1.

Rano twoje mieszkanie jest gładkie i przewiane na wylot

jak trupia czaszka. Okna bez zasłon, białe ściany, czarne

kaloryfery

na skrzynce od mleka nóż —

jego czubek drażni suche powietrze. Miasto

jest agresywne i bezwładne. Tłok w autobusach,

na ulicach

pustawo. Kawiarnie, kina, teatry

o tej porze

wykluczone. Fabryki

nadal

chcą jednej setnej tego, czym jesteśmy

i prawie wszystkich sił.

Kiedy wychodzisz do pracy, jest szarawa. Stoisz chwilę

przed lustrem

jako oficer c. k. armii: trochę tej śmierciopodobnej ironii,

dystans, a jednak, co tu gadać: guziki, szabla, czako

za którym stoi cesarstwo! I te oczy — piękne

w których wszystko

odbija się zrozumiane. Kiedy o tobie myślę

wydaje mi się

że siedzimy oparci o siebie plecami: blisko, rozlegle;

patrzymy w przeciwne strony. Idziesz najdłuższą ulicą miasta;

nad tobą

wampirzy pazur skończoności. Piętrowo

zbudowany świat

który

trzeba trzymać w garści

więc trzymasz

i on też

nie puszcza.