4.

Śniło ci się

że siedzisz na blacie długiego stołu

w jakiejś kuchni

w starej czynszowej kamienicy. Na zewnątrz

i wewnątrz

to samo

ciemne, przygnębiające światło. Jest zmierzch,

okno wychodzi na podwórze-studnię. Niżej,

w przeciwległej części domu,

ktoś stary (nie widać: kobieta czy mężczyzna)

siedząc przy parapecie

pije łyżeczką herbatę. Wyżej

niebieskie światło telewizora w pustym ciemnym

pokoju.

Naprzeciw

w drzwiach między kuchnią a nieoświetlonym korytarzem

rozmawiają, oparte o framugi drzwi, starsza kobieta

i młoda Cyganka w różowej połyskującej

spódnicy. Ale za nimi

nie ma korytarza. Widzisz to nagle:

tam nic nie ma. Wszystko jednowymiarowe:

ten dom, podwórze, ludzie.

I czujesz, jakby ktoś obcy, spoza snu

zaznaczył gwoździem to miejsce, w którym jesteś. To ukłucie

przebija tak mocno

że twoje życie

stanęło w tobie, dławiąc.

Z jakimiś zanikającymi strzępkami myśli, obrazów:

matka,

ojciec, ona i tamta, i znajomi, jakiś lęk

jakaś zapomniana satysfakcja —

to wszystko z gorzkim smakiem, w gorączce,

w zdrętwiałym ciele

trzeba się ruszyć spieszyć działać — ale

nie poruszyło cię. Jest źle i czujesz

płytką rozpacz

w której nie sposób się zanurzyć, przebić

stwardniałej powierzchni.

Ani płakać, ani zawyć. I pojmujesz nagle

że to już

wieczność

że to już

po śmierci.