z przywileju przywiązanego do swego urzędu, otworzyła swobodnie drzwi do pierwszej izby — nie było nikogo. Z bawialni dochodził ją niewyraźnie głos królowej. „Zapewne rozmawia z którą z panien” — pomyślała i przyłożyła ucho do drzwi.
„Gniewa się... — szepnęła — krzyczy... łaje... ciekawam, która znów coś przeskrobała... dobrze trafię, jak jest zła, to rada się znęca; za piołun190 wczorajszy wyproszę łacno plagi dla tych łotrów paziów. Ale których obwinić? Ostroróg i Boner... najpewniej oni... zresztą wszystko mi jedno, byle plagi dostali. Ona także nie będzie dochodzeń czynić, zawoła Strasza i każe ich oćwiczyć.
Delikatnie, jak przystało na osobę wykwintnych obyczajów, nie poruszając prawie klamką, wsunęła się do komnaty i ku niemałemu swemu zdziwieniu przekonała się, że królowa jest sama.
Wyczerpana złością, krzykiem i płaczem, Bona stała przy oknie z czołem opartym o szybę — odpoczywała.
Na swe nieszczęście donna Arcamone nie mogła dostrzec jej twarzy; pewna dobrego przyjęcia, odezwała się słodko:
— Najuniżejsze służby moje składam u stóp miłościwej pani.
Milczenie.
„Zamyślona, nic nie szkodzi, zacznę wprost...”
— Ze skargą przychodzę do mej ubóstwianej monarchini... — przerwała.
Lecz nie mogąc doczekać się słówka od królowej, mówiła dalej:
— Paziowie, te nikczemniki zuchwałe, obrazili mnie wczoraj śmiertelnie... racz najjaśniejsza pani wydać wyrok jak najsurowszy.
Bona odwróciła się ruchem gwałtownym od okna i krzyknęła, nie hamując furii:
— Idź precz! Nic mnie twoje strapienia nie obchodzą!... Czego tu stoisz i wytrzeszczasz na mnie te sowie oczy?
— Najjaśniejsza pani...
Bona tupnęła nogą.
— Czy już nawet własnej sługi wyrzucić za drzwi siły nie mam? Precz, mówię!
Jednym skokiem ochmistrzyni znalazła się za drzwiami i padła na ławkę bliska omdlenia.
„Kto mnie oczernił... kto mnie zabił... w niełasce... ja, Marina Arcamone. Dio mio lascia moire!... Czy mi każe natychmiast opuścić pałac? Zawlokę się do mego kąta i tam będę oczekiwać strasznego losu... Jedyna pociecha, że nikt... ach, ulitował się Bóg nade mną... nikt mego poniżenia nie widział. Beatrycze i Lukrecja dokazują z Koniecpolskim, drzwi do antykamery zamknięte, reszta paziów biega po korytarzu; nikt nie widział, nikt nie słyszał”.
Donna Marina uprzedziła swe towarzyszki, że słuchając łaskawej rady miłościwej pani, idzie się położyć, gdyż po wczorajszym przestrachu czuje się bardzo, bardzo słabą.
Minął atoli ranek, minęło południe, zapadł wieczór, żadna wieść hiobowa nie nadchodziła, zbolały duch donny Mariny spoczął w pokrzepiającym uśpieniu.
Nazajutrz, gdy o zwykłej rannej godzinie paziowie wychodzili z kościoła po mszy księdza Wita, pan ochmistrz Strasz, zatrzymawszy ich na podwórzu, przeliczył, czy którego nie brakło, i kazał się stawić w tym samym miejscu zaraz po śniadaniu. Gdy się zeszli, wywołał po nazwisku dwudziestu czterech na codzienną usługę dla miłościwych państwa, resztę zaś posłał do sali szkolnej na naukę; mistrz Ambroży bowiem narzekał bardzo na próżniaków i leniwców i pod tym względem zaprowadzono od tygodnia surowszy dozór.
Zamiast uczyć się jak chcą i kiedy chcą, musieli chłopcy przygotowywać swe lekcje rano, odpowiadać je dziesiętnikom, najpilniejszym i najzdolniejszym spomiędzy wszystkich paziów, wybranym przez pana bakałarza. Dopiero gdy zadania były napisane, a pamięciowe lekcje korepetytorom „wydane”, wolno było bawić się, iść na przechadzkę, z wędką nad Wisłę lub w odwiedziny do znajomych. Po obiedzie zaś półtorej godziny lekcji z mistrzem Ambrożym, potem wspólna zabawa na podwórzu zamkowym, jakieś turnieje, bitwy, zjazdy monarchów itp.
— Gdzie lecisz? Czemu nie na górę? — pytał Jerzy Opaliński Stacha Czarnkowskiego, który zamiast do szkoły, skręcił w bok na korytarz.
— Mam sprawę do kancelarii.
— Ehę, już umykasz, byle się nie uczyć, w mojej dziesiątce jesteś i jak nie będziesz umiał, to na mnie spadnie!
— Jako żywo nie uczynię ci tego; ale, widzisz, i tak strachu mam niemało; miłościwy król wczoraj wieczorem, gdym ze służby schodził, przykazał mi szukać zaraz dziś rano pana wicesekretariusza i zawezwać go na górę, jako jest ważna sprawa, nie cierpiąca zwłoki. A ja w kościele byłem i pośniadałem191, a o rozkazie na śmierć zabaczyłem192. Więc ino pobiegnę, powiem mu i w te pędy do szkoły.
— Tak, to co inszego, muszę cię puścić.
Ostroróg, który idąc obok, słyszał tę rozmowę, aż się za głowę chwycił.
— O Jezu... Jasiek, Jędrek, na pomoc!
— Co się dzieje?
— Musicie radzić. Mówiłem wam wczoraj, jaką sobie krotofilę193 umyśliłem, gwoli194 zadworowania195 z pana wicesekretariusza.
— Aha, z onego196, co to w czary i w magię wierzy?
— Juści właśnie. Jużem wszystko przysposobił pięknie, składnie, nie wiedziałem ino, kiedy mi się nadarzy najforemniejsza chwila. Wżdy rozumiecie, że musi być ułożone tak trefnie, aby się nie poznał przed czasem, że to ino figiel.
— Więc cóż?
— Dziś właśnie taka wyśmienita sposobność się przygodzi, bo posłyszałem tylko co, że pan Rylski do króla jegomości jest wezwany. Pewnikiem jakie ważne pismo ma przysposobić; więc czy szedł będzie do króla, czy wracał, muszę go przypadkiem gdzie po drodze nadybać. A tu nie sposób wyrwać się ze szkoły, bo dziesiętnicy nie puszczają. Was bym obu zabrał jako świadków, i Szydłowieckiego, bo on sędzia.
— To może by się najpierw lekcji nauczyć?
— Co ci się uwidziało? Ani za godzinę nie będziemy gotowi, Rylski nam się wymknie i czekajże dopiero Bóg wie pokąd, zanim go ściągniesz w to miejsce, gdzie potrzeba.
— Wiecie co, Russocki użyczliwy chłopak, w jego dziesiątce wszyscy czterej jesteśmy, ino mu na rozum rzekę, to nas wypuści.
— Myślę, że nie, bo strasznie zawzięty do onej łaciny.
— No to chodźcie, spróbujemy.
— Marek, mójeś ty, poczwórna suplika197 do ciebie idzie.
— Nijakiej supliki nie słucham, znam się na waszych wykrętach, zabierajcie się do roboty!
— Słuchajże, musisz nas wypuścić na dwie godziny koniecznie.
— Ani myślę.
— Nie przerywajże, póki nie skończę. Słowem szlacheckim ci ręczę, że nim na obiad zadzwonią, odpowiemy ci lekcję bez zająknienia i pensa napiszemy, jeno przejrzysz, czy dobrze.
— Mamli zawierzyć?
— Niech no byś nie wierzył!
— Zatem zgoda; ale podajcie każdy rękę. Teraz idźcie!
— Bóg zapłać; nie zrobimy ci wstydu.
— Wiecie, chłopcy, gdzie nam będzie najskładniej? Na wielkich schodach; tamtędy iść musi, a trudno by było szukać go i czyhać po komnatach.
— Oj, licho nadało Serczykową!
— Uciekajmy!
— Paniczki miłe... gdzie tak pilno? A to biegną na złamanie karku... Stójcież! Okropności się dzieją!
— Posłuchajmy — szepnął Boner — jakieś nowe bajki baba umyśliła.
— Dobrze, ino stańmy tuż przy schodach, coby dawać pozór198.
— Niechże pani gospodyni mówi, co się stało?
— Ano, jakem rzekła... okropności; ale nie dziwota, gdy ludzie sami na siebie nieszczęście sprowadzają, to ono i przychodzi, a jakże. Ino za co ja niewinna pokutuję, to ani mój stróż anioł tego nie wie.
— Gadajcież raz!
— Wżdy nie co inszego robię, ino gadam. Łaska boska, że mi jeszcze mowy nie odjęło. A głupie dwa kołki osikowe i byłby człek miał noce spokojne. Ale czy to taki jeden z drugim posłucha dobrej rady?
— O cóż pani Serczykowej chodzi?
— Jeszcze paniczek nie wyrozumiał, że o upiorach gadam?
— Przeszkadzają? Naprawdę?
— Powiadam paniczkom, Sodoma, Gomora, a jakże! Wszędy tego pełno... w biały dzień na strych idę, to ci tak coś piszczy za mną nad samym uchem, że się odwrócić nawet nie śmiem.
— Szczury.
— Uhum, szczury; z piekła rodem. Idę z dziewką do wędzarni po kiełbasy, buch... jak nie wytnie drzwiami...
— Przeciąg naturalnie.
— Cóżem to dziecko trzyletnie, cobym nie wiedziała, kiedy przeciąg, a kiedy niesamowite sprawki? Bez podwórze wieczorem do krów idę, oho, popod nogi się plącze...
— Nie wiecie to, że pełna psiarnia młodych szczeniąt? Wyrwie się które z szopy, to i biega, dokazuje, łasi się człowiekowi, a jejmość ze strachu zaraz upiory upatruje.
— Jaja mędrsze od kury... ja bym ino chciała, coby pana Pawełka tak za nogawice szarpało, jak mnie wczoraj zapaskę chciało urwać. A w nocy... myślałam, że ranka nie dożyję.
— Do izby wlazły?
— A niedoczekanie ich! Toć kropielniczka we drzwiach, palma nad łóżkiem, przecie się boją świętych rzeczy. Choć i to nie zawsze pomaga. Ale się tłukły do okna, że niech ręka boska broni!
— Tłukły się? Ojoj...
— A jakże; strasznie ciemna noc była i wicher niesłychany... taka pogoda najlepiej im się udaje. Słyszę, coś oknem łomoce, przeżegnałam się, otwieram oczy, stoją oba w oknie!
— Jakżeście widzieli, kiedy ciemno było?
— Juści ta musieli jakim diabelskim ogniem przyświecać, bom widziała. Ten wielki trzymał głowę w rękach i bębnił nią w szyby, omal nie potłukł, a to małe, co gadał ogrodnik, że siostra alboli żona onego, trzęsło głowisią na wszystkie strony, klekotało zioberkami, a oblizywało się, widno mu srodze ludzka krew pachniała.
— Jak to... miało język? Widziała pani Serczykowa?
— Tak, jak pana Jędrusia przed sobą widzę. Ozór czerwony i pełna gęba ognia. Co się dziwić, że takowe piekielne upały chce świeżą krwią przygasić.
— No i jakże się skończyło?
— Zapaliłam gromnicę, zmówiłam trzy „zdrowaś” za dusze zmarłych, kur zapiał na to szczęście i gdzieś się podziały. Ino się łyskało kilka razy i spokój.
— Całą noc była burza — mruknął Drohojowski.
— Zgasiłam światło, nakryłam się z głową i usnęłam. Dziś sobie wezmę Nastkę z szatni, to się i samego Lucypera nie boję.
— Takaż to mocna ona Nastusia?
— Gdzie zaś... Dziewczyniątko niczym patyczek, a bledziuśka, żal patrzeć. Ino że rodzic jej zwał się Adam, matka Ewa, przyszła na świat w borsuczym gnieździe.
— Co pani Serczykowa wygaduje?
— Jakże to może być?
— Widno, że może być, kiedy jest. Dziewczyna się przysięga, jako nie zmyśla. Człowiek urodzony między zwierzęty199 wielkie ma przywileje w całym życiu: zdrową nogą bez płomienie przejdzie, na morzu nigdy nie utonie, z wieży spadnie i pójdzie śpiewający dalej; a już upiory, to go na dziesięć kroków poczują i umykają, aż im się gnaty łomią. A jakże.
— Najlepsze lekarstwo spać twardo i o bożym świecie nie wiedzieć.
— Kto by tak spał, to pewno, ale ja... Chryste Panie! wszystko na mojej głowie... i o tym pamiętać, i onego dojrzeć, i służbę dopilnować, i dziewki pobudzić, i zakupić co trzeba, i strzec pańskiego dobra... mój sen to ino drzemanie: jedno oko śpi, drugie czuwa; jedno ucho spoczywa, drugie słucha. Ot, jakie moje spanie! Bądźcie zdrowi, paniczkowie, źle się stało, żeście mnie zatrzymali, bo się spóźnię do lodowni po mięso.
— My ją!
— To ci kołowrot dopiero!
— A teraz do naszej roboty! Marsz na górę. Uważajcie, jak sobie umyśliłem: zostanę tu w przedsionku na pierwszym piętrze, usiądę na oknie, niby sobie wyglądam, niby na kogoś czekam. Jest li już pan sekretariusz u króla jegomości, to mnie uwidzi, gdy będzie wracał; nie był tam jeszcze, to się zjawi za chwilę. Wy zaś, łacno się ukryjcie i będziecie się przypatrować200, jaki to z Mikołaja Ostroroga czarodziej sławny.
— Ktoś idzie z dołu... — szepnął Szydłowiecki.
— Uciekajcie na drugie piętro, zostańcie na schodach i poglądajcie bez barierę.
— A, a, pan Mikołaj! Co tu waszmość na schodach porabiasz?
— Czekam na pana ochmistrza. Powiedziano mi, że poszedł do kogoś na drugie piętro, nie wiem, gdzie go szukać, więc siedzę i wyglądam go, bo mam prośbę. A wasza miłość także z jaką sprawą, do kogo?
— Drugi raz już do miłościwego pana idę. Kazał mi przysposobić pismo do imci pana Grzymały, zarządcy dóbr królowej jejmości, i oznajmić mu, jako najjaśniejszy pan uwalnia go w łasce z tej służby, mianując go zasię żupnikiem bocheńskim. Kazał sobie przynieść do przeczytania i własnoręcznego podpisu, więc śpieszę. Ale, ale... a gdzie księga, coś mi ją przyrzekł kiedyś jeszcze?
— Mylicie się, panie sekretariuszu; wyście się ino chcieli umawiać, ja nic nie obiecywałem.
— Jak to, cofasz się waszmość? Pięknie to?
— Nie cofałbym się nigdy, raz przyrzekłszy; ale przypomnijcie sobie, jak w onym momencie, gdyście mi domawiali i pierścień w zamian dać chcieli, drzwi się otwarły i wbiegli moi towarzysze... pamiętacie? Śliwek mi ze sadu przynieśli...
— No tak, ale...
— I już słowa nie rzekłszy, pokłoniliśmy się waszmości i pobiegli na miasto z królewskimi inwitacjami. Więc nie obiecowałem201 nic i srodze temu rad jestem, bo...
— Bo co?
— Ee... nic; król jegomość się tam pewnikiem niecierpliwi, co was tak długo nie widać.
— Sprawiedliwie mnie waszmość ostrzegasz, nie ociągając się biegnę; ale nie odchodź, ino podpis, to krótka chwilka, zaraz będę z powrotem.
— A cóż waszmości po mnie?
— Pogadać chciałbym.
I oddalił się szybkim krokiem, a Mikołka wybiegł do kolegów na schody.
— Ino teraz bacznie uważajcie, jako mu czary będę pokazował202.
— A nie boisz się, że go pogniewasz?
— E, pogniewa się, to go przeproszę, a nauczka mu się przyda, po co w głupstwa wierzy?
— Ot żeś prawie203 jak dziecko — rzekł Szydłowiecki — zda ci się, że takiemu co pomoże? Rylski do śmierci czarów będzie szukał, tak jak Serczykowej upiorów z głowy nie wybijesz.
— Oho, uciekam, bo muszę jeszcze załatwić, co najważniejsze.
Pobiegł do okna, otworzył je z hałasem, wychylił się i zaczął gwizdać jakiegoś krakowiaka. Po krótkiej chwilce odsunął się w głąb przedsionka, usiadł na ławie i przybrał znudzoną minę.
— Jestem... — zawołał nadbiegając Rylski.
— Łaska boska, bo mi się już ano spać zachciało; ani pana ochmistrza, ani waszej miłości. Cóżeście mi mieli powiedzieć?
— Ja waszmości nic; to ty mnie. Więc zaglądałeś do księgi? Pojąłeś jakowe tajniki?
