Dom zgodności

Wieczorem,

wracając metrem do pożyczonego mieszkania,

jadąc pod ziemią nieznanego miasta

detronizowałam się

i gdzieś zatracała się moja i tak nieoswojona

historia. Wiśniowa przetarta torebka

kobiety śpiącej na przeciwległej ławeczce, rząd lamp

pod sufitem wagonu, metalowe uchwyty drzwi,

skały za oknem

układały się w spełniony plan świata. Spełniony,

straszny. W mieszkaniu

przejrzałam książki —

niektóre w tutejszym języku, inne

w moim, który też

przestał mnie dotyczyć. Dałam jeść kocicy

i jej pięciu małym. Sześć kotów

jadło cztery ryby. Stojąc pośrodku tej kuchni,

potem w pokoju przy oknie,

patrząc z natężeniem w ciemne podwórze, poczułam

jakiś rozległy niepokój

od tej przestrzeni, którą rozrzedzałam sobą i

żeby ją zgarnąć

umyłam sobie swoje zęby

i ścieląc łóżko podłożyłam sobie pod głowę

swój sweter. Gasząc światło

włączyłam radio. Przy zacisznym blasku skali

zasypiałam czujnie pod samą powierzchnią

aż przebiły ją

czarne gigantyczne skały

Rosnące bez końca

w kosmicznej rozszerzającej się z siebie przestrzeni;

patrzyłam gdzieś z dołu

na pasma ciemnogranatowych przestworzy

ciągnące

między szczytami skał. Pancerne, podklejone jakby

migoczącą warstwą

rozmów śpiewu muzyczki

— i strącając kota na podłogę

usiadłam

patrząc, ślepiąc w ten ciemny bóg wie jaki pokój,

w tę dokładną co do milimetra makietę

szaleństwa;

osobności

która doprowadziła do tego

spojrzenia —

1980