Szymon Sprawiedliwy
Kiedy Aleksander Macedoński zajął Izrael, Samarytanie zwrócili się do niego z prośbą, żeby zburzył bet ha-midrasz. Dowiedział się o tym natychmiast Szymon Sprawiedliwy. Włożył na siebie szaty kapłańskie i w towarzystwie najszacowniejszych obywateli Jerozolimy udał się na spotkanie z Aleksandrem.
Wszyscy trzymali w rękach pochodnie.
Szli całą noc. Jedni prawą stroną drogi, drudzy lewą stroną. Kiedy rozwidniło się trochę, Aleksander zapytał Samarytan, kto nadchodzi z pochodniami w rękach.
— To Żydzi — odpowiedzieli Samarytanie. — Ci sami, którzy się tobie przeciwstawili.
Kiedy doszli do Antipatris, słońce wzeszło już w całej swojej okazałości i Żydzi stanęli przed obliczem króla. Na widok arcykapłana Aleksander Macedoński zszedł z konia i pokłonił mu się. Odezwały się głosy:
— Jak to może być, żeby taki potężny król jak ty kłaniał się Żydowi?
— Jego postać — odpowiedział król — zawsze pojawia się w moich snach. Zawsze życzy mi szczęścia i zwycięstwa.
Rzekłszy to, król zapytał Żydów:
— Czego chcecie ode mnie?
— Chcemy, żebyś nie uległ namowom naszych wrogów, którzy pragną, byś zburzył Świątynię, w której się modlimy.
— Kim są wasi wrogowie?
— To ci Samarytanie, którzy stoją przed tobą.
— Oddaję ich w wasze ręce.
Żydzi natychmiast przywiązali Samarytan do ogonów koni i zawlekli ich do góry Grizim, gdzie wznosiła się ich świątynia. Przeorali górę i zasiali na niej trawę.