— Oho, i jak jeszcze! Jakbym sobie ino spomniał204 one zaklęcia, tobym niechybnie zdolił205 niejedno.
— Pycha bez206 ciebie gada; ja od czterech lat magię uprawiam, a jeszczem do niczego nie doprowadził.
— Bo nie macie takiej księgi zacnej, jak moja.
— Założyłbym się, że ani tej ławy nie zaczarujesz, coby się sama pod drugą ścianę przesunęła.
— W takie drobiazgi anibym się bawił. Szukajcie co trudniejszego.
— Czekajże waść, co by tu umyślić?
— Dobrze, dobrze, ale ja chcę zakładu.
— Zgoda; i te same stawki co kiedyś; ty księgę, ja pierścień.
— Pamiętajcież. — I nieznacznie, wśród rozmowy zbliżał się do otwartego okna, a Rylski za nim.
— Ot, ludzie chodzą po ulicy, zaczaruj waszmość którego.
— Dobrze, ino kredy święconej trzeba.
— Ja mam! Zawżdy noszę przy sobie. Czasem próbuję wywoływać duchy (jako dotąd nadaremno), to się należy w poświęconym kole stać. A wiesz, jak to się robi?
— Ino mnie już nie uczcie, bardzo was proszę. Dajcież tę kredę. Powiedzcie teraz, co mam uczynić? Czy kazać, by się okno w tym domu naprzeciw samo zamknęło? Czy żeby ten człek, co stoi pod drzewem, zaczął tańczyć i śpiewać, czy żeby owa przekupka pod Długoszowym domem wszystkie swoje garnki i misy na drobne okruchy potłukła?207
— Okno, nie zdziwiłbym się... wiatr wionie i zamknie; człek tamten może być pijany i zatańczy... to nie czary. Lecz gdybyś mocą magii zmusił tę niewiastę do potłuczenia swego towaru, to zaiste... chybabym uwierzył, żeś posiadł wiedzę czarnoksięską. Ale wszystkie garnki?
— A jakże, co do jednego, cały kram.
— Zobaczymy, zobaczymy... — mruczał pan wicesekretariusz z niedowierzaniem.
Ostroróg, zmarszczywszy brwi, szeptał jakieś wyrazy, zwracając się kolejno w cztery strony świata. Po tym wstępnym obrzędzie zakreślił tuż przy oknie koło święconą kredą, otoczył je trójkątami, stanął w nim i znowu odmówił jakieś formułki tajemnicze, wśród których Rylski, nasłuchujący bacznie, ledwie parę oderwanych słówek podchwycił.
Zamilkł czarodziej, wydobył chustkę z torebki u pasa, otarł czoło zroszone zapewne zimnym potem udręczenia dusznego... przykląkł na jedno kolano, rozpostarł chustkę poza obrębem koła i zawołał drżącym głosem trzy razy:
— Bilitis, wzywam cię, przybądź!
Po czym złożył cztery rogi chusteczki do środka ostrożnie, jakby coś niezmiernie wątłego w niej się znajdowało, ujął ją delikatnie w dwa palce...
— A teraz idź... uczyń, coć rozkazałem, i wracaj w spokoju do twych sióstr i braci!
Wychylił się poza okno, przytrzymał chustkę za jeden rożek i strzepnął ją kilka razy.
— No, no w mojej księdze nie ma wcale takowych obrząd... rety... tłucze! Jak mi Bóg miły o ziemię wali... rozbija! Rozkażże jej, waszmość, by dała pokój! Szkodę straszną sobie wyrządza... wszak tych statków208 jest za kilkadziesiąt złotych! Spiesz się waść! Patrzaj, jak wali garnek o garnek... cegłę porwała... tłucze przez pamięci... powstrzymaj ją!
— Nie mogę — ponuro odparł chłopiec. — Bilitis tam jest i nie spocznie, póki mego rozkazu nie wypełni.
— To ją odwołaj!
— Nie mogę; sroga pomsta by mnie spotkała za lekceważenie tak dostojnego ducha.
— Ach, jakże sobie wyrzucam, żem takiej próby zażądał od waszmości! Już lepiej było zgodzić się na okno albo na taniec owego człeka.
— Już się nie odmieni, rozkaz wypełniony... Bilitis uleciała w przestworza nadziemskie.
— Zginęliśmy!... król jegomość...
Istotnie, w otwartych drzwiach, wiodących z komnat do przedsionka i dalszych pokoi, ukazał się król Zygmunt, a za nim wielkorządca Boner.
— Załatwiłeś waszmość moje polecenie czy wracasz jeszcze z jakim pytaniem?
— Wszystko w porządku, miłościwy panie — zająkliwie odpowiedział Rylski.
— A ty, Ostroróg, co się tu kręcisz przez potrzeby? Czemu nie w szkole? Bardzo mi się nie podobasz.
— A... to znów co za magiczne koło i trójkąty po podłodze? Kto się ośmiela błazeństwa jakoweś wyprawiać? Mości Rylski... dochodziły mnie słuchy o zakazanych praktykach waszmości, nie chciałem dawać wiary, lecz gdy mi prawda sama przed oczy staje, rozkazuję, odpowiedzcie, co to wszystko ma znaczyć?
— Najjaśniejszy panie...
— Przez długich ceregielów209, ino prosto gadać!
— To nie ja...
— Co nie wy?
— To Ostroróg... Arcana magiej białej... czyli zaklęcia przednie...
— Czy waść na zmysłów pomieszanie cierpisz?! — krzyknął król zniecierpliwiony.
— Jako żywo zdrów jestem, najmiłościwszy panie, i prawdę świętą wyznaję. Ostroróg mocą duchów pośrednich i zaklęć wypowiedzianych w święconym kole sprawił, że niewiasta owa, naczyniem glinianym handlująca, sama własną ręką cały swój towar potłukła.
— Ależ ten człowiek chory jest ciężko, od rzeczy plecie — wmieszał się Boner do sprawy.
— Wżdy raczcie wyjrzeć, dostojny panie, i król miłościwy niech okiem rzuci, jako przekupka pod Długoszowym domem siedzi wśród potłuczonych przez się garnków, aż ją ludzie otoczyli i dziwują się.
— Cóż ten przykry trafunek ma wspólnego?
— A ma, najmiłościwszy panie, właśnie że ma! Poszedłem o zakład z Ostrorogiem, który bucił210 się, że zna magię i oną przekupkę zdoli tak zaczarować, by uczyniła, co on zamyśli. Nie wierzyłem mu, założyłem się i... przegrałem.
Zygmunt spojrzał bacznie na pazia, a Boner coś mu szepnął do ucha.
— Zbliż no się, mości czarodzieju — rzekł król surowo.
Lecz uradowany Mikołka dojrzał uśmiech na twarzy króla.
— No, czego się ociągasz? Pójdź tu do okna, widzisz tę drugą przekupkę, co wprost nas siedzi?
— Widzę miłościwy panie.
— Dla mojej uciechy spraw twymi czarami, by i ta druga swoje garnki potłukła.
— Stanie się wedle rozkazu waszej królewskiej mości, ale dopiero jutro.
— Ja chcę dziś.
— Dziś nie potrafię.
— Dlaczego?
— Bo muszę wpierw z oną pogadać i garnki jej zapłacić211.
— Trefny psotnik z waści — rzekł król śmiejąc się i pożegnawszy Bonera, udał się do łazienki.
— Nie wstydzisz się waszmość? — z goryczą zawołał Rylski. — Dla drwinek i pustoty zadworowałeś ze mnie, naraziłeś na gniew króla jegomości... tego ci nigdy nie zapomnę!
— Zapomnijcie, panie sekretariuszu, i darujcie, całym sercem, a pokornie was o to proszę. Ani godziny bym was w błędzie nie trzymał, ino bym się przyznał do wszystkiego. Przy tym z korzyścią dla was skończyła się ta krotofila.
— Daj waszmość pokój! Drugi raz nie dam się złapać!
— Jak mi Bóg miły, nie w głowie mi nijakie żarty, ino prawdę mówię. Uważaliście gniewne słowa królewskie na widok magicznego koła na podłodze? Widno niechętni wam (a któż ich nie ma, zwłaszcza u dworu?) podszepnęli najjaśniejszemu panu o waszych próbach, księgach, o zamiłowaniu do magii. Wiecie lepiej ode mnie, jako jest pod tym względem surowy i wszystko, co ino gusłami zatrąca, ma w nienawiści. Na pewno dochodziłby, ile jest prawdy w onych doniesieniach; że zaś w rzeczach większej wagi nie zdaje się na nikogo, tedy pewnego ranka, cale niespodzianie, wszedłby do kancelarii, no i oczywiście zastałby waszmości nad ulubionym foliałem. Chyba nie zaprzeczycie mi, że ani biała, ani czarna magia, ani duchy pośrednie nic by waszmości nie pomogły wobec gniewu najpotężniejszego ducha, jakim jest król jegomość.
— Ten gniew spadł na mnie już dzisiaj, za sprawą głupiego figla waszmości. Ani chybi zostanę wydalony z urzędu.
— Ani wam włos z głowy nie spadnie. Wżdy zrozumiejcie, że właśnie dzięki memu głupiemu figlowi, o który się tak źlicie212 na mnie, cała rzecz okazała się błahostką i wywołała śmiech miłościwego pana. Wy zaś, korzystajcie z przestrogi — to moja rada.
— Panie Mikołaju...
— A co, panie sekretariuszu?
— Chyba wam już ta księga niepotrzebna. Dajcie mi ją... pierścień wasz, słowa nie cofam.
— Ależ, panie sekretariuszu, ja księgi wcale nie mam i nigdy jej nie miałem.
— Jak to? Wszak nawet... znowu się waszmość wykręcasz?
— Jako żywo!
— A tytuł?
— Zmyśliłem. Chłopcy! Hej, łacina! Czwałem do szkoły!
— Do roboty! — zawołali tamci z góry i cała czwórka pomknęła ze schodów przez podwórze do sali szkolnej.
A pan Florian Rylski stał dalej w oknie i poglądał na piramidę skorup pod Długoszowym domem.
— Ot, Bilitis mi zaaplikował, bodaj go ubito! Jednakowoż sprawiedliwie gada, że mogło być gorzej. Do śmierci się człowiek rozumu uczy... Jakże nie mieli wypatrzyć nikczemni donosiciele, skoro okna mej sypialni niziuteńko, a w okiennicach szpary na palec! Speculum magiae albae213 zabiorę dziś jeszcze z kancelarii, derkę grubą kupię w Sukiennicach, zasuwę sprawię u drzwi podwójną, zje diabła, kto co wypatrzy!
Rozdział V. Figiel Dymitra Montwiłła
— Dmytruś, serceż ty moje — przedrzeźniając mowę Litwina, przeciągle śpiewał Szydłowiecki — takeś się dopominał o swoją kolej, narzekałeś, że na czwarte miejsce cię zapisałem, a teraz co? Ostroróg wczoraj przed samym królem najmiłościwszym egzamin zdawał i na pochwałę zasłużył, twoja pora nadchodzi, no i nic?
— A tobie kto powiedział, że nic? Już mam bez pół214 wszystko gotowe.
— I milczysz, jak ten kamień?
— Taj czego gadać, póki nie czas? Swoim porządkiem ja chciał co niebądź215 zemścić się na was i dlatego cicho siedział.
— Za co, miły Boże! Kto cię krzywdzi?
— Ot, zaraz i krzywdzi; nic wielkiego nie stało się. Naposiedliście216 się na mnie, żem ospalczuch, Drohojowski gadał niedawno, co u mnie w głowie samo pierze jest; tak ja zadumał się, jak by to wam pokazać, że Dymitr Montwiłł wcale nie takie drańcie do niczego, jakby kto myślał, ot i wynalazł coś najpośledniejszego.
— A jakie to zawzięte Litwinisko! — zapiszczał Krystek Czema.
— Rzeknij choć dwa słówka!
— Powiem i trzy, dlaczego nie, a tak i nie odgadniecie nic. Widział który z was w tych dniach gospodynię?
— Serczykową?
— Serczykową.
— Szydłowiecki, Ostroróg, Boner i ja widzieliśmy ją wczoraj — rzekł Drohojowski.
— Nu dobrze; tak co ona wam gadała?
— O strachach, upiorach, takie tam brednie prawiła.
— A o Nastusi wspominała co niebądź?
— O jakiej Nastusi? Aha, o tej, co się jej nijaka przygoda nie ima?
— Właśnie. Chcecie wiedzieć, to wam powiem, że Nastusia to moje dzieło.
— Nie rozumiem.
— Taj obejdzie się, że to ja rozumiem.
— Mój złoty, mój śliczny!
— Mojaś ty jagódko rumieniuśka!
— Aha, przyszła koza do woza? Słuchajcież: gospodynię ja sobie umyślił; jej co spłatać, bo śmieszna jest i niemądra. Tak co, dowiecie się później; dziś wam tyle rzekę, że robota będzie ciężka i wszyscy musicie mi pomóc.
— A cóż Nastusia?
— Jak mamuńcia przywiozła mnie w królewską służbę do Krakowa, tak zabrała razem z sobą małą dziewczynę Nastkę, żeby jakiego mądrego medyka zaradzić się, bo u jej co wiosna febra była i choć zgubili, to znów wracała się.
— A ta Nastka to krewna twoja?
— Ta gdzież? Ciągle wam gadam, biedna dziewczyna, sierota z ojca i z matki. A stąd my ją znali, że Kołtuniszki o miedzę z Bajdunami, tak ona przychodziła do naszego dworu i ze mną zawsze bawiła się. Taj mamuńcia zabrała ją, bo żal strasznie robiło się, że tak nieustając217 choruje.
— A jak przyjechała, to i ostała potem w Krakowie?
— A jakże. Trafiło się, że do szatni szukała Grzybowska robotnicy. Nastusia szyje, haftuje, łata pięknie, tak ją wzięli i już trzeci rok tu jest.
— No i co dalej?
— To dalej, że co ja powiem, to dla niej święta ewangelia. Przykazałem więc, żeby rozpowiadała głośno, jakie to ona ma przywileje, jako raz z dzwonnicy spadła i nie ubiła się, a do studni wpadłszy nie utopiła się, i jeszcze różne inne cudeńka.
— A to u was na Litwie wolno kłamać?
— Nie rozdziawiaj się na mnie, kiedym jeszcze nie skończył.
Z dzwonnicy skoczyła z ochoty na stertę koniczyny, a do studzienki suchej wpadła, co ani w niej błota nie było. Ale opowiadać można, dlaczego nie. Że z Adama i Ewy rodzi się, takoż nie łgarstwo, niechże mnie kto powie, czy to nie najpierwsi nasi rodzice? Nu, tak nie od inszych ona pochodzi.
— Aha, a borsucze gniazdo?
— Ojoj, jakiż ty niedomyślny! Taże Bajduny, wieś pana podstolego Borsuka, z dziadów pradziadów oni tam rodzą się, żyją, umierają... zali nie borsucze gniazdo?
— No, dobrze, ale na co to wszystko?
— Tak wam już powiem na co: mnie zachciało się wynieść gospodynię w nocy z łóżkiem na podwórze.
— Czyś oszalał?
— To niepodobieństwo!
— Ona ma strasznie letkie218 spanie!
— Obudzi się!
— Ojoj... nie warto z wami gadać, jak Boga kocham! Pierwsze, nie oszalałem; drugie, trudniejsze rzeczy już człek w Kołtuniszkach dokazował, taj udało się; trzecie, baba śpi jak niedźwiedź na zimę, skórę z niej zedrzesz, nie zbudzi się.
— Skąd wiesz?
— Aha, widzisz, tak zaraz pokazało się, po co ja Nastusię na nią nasłał. Swojego człowieka muszę mieć w izbie, coby mi drzwi otworzył i co niebądź dopomógł. Więc mi Nastusia powiedziała, że dokrzyczeć się do niej nie mogła, jak ją dzisiaj wedle czwartej rano zbudzić probowała.
— Po cóż ją budziła?
— Ot, matoł z ciebie, za łaską rzec; właśnie na przekonanie, czy przede dniem twardo śpi i czy się sztuka uda.
— Wszystko rozważasz, przewidujesz, statysta219 z ciebie, kanclerzem kiedyś zostaniesz.
— Daj ci Boże zdrowie; postarawszy się, może i zostanę; tak ciebie na podkanclerza nie pośpieję220 zawezwać.
— Dobrze, dobrze, ale gdzie oną nieszczęsną niewiastę wyniesiemy?
— Oho, dosyć powiedziałem. Nad miaręś ciekawy, nie uchowasz się.
— Chłopcy, chłopcy. Mistrz Ambroży będzie łajał: dawnośmy po obiedzie, a na lekcję nie idziemy.
— Wżdy najpilniejsi jeszcze na podwórzu stoją... widzisz? Opaliński, Korybut, Potocki, Fredro, Russocki... jak oni pójdą, to my za nimi.
— A kiedyż to zamyślasz wykonać swój zamiar, Dmytruś?
— Jak będę miał nocną służbę u króla.
