Pieśń trzydziesta szósta. Bambola traci swe funkcje

Czarna, cicha, bezkrwawa rewolucja

wyzwolenie z wiekuistego głodu

Dzień, gdy deszcz dźwięcznie bębnił

w suchą skórę ziemi, zmuszając ją do rytmu

Przewożono mnie ciężarówką z innymi dziećmi

do innego miejsca, do sierocińca w gęstych lasach

Wypadłam z ciężarówki, boleśnie upadłam

na zadżunglony dywan mchów i porostów

Nikt nie usłyszał mego słabego głosu w tle

Musiałbyś bardzo podgłośnić, by usłyszeć

Zaczęłam płakać, bo wiedziałam wszystko

że to będzie ostatnie porzucenie, byle gdzie

Deszcz płukał moje włosy, moją sukienkę

ja skuliłam się w kulkę i schowałam się

pod dużym, prawie opiekuńczym liściem

Leżałam jak szyszka, co nieoczekiwanie spadła

pachnąca z wolna zapachem ziemi i rozkładu

Wilgoć lasu była wielka, tajemnicza, zachłanna

Wiedziałam, że nikt już nie znajdzie mnie w dżungli

Byłam wielkim głodomorem, skurczonym z lęku

w zieleni najpiękniejszej, mruczałam wtedy

najsmutniejszą piosenkę świata

Nikt nie słyszał, to nareszcie mogłam śpiewać

w uśpieniu odchodziłam, w zapomnieniu

zapomnieniu wszystkiego przez wszystkich

Deszcz rozmył wielki liść, pod którym byłam

skryta byłam całe życie, skrywana po kątach

przez prawie osiem lat, dwa dni kamuflażu

mój sen rozpuścił się w wodzie i soli

Nastało to, poczułam w sobie wielkie znalezienie

ktoś czekał cały czas na ten moment znalezienia

już nie jako Bambolę, ale by kochać mnie bez skór

zaspokoić mój nieprzenikniony w czerni głód

Zostałam wtedy tak mocno wtulona w Wielkie Czucie

obdarowana wielkimi skarbami i słodyczami

Byłam odnaleziona po ukrytej we mnie informacji

do kogo należę, z adresem, że ktoś czeka, gdy zginę

Zwracaj mnie właśnie tam, gdzie jestem teraz

Moje wielkie dosycenie spełnia się bez przerwy

bez przerwy na funkcję, na tę kanapkę z kiełbasą

Pieśń trzydziesta siódma. Pieśń rzeźbiarska

Dalsze przechodzenie, poruszanie się za pomocą wiatru

Rzeźbiony jestem podczas moich mistycznych spacerów

Pod skórą rzeźbią mnie słowa głęboko, boleśnie niekiedy

Rytmiczne strupy po nich na śliskim ciele podróżnika

W powietrzu rysują się słowa właściwe

odrzucając niepotrzebne kawałki moich tkanek

Materiał odcinany odsłania właściwy kształt głęboki

Drążą mnie pewne brzmienia prawie muzyczne wokół

bardzo ostre, łagodne zarazem uderzenia dłuta w cielesność

Ostatnie poprawki, szlifowanie do gładkiej chropowatości

Tutaj znaczenia są bardzo wnikliwe i docierają celnie, oj

Przechodzę przez ich delikatne łuskanie i pieszczoty

zabierają coraz więcej zbytku z mojego nieciała

Wielkie szczotki w myjni samochodowej przenikliwe

wycinają resztki styropianu cichego, ciepłego, izolacyjnego

Strzepuję się z niego, z jego resztek, strzepuję się z siebie

Idąc po brokatowym piasku, nie mając głowy na karku

w murzyńskim tańcu zbliżam się do następnego przystanku

Rytmiczne uderzenia we mnie, ślady słów mnie biczują

dla pięknego niewyglądu, dla nieistotnego nastroju sytuacji

To one jeszcze mnie określają, trzeba jeszcze zamieść resztki

Sam jestem teraz zaskoczony swoim prawidłowym wyobrażeniem

Śpiewam pieśń rzeźbiarską, rozkruszając się w brokat dekoracyjny

bliski morskiemu oddechowi, bez wygimnastykowania się w pocie

molto allegro

Pomału gubię swoje nogi i ręce

O rzeźb mnie, rzeźb, słowo wiekuiste

Pakuj mnie w czarne foliowe worki

te rozproszone tłuszcze po mnie

Niech całkiem nowy stanę przed tobą

wszystko zgodnie z naturą materiału

słuchając jej technologicznego szeptu

Nic nie będzie przeciwko mnie

pogłębi mnie bardziej do środka

za pomocą nowej wymowy