Nosferatu, wampir

Wracałam do domu w nocy. Ciągle pod górę

starym, rozmytym wąwozem

między dwoma lasami. Nagle ściemniało. Chmury

sięgnęły ziemi, szarpnął wiatr. Z pierwszą błyskawicą

uderzyła mnie

głęboka, dziecięca trwoga. I zaraz

zobaczyłam światło: żółto-mdławe. W najwyższym

oknie domu

który musi stać za najbliższymi drzewami. I jakby

z tym światłem szło spojrzenie. Więc jest —

więc jesteśmy!

Szarpnęłam drzwiami. Na dole

nikogo. Weszłam

ciemnymi schodami na górę: oparty plecami o okno

stał on — Nosferatu, wampir. Ta właśnie twarz

kredowa

jakby przerżnięta blizną — ale gładka.

W ogromnym pokoju

stół i dwa krzesła. Płonął ogień. I ta oczywistość:

aureola

koronująca

czas, miejsce, osoby.

Przyszłam — powiedziałam — tą drogą

która miała prowadzić

Witaj w naszym domostwie — przerwał

i jakby się uśmiechnął.

W domostwie? — powtórzyłam nie słysząc się

zatopiona w tych sinych oczodołach, gładkiej czaszce

ach, te ruchy kanciastopłynne

jakby nie miały prawa stykać się

z ruchem czy nieruchomością rzeczy

a jednak stykają się i działają. Przysunął

kieliszki, białe wino,

talerzyk malin.

Siadłam

naprzeciw niego.

Od dziecięcego osamotnienia

powiedziałam patrząc w niego — przechodzi się

do neurozy wieczności. To znaczy: żeby żyć

bezpiecznie

trzeba gwarantować sobie

sobą

wszystko.

Klatka z pustych białych ścian. Czarne

okno. Tylko on

przede mną.

Tak — powiedział — to podobne. Podobne.

Pić krew ludzi, zdarzeń, rzeczy

i nie moc ożyć. Pić

żeby nie być upiorem. Pułapka — krzyknął cicho —

pomyłka!

I nagle

zobaczyliśmy się

jak wyłączeni, wycięci ze świata. I moje

i jego spojrzenie

przyniosły ze sobą wszystko, co miały

i porzuciły wszystko. Objęły się. Niemożliwe: zdawało mi się

że w moich oczach widzi swoje odbicie. Och, rozwalić

tę samonapędzającą się udrękę. Wyzwolić.

Przetarłam oczy. Westchnął. Siedzieliśmy

naprzeciwko siebie. Zjadłam malinę. Drugą

obracałam w palcach.

Ja też — zaczęłam

jakimś grzęznącym szeptem — jakbym piła życie

przez innych. Od siebie

przez nich

do siebie, to mi daje moją obecność. Ale ja

samodzielnie

czy może samotnie — zostaję samotnie i

zanikam... rozpadam... — i jakoś zupełnie

schrypłam. Było mi zimno. Odwrócił

głowę. Nad sztywnym, czarnym kołnierzykiem

czaszka z napiętą skórą. Niespodziewanie

wyciągnął rękę:

otwarte sine palce z pazurami. Była

twarda, lekka. Niech będzie jak jest —

i ścisnęłam ją. Położył głowę

na stole

obok naszych rąk. Och, pomyślałam, dość, każde z nas

wyje do tego, czym nie jest, czego

nie zaznało. Tkwię w życiu

jak w ciągu przypadków, pożądając

tylko konieczności. Zawsze obecnej

i zawsze nieosiągalnej. Tak się tłuc

jak on

w tej klekoczącej blaszance wieczności? I z całej siły

ścisnęłam jego rękę.

Wyrzekam się — powiedział. Jego ręka w mojej

zrobiła się cięższa, cieplejsza,

pazury znikały. Wypełnione ciało

wolno

zsunęło się w moją stronę

na blat! Zerwałam się

przewracając talerz. Leżał do połowy na stole;

bezwładny, ciężki. Miał ciemne kręcone włosy,

widziałam zaróżowione ucho — żywy

martwy człowiek! Więc cofnął się

do swojej śmierci.

Spróbował. Stałam nad nim

z rękami przyciśniętymi do serca

i czułam

jak coś się we mnie rozszerza: pęknie,

trzaśnie — i jest tam jakiś głos — i

wyje, niewydobyty. Chyba

nad ranem

ocknęłam się. Wypiłam wino z jego kieliszka i oblizałam

krawędź. Przed wyjściem sięgnęłam: podnieść jego głowę,

zobaczyć twarz. Ale, pomyślałam, nie. To

sprawdzi się samo.

1981–1983

Jako inspirację powinnam wskazać, więc wskazuję, Draculę Brama Stokera, Nosferatu, symfonię grozy Murnaua, a głównie Nosferatu, wampira Wernera Herzoga, gdzie Nosferatu grał Klaus Kinsky.