— Coooo?
— Toooo! Nu powiedz sam, kiedy może być łacniej? Miłościwy pan zdrów jest, aże serce raduje się, na jednym boku do samej piątej doleży; gdy się ocknie, w jednej chwili jest trzeźwy, ale pokąd śpi, to śpi twardo. Trzy lata służę, ze czterdzieści razy noc na mnie przypadała, a jeszcze ani razu którego z nas nie wołał. Więc głupi taj mądry przyzna, co najpiękniejsza pora właśnie ta jest, jak gadam. Nikt nie posądzi, nikt nie przeszkodzi, pójdziesz, zrobisz swoje, zawrócisz się do antykamery, zdrzemniesz się na kobiercu, król zawoła rano, a ot i jesteś. Anioła Rafała pierwej podejrzą niż ciebie.
— Dobrze, słusznie gadasz, no a my?
— Z wami gorzej. Chyba Kubę po was poślę na górę.
— Kubę? A niechże Bóg broni! Wygada się.
— Nie wygada się, mam na niego wędzidło: miłuje srodze Nastusię, ona takoż podobnie patrząc na niego... jedno bieda, że serca gorejące, a kalety221 puste. Tak ja im obiecał napisać do Kołtuniszek, żeby mamuńcia moją gniadoszkę222 tatuńciowi sprzedała (nie rychłożbym ja ją i tak oglądał), a sprzedawszy, przez pierwszą zręczność do Krakowa mi pieniądze posłała. To będzie posag dla Nastusi; wy zaś dorzućcie co dla Kuby, taj dadzą na zapowiedzi. Jedno i drugie pracować zdoli, dobrze im będzie razem.
— Jako Litwie z koroną.
— Ot i dlaczego Kuba nam do pomocy stanie.
— A to wyśmienicie! Wiesz, Dmytruś, ohydnie się raduję na oną wyprawę po Serczykową.
— Wiedział ja, wiedział, czego mnie tak serce ku tobie rwało się... tażeż ty dusza moja rodzona!
— Tyle lat pod jednym dachem i dopiero teraz wiem, coś ty wart.
— Beczkę soli trza zjeść razem, zanim się poznawszy.
— Chłopcy, szkoła!
— Oho, miałem ci się zwierzyć, com za figiel wymyślił, a tu wołają. To już potem, jak będziemy sami. Wiedz ino, że dwóch na to trzeba, i ani mowy, bym kogo innego szukał, tylko ciebie.
— Nie pożałujesz!
*
Mimo opróżnienia całego szeregu komnat we wschodnim skrzydle zamku, skazanym na zburzenie, pokoje królewskie wcale nie wyglądały na mieszkanie tymczasowe. Obszerne, wygodne i jota w jotę na wzór dawnych były urządzone, by najmiłościwszy pan miał pod ręką wszystko, czego potrzebował, i nie odczuwał niemile najmniejszej odmiany.
Więc w sypialni o pięknym gotyckim sklepieniu stało pod wysoko wzniesionym karmazynowym baldachimem łoże długie i szerokie, głowami na wschód zwrócone (takie położenie bowiem uważane było od wieków za najlepsze dla zdrowia). Podłoga przed łożem zasłana skórą niedźwiedzią. Między oknami stolik przykryty bogato haftowanym ręcznikiem, przed nim zwierciadło z wypolerowanej srebrnej blachy.
Kilka zydli kilimkami przyrzuconych stało pod ścianami jedwabnym adamaszkiem wybitymi. Drzwiczki ukryte w obiciu prowadziły do izdebki, mieszczącej umywalnię i szafy z bielizną i z sukniami. Naprzeciw łoża wspaniały ołtarz polowy norymberskiej roboty, w kształcie tryptyka223, cały ze srebra kuty. Wewnątrz sceny z narodzenia i życia Pana Jezusa, na zamkniętych zaś skrzydłach obrazy Męki Pańskiej.
Król Zygmunt tak był do tego ołtarza przywiązany, że gdy tylko wyjeżdżał z Krakowa, w bliską czy daleką podróż, zawsze go z sobą zabierał224.
Do tej komnaty nieprzechodniej prowadziły drzwi z gabinetu królewskiego. Ten był o trzech oknach, z pięknie rzezanym drewnianym pułapem, u którego zawieszony był świecznik, podobną robotą jak w komnacie Syreny, tylko o wiele mniejszy i nie na złoconych, lecz żelaznych łańcuchach. Duży komin kamienny z okapem zajmował niemal połowę ściany; zdobiły go bogate rzeźbione ornamenta225, a na środku widniał Orzeł Piastowski i Pogoń Jagiellonów. Makaty złotolite zakrywały ściany, kobierce tureckie zaścielały podłogę.
Przy dwóch ścianach przez całą ich długość stały szerokie ławy dębowe, przed kominem zaś zydle z podobnymi kilimkami jak w sypialni. Niedaleko okna, trochę ku środkowi komnaty, wysunięty był stół do pisania, przykryty do samej ziemi materią srebrem przetykaną. Leżały na nim pióra gęsie, ćwiartki papieru i pergaminu, kilka listów otwartych, inkaust w srebrnej zamykanej czarce, w drugiej miałki piasek do zasypywania pisma.
Przy tym stole, w wygodnym krześle, siedział król Zygmunt. Głowę oparł na ręku i czytał. W twarzy jego znać było, że jakieś troski i kłopoty myśl mu zaprzątają i że księgę rozłożył przed sobą chyba na to, by się oderwać od tego niemiłego myślenia. Wodził oczyma po wierszach, przewracał karty, ale od czasu do czasu przestawał czytać i smutno dumał. Gorycz osiadła na zaciśniętych ustach, a z oczu żal ciężki wyzierał. Szlachetny, mądry, a tak dotąd w swych zamiarach, pomysłach i czynach szczęśliwy król pierwszy może raz w życiu karmił się zgryzotą.
Przeczytawszy parę kart, odwrócił je wstecz i westchnął:
— Daremnie się zmuszam, nic dziś z mego czytania. Nie skupię uwagi!
Pogłaskał ulubioną wiewiórkę, zwierzątko tak oswojone i poufałe, że na noc tylko dawało się zamykać do klatki, a całymi dniami przesiadywało w zanadrzu u króla. Gdy skacząc mu po ramionach, czasem i po głowie, dojrzała rozpięty na piersiach jeden guzik u żupana, wsuwała się czym prędzej do tego kącika i wysypiała się smacznie, nie dbając wcale na cześć należną miłościwemu panu. Jeżeli suknia była przypadkiem szczelnie zapięta, wiewiórka wpadała w złość niezmierną, drapała pazurkami guziki i piszczała póty, aż postawiła na swoim. Rozparta wygodnie, jak w gnieździe, wyścibiała od czasu do czasu rudą główkę i spoglądała na króla bystrymi oczkami. Czasem dostawała palcem po nosku, wtedy cofała się z godnością w głąb swej izdebki, utulała się na piersiach króla i spała.
Wszedł paź i stanął przy drzwiach.
— Czego chcesz?
— Jego przewielebność ksiądz biskup Tomicki, jego przewielebność ksiądz biskup Krzycki, jego wielmożność pan hetman Tarnowski, pragną się pokłonić najmiłościwszemu panu.
— Prosić, prosić! — z rozweseloną twarzą zawołał król. — Nie mogliście waszmościowie nic lepszego uczynić, jak to, że mnie nawiedzić przychodzicie. I nie dziwota — dodał żartobliwie — duchowne osoby miewają natchnienia, aniołowie im doradzają; wy zaś, panie hetmanie, sercem czujecie, kiedy mi ciężko i kiedy tęskniąc wyglądam przyjaciela.
— Gdybyż w naszej mocy było spędzić chmury z waszego czoła, miłościwy panie — rzekł ksiądz Krzycki, przybliżając się do stołu. — Widzę, w czytaniu szukacie rozrywki; wolno spytać, co za księga?
— Żywot Pana Jezusa Krista.
— Tłumaczenie ze św. Bonawentury, przez Baltazara Opecia. Mam i ja to dzieło; ino że pierwsze wydanie w tak niedługim czasie rozchwytano, zapóźniłem226 się i z drugiej edycji dopiero kupiłem.
— A sprawiliście też sobie, księże biskupie — spytał hetman Tarnowski — on227 sławny mszał, arcydzieło drukami Hallerowskiej? Oglądałem go kiedyś w zakrystii katedralnej, ksiądz kanonik Borek chlubił się nowym nabytkiem.
— Ale oczywiście; co dzień na nim mszę świętą odmawiam; człek się tak psowa228 tymi nowymi ulepszeniami i wygodami, że nawet służbę Bożą chętniej sprawuje czytając druk wytworny niż stare, wyżółkłe i często nieczytelnie pisane księgi. A co za inicjały kunsztowne! Niczym miniatury!
Król klasnął w dłonie, dwóch paziów poskoczyło na usługi.
— Podsuńcie zydle tu do stołu. Usiądźcie, mili goście, powiadajcie, co słychać.
— Nowego nic. To raczej wy, najjaśniejszy panie, odkryliście dziś rano sprawki znamienitego czarodzieja — rzekł biskup Tomicki. — Powiadał nam Boner o onej przygodzie Rylskiego, Ostroroga i przekupki z przeciwka.
— Bardzom rad, że się ta krotofila niemal przed mymi oczami rozegrała, bo mogłem przez229 wielkiej surowości zganić wicesekretariusza; a że i chłopiec zadrwił sobie z jego umiłowanej magii, może przeto zabobonny ów człek upamięta się i rzuci w piec głupie szpargały.
— Dałby to Bóg — odparł biskup — jednakowoż niełatwo wykorzenić gusła i praktyki zakazane, gdy raz się kogo czepiły.
— Ale mu Ostroróg grzecznego figla spłatał! — dodał hetman.
— Już to wszyscy oni raźni do psot wszelakich — rzekł król — w ostatnich dniach za wiele nawet tego dokazywania. O pomalowanym piesku słyszeliście waszmościowie?
— A jakże! — zawołali wszyscy ze śmiechem.
— Przedwczoraj zasię panna ochmistrzyni znalazła w nocy osła w swej komnacie; co najgorsza, nie sposób nijak wyśledzić onych przemyślnych robotników, bo tak się zręcznie kryją, że chybaby wszystkich dwustu ukarać, to się między niewinnymi i winnemu dostanie. Ze starym Krabatiusem także jakieś zajścia były, inom się już bliżej nie dopytywał.
— Młodość szumi i burzy, ano trza bez230 palce patrzeć, póki nie nadto przykre lub szkodliwe bliźnim one żarty — rzekł biskup.
— Wszelako nie każdy młody ma pstro w głowie — zauważył ksiądz Krzycki — najdują się i tacy, którzy w zaranku231 życia okazują wielkie cnoty lub do nauk się garną, a nawet w sztukach pięknych się kochają.
— Lub dzielnym sercem i odwagą ponad wiek swój młodociany górują, jako nasz wielki król Bolesław Krzywousty o bohaterskiej duszy! — zawołał z zapałem Tarnowski.
— A w starożytnych dziejach cóż czytamy o Aleksandrze Macedońskim — poparł król mowę hetmana — maluczkim dzieckiem był, gdy dosiadł nieposkromionego Bucefała; a wstępując na tron w dwudziestym pierwszym roku życia między najoświeceńsze męże swoich czasów może być policzon.
— Jakichże synów cnotliwych wychowała ona zazdrości godna Kornelia, Grakchusów matka, co wskazując z dumą na swe dziatki, klejnotami je swymi zwała!
— Wżdy sięgając po tak dalekie przykłady — przerwał Krzyckiemu Tomicki — pomijacie piękne kwiaty we własnym ogrodzie. Jako lilia najbielsza z kwiatów, tak jaśniał wśród grzechów i zepsucia tego świata brat wasz, najmiłościwszy panie, Kazimierz święty.
— Przewielebność wasza przedstawiłeś nam w pięknych słowach wzniosły przykład cnót wszelakich — zaczął znowu ksiądz Krzycki — lecz i nauka swe świeczniki wczesną porą rozjarza; pilnoż się przykładał do pracy uczeń akademii naszej, Mikołaj Kopernikus, gdy już dziś swą niezmierną mądrością stary porządek świata przeinacza i cyframi dowodzi, czego najśmielsza myśl pojąć nie... oty, zbytnico, nicże ci nie jest poszanowania godnym, ani korona królewska, ani suknia duchowna?
Wśród poważnej rozmowy wiewiórka wysunęła się nagle z rękawa królewskiego, gdzie dla odmiany przez chwilę drzemała, i w dwóch susach znalazła się na ramieniu księdza Krzyckiego, a zoczywszy na jego szyi złoty łańcuch biskupi, ujęła go w łapki i próbowała gryźć ostrymi ząbkami.
— Uderzcie ją, wielebny panie, palcem po nosie, to was natychmiast w spokoju zostawi — rzekł król. — Srodze jest obraźliwa. Widzicie, już uciekła.
— Cały dzień ją tak cierpicie przy sobie, miłościwy panie?
— Pokąd sama chce; zwierzątko to nader przystojnie się zachowuje i roztropne jest. Dość długo już spała, teraz chce pobiegać, kosteczki rozprostować, patrzcie, jak prosto ku drzwiom susy daje.
— Wypuszczę ją — rzekł Krzycki.
— Nie trudźcie się, wasza wielebność; w antykamerze są paziowie, a ona zwykła na zasuwie uwisnąć i piszczeć, wnet usłyszą i wypuszczą. Teraz pomówmy o sprawach poważnych, nad którymi właśnie rozmyślałem, gdy mi wasze przybycie oznajmiono. Otrzymałem list z Węgier od króla Ludwika; przed tygodniem zaś i cesarz pisał do mnie w tej samej kwestii.
— Domyślam się — rzekł biskup Krzycki — że o Albrechta chodzi.
— Zgadliście, wielebny panie; obaj oni monarchowie wstawiają się za siostrzanem moim, bym zadośćuczynił natarczywym jego prośbom i Prusy Królewskie, Krzyżakom przez przodków moich w lenno użyczone, dziś po rozwiązaniu Zakonu jemu, Albrechtowi, w takimże lennie pozostawił.
— Nigdy bym tego nie uczynił! — porywczo wyrwały się słowa z ust hetmana.
— Tak i mnie rozum doradza — odparł król — gdy ano serce głos podniesie, popadam w wahanie: wszak ci to syn rodzonej siostry mojej!
— Krzywoprzysiężca!... Bogu najwyższemu ślubował i wiarę złamał — surowo i twardo rzekł biskup Tomicki.
— Lecz gdy miłościwy pan odejmie z jego posiadania ono księstwo Zakonowi dane — wtrącił z cicha Krzycki — gdzie się obróci i czym będzie?
— A niech idzie do swoich! — zawołał Tarnowski. — Mało to niemieckich książąt wiesza się u cesarskiej klamki? Znajdą mu jaki urząd lub darują zamek i wiosek parę, będzie sobie panem, a Prusy wrócą do Korony, tak jak to się boskim i ludzkim prawem przynależy.
— Zalibyście nie znali miłosierdzia, panie hetmanie, gdyby o waszą krew chodziło?
— Najmiłościwszy królu, przyjmijcie radę sługi wiernego: nie pora serca się pytać; o, wierzajcie mi... sposobność to jedyna przywrócić królestwu polskiemu tę prowincję piękną, od tak dawna od niego oderwaną. Z Zakonem była umowa. Zakon rozwiązany, nie macie obowiązków nijakich.
— Pomnijcie, że mu wujem jestem.
— I ja mój głos łączę z głosem hetmana — rzekł biskup Tomicki.
— Niegodzien ów książę być siostrzeńcem waszym, najjaśniejszy panie! Mnich wywłoka, nowej nauce bez232 Lutra szerzonej gorąco sprzyja...
— W tym się myli przewielebność wasza — żywo zaprzeczył król — i cesarzowi niemieckiemu zaręczał, i legatowi papieskiemu w Wiedniu na krzyż przysięgał, że ani mu w myśli postało od Rzymu odrywać się.
— Wszak ci mu nie nowina przysięgi łamać? Rzucając precz płaszcz krzyżacki, podeptał święte śluby. Jeden raz więcej, jeden raz mniej, co to waży? A Luter mu nowinki swoje zaleca, małżonkę pojąć doradza, świeckim księciem ostać i dynastii fundamenta233 położyć.
— Chociażby się tak stało nawet, jak przewidujecie — znowu łagodząc dyplomatycznie odezwał się ksiądz Krzycki — zali nie byłoby korzystnym dla Polski mieć sąsiada przychylnego i wdzięcznego po wiek wieka, niż odebrawszy Prusy Albrechtowi, osadzić w nich z własnego ramienia zarządców i granicząc wprost z Rzeszą, nieustannie mieć z tamtej strony zatargi i niepokoje?
— Zda mi się, że mamy w historii naszej dość przykładów, jak się z Niemcami wojuje i Niemców zwycięża — dumnie odparł Tarnowski — to by mnie już najmniej frasowało.
— Darujcie, miłościwy panie, że się jeszcze odezwę — rzekł Tomicki. — Albrecht przysięga wierność Stolicy Apostolskiej, lecz o tym wspomina, że prawie cały kraj przejął heretycką naukę, i że niemal na palcach zliczyć można prawowiernych katolików w pruskiej prowincji.
— Czyliż to jego wina? — spytał Krzycki.
— Nie bierzesz mu tego za winę? Ja zasię twierdzę, że dobry syn Kościoła stawiałby jakieś tamy odszczepieństwu w swoim państwie. Czemuż pod berłem naszego pana hydra owa nie zadziera łba zuchwale i da Bóg nigdy się to nie stanie.
— Widzę — rzekł król smutnie — że nie znajdę nawet u przyjaciół moich ulgi w tej ciężkiej wewnętrznej rozterce. Wszystko to, co mi mówicie, mości hetmanie, i wy, księże biskupie, ja sam sobie po stokroć powtarzam, a jednak... nie mam spokoju. Głos cesarza Ferdynanda i króla Ludwika za Albrechtem przemawia, głos krwi na jego stronę wolę moją przeciąga; toczę walkę sam z sobą i nie wiem jeszcze, co postanowię. To jedno wiem, że raz postanowiwszy, nie cofnę się.
— Bóg ześle wam dobre natchnienie, miłościwy królu — rzekł biskup Krzycki powstając z krzesła.
Towarzysze jego uczynili to samo, a król pożegnał ich łaskawie.
Gdy się znaleźli w przedsionku, ksiądz Krzycki zatrzymał się chwilkę, pogłaskał po głowie paziów i gwarzył z nimi dobrotliwie, tamci zaś szli powoli naprzód.
— Jak myślicie, księże biskupie — spytał Tarnowski — na którą stronę szala przeważy?
— Krzycki sprawiedliwie powiedział: Bóg ześle natchnienie, ino przychodzi mi na myśl, czy odwiedziny nasze u króla nie były właśnie owym natchnieniem z woli Bożej zesłanym. Obaj radziliśmy mu jedno, obaj w usunięciu Albrechta z Prus widzimy dobro państwa.
— Nie chcę ja przepowiadać, co się stanie, bom nie prorok ani wpływu na wolę królewską nie mam; ino to przyznajcie mi, wasza przewielebność, iż prawdą jest, jako Jagiellonowie zawżdy bywali miętkiego234 serca.
— Nie mam i ja dobrej otuchy co do końca owej sprawy — rzekł biskup — ino sobie ku rezygnacji powtarzam, że cokolwiek się stanie, za wolą Bożą lub za dopuszczeniem Bożym się stanie.
*
— Ot, Jędruś serce, stary Odmiwąs chyba zawziął się; obliczyłem kolej mniej więcej, już onegdaj na mnie noc przypadła, a tu nie. Tak myślę: nic to, nazajutrz zawoła... nastawiam uszy wczoraj, a ten gada: Skrzetuski, Psarski, Tarło, Korsak, Mielecki, Zebrzydowski. Taj co robić, czekać trza, choć człowiek zły, jak psa zjadłszy.
— I ja myślałem, że przy wieczerzy dzisiaj co wspomni, ale nie odzywał się; chyba już wyznaczył dyżur czy co? A z Serczykową, nie wiesz, co słychać, Nastusia dobrze się sprawia?
— Ta żeby tak o co, jak o to. Nastusia jej w oczy patrzy, usługuje jak mogąc, a rozpowiada dziwolągi. Wszelako upiory znowuż któregoś dnia zwidywały jej się.
— O, to źle, gotowa ją przed czasem Grzybowskiej odesłać, kiedy taka nieskuteczna.
— I ja tego bał się, ale ni. Nawet o Kubie dowiedziała się i nie zaszkodziło. Widno polubiła dziewczynę.
— Jak to o Kubie? Co takiego?
— Jako się chcą pobrać i od mamuńci posag dostaną mojej. Ucałowała Nastusię, spłakała się, ino powiada, że bardzo lęka się, by jedna z drugą od upiorów nie były zjedzone. Takie bowiem dziewczęta, co kochanie mają w głowie, już nad strachami nie władnąc.
— Wiesz ty, że to wyborne; jak ona przygoda Serczykową spotka, nie będzie się źlić na Nastusię.
— Już ja to myślał.
— Chłopcy — zawołał Chodkiewicz wpadając do izby — pan ochmistrz woła!
— Kogo?
— Wszystkich siedmiu.
— Ta coże znów zachciał? Ale przysięgam Bogu, jeżeli dziś nie idę na służbę...
— Pewno się poskarżysz samemu królowi — dokończył Chodkiewicz ze śmiechem. — Myślałem, że wolisz wyciągnąć się i chrapać we własnym łóżku, niż drzemać w antykamerze na ławie.
— Nu, ma się rozumieć, że wolę; nie o to mi chodzi, a o sprawiedliwość, już czwarty raz mnie Odmiwąs pomija... najspokojniejszemu cierpliwość urwie się.
— Chodźcie, chodźcie, nie ociągajcie się; strasznie zły jakiś dzisiaj.
— A gdzie jest?
— W swojej komnacie.
— Ino nas kazał wołać? Nikogo więcej? — spytał Szydłowiecki.
— O, to źle; czy broń Boże jakowej pamiątki na kobiercu nie myśli nam przylepić.
— Chyba nie; siedzi chmurny za stołem i parę bez235 wąsy puszcza, ale nijakich przygotowań ani Macieja z rózgą nie widziałem. No, idźcie w imię Boże, ja lecę w swoją stronę.
Weszli skromnie, cicho stąpając i stanęli rzędem przed srogim obliczem pana ochmistrza.
— O, jakie mi trusie — mruknął stary szyderczo — jagniątka, trzech zliczyć, rzekłbyś, nie zdolą, a co jeden, to gorsze ziele. Co ja z wami pocznę, niecnoty, urwipołcie najęte! Wam to zawdzięczam, że król jegomość już dwa razy w tym tygodniu przykre słówko mi powiedział. Mamże jak niańka na pasku was wodzić? Co dzień nowe psoty, co dzień nowe skargi na paziów, niczym piskorze się wykręcacie, ułapić was nie można... ino, jakem Odrowąż, słowem ręczę, że wszelakie one psikusy, co od dziesięciu dni sypie ktoś jak z rękawa, to ino wasze sprawki, wasze, jak mi Bóg miły! Gdyby wszyscy dwustu wam byli podobni, to do trzech dni obwiesić by się przyszło. Rano wstając, już wiem, że lada chwila spadnie na mnie jakaś przykra nowina; spać idę, nie wiem, czy mnie wśród nocy nie zbudzą bez wasze dokazywanie. Żywot się przykrzy... podziękuję chyba miłościwemu panu za oną służbę specjalną, w której człek dnia ani godziny niepewny, czy go żółć nie zaleje. Tak mnie już to wszystko znużyło, że chcę aby jedną noc wyspać się, jak Bóg przykazał, wywczasować się po onych gorzkościach ochmistrzowskiego urzędu. Wszyscy, jak tu stoicie, trutnie bezecne, marsz do antykamery króla jegomości!
— Ino sześciu na noc chodzi... — bąknął Gedroyć — któryż ostanie?
— Żaden nie ostanie, bo i ten jeden gotów by nabroić za dziesięciu. Wszyscy pójdziecie i basta! Godzina dwudziesta pierwsza bije właśnie; iść mi zaraz prosto, nie zatrzymując się po drodze, dziennych zluzować, odprawić, a na ich miejsce pozostać.
— Niech wasza wielmożność raczy zajrzeć do antykamery późnym wieczorem, przekonać się, jako przystojnie służbę pełnimy, wżdy gorzko na sercu słuchać łajania, gdy się człek do złego nie poczuwa.
— Lepiej byś uczynił na oczy mi się nie nasuwając, mości Ostroróg! Komu to o niewinności koszałki opałki wyplatać! Patrzcie go! Dawnoś Magulinie garnki potłukł?
— Ot, jak nas w każdym sposobie przed waszą wielmożnością czernią i szkalują! — zawołał Mikołka patetycznie. — Wżdy miała sowicie z góry wszystkie skorupy opłacone! Z wielkim rozradowaniem, od śmiechu się zanosząc, sama własnymi rękoma tłukła, aże się rozlegało.
— Już nie rozmazuj sprawy, bo nieczysta!
— Żeby wasza miłość był widział, jak się król jegomość śmiał z duszy serca, toby mi złego słowa nie mówił.
— Dość próżnej gadaniny; uczynić, com rozkazał!
— Słuchamy waszej wielmożności.
Ach, gdybyż jakie wieszcze przeczucie kazało Straszowi wyjrzeć na korytarz za idącymi niby spokojnie paziami, kto wie, czyby ich był nie zawrócił i we własnej sypialni nie wolał zamknąć.
Ledwie odeszli kilkanaście kroków i znaleźli się w przedsionku pokoi królewskich, porwali się za ręce i kołem zatoczyli młynka iście diabelskiego; bez słówka, bez szeptu nawet; lecz taniec ten szalony i twarze chłopców o niemym a triumfalnym uśmiechu zapowiadały nowe brzemię strapień i tak już nieszczęśliwemu ochmistrzowi.
— Pierwej ja się śmierci spodziewał niż tego! Taże rodzony ojciec lepiej by mnie nie dogodził! — rzekł Montwiłł.
— Cicho... antykamera blisko! — poskromił jego radosne wybuchy Boner.
— Musimy zluzować dzienną dwunastkę i tak się pokazać przykładnie, by nawet nieżyczliwe oko nic w nas nie upatrzyło.
— Właśnie dziś — dodał Drohojowski — nakazana jest senatorska powaga.
Szydłowiecki przodem, trzy dwójki po żołniersku wyprostowane za nim, weszli do antykamery. Ze względu na sąsiedztwo gabinetu króla nie wdawali się przybyli z odchodzącymi w rozmowę; podano sobie ręce, parę ust szepnęło „dobranoc”, drzwi się otwarły i zamknęły, zostali sami.
— Teraz czekajmy zawołania — rzekł Gedroyć — lada chwila król zechce się rozbierać.
Przysiedli na ławach blisko drzwi od komnaty i nasłuchiwali.
— Oho! miłościwy pan klasnął w ręce... niech Montwiłł idzie, dobrze, by go uwidział.
— A ja drugi! — prosił Czema.
— Idźcie, idźcie, a przypilnujcie, by wszystko było pod ręką.
Za kwadrans byli z powrotem.
— Nie zabaczyliście niczego? Kubek z wodą przy łóżku jest?
— A jakże.
— Światło w sypialni?
— Po cóż o takie rzeczy pytać się? Lampka przed ołtarzem dzień i noc się świeci, dolałem oleju z bańki, taj koniec.
— Okiennice zamknąłeś? Szary brzask gotów króla zawczasu zbudzić.
— Chciałem, ale nie zezwolił.
— Ano darmo, musimy się uwinąć w ostatniej chwili, gdy jeszcze wszystko śpi, nijakiego ruchu na podworcach236, zanim jeszcze ptaki w sadzie świergotać zaczną.
— A znów nie za wcześnie, boby chłód poranny niewiastę zbudził, i to, na co najwięcej raduję się, spełzłoby na niczym.
— A o cóż ci chodzi?
— Żeby naród ono dziwowisko oglądał; tego ja chciałby; służba wstaje o piątej, gdzie niektórzy z dworzan takoż rano zrywają się; jeżeli z narażeniem karków napracujem się, to przynajmniej uciecha z tego dla nas ma być. A teraz wiecie co? Pięciu niech śpi, a dwóch będzie czuwać do północy. Potem znów dwóch do godziny drugiej, wreszcie ostatnia straż przed czwartą kończy się. Zejdziemy na palcach na dół i do roboty.
— A Nastusia biedaczka nie wie, że to dziś. Odmiwąs tak nas niespodzianie złapał.
— Już ja i o tym pomyślał. Zbiegnę potem na chwilkę, zapukam do szyby, a Nastce już wiadomo, co to znaczy się, że ma zostawić drzwi nie zamknięte.
— A jak śpi i nie usłyszy?
— Już ja poczekam, póki rygiel nie stuknie. No, nie baraszkować, przyłożyć się do ławy i spać, a najstarszy z najmłodszym straż trzyma.
Szydłowiecki i Czema stanęli w oknie, by ich sen nie zmorzył zdradziecko, reszta zaś pokładła się na ławach i chrapnęła aż miło.
Cisza zaległa antykamerę. Stróż nocny otrąbił dwudziestą trzecią godzinę — czyli jedenastą. Zaszemrały kroki w korytarzu, zgrzypnęła237 klamka i głowa pana ochmistrza ukazała się we drzwiach uchylonych. Policzył oczyma śpiących, spojrzał na otwarte okno i opartych o futrynę paziów — dzięki Bogu wszystko w porządku... jedni drzemią, dwóch czeka na każde zawołanie. „Dziś chyba usnę spokojnie” — pomyślał i cofnął się zamykając ostrożnie drzwi za sobą.
O samej północy zbudził Szydłowiecki Drohojowskiego i Gedroycia, a Czema Montwiłła. Lecz musieli go wszyscy czterej szarpać i potrząsać, zanim się opamiętał, gdzie jest i czego chcą od niego. Przecierał oczy, ziewał, przeciągał się, wreszcie wstał z ławy, spojrzał po wszystkich na wpół przytomnie, westchnął ciężko, nasunął kołpaczek na głowę i pomaszerował. Niebawem powrócił i spał dalej snem sprawiedliwego.
Reszta nocy przeszła według ułożonego porządku. Na kilka minut przed czwartą sześciu chłopców schodziło cichuteńko po schodach na dół. Szydłowiecki pozostał w przedpokoju, na wypadek przebudzenia się króla. Tak więc dowcipny pomysł Strasza, by wszystkich zawadiaków dać razem na służbę, okazał się wielce pożytecznym; ale dla nich, nie dla niego. Mogli bowiem dokonać bezkarnie swojej zbrodni, a nadliczbowy kolega wystarczał aż nadto do posługi przy królu, zwłaszcza że noc jeszcze była ciemna i miłościwy pan ani myślał się budzić.
— Chłopcy... jak najciszej... na miłość boską... — szeptał przezorny Gedroyć. — Czema! Nie szurgaj nogami! Nie umiesz chodzić jak człowiek?
— Pod ścianą się trzymajcie, coby was jaki ranny ptaszek nie dojrzał.
Stanęli.
— Otwarte?
— Uhum.
— Pst... Nastuś...
— Co?
— Śpi twardo?
— Jak sam kamień. Ino bym radziła nakryć czym ciepłym i wedle głowy takoż zatulić, bo jak ją powietrze owionie...
— No, to dawaj jakowe chusty i zrób, jak zdolisz najlepiej, bo my cale nie znamy takiej roboty.
— A łóżko szerokie? Mierzyłaś, jakom ci kazał?
— Nie frasujcie się, panoczku, przejdzie beze drzwi leguteńko238. No, teraz się nie zbudzi; chustę grubą na nogi jej dałam, a dokoła głowy i na uszy rańtuszek wełniany; śnić ano będzie, że się na kominie wylega.
— O rety... Dmytruś... — jęknął Drohojowski.
— Czegóż?
— Może nas psy obskoczą.
— Wżdy nas znają, to szczekać nie będą, a po drugie, idziemy bez pałacową bramę na tamto podwórze, gdzie psów nie puszczają, coby nie szczekały pod królewskimi oknami.
— A my tam po co?
— Zobaczysz. No, chłopcy, brać łóżko; ino ostrożnie, powoli, żeby gdzie nie szturchnąć. Na początek dźwigniemy we czterech, dopiero tam dalej przypomożecie nam. A ty, Nastka, zasuń rygiel, okno otwórz, śpij i pamiętaj, co nie wiesz o niczym.
— Ani okiem nie mrugnę, panoczku.
— Nu, ale baba sobie niczego ważna... jakby tak z milę ponieść, toby człek zasapał się co niebądź. Ostrożnie, Czema, nie chybotaj łóżkiem!
— Matko... ktoś idzie...
— Nie, to ino wiatr gałęźmi taki szum czyni. Już się nie bójcie, cały gród śpi, jeszcze się ani na wschodzie nie rozjaśnia... gwiazdy świecą.
— Gdzież ten Dmytruś nas prowadzi?
— Zwariowałeś? Do sadzawki?
— Nu, a gdzież dla niej lepiej byłoby?
— Woda bryźnie i baba zbudzi się.
— To nie bryzgaj... sto razy powtarzam: ostrożnie!
— Głęboko...
— A tobie kto powiedział, że głęboko? Dno cegłą wybrukowane, wody ino tyle, co z fontanny bez dzień uleje się, a fontanna zamknięta na noc i rurkami woda odpływa. Łóżko wysokie, ani do pół nogi nie zamacza się. Ostrożnie, powiadam... letko stawiać... nu, już po wszystkiemu. Ot, jak pięknie... aż miło patrzeć... Świtezianka239 czy co?
— Chi, chi, chi, chi...
— Teraz na górę, co koń wyskoczy! Aby nas kto ze służby nie spostrzegł... lada chwila stajenni się zbudzą.
— Ojoj... na jednom głupi był... taże my ciżmy w wodzie zamaczali.
— Biegajmy do siebie i zmieńmy.
— Nie ma czasu; zresztą, szukaliby w naszej izbie i wykryłoby się, a na nogach może i wyschną. Skóra ciemna, nie będzie znać, że mokra, chyba pomacawszy; a da Bóg, Strasz nie padnie na to, coby macać. Nu, tak wracajmy! Szydłowiecki z okna wychylił się... biedneńki on, chciałżeby z nami być!
Wybiła piąta. Służba zamkowa budziła się powoli... od czasu do czasu przebiegnął któryś z parobków stajennych lub ogrodniczków przez podwórze. Zaczynało dnieć... zaledwie znać było jakiś ciemny przedmiot przy brzegu sadzawki. Zajęci robotą parobcy nie zwracali uwagi. Dopiero kuchcik, biegnąc po drewka do szopy, rzucił okiem na prawo i stanął jak wryty. W pierwszej chwili nie zrozumiał... potem nastraszył się i uciekł jak oparzony.
— O rety... Kasper... Walenty... cosik leży wielgiego na wodzie... idźcie zobaczyć... cosik na podobieństwo łóżka!...
— Ot, przyśniło ci się i tyla — zgromił go stary kucharz. — Jeszcześ nie dospał, to sobie oczy przemyj, a po drwa mi w te pędy biegaj!
— Nie pójdę, boję się.
— Walek, idźże zobacz, a jak nic nie ma, to daj brzdącowi za kark, coby tydzień popamiętał.
Pobiegł Walek, wrócił ze śmiechem, aż czkawki dostał, ledwo zdołał wybąkać:
— Serczykowa!
— Cóż Serczykowa?
— Ano śpi w łóżku na wodzie.
Tedy poszedł i Kasper. Nadbiegł Wojtek ogrodniczek... Kuba i Pietrek ze stajni, Hanka z pralni, Ewka z Maryną z piekarni, Basia, Ulina, Jagnusia i Krysta z obory, słowem, z każdą minutą powiększała się liczba widzów zaciekawionych, a wszyscy jakby się zmówili na jedno, sprawiali się cichutko, krztusili się, by nie parsknąć śmiechem, rozmawiali szeptem i czekali, co się to stanie, jak się gospodyni przebudzi.
W sypialni królewskiej także dzień się poczynał.
Szydłowiecki, przywołany przez miłościwego pana, skrzesał ognia i zapalił dwie świece. Za czym wraz z Bonerem, który na szczęście nie wchodził do wody i ciżmy miał suche, posługiwał królowi przy ubieraniu.
Tamci zaś, nie dbając na szkodę, ocierali swe obuwie kobiercami rozesłanymi na podłodze i przekonywali się ku swej pociesze, że ślady wodnych igrzysk ulatniały się wcale prędko. Za godzinę nikt im już nie dowiedzie udziału w zamachu na gospodynię.
— Otwórz okno — rzekł król do Bonera. — Słońce już weszło?
— Już, miłościwy panie.... chi, chi, chi, przrzsk.
— Zali w tym co śmiesznego widzisz, że słońce weszło?
— Darujcie miłoś... przrzsk...
— Przecz240 się krztusisz? No, no, nie bój się, głupiś, boś młody; Szydłowiecki mądrzejszy... Nie! I ten pięściami gębę zatyka... Cóż to ma znaczyć? Błazeństwa się was trzymają... Mniemam, że po nieprzespanej nocy każdemu raczej ziewać niż śmiać by się chciało. Wyjrzyj, kto chodzi po tamtej komnacie?
— Stańczyk, miłościwy panie.
— Wołaj go. Cóżeś tak rano przybieżał? — spytał król zdziwiony. — Nie zwykłeś pojawiać się równo ze słońcem.
— Bo też nie co dzień zdarza się to, co dzisiaj; a tak dawno już nie widziałem a nie słyszałem waszego śmiechu, miłościwy panie, żem po trzy schody na raz skakał, by ino na porę trafić, a nie zapóźnić się.
— Jakoś was dzisiaj cale nie rozumiem; chłopcy płaczą od hamowanego śmiechu, ty zaś pleciesz przez ładu i składu...
— Wżdy nie moja wina, że król nawet tego nie wie, co się pod jego oknami dzieje.
— O cóż chodzi?
— Wyjrzyjcie, panie.
— Zbiegowisko przy sadzawce... ci ludzie takoż się śmieją... Stańczyk, gadaj mi zaraz!
— Nie widzicie, panie? Gospodyni marszałkowskiego stołu, na podobieństwo Mojżesza z kołyseczką wyrzuconego na rzekę, śpi ano w swym łożu wśród sadzawki.
— Ona? Skądże się wzięła?
— Zda mi się, że raczej Strasza niż mnie należałoby zapytać.
— Co? Znowu paziowie? Chyba mnie nie posłuchał... lamencił wczoraj jak dusza w czyśćcu, że dzień i noc nie ma spokoju, a wszystko bez siedmiu urwisów, bo reszta wzorowo się sprawia. Tedy mu doradziłem, by onych łotrzyków bez kilka nocy do mojej służby zapędził. Gdy się miasto241 spania przemęczą raz i drugi, przestaną broić; a po wtóre przekonamy się, że ucichną głupie figle, gdy sprawców zabraknie. Hej, Szydłowiecki, wszakże i ciebie między najgorszymi wymieniał... Którzyż są w antykamerze?
— Boner, Gedroyć, Montwiłł, Czema, Ostroróg i Drohojowski, miłościwy panie.
— Tedy kto babę włożył do wody? — roześmiał się król.
Stańczyk pocałował go w kolano.
— A co, nie mówiłem, że warto wstać przed wschodem słońca?
— Biegaj mi zaraz na dół i przypilnuj, by niewiastę odniesiono na powrót do jej izby. A śpiesz się, będę oknem patrzył, jako się to stanie.
— A nam wolno zobaczyć? — spytał Boner strojąc minę niewiniątka.
Król spojrzał nań, potrząsając głową.
— Ot, zagadka nowa dla Strasza... idźcie.
Stańczyk zbiegł na podwórze, paziowie za nim; gromadka służby rozstąpiła się na dwie strony, a błazen, nie bacząc na rozkaz królewski, pewny ino, że mu wszystko ujdzie bezkarnie, krzyknął potrząsając swą laseczką z dzwonkami:
— Pani Serczykowa... śniadania czekamy!
— O raju... w tej chwilusi!...
Usiadła na łóżku z zamkniętymi oczyma, przeżegnała się... i jedną nogą chlupnęła w wodę.
Powitał ją gromki wybuch krzyków i śmiechów. Zgromadzona gawiedź pokładała się, wiła, kurczyła z gwałtownego chichotu.
W oknie na górze stał król i głębokim basem wtórował powszechnej wesołości.
— Rety... ludzie, ratujcie! co to? Matko!... Aha, juści, już wiem... no jakżeby... dwa głupie kołki osikowe i byłby spokój do sądnego dnia. Święta Urszulo z towarzyszkami... za co ja pokutuję!
Dmytruś szturchnął w bok Szydłowieckiego:
— Tak trza lecieć do króla miłościwego i popytać się, który lepiej zdał egzamin, Ostroróg czy Montwiłł? Niech nas król sądzi. Nu, Pawełku, nie idziesz?
Rozdział VI. Figiel Andrzeja Bonera
Widzicie, panie ochmistrzu, że niesłuszne były wasze posądzenia — mówił król do Strasza, który przybiegł zrozpaczony sprawą Serczykowej — wyrzekaliście na zgraję zbereźników, a oni spędzili noc przykładnie na moich usługach; psotę zaś niesłychaną, do której i rozmysłu, i umowy, i kilku par rąk było trzeba, znowu nieznani sprawcy popełnili!
— Nie odstępuję od swego, miłościwy panie.
— Czyli że?
— Że o godzinie dwudziestej trzeciej widziałem onych zuchwalców śpiących w antykamerze, o piątej stawili się na zawołanie waszej królewskiej mości, lecz pozostaje nam jeszcze sześć pełnych godzin, w których mogli broić, jako im się żywnie podobało?
— Dlaczegóż koniecznie mają być ci, a nie inni?
— Bom już dawniej sidła zastawiał i dzisiejszej nocy tak samo się zaczaiłem; gdy wszyscy paziowie spali już po swych sypialniach (o czym się przekonałem, zachodząc do każdej i zaglądając do łóżek), przeciągnąłem cienkie nici w poprzek drzwi i uwiązałem do przeciwległych zawias. Ktokolwiek by wychodził w nocy, musiałby nić zerwać. Przed szóstą, czyli przeszło w godzinę po wyłowieniu onej utrapionej syreny, pobiegłem niby to sprawdzić, czy chłopcy wstają, w rzeczy zaś obejrzeć nici na drzwiach... ani jedna nie była zerwana. Gdy tedy li w młodych głowach podobne błazeństwo uląc się mogło, a prócz nocnej służby najmiłościwszych państwa, wszyscy paziowie okazali się niewinnymi, jakoż nie mam obstawać przy swoim?
— Posądzajcież zarówno i dyżurnych najjaśniejszej pani.
— Nigdy w świecie! Tam dałem sam kwiat i chlubę moich wychowanków; pierwej bym chyba ja, stary, łamane sztuki pokazował, niżby oni cośkolwiek nieprzystojnego uczynili.
— Ha, może i macie słuszność, lecz dowodów żadnych, karać nie wolno! Zechciejcie, proszę waszmości uprzejmie, powiedzieć, przechodząc, któremu w antykamerze, by zawiadomił jego wielmożność pana Kmitę, że go pilno oczekuję. A nie trapcie się zbytnio... młodzi są, jak dotąd nikomu się tak dalece krzywda nie stała, tedy srogość wielką na zewnątrz okazować, a w sobie ino śmiechem to wszystko zbywać należy.
Pan Strasz pokłonił się nisko i odszedł układając w duszy, że nie daruje i póty czyhać będzie, aż winnych odkryje.
— Jego wielmożność pan marszałek Kmita! — oznajmił paź otwierając podwoje.
— Otom już na rozkaz najmiłościwszego pana — rzekł Kmita stając przed królem.
— Siadajcie, dobry przyjacielu — odpowiedział Zygmunt witając gościa. — Nie miałem czasu pomówić z wami rano, a ciekaw jestem, co za sprawę mieliście do mnie.
— Czekają waszą królewską mość niezbyt miłe odwiedziny; oczywiście, jeżeli zechcecie przyjąć gościa, miłościwy panie.
— Zaliżbym mógł okazać się tak nieludzkim gospodarzem i drzwi zamknąć przed gościem? — z uśmiechem zapytał król.
— Bywają przykłady... — powoli mówił Kmita. — Zjechał do Krakowa wczoraj pod wieczór hrabia Kuno von Bergow, komtur Rhedeński, wysłannik księcia Albrechta; przyjąłem go w moim domu, komnaty poselskie bowiem, we wschodnim zamkowym skrzydle, już są cale nie do zamieszkania, robotnicy poczęli burzenie murów.
— Sprawiedliwie rzekliście... niemiłe to odwiedziny; czegóż chce?
— Pokłonić się miłościwemu królowi — powiada. — A co więcej, zachowuje zapewne dla waszych, nie moich uszu, najjaśniejszy panie.
— To się myli, bo w tajemnicy przyjmować go nie będę, ino waszą miłość pospołu z onym hrabią zapraszam, wy zaś zechciejcie uprzedzić wojewodę Firleja, księdza biskupa i pana hetmana, jako ich również pragnę mieć przy sobie.
— O której godzinie raczy wasza królewska mość przyjąć Krzyżaka?
— Niech przyjdzie o szesnastej. Bogiem a prawdą, wolejbym242 go na oczy nie widział, a tu i gadać z nim, i ugościć go trzeba. Wspomnijcie mu, że po audiencji na wieczerzę go zapraszam.
By nie użyczać rozmowie uroczystości i wielkiej wagi, Zygmunt nie oczekiwał Krzyżaka w sali przyjęć, lecz w swoim prywatnym mieszkaniu, tym bardziej że i poselstwo komtura miało cechę raczej poufną.
Ledwie u króla zebrali się Tomicki, Firlej i Tarnowski, gdy z antykamery roztwarły się drzwi i pan Kmita wprowadził Krzyżaka.
Poseł niósł się z godnością, choć jak na członka Zakonu wcale nie hardo. Był to mąż poważnego wzrostu i postawy, o rzadkiej, trochę już siwizną przyprószonej brodzie; twarz miał układną, na pozór spokojną, w oczach tylko łyskały przelotne ogniki. Odziany był po wierzchu w suty biały płaszcz z czarnym komturskim krzyżem na ramieniu i w równie mlecznobiały habit, przekreślony na piersiach drugim czarnym krzyżem. Rycerskie rzemiosło mnicha poznać można było tylko po mieczyku bogato oprawnym, zawieszonym u pasa i po srebrnym hełmie ocienionym wachlarzem piór pawich.
Dopiero we drzwiach królewskiej komnaty hrabia Kuno uznał za stosowne zdjąć szyszak z głowy. Skłonił się przy tym głęboko, ale nie spuścił oczu, które spod brwi śledziły oblicze królewskie, po czym przystąpił ku Zygmuntowi. Ten łaskawym skinieniem ręki powitał posła.
Von Bergow list złożony i przypieczętowany sygnetem, z ponownym ukłonem, wręczył królowi, który bez jednego słowa pieczęć rozłamał i pismo jął odczytywać. Twarz jego wspaniała nie okazywała wewnętrznego wzburzenia, domyślali się go tylko polscy panowie po nieznacznym ściągnięciu potężnych czarnych brwi.
Przebiegłszy pismo oczyma, król Zygmunt położył je na stole i rzekł:
— Usiądźcie, mości pośle.
Po czym zwracając się do senatorów, dodał:
— Pisze mi Wielki Mistrz, iż jego miłość hrabię Kunona von Bergow, komtura Rhedeńskiego, mocuje do układów z nami. Słucham was, panie von Bergow.
Krzyżak, zaskoczony chłodnym przyjęciem, siedział sztywnie243, muskając końcami palców brodę dla nadania sobie pewności.
— Śle mnie do waszej królewskiej mości pan mój, jaśnie oświecony książę Albrecht pruski, gwoli porozumienia w sprawie hołdu lennego, który wam winien złożyć, najjaśniejszy panie.
— Mistrz Albrecht hołd mi już złożył.
— Ale książę poczuwa się do tej powinności, jako że chce ostać i on sam, i przyszły ród jego, wiernym korony polskiej lennikiem.
— Dziwnie skory dziś do hołdów mistrz... lub jak pana swego zwiecie, jaśnie oświecony książę. Nie tak to ów „lennik wierny” kwapił się z hołdem, gdy został głową Zakonu. Joba, biskupa pomezańskiego, nasyłał mi, odwłócząc powinność do św. Marcina. A któż to trzy lata później poddane i kupce244 moje łupił i zabijał, chłopy z królewszczyzn do więzienia imał? Kto mistrza inflanckiego na zajęcie Żmudzi mojej wyciągał, kiedy Moskwicin Litwę mi pustoszył? Jeno że skóry swej własnej nie byli pewni, zasięgnąwszy języka, że starosta żmudzki zęby im gotów pokazać. Dopieroż do mnie listy a wymówki!
— Za łaską pana mego najmiłościwszego — rzekł Firlej, ostry wzrok topiąc w oczach posła — miałbym ci ja niejedno dorzucić od siebie, głową bowiem i ręką w onych rzeczach narabiałem. Pamiętasz, mości hrabio von Bergow, rok pański 1520? „Wierny Korony Polskiej wasal”, Brunsberg miasto od biskupstwa warmińkiego urwawszy, swoim je ludem obsadził, jako zawsze korzystając, iż w tymże roku Moskwa ponowne zagony po całej Litwie rozpuściła, aż o Wilno się oparłszy. Dopiero wy, najmiłościwszy panie, wonczas mnie z wojski245 swymi wyprawiliście, iżbym siostrzanowi waszej królewskiej mości miast i miasteczek naszarpał, a drogę mu z granic Rzeczypospolitej orężem do domu pokazał. A toć pomiędzy nami z waszej przyczyny bez rok cały krew się lała!
— Dozwólcie, miłościwy panie, że i ja swoje dołożę — wtrącił hetman Tarnowski, nie dając przyjść do słowa Krzyżakowi — choć zapadło już wonczas postanowienie: wojnę przeciw Zakonowi obrócić, a „wiernemu wasalowi” lenno do cna odebrać.
— Umiał wtedy Wielki Mistrz kajać się i zginać; w Toruniu przed sejmem po rękach mnie całował.
— Kto wam u króla łaskę i pobłażanie w tak ciężkim terminie wyprosił, jeśli nie ten, komu ninie płaszcze z krzyżakami pod nogi rzucacie? Ojciec Święty! — zawołał wzburzony biskup Tomicki.
Pod gradem coraz cięższych zarzutów komtury nawet nie drgnął. Patrzył śmiało w oczy mówiącym i tylko brodę nieco prędzej gładził.
— Trudno mi, najmiłościwszy królu i panie — rzekł po chwili — z tak mnogimi, światłymi, a Bóg widzi niesłusznie uprzedzonymi krasomówcami szermować. Niesnaski graniczne... rzecz na tym świecie zwyczajna i między najlepszymi sąsiady, gdyby Zakon wyliczać chciał krzywdy i uciążliwości, uchowaj Boże nie od waszej królewskiej mości, ale od urzędników polskich różnymi czasy płynące, toby się chyba sporo pergaminu zapisało; nie żałować246 się ani dawnych żalów odnawiać nam teraz.
— Jakie krzywdy? — żachnął się Tarnowski. — Nadania polskich książąt i królów? Ziemie chełmińska, dobrzyńska, lubawska, nieszawska, wsie i miasta podarowane szczodrze przybyszom, to krzywdy zadane waszej miłości?
Nie patrząc na Tarnowskiego, zwrócił się Krzyżak do biskupa:
— Jaśnie oświecony książę, acz suknię duchowną zdziewa247 jako w oczach nowszych i oświeceńszych przestarzałą, wszelako znamienia krzyża pańskiego z duszy ni z serca nie maże. Prosi o wybaczenie przykrości zadanych, doznane po chrześcijańsku puszcza w niepamięć; do serca najmiłościwszego swego pana jako siostrzan248 apeluje.
— Z całej odpowiedzi — rzekł pomyślawszy król — usłyszałem jedno tylko słowo „siostrzan”. Ale pan katolicki, ale król polski winien pamiętać o tym jedynie, co się godzi, a co się nie godzi.
Krzyżak nieporuszony odezwał się:
— Zali niegodziwym byłoby do zgody skwapliwie wyciągniętą rękę przyjąć, między chrześcijańskimi ludy249 pokój utrwalić, Rzeczypospolitej na wieczne czasy łaską kupić przyjaciela? Toć sam Zbawiciel nasz powiedział: „błogosławieni pokój czyniący”...
— Uszło widno pamięci waszej poselskiej mości — rzekł cicho ksiądz Tomicki — co na innym miejscu Chrystus Pan o pobielanych grobach powiada, i przepomniałeś250 chyba, że frymarczące ziemskimi dobytki sam powrozem ze świątyni wygnał. — Tu biskup skłonił się przed królem znacząco.
Król milczał.
— Mam nadzieję — rzekł słodko Krzyżak — że najjaśniejszy pan nie gorzej obeznan jest z Ewangelią od was, księże biskupie, i że w niej znajdzie słowo miłości, które bym odnieść mógł mojemu księciu.
Zygmunt zwrócił się do Tomickiego.
— Dzięki Bogu nie wyzułem się jeszcze z wiary ojców moich, iżbym sobie rościł prawo do lepszego tłumaczenia ksiąg świętych niż Kościół i biskupi. Wam zaś, panie von Bergow, powiem jeno, że słowo miłości w waszym Zakonie byłoby czymś zgoła nie znanym. Tą cnotą rycerze krzyżowi nigdy nie mogli się chlubić, jako świadczą dzieje i strumienie krwi niewinnie przelanej. Mistrzom niełacno było dawać wiarę, jakoż ją dać ostatniemu, który daną Bogu przysięgę pospołu z płaszczem zdeptał?
— Zali tę odpowiedź waszej królewskiej mości odnieść mam księciu Albrechtowi?
— Zaiste, byłaby nie inna, gdyby nie pamięć miłej siostry mojej, Zofii. Na odpowiedź nie pora. Rozważę.
Wysłannik księcia Albrechta, wychyliwszy w imieniu Zakonu kielich goryczy na posłuchaniu u najjaśniejszego pana, nie mógł wcale narzekać, by jego samego, to jest hrabię Kunona von Bergow, najmniejsza uraza ze strony monarchy lub senatorów była spotkała. Otaczano go uprzejmością wyszukaną, wprawdzie zimną jak lód, ale w niczym nie wykraczającą przeciw przepisom i regułom nader gościnnego przyjęcia.
Na drugi dzień rano, pod pozorem oddania czci relikwiom świętych patronów polskich, wyszedł Krzyżak na miasto i bystrym okiem sprawdzał dobrobyt mieszkańców starej stolicy, przypatrując się wspaniałym strojom, bogatym sklepom zaopatrzonym w towary wszelakie, dworcom251 senatorów i domostwom zamożnych mieszczan.
Zajrzał do kilku kościołów, niebotyczna wieża Panny Marii, symbol wszechmocy króla królów, a naszej małości, przywiodła mu na myśl potęgę polskiego władcy i świeży, a tak marny majestat mnicha-apostaty252, któremu służył.
Po godzinnej przechadzce zawrócił do kamienicy Kmitów i w towarzystwie marszałka udał się do katedry. Przed trumną św. Stanisława przyklękli obaj, a komtur ledwie ukryć zdołał gorycz na widok czterdziestu sztandarów krzyżackich spod Grunwaldu. Zwycięzcy rozwiesili je byli jako hołd dokoła kaplicy świętego męczennika.
Gdy von Bergow podniósł się z klęczek, marszałek, nie okazując wielkiej wewnętrznej uciechy, jaką mu to sprawiało, zatrzymał się z bogobojnym zakonnikiem dłuższą chwilę przy sarkofagu Jagiełły. Zawiódł go potem ku wielkiemu ołtarzowi, milcząc wskazał palcem napis i przykląkł przed obwieszoną licznymi wotami płytą grobową królowej Jadwigi. Krzyżak przygryzł wargi, zbladł i ugiął kolano.
Środkiem głównej nawy szedł paź królewski, szukając kogoś widocznie, bo się rozglądał na prawo i na lewo. Przeminąwszy kaplicę św. Stanisława, dojrzał klęczących z grobu Jadwigi i przyśpieszył kroku.
— Miłościwy panie marszałku... król jegomość prosi na słowo.
— W tej chwili idę. Jako żeś mnie tu wynalazł?
— Biegałem do domu waszej wielmożności, powiedziano mi, że tu jesteście.
— Darujcie, wasza miłość — rzekł Kmita do Bergowa — muszę was na krótki czas opuścić, najjaśniejszy pan mnie woła. Ostań tu i bądź na usługi pana hrabiego!
Jędruś Boner odpowiedział dwornym ukłonem i zapytał komtura, czy był już w skarbcu.
— Wczoraj rano oglądałem owe liczne bogactwa, klejnoty i pamiątki. Kościoły krakowskie pozostawiłem sobie na dziś, tym więcej że pan marszałek życzył sobie sam katedrę mi okazać i objaśniać. Rad bym się powrócić jeszcze do grobu św. Stanisława, bo go z bliska nie oglądałem.
— Zechciejcie od tej strony się przypatrować, wielmożny rycerzu. To właśnie ta kaplica w pośrodku kościoła, kratą mosiężną otoczona. W tej trumnie ponad ołtarzem spoczywają kości świętego. Co dzień się tu odprawia nabożeństwo śpiewne.
— Piękna trumna; czy cale srebrna, czy ino blachą powleczona?
— Z kutego jest srebra — odpowiedział paź — sto sześćdziesiąt funtów waży.
— Hm... — odchrząknął Krzyżak i podnosząc oczy w górę, z zaciekawieniem spytał: — A cóż za znaczenie mają te drzewce ze zwisającymi pękami włosów, umocowane dokoła kaplicy? Siwe, rude, brunatne, czarne; co to takiego?
Jędruś przełknął ślinę głośno i zaczął skubać palce w srogim pomieszaniu.
— Prawdę mam powiedzieć?
— Jak to? Dlaczegóż nie?
— To są... wota dziękczynne...
— Wota, włosy?
— Tak jest... brody krzyżackie spod Grunwaldu.
— Krist mein Gott253!
Kuno von Bergow rzucił się wstecz, zasłaniając oczy rękoma.
— Spocznijcie, szlachetny panie! — przemówił paź uprzejmie — oto wygodna ława; musieliście wiele chodzić od rana, zbytnio znużeni jesteście.
Krzyżak usiadł ciężko; spod namarszczonych brwi nie widać mu było oczu, drżącymi wargami szeptał coć sam do siebie.
W tejże chwili w głównych drzwiach kościoła ukazał się marszałek i pośpiesznie szedł do gościa; a Jędruś Boner, skoczywszy za filar, tak się gdzieś nagle podział, jakby go ziemia pochłonęła.
— Już jestem — rzekł Kmita — zapewne paź dobrze się sprawił, widzieliście wszystko, co godne uwagi?
— O tak! — z goryczą odparł komtur — wszystko; nad miarę nawet.
— Dziwno mi, co się waszej miłości mogło tak nie podobać?
— Dziwno wam? Zaiste, omal trupem nie padłem...
— Przebóg!
— Hetman Tarnowski nie dał mi wczoraj wspominać o krzywdach zadanych nam przez Polaków; wżdy za słabe to słowo do odmalowania srogiej dzikości waszej.
— Panie hrabio... jakkolwiek gościowi dużo jest wolno, jednak ostrzegam, że moja cierpliwość ma granice. Zechciejcie wytłumaczyć, o co wam chodzi?
— O to! — z piekielną nienawiścią zawołał Krzyżak wskazując ręką w górę.
— Nie rozumiem...
— Jakoż mam jaśniej mówić? Paź waszego króla dokładnie mi powiedział, co to są za wota i skąd pochodzą.
— Nie wota, lecz trofea to są, mości hrabio. Każdy taki buńczyk na Tatarach zdobyty jest chlubnym świadectwem dzielności naszego rycerstwa. Zaliżby zazdrość paliła wam serce, że podobnych u siebie nie macie?
— Buńczuk... co to... jest? — wyjąkał von Bergow osłupiały.
— Nie wiecie? To są odznaki pułków tatarskich. Przed każdym dowódcą watahy (zwą się oni mirzami albo agami) noszony bywa buńczuk z końskich ogonów uwity, godło jego dostojeństwa. Za cenę krwi naszej, w tylokrotnych bojach z pohańcy254 przelanej, kupiliśmy te trofea... czyż niesłuszna, że się nimi przed Bogiem Wszechmogącym wdzięczni szczycimy?
— Ten dzieciak śmiał zadrwić ze mnie... — szepnął Niemiec zaciskając pięści.
— W jakim sposobie?
— Iże to są brody krzyżackie, powiedział.
Nie w stanie powstrzymać wesołości ani powagą świętego miejsca jej przytłumić, Kmita parsknął na cały głos i podnosząc ramiona ku szyi, zanosił się od gwałtownego śmiechu.
— Nie dziwię się teraz, mości hrabio, żeście mniemali, jako snadź ludożercami jesteśmy. Powiedziałbym zasię, iż mimo błazeńskiego żartu chłopca onego, nie należało wam się myśli takiej dać miejsca w głowie. Żaden Polak nie obraziłby Zakonu podobnym posądkiem255.
*
— Chyba już lepiej nie mogło się złożyć, co, Dmytruś? Odmiwąs nam przeszkadza... nie ma Odmiwąsa!
— A wiesz, mnie zdaje się, że nie tak on do brata na chrzciny zachciał, jak od nas uciec i co niebądź odpocząć; jak Boga kocham, taże my jemu do siódmej skóry najedli.
— A rychło ma wrócić, nie słyszałeś?
— Gadał Kuba, jako on256 pachołek pana Marka Strasza, co po naszego ochmistrza przyjechał, rozpowiadał jemu, że to pierwszy syn, że całe sąsiedztwo na dziesięć mil sproszone, taj bawić się będą choć z miesiąc.
— Dajże im Panie Boże, niech się bawią zdrowi nawet i dwa!
— A my tymczasem?...
— Ho, ho, to nie żarty; ciężka nasza praca i strach niemały. Ja sam nie mogę iść do Sukiennic po płótno, boby w razie czego doszli kłębka po nitce, kto kupował i kiedy.
— Ma się rozumieć. I ja nie mogę; tak Nastusię poślę. A przykażę jej, coby nie w znajomym kramie kupowała i nie wygadała się, że na grodzie służy. Dużoż tego płótna?
— O dużo... muszą być płachty długie srodze, niechby się nawet po ziemi wlokły, a pozeszywać choć we trzy półki, żeby starczyło owinąć się sowicie.
— Powiem Nastusi, to już obliczy, ile będzie trza, i wolnym czasem, jak Grzybowska na prymarię pójdzie, bodaj jak zeszyje, aby się ino trzymało.
— No, to już jedno załatwione, a drugie jeszcze ważniejsze: musimy dziś pod wieczór przed samym spaniem zbiec na dół i obejrzeć wejście, czy się da wyleźć na górę i na wszelki wypadek zapewnić sobie ucieczkę drugą stroną, jakowym okienkiem lub dziurą w murze. Kto głupi, będzie się bał, ale mądry pójdzie na samo miejsce i złapie nas.
— Nu dobrze; a dalej co?
— Strasz wyjeżdża jutro, a mistrz Ambroży go zastępuje; to właśnie tyle znaczy, jakby nikogo nie było. Przykaże Kubie, coby nas budził rano, bo samemu wstać się nie chce, zje z nami obiad, odbędzie lekcję, zje wieczerzę, powie nam dobranoc i zamknie się do drugiego ranka w swoim alkierzu. Serczykowej gorzej bym się bał niż jego.
— O wilku mowa, a wilk tuż.
— Pani gospodyni na miasto wychodzi, co taka strojna?
— Oj, paniczkowie mili, idę dać na mszę do Panny Marii z podziękowaniem za ocalenie życia.
— Wżdy nijakiego niebezpieczeństwa nie było; szpetne wydarzenie i więcej nic!
— Ot, jak to młodemu zawżdy pstro w głowie, za łaską pana Jędrusia; czyście, paniczkowie, aby na jedno okamgnienie rozważali tę diabelską przygodę? Włosy na głowie stają! Nastusia biedniątko słabuje od wczorajszego rana; zaziębiła się bez to otwarte okno.
— Jej przecie upiory nic nie uczyniły?
— Jeszcze by czego brakowało, żeby ją śmiały palcem ruszyć! Mówiłam ano kiedyś paniczkom, co ona za jedna i jakie ma przywileje, ino że w święty stan małżeński wstąpić zamyśla, to już mocy wiele utraciła, dlatego mnie obronić nie mogła. Tedy wpadły te przeklętniki do izby, ją poraziły swym tchem jadowitym, że leżała niczym umarła, a mnie porwały z łóżkiem i bez okno wyleciały. Przyjdźcie, paniczkowie, którego dnia zobaczyć, ile węższe okno od łóżka, jakim to diabelskim przemysłem zdoliły one straszydła przedostać się tamtędy.
— Koniecznie oknem? Może drzwiami?
— Ale jakże? Drzwi zasunięte na skubel, a okno rozwalone. Nie chciało im się nawet zawrzeć za sobą.
— No, ale dzięki Bogu nic się nie stało.
— Gadanie na wiatr, letkoduch z pana Jędrusia. Nie stało się? Ale stać się mogło. Wżdy mnie już niosły w swych szponach, ani chybi na pożarcie sobie i swoim przyjaciołom. Jakąś daleką widno drogę miały, a nie na rękę by im było, gdybym się przed czasem obudziła i na ten przykład pacierz zaczęła mówić; tedy mnie pookrywały, pootulały, niczem najtroskliwszy ojciec albo matka... ino się piekielniki i tak zapóźniły z dopuszczenia boskiego; kur zapiał i musiały porzucić. Więc zemściły się na niewinnej duszy chrześcijańskiej i wraziły z łóżkiem do sadzawki, gwoli śmiechu i dziwowiska całej służby. Na to przeżyłam pięćdzieś... chciałam rzec czterdzieści lat cnotliwie i w poważaniu u ludzi, by mnie bez257 one potępieńce błazen dzwonkami nad głową pobrzękiwał... upiory zatracone!
— Myśli pani gospodyni, że się na tym skończy? — z tajemniczą miną bąknął Jędruś.
— Wżdy, dziękować Panu Jezusowi, przy zdrowych zmysłach jestem i dobrze wiem, jako nie ustaną nas prześladować, póki się z onymi porządku nie uczyni. Idę już, bo przed zachodem słońca zakrystię zamykają, musiałabym do jutra odkładać i w śmiertelnych potach bez całą noc oka nie zmrużyć. Kłaniam się paniczkom!
— Szczęśliwej drogi pani Serczykowej!
Prócz miłościwych państwa, którzy nie wiedzieli o niczym, i ich najbliższego otoczenia, z niedowierzaniem przyjmującego bajeczne opowieści, cała służba zamkowa i podrzędniejsi dworzanie żyli od kilku dni w strachu, niepewności i jakimś oczekiwaniu pełnym grozy.
Coś się działo.
Wawrzek stajenny przysięgał, że idąc spać wczoraj w nocy, słyszał najwyraźniej brzęk łańcuchów w stronie Baszty Złodziejskiej; Krysia o tej samej mniej więcej porze widziała coś ogromnego, białego, pełznącego pod murem; kucharzowi Walentemu „coś” gasiło kaganek przez cztery wieczory z rzędu; Jaśkowi dało w kark zimną ręką, aż się przewrócił i guza na głowie nabił. Serczykowa dzwoniła zębami, bo mimo anioła stróża w osobie Nastusi, co noc „pukało” do okna i śmiało się szatańskim rechotem. Pan Jacek Rożen, masztalerz258, ruszał ramionami na te wszystkie gadania i mruczał:
— Ach, gdyby każdy chciał językiem młócić, a co uwidzi, w uszy drugim wytrębować, już by ani jednej baby zdrowej na grodzie nie zostało. Takowe upiory, wilkołaki, strzygonie i inne widziadła, acz cale prawdziwe i niemal co dzień się przytrafiające, najlepiej krzyżem świętym odganiać a nikomu o tym nie wspominać. Żebym ja ino gębę otworzył, tobyście tu chyba jak muchy padali. Gdy się one... tfy... lepiej nie wymawiać przed nocą, na kogo uwezmą, to niech ręka boska broni. Z tegom też ano przed czasem osiwiał, a juści.
Tydzień minął od wyjazdu Strasza; coraz głośniej ludzie sobie rozpowiadali o duchach pojawiających się około północy na szczycie Złodziejskiej Baszty.
Serczykowa triumfowała.
— A co, nie mówiłam, nie radziłam, nie zaklinałam? Wyśmieli, wydrwili, pochowali, aby zbyć; tyciusi kołeczuś wetknąć było każdemu między żebra, to by wystarczyło; gdzie zaś... Serczykowa głupstwa plecie — a jakże! Biedna sierota, najpierwsza za was zapłaciłam, a teraz macie i wy... niech wam skóra cierpnie!
Nastusia jedna wśród spłoszonej gromady kobiet i dziewcząt zachowywała zimną krew i odwagę z zuchwalstwem graniczącą, póty się śmiała, żartowała, aż wlała odrobinę otuchy w struchlałe serca.
— Wiecie co? — rzekła pewnego popołudnia do Hanki, Marysi, Uliny i Baśki. — Musimy raz przecie napatrzyć się onym duchom.
— Rety!... — wrzasnęła Marysia.
— Właśnie, powtarzam, napatrzyć się. Każdy ino powiada, że ten i ów widział, drugi słyszał, a Bogiem a prawdą nikt nie wie, co było i czy co było. I cóż nam jakie duchy zrobią? No i co? Ony na baszcie, a my z dala w sadzie, na podwórcu albo lepiej na korytarzu w oknie, co ku baszcie wychodzi. Niechże sobie dokazują po murze, co nam zrobią? Wżdy macie każda krzyżyk na szyi, to śmiejcie się z wszelakich duchów. Coś więcej wam jeszcze rzekę: panny Laura i Hipolita umówiły się ze mną na dziś wieczór. Same by się bały, bo są zarówno tchórzliwe, jak wy, ale staniemy w kupce, to nam będzie raźniej.
— Co to gadacie? Co będzie raźniej? Nastuś, ja dosłyszałam coś niecoś... bój się Boga, nie rachuj na swoją moc, nie rachuj, że baszta od okna daleko; „taki” skoczy jednym susem do łokci, porwie cię i zje.
— A ja dufam pewnie, że i pani gospodyni do nas się przyłączy. Jest nas siedem, to szczęśliwa liczba, a pani gospodyni ósma, to znów nieźle, bo do pary.
— Chyba że bez zamknięte okno będziemy patrzyć i gromnicę w kąciku postawimy. Kusi człeka takowe straszydło choć raz w życiu na własne oczy oglądać, ale... oj, Nastuś, Nastuś, a jak życiem przypłacimy?
— Niechże się pani Serczykowa nie boi; wżdy już was trzymały i bez powietrze z wami leciały, i do wody wrzuciły, a stało się wam co? No, widzicie! Zresztą „ony” nie są zawzięte; jak im się raz nie udało, to już się was nie chycą. Wierzcie mi, ja z takiego kraju, co srodze jest od strachów nawiedzany, to znam wszelakie onych obyczaje.
— Więc kiedy? — spytała trochę drżącym głosem, lecz z błyszczącymi ciekawością oczyma, Hanka.
— Jak tylko krowy podoicie, zaraz przyjdźcie do izby pani gospodyni, ja tam będę. Teraz jeszcze pobiegnę do panny Hipolity.
— „Ot, gdyby wiedziały, dlaczego ja się nie boję... — śmiała się Nastusia sama do siebie, idąc do mieszkania fraucymeru. — Ach, Jezus... dopiero by mnie zabiły! Dwadzieścia siedem łokci płótna zeszyłam na dwa ubiory, ale mi pan Dmytruś obiecał darować potem na koszule”.
Wybiła dwudziesta trzecia. Mimo próśb i ostrzegań Serczykowej, dziewczęta rozzuchwalone przykładem dzielnej Nastusi i obecnością dwóch panien dworskich otwarły oba skrzydła okna w korytarzu i stanęły ciaśniutko jedna przy drugiej, wstrząsane dreszczem strachu i ciekawości.
— Ach... tyle gadają i gadają, każdy niby to widział Bóg wie jakie duchy, a jak przyjdzie co do czego, to oczy ano wypatrujemy i nic.
— Jeszcze się tu pośpimy z onego czekania...
— A bo to wszystko bajki — szemrały dziewczęta.
Jedna Serczykowa stała milcząca, ze splecionymi jak do pacierza rękami, zapatrzona wzrokiem rozgorączkowanym w Basztę Złodziejską, oblaną światłem księżyca płynącego po niebie od strony klasztoru Św. Andrzeja.
— No i gdzie te duchy? Krysta gada, że widziała.
— Musi widziała, kiedy się bała iść z nami.
— Śliczna noc... — szepnęła Hipolita do Laury — tak tajemniczo szumią drzewa w sadzie, a białe promienie przedzierają się przez gałęzie...
— Rada jestem, żem cię usłuchała; tak lubię... ach!... Widzisz?
— Widzę... — ledwie poruszając ustami wyjąkała Hipolita.
Dziewczęta służbowe chwyciły się bez słów za ręce; Serczykowa skamieniała.
Dwie postacie bezkształtne, w długich szarych oponach, wysunęły się z wolna spoza hełmu baszty i na tle ciemnego w tej stronie, bo dalszego od tarczy księżycowej nieba, stały chwilę nieporuszone. Zdało się patrzącym, jakoby owe powiewne szaty rozpływały się w powietrzu, bo z nieokreślonych przed chwilą mgieł wyłoniły się dwie głowy o trupio bladych twarzach, ukazały się kościane ręce szkieletów. Jedno widmo objęło ręką szyję drugiego i położyło mu głowę na ramieniu.
Wysoko urodzone damy dworu i dziewki z obór i pralni śledziły z niejakim współczuciem niemą, a tak wymowną scenę, rozgrywającą się na szczycie baszty, w srebrnym świetle księżyca.
Nastusia zasłoniła oczy fartuchem i drżała od tłumionego... łkania.
Duchy obeszły ganeczek baszty dokoła, mniejszy załamał ręce, wyższy podniósł prawicę ku niebu... strażnik wytrąbił na wieży północ... wszystko znikło.
— Tragedia!... — jęknęła Hipolita.
— Dwa serca wierne, których śmierć nie zdołała rozdzielić — dodała Laura.
— Onić to, oni — stanowczo zawyrokowała Serczykowa. — Jedno mąż, drugie żona; musieli kogo zabić albo kościół okraść, katu głowy oddali, a teraz pokutują za grzechy, a jakże! Ino lepiej o tym nie wspominać ani drugi raz tu nie przychodzić... a nuż się spostrzegą, że ich kto wypatruje, ho, ho, ony takich ciekawców nie lubią... już ja mam dosyć na całe życie! Chodź, Nastuś, do izby!
— Ajaj... gdzież my się podziejemy!
— Ja się boję...
— Ja tu zostanę... — wołały dziewki.
— Głupie... wżdy już poszli; po północy już im nie wolno.
Laura i Hipolita nie pozowały na bohaterki, tylko błagały pokornie gospodynię, by je odprowadziła do sypialni.
Nazajutrz rano cały zamek dowiedział się od naocznych świadków, że na Baszcie Złodziejskiej naprawdę się duchy ukazują. Laura i Hipolita opowiedziały towarzyszkom, donna Papacoda ośmieliła się napomknąć o tym nawet najjaśniejszej pani; a Marysie i Hanki rozwodziły się długo i szeroko w pralni, piekarni i oborze, jakie też to wielgośne one upiory, miasto259 oczu dziury jak talary, zębcami ci tak klekotały niczym bociany na gnieździe, a jak się objęły rękami za szyje, to im te trupie głowy pospadały na ziemię... ano jakże nie miały opaść, kiedy były ścięte.
Upiory ukazywały się co noc. Przerażenie, jakie te zjawiska wywołały, ogarniało wszystkich mieszkańców zamku.
Przez pierwsze dwa czy trzy dni wystarczała im godzina przed północą i ganeczek szczytowy baszty złodziejskiej; w miarę bezkarnego powodzenia rozzuchwaliły się niepoczciwe szkielety do tego stopnia, że nie było prawie spokojnego kąta na zamku, prócz pokoi najmiłościwszych państwa. Starzy i młodzi bali się ruszyć z izby po zachodzie słońca, by w jakim ciemnym kącie nie napotkać ducha. Straszyło na zakrętach korytarzy, hukało pod schodami, jęczało w nie zamieszkanych izbach, koło których trzeba było czasem przechodzić. Wiotkie cienie snuły się wszędzie, a ktokolwiek dojrzał mknące ku sobie z głębi krużganka wielkie szare widmo o martwej, bladej jak chusta twarzy, nie czekał ani się namyślał, tylko brał nogi za pas i uciekał, krzycząc wniebogłosy.
W dzień żartowano z siebie nawzajem i nazywano strachy zabobonnym przywidzeniem; z nadejściem szarej godziny upiory obejmowały panowanie.
Aż w końcu i król jegomość dowiedział się o wszystkim. Ani chwili nie wątpił, czyja to sprawka, i naturalnie posłał po mistrza Ambrożego.
— Także to waszmość dajesz sobie kołki ciosać po głowie? — rzekł zaraz po przywitaniu. — Pupilkowie waszmości przewrócili mi gród do góry nogami. Dowiaduję się ano, że wszystko, co żyje, w strachy jakoweś wierzy i przed strzygoniami opędzić się nie może.
— Wżdy nie raczcie mnie winić, miłościwy panie... nad upiorami władzy nie mam... to są sprawy zagrobowe... stary Obidius260 powiada: Mox etiam lemures animas dixere silentum...261.
Czy cytata262, czy wyraz twarzy, czy bezgraniczna naiwność bakałarza rozbroiły w jednej chwili Zygmunta; skinął ręką z pobłażliwym lekceważeniem i rzekł śmiejąc się:
— Zaiste uznaję, że nie wasza wina, i zwalniam waszmości od trudu strzeżenia... upiorów; tym bardziej, gdy Koniecpolski przybieżał właśnie z pokłonem od ochmistrza, który przed godziną powrócił.
Strasz aż się za głowę chwycił, gdy mu ten i ów na powitanie o przykrych zjawiskach rozpowiadał. Nauczony jednak tylokrotnym doświadczeniem i bezowocnymi śledztwami, wziął się na inny, znany, oklepany, a zawsze niezawodny sposób.
Przy wieczerzy swobodnie i po przyjacielsku rozmawiał ze wszystkimi paziami, wcale nie robiąc wyjątku, owszem, zwracał się umyślnie do Bonera i Gedroycia, z Ostrorogiem pożartował, Montwiłła o wiadomości z domu pytał, słowem, jak to mówią, do rany go można było przyłożyć.
— Teraz bywajcie zdrowi, idźcie spać nie baraszkując — rzekł na odchodnym — a pomnijcie nie broić, żebym wstydu za was nie ucierpiał, bo uprosiłem mistrza Ambrożego, by mnie do jutra jeszcze wyręczył.
— Czy znowu gdzie wyjeżdżacie, panie ochmistrzu? — zapytał Jędruś z radosnym biciem serca.
— Wyjeżdżać to już nie; ale z bratem, który mnie do Krakowa odwiózł, wieczór przepędzę i z nim w gospodzie zanocuję. Daleko mieszka, kto wie, jak rychło się znowu zobaczymy. Dobranoc!
— Kłaniamy się posłusznie waszej miłości! — zapiszczeli chłopcy chórem.
— Szydłowiecki, skocz no do mojej izby, bo mi nie warto po schodach łazić, i przynieś opończę; chłodny wieczór, a mnie kaszel łacno się ima.
— Biegnę i wracam natychmiast — odparł z gotowością zawołany i w dwóch susach był za drzwiami.
— No, to jeszcze dziś mamy spokój — mruknął Gedroyć do Bonera po odejściu ochmistrza. — Jutro bym radził nie kusić licha, bo aczkolwiek dotąd wywijaliśmy się Odmiwąsowi jako tako, lękam się, że dzban za długo wodę nosił i ucho gotowe się urwać.
— Jedno suponuję263: niepodobna, by mu kto o upiorach cudeńków nie naopowiadał — rzekł Drohojowski — tedy wącha on dobrze pismo nosem i gotów obudzić srogość nawet w onym jagnięciu Ambrożym. Cóż uczynicie na taki przypadek, gdyby pan bakałarz zajrzał przed północą do naszej sypialni? Dwa łóżka puste, hę?
— Oj, Bożeż mój święty, ta nawet gadać nie warto... dwa snopki słomy, dwa prześcieradła, foremne kukły uzwijać, głowy z bądź czego dorobić, derką przykryć, taj niech sobie leżą. Ani Ambrożemu do myśli nie przyjdzie przypatrować się, który paź żywy, a który słomiany.
— Ja ino powiadam, co zawżdy lepiej być na wszystko przygotowanym.
— No juści!
Paziowie powstali od stołu i dzieląc się na gromadki, gwarzyli o swoich projektach na jutro, o swoich dziecinnych kłopotach; pilniejsi rozprawiali o zadaniu łacińskim, tych niestety było siedmiu czy ośmiu tylko. Szydłowiecki zaś na czele osławionej szóstki pożegnał kolegów, skarżąc się, że muszą zawczasu uciekać do siebie, gdyż na starym korytarzu najbardziej straszy.
— Teraz ano przez264 długich rozhoworów265 do roboty! — zawołał Boner zamykając drzwi od sypialni za sobą.
— Nu dobrze gadać „do roboty”! Tak słoma gdzie?
— Do usług waszej wielmożności, w komórce na prawo od Krabatiusowego alkierza stoją przy ścianie cztery sienniki zbytnie, coby na przypadek jakowych gości lub innej potrzeby pod ręką były. Z jednego słomę wyjąć i kukły poczynić.
— A jak nas Niemiec zobaczy?
— Z korytarza wejdziemy małymi drzwiczkami; stary już dawno śpi, nie posłyszy.
— Nu, to chodźmy.
Od razu w komórce porobili chłopcy jakie takie bałwany, powdziewali na nie koszule, żeby móc, rękawy trochę słomą wypełniwszy, jako ręce ułożyć. Ścisnęli krajką przez pół, by leżąc na łóżku pod kocem, choć trochę do ludzkich kształtów miały podobieństwa.
— Głowy najgorsze! — westchnął Boner.
— Mam ja coś w skrzynce, może się przyda — rzekł Montwiłł. — Nastusia myślała, co one duchy muszą mieć brody, i przyniosła mi kiedyś jeszcze z dwóch kądzieli konopi. Obaj mamy jasne czupryny, tedy skręcić jakowe gały z ręczników i onymi kudłami powiązać, jak się położy na poduszce, to... zresztą po co się właściwie trapimy? Dziesięć dni Ambroży nie zaglądał do nas, to i dziś nie przyjdzie.
— Któraż to godzina?
— Niezadługo już, niezadługo.
— A jakże wy robicie, że takie straszne gęby macie? — spytał Czema.
— Wszystkie przybory pod schodami w baszcie; płachty, garnek z wodą, drugi z mąką i sadze w stłuczonej miseczce. Pomacza się twarz wodą, tak zaraz mąką na to, żeby się dobrze trzymało; potem bierze się sadzy na palec i dokoła oczu smaruje się takowe czarne plamy, całuny na siebie i już.
— A nie spotka was kto, jak do baszty idziecie?
— E, późna godzina, rzadko kto przechodzi. Zresztą zawżdy266 pod samym murem idziemy, od drzew ze sadu cienie padają. A jednak przedwczoraj bieda była; pamiętasz, Dmytruś?
— Jakżeby nie!
— Skradamy się — ciągnął Boner dalej — tak cichusieńko, że sami własnych kroków nie słyszymy, aż tu ze stajni wychodzi wprost na nas Kuba i Pietrek. Do baszty dziesięć kroków, niech ino widzą nas, chłopcy niegłupi, wszystko odgadną.
— Tak powiedzcież — wpadając mu w mowę zawołał Montwiłł — co my nie robiąc? Rośnie lipa z tamtej strony muru, a gałęzie wiszą nisko, pod sam nos; tak ja porwał za jedną. Jędruś nie w ciemię bity za drugą, zahojdali267 się, nogami od ziemi odbili, taj za wyższą gałąź złapali. Konar był mocny, posunęli się rękami bliżej pnia, jak ci nie wrzasnę: hi, hi, hi, a Jędruś: hu, hu, hu, tak one parobki takoż pięknie zawrzeszczeli i w nogi.
— Za chwilę już upiory były na baszcie — dokończył Boner.
— No, ale komu w drogę, temu czas: kładźcie się spać, jużeście nas tyle razy widzieli, to nawet lepiej, że zostaniecie w izbie. Przyszedłby pan bakałarz, niech widzi, że wszystko w porządku. Bywajcie zdrowi!
Pan ochmistrz, który wcale z domu nie wychodził, ale od godziny pod strychem na schodach, niedaleko sypialni paziów cierpliwie czekał, zeszedł był właśnie przed chwilką i nić zdradziecką od zawiasy268 do zawiasy przeciągnął. Po czym umknął ku bocznym schodom, zbiegł na pierwsze piętro i wstąpił do izby panów Jakuba i Stanisława Karczewskich, dworzan królewskich, z którymi się już był poprzednio umówił i do pomocy w obławie zaprosił.
— Uważcie, waszmościowie — tłumaczył im swój zamysł — pójdziemy na przełaj ku baszcie, by łacniej widzieć, którą stroną urwisy będą zmykali; czy w prawo, czy w lewo biec poczną, już my ich dogonimy!
— Wstrzymajmy się jeszcze krzynę — rzekł pan Jakub — dajmy im zajść na miejsce; jeżeli, jak powiadacie waszmość, wszyscy przed chwilą byli jeszcze w sypialni, to widno albo są niewinni, albo też czekają sposobnej, czyli późniejszej godziny.
— Niech i tak będzie, wstrzymajmy się.
Widma zbrodniczych małżonków dokazywały dzisiejszego wieczora na szczycie baszty z prawdziwie szatańskim animuszem. Rzucały się sobie w objęcia, klękały, załamywały ręce, rozwiewały szeroko opony jakby olbrzymie skrzydła i fruwały jedno za drugim. Nagle niższy upiór stanął.
— Dmytruś, patrzaj no... wżdy to Odmiwąs do naszej baszty wali! Miesiąc mu prosto na twarz świeci...
— A ci dwaj pewnikiem pomocnicy... zmykajmy!
— A jak obstąpią dokoła?
— To przepadniemy. Ale może nie wiedzą o dziurze, to się uda. Zrzuć płachtę, bo się nogi plączą... rety... ino prędko... w pół schodów dziura, pamiętaj cegieł sie chytać... potem skoczyć... trawa gęsta, nie będzie słychać.
— Biegaj ty wprzód.
Tupnęło coś głucho z tyłu baszty przy murze, puc... spadło coś drugiego...
— Drała na lipę! Tam siedzieć, póki sobie nie pójdą.
Ochmistrz i bracia Karczewscy dobiegli tymczasem do furtki.
— Zostańcie waszmościowie na dole, ja sam po nich pójdę — rzekł Strasz i drapiąc się z trudem po zniszczonych schodach, krzyczał: — Ha, zbereźniki przez sumienia! Nauczę ja was... uff!... upiory udawać... nauczę ja was... po nocach ludzi niepokoić... nauczę ja... panie Jakubie, trzymacie ich? Bo zbiegli z góry.
— Stoimy we drzwiach, nie ma tu nikogo — odpowiedziano z dołu.
— Niech pan Stanisław zajrzy pod schody, tam się ukryli.
— Pod schodami ino jakieś skorupy, więcej nic.
— A ja tu mam dwie płachty. Nie mogli uciec, trzeba szukać.
— Gdzież mamy szukać? Wżdy w baszcie ich nie masz.
— Oho, wracajcie, panie ochmistrzu, już tu nic po nas.
— A bo co?
— A bo dziura w murze tuż przy schodach.
— Piskorze przeklęte... myślicie, że was nie dostanę? — przez zęby syknął Strasz, po czym głośno dodał: — Dobranoc waszmościom i dziękuję za pomoc, choć się nie udało. Jutro, da Bóg doczekać, lepiej się powiedzie.
— Uhum, juści — zaszemrało na lipie — już ty swoje ucho pierwej uwidzisz niż upiory na baszcie.
— Poczekaj, Dmytruś, nie złaźmy jeszcze, niech się ono biedaczysko spać położy, wtedy bezpiecznie pomkniemy do nory.
A pan ochmistrz ani myślał o spaniu; pobiegł, o ile mu astma pozwalała najprędzej, do sypialni „utrapionych zbereźników” (jak ich zawsze nazywał); poświeciwszy latarką, sprawdził zerwaną nitkę i pewny już zwycięstwa, drzwi otworzył... Potoczył wzrokiem po łóżkach, wszystkie zajęte.
— Czy mamidła jakie, czy ano ktoś obcy duchy udaje? — mruczał kręcąc głową. — Ale nie; wychodził któryś z izby, mam dowód niezbity... — i poświecił latarką nad pierwszym łóżkiem.
— Drohojowski... — szedł dalej i zaglądał: — Szydłowiecki, Ostroróg, Czema, któryż to? Zakrył się z głową, ino mu czupryna sterczy... aha! Urwipołeć jeden... — szarpnął ze złością derkę, a słomiany manekin zleciał z łóżka, pozostawiając głowę na poduszce. Na drugim łóżku obok takaż sama lala, na ostatnim Konstanty Gedroyć chrapał, leżąc na wznak z otwartymi ustami.
Tedy już sprawa jasna: Montwiłł i Boner. Że Jędrek, byłem pewny, ale ta niuńka litewska... kto by się był spodziewał!
Wyśliznął się cicho z izby, latarkę opończą przysłonił, wsunął się w zagłębienie muru i czekał... Dość długo czekał, bo i chłopcy schowani wśród lipowych gałęzi bali się zleźć za wcześnie.
Wreszcie doleciał go jakiś szelest z dołu... ciche stąpanie... szepty... tłumione chichotaniem... już wchodzą w korytarz... zbliżają się... zaświecił im latarką w same oczy:
— A to skąd Pan Bóg prowadzi?
— Chorość mię chyciła... wyszedłem otrzeźwić się na podwórze... — próbował bronić się Boner.
— Widzę, widzę — szydził ochmistrz z okrutnym uśmiechem — śmiertelna to chorość i zaraźliwa... wedle oczu plamy czarne, a z gęby skóra białymi płatami odpada. Straszna zaiste niemoc! Wyglądacie obaj jak... upiory! Cha, cha, cha! Aa... baranki wy moje niewinne, przeciem was nareszcie wyłapał! Dziękowałem za służbę królowi jegomości, do kolan mu się kłoniłem, że mi już zdrowia nie staje, takowych basałyków być wychowawcą; dziś jeszcze za powrotem ze wsi prosiłem pokornie, by mnie w łasce z urzędu usunął... Ciekawiście odpowiedzi miłościwego pana? Rzekł mi, że ani mowy, by miał puścić od siebie sługę wiernego, ino ci precz pójdą, których ja za najgorszych sprawiedliwie uznam. Śpijcie tedy smacznie, jutro pogadamy!
I wyszedł.
— Oj, Boże mój, Boże!... to dopiero nieszczęście... — jęczał Montwiłł — a jedenaście dni dobrze było... i cały gród trząsł się przed nami.
— Mądryś, nie ma co mówić — burknął ze złością Szydłowiecki — nie tego żałujesz, że cię ze służby wypędzą i sromotnie rodzicom odeślą, ino ci markotno, co dworska służba nie będzie kwikać na twój widok.
— Ale Jędruś może mieć pociechę — wtrącił Gedroyć — że chyba wszyscy jednogłośnie ustąpimy mu pierwszeństwa i uznamy go hetmanem naszym.
— Ani wątpienia — rzekł Drohojowski — choćby już dlatego — że jego figiel trwał najdłużej i co dzień mieliśmy wyśmienitą zabawkę.
— No tak, hetmanem został i pohetmani, gdy nam na kobiercu odprawę dadzą, a potem za bramy grodu wyrzucą.
— A może się Odmiwąs ulituje... — szepnął Czema.
— On? Nigdy w świecie! Ty byś się ulitował, gdybyś był panem ochmistrzem i siedmiu urwipołciów za nos cię wodziło?
Jędruś Boner nie słuchał sprzeczki, słowa jednego nie przemówił, stanął w otwartym oknie, głowę oparł na rękach i łykał gorzkie łzy, wstydząc się płakać i jęczeć jak Czema. Smutne myśli snuły mu się po młodej głowie, a głupia psota przybierała w jego wyobraźni rozmiary zbrodni...
Obiją, napędzą, wyrzucą, dziadek tego chyba nie przeżyje... Król jegomość tak był nań zawżdy łaskawy, nie panem, a przyjacielem mu się okazował... znajomi zazdrościli dziadkowi, że prawą ręką miłościwy pan go nazywa; ach, co się stanie teraz!... Dziadkowi, kto wie, może król jeszcze kiedyś przebaczy, ale jemu... Coś mu w piersiach się szarpnęło, coś chwyciło za gardło... zapomniał, że już jest bardzo „duży”, że ma lat czternaście, i po cichu zapłakał.
Naraz... przetarł oczy rękawem... skąd takie światło jaskrawe? Nie od księżyca chyba... czerwone... co to takiego? Chłopcy! Jezus Maria! Pali się!
Przyskoczyli do okna.
— Gdzie, gdzie?
— Co takiego?
— Pali się! Patrzcie... naprzeciwko... w oknie kaplicy królowej, jakie migoty po szybach latają... zbierajcie się... na dół, co żywo, do sadzawki... porwijcie dzbanki, konwie, co napotkacie, krzyczcie, że gore, niech się służba pobudzi... ja biegnę prosto... będę wołał po drodze. Dmytruś, chodź ze mną! Tyś mocny... może zdolimy co uratować. Jezus... blask coraz większy... lećmy!
— Ot, pohetmanił nam pierwszy raz! — pomyślał Montwiłł patrząc, jak chłopcy cwałem zbiegli na dół po wodę, a on sam, posłuszny żołnierz, leciał za hetmanen — w ogień.
Skręcili w korytarz północnego skrzydła, gęsty gryzący dym ciągnął się ku nim ciężko.
Przedarli się do antykamery... sześciu paziów, zaskoczonych we śnie, leżało pokotem na podłodze.
— Otwórz okno... pobudź ich, ja biegnę dalej!
W pierwszej komnacie Beatrycze de Macris, odurzona dymem, również nieprzytomna, leżała na szerokiej, kobiercem zasłanej ławie. Potrząsnął nią, nie mógł zbudzić... chwycił ze stołka mały kilimek zasłonił nim rękę i zwijając się, jak iskra, wybił dwie szyby w oknie.
— Teraz może się ocuci sama... królowa najważniejsza... nie wolno wchodzić... pewno łeb zetną... ale nie mam i tak już nic do stracenia...
Stanął we drzwiach sypialni i wrzasnął:
— Najmiłościwsza pani... raczcie się zbudzić i uchodzić czym prędzej... w kaplicy gore!
Tu najmniej było dymu i królowa na krzyk pazia od razu się obudziła.
— Kto woła? Co takiego?
— Ja... Boner; uciekajcie, najmiłościwsza pani... gore!
— Gdzie Beatrycze?
— Zaczadzona. Biegnę do pożaru!
Rzucił się z powrotem w korytarz. Paziowie cucili się z wolna, owionięci powietrzem, ale ani patrzał na nich, leciał prosto do kaplicy.
— Dmytruś!
— Jestem!
— Chodź! Tamci z wodą już są?
— Dopiero Gedroyć dwie konewki przyniósł, reszta jeszcze nie.
Drzwi już były otwarte, lecz prócz Kostusia Gedroycia nie zastali nikogo. Nie można było czasu tracić na budzenie służby.
— Och... co za skwar! Aha, ołtarz płonie... Kostuś, lej, nie pytaj... chlupaj w górę... ot, Czema wodę niesie. Dobrze, lać co sił! Zalewać, gdzie największy płomień.
— Gryzie w oczy!
— Głupstwo! Lej! Ostroróg, woda? Lej! Dmytruś, zmiłuj się... a skrzynia z relikwiami i naczyniem kościelnym...
— Matko Boska... za ołtarzem... nie dojdziemy!
— Co takiego? Chodź zaraz! Bierz od dołu... chyć dobrze...
— Kiedy mi łzy ciekną... nie widzę...
— Prędzej! Schyl się... wziąłeś już? No to chodź, a żywo, bo i mnie już coś strasznego się dzieje...
— Dla Boga... Jędruś! — wrzasnął Drohojowski i zamiast gasić płonący ołtarz, oblał Bonera strumieniem wody. Wielki czas było po temu: cały żupanik obsypany iskrami tlił się na dobre.
Zataczając się, dławieni dymem, z osmalonymi czuprynami, wysunęli się dwaj przyjaciele z ciężką skrzynią spoza ołtarza. Wtem... wielki srebrny lichtarz, rozgrzany płomieniem, runął z przepalonej mensy269 prosto na ramię Jędrusia, osunął się po ręce, znacząc ją krwawą pręgą.
Cudem jakimś nie omdleli w dymie, nie stracili przytomności, nie rzucili ciężaru mimo bólu i poparzenia i przedzierając się przez głownie, rozsypane po kamiennej posadzce, wynieśli skrzynię w bezpieczne miejsce. Któryś z kolegów podał dzbanek z wodą. Jędruś wyciągnął poń rękę, zatoczył się i padł jak kłoda.
Tymczasem nadbiegli parobcy z wiadrami, cebrzykami, skopcami. Ogień wprawdzie zniszczył doszczętnie kaplicę, lecz nie puszczono go dalej: parę godzin jeszcze tliło się i dymiło, na rano było już po wszystkiemu.
A w izbie przyszłych wygnańców, na tych samych łóżkach, na których tej nocy jeszcze wysypiały się lalki słomiane, leżeli nieprzytomni i ciężko chorzy — Andrzej Boner i Dymitr Montwiłł, dwie ofiary pożaru.
Twarz Jędrusia, popieczona, sczerniała i opuchnięta, obłożona była płóciennymi płatkami z gojącą maścią, na prawej ręce rana od rozpalonego lichtarza, na szyi i plecach czerwone znaki.
Dmytruś mniej ucierpiał, ale nałykawszy się gorącego dymu i opaliwszy włosy do żywej skóry, dostał także gorączki, rzucał się po łóżku z krzykiem i wyrywał się do pożaru. Kuba i Nastusia trzymali go z całej siły i gwałtem wlewali do ust lekarstwo na uspokojenie, przepisane przez pana magistra Krabatiusa.
Bardzo smutno wyglądała sypialnia małych rozbójników, tak niedawno jeszcze pełna gwaru i śmiechu. Król jegomość do łez był rozczulony bohaterstwem malców, zwłaszcza gdy się dowiedział bliższych szczegółów, jak dzielnie i z zimną krwią sprawiał się Boner od pierwszej chwili aż do końca. Królowa zaś wyrażała się z wielkim uznaniem i łaskawością o paziach, a najmilej o Jędrusiu.
Strasz w jednej chwili zapomniał o swej ciężkiej obrazie i sprawiedliwej pomście i prawie nie odchodził od biednych chorych.
Stary Boner przybiegł w nocy jeszcze.
— Precz wyrzucą... wypędzą... — majaczył Jędruś. — Panie ochmistrzu... nigdy nie darujecie?... Głowę zetną... o jakaż ta skrzynia ciężka... Najjaśniejsza pani, uciekajcie!... Oj, skończyło się paziowanie... już nigdy miłościwego pana nie zobaczę!
A spod białych szmatek na twarzy spływały wielkie gorące łzy.
— Dziecko moje, wnuczku umiłowany... śpij spokojnie, wszystko będzie dobrze!
— Oj, nie będzie, dziadusiu, nie będzie... pan ochmistrz... Czemu stoisz jak głupi i nie zalewasz?... Ława się pali... nie widzisz?... Kto zbudził królowę270?... Ja. Gniewa się miłościwy pan?... Cóżem miał robić... Wypędzą i tak... precz pójdę...
— Nie pójdziesz, nie; słyszysz, ja także jestem przy tobie.
— Pan ochmistrz? — trochę przytomniejszym głosem spytał chory.
— Ja tu jestem i przyrzekam ci, że cię nikt nie wypędzi; rozumiesz? Zostaniesz nadal i ty, i twoi przyjaciele. Już się wcale nie gniewam.
— Ani król jegomość?
— Ani król jegomość.
— I Dmytruś zostanie?
— I Dmytruś, i wszyscy; król bardzo łaskawy, lubi was, rozumiesz?
— Lubi nas... — powtórzył Jędruś, odetchnął głęboko i... usnął.