2.

Byliśmy na piwie, ty, ja

i jeszcze kilka osób; w lustrze nad barem

odbijała się zatłoczona ulica (godziny szczytu),

każdy (młody) przechodzień jest możliwością

jak otwarty, nieznany tunel. Pojawia się, jest, znika;

przeczuwam, widzę, tracę — to wszystko działa

jak środek pobudzający. — Do czego? — pyta ta dziewczyna.

— Do czego? — powtarzasz — nie wiem, chciałbym zagrać

Stawrogina. — Kochany — i nachyla się do ciebie trochę —

ty za bardzo musujesz, szczęka kwadratowa, owszem,

ale podgardle Erosa. Będziesz miał to, co ludzie mają;

i wypijesz, ale za swoje,

i czego jej oczy nie widzą, tego sercu nie żal,

i choć lepszy, ale masz gorzej! Sam sobie

wypłacisz

a synka nazwiesz Nicolas!

Z domu zadzwonił do niej.

— Teraz właśnie cię kocham — powiedziała

tak jakoś grzecznie, że miałoby się ochotę

przejść w twardych butach po szkle, niech pryska,

trzeszczy, pęka. Och, uwyraźnić się, odbić!

Od czego? Od kogo! Poustawiał szachy

żeby zagrać ze sobą

myśląc jednocześnie: nie warto,

nie ma demona, nie ma mocy

z którą można by zagrać o wszystko,

jestem sam.

Sam

samotnie idąc pod górę

osuwającego się lodowca.

Byle się ruszało. Wziął proszek od bólu głowy,

zaparzył sobie kawy, włączył radio,

chórek śpiewał:

Jego rachunki są jakby nie jego

chociaż się zgadzają

cele które ma na muszce

zostaną strącone

wypłaci sobie sprawiedliwie

ale niemożliwie

ale niemożliwie.