Pogrzeb Don Żuana

Zbladła twarz Don Żuana23, gdy w ulicznym mroku

Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.

I zatracił różnicę między ciałem w ruchu

A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.

Czuł tożsamość obojga — orszak szedł pośpiesznie,

A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.

Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,

Że Bóg nie jest — noclegiem — i że już nie spocznie.

Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.

«Śpi snem wiecznym» — szeptano, ale nie spał jeszcze.

Szedł coraz bezpowrotniej — w pozgonnym24 rozpędzie.

«Śpi snem wiecznym»... Snu nie ma i nigdy nie będzie!

«Szczęśliwy! Już nie cierpi!» — tak mówiono wkoło —

A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,

W świat, gdzie pierwszą ułudą jest ostatnie tchnienie —

I zaczęło się nowe — nieznane cierpienie.

Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słuchał ich wcale.

Szli ludzie — dotąd żywi... Minął ich niedbale.

Czczość dzwonów i daremność zrozumiał pogrzebu

I